Za mną świetnie
spędzony weekend. To znaczy był to weekend dość zabiegany, nie było za
bardzo czasu na relaks i nicnierobienie. Do tego głowę miałam pełną
myśli i dylematów, które jeszcze się nie rozpierzchły, ale generalnie
było całkiem fajnie. A co najważniejsze – weekend spędziliśmy z Frankiem
razem, bo też miał wolne.
W piątek wpadli do nas kuzyn i brat Franka i chłopaki grali w jakąś grę do czwartej nad ranem. Chętnie pograłabym z nimi, ale niestety w sobotę czekały mnie zajęcia na uniwerku, więc wypiłam piwko, posiedziałam, pogadałam a następnie włożywszy do uszu zatyczki (frankowy kuzyn ma wyjątkowo donośny głos :)) udałam się do sypialni. Sobotę na zajęciach jakoś przeżyłam, choć łatwo nie było, zwłaszcza, że mieliśmy wykłady na XVII piętrze a tam słoneczko bardzo mocno dawało nam się we znaki i przypominało, ze wiosna coraz bliżej i może warto sobie zrobić wagary
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie została, prawda? :))
Później zaczął się już prawdziwy weekend. Wróciłam do wysprzątanego na błysk mieszkania (lubię kiedy Franek ma wolne, zawsze wszystko wtedy wysprząta :P) i opracowaliśmy wspólnie plan działania. Wyjazd coraz bliżej, a więc trzeba było zrobić pranie, a przede wszystkim udać się na zakupy – wszak Franek nie pojedzie w zimowych butach na południe Hiszpanii
I tak nam upłynęło sobotnie popołudnie – pod znakiem galerii
handlowej, łażenia po sklepach, wspólnego obiadu w knajpce i myślenia o
wyjeździe. Wieczorem usiedliśmy razem w pokoju, każde ze swoim piwkiem i
tak nam przyjemnie płynął czas aż do 23, gdy poczułam, że nie wytrzymam
już ani chwili dłużej i czas położyć się spać
Niedziela była pracowita od rana, bo po mszy wzięliśmy się za obiad i prasowanie (znaczy się ja bardziej za zupę i prasowanie, Franek natomiast za kotlety i surówkę ;)). Potem odwiedziliśmy Franka mamę w szpitalu (operacja wycięcia tarczycy :() a następnie spacerkiem udaliśmy się do centrum, gdzie wreszcie usiedliśmy sobie w knajpce na piwku. To piwko miałam obiecane przez Franka już miesiąc temu, ale ciągle nie mogliśmy się zgrać
Posiedzieliśmy dwie godzinki i wróciliśmy do domu, ogarniać resztę
tematów związanych z wyjazdem i delektować się resztką niedzieli.
Działo się sporo – i na około, i w mojej głowie. Ale mimo wszystko przyznać muszę, że weekend bardzo mi się podobał i oby więcej takich – wspólnych. Nie miałam co prawda za wiele czasu, żeby usiąść i poczytać na przykład, ale za to wiele zdążyłam zrobić, a i odpoczęłam sobie – choć może nie leżąc na kanapie
Przede mną jeszcze dwa dni na wariackich papierach (zwłaszcza, że Franek pracuje na popołudnie i wszystko będzie na mojej głowie) a potem siedem dni wypoczynku. Dziewczyny bombardują mnie mailami o tematyce naszego przyjazdu, co mnie cieszy, bo to znaczy, że naprawdę nas oczekują i że będziemy mile widzianymi gośćmi
Cóż, odliczanie czas zacząć – jeszcze tylko niecałe 48 godzin :))
A tak z innej beczki – skąd do jasnej anielki się wziął ten „lubię to” :/ Czy naprawdę Onet chce wszystkich bloggerów wykurzyć ze swojego portalu? Bo ja się zaczynam zastanawiać – ja! Która nie znosi zmian i której generalnie na onetowskim poletku wcale źle nie było…
W piątek wpadli do nas kuzyn i brat Franka i chłopaki grali w jakąś grę do czwartej nad ranem. Chętnie pograłabym z nimi, ale niestety w sobotę czekały mnie zajęcia na uniwerku, więc wypiłam piwko, posiedziałam, pogadałam a następnie włożywszy do uszu zatyczki (frankowy kuzyn ma wyjątkowo donośny głos :)) udałam się do sypialni. Sobotę na zajęciach jakoś przeżyłam, choć łatwo nie było, zwłaszcza, że mieliśmy wykłady na XVII piętrze a tam słoneczko bardzo mocno dawało nam się we znaki i przypominało, ze wiosna coraz bliżej i może warto sobie zrobić wagary
Później zaczął się już prawdziwy weekend. Wróciłam do wysprzątanego na błysk mieszkania (lubię kiedy Franek ma wolne, zawsze wszystko wtedy wysprząta :P) i opracowaliśmy wspólnie plan działania. Wyjazd coraz bliżej, a więc trzeba było zrobić pranie, a przede wszystkim udać się na zakupy – wszak Franek nie pojedzie w zimowych butach na południe Hiszpanii
Niedziela była pracowita od rana, bo po mszy wzięliśmy się za obiad i prasowanie (znaczy się ja bardziej za zupę i prasowanie, Franek natomiast za kotlety i surówkę ;)). Potem odwiedziliśmy Franka mamę w szpitalu (operacja wycięcia tarczycy :() a następnie spacerkiem udaliśmy się do centrum, gdzie wreszcie usiedliśmy sobie w knajpce na piwku. To piwko miałam obiecane przez Franka już miesiąc temu, ale ciągle nie mogliśmy się zgrać
Działo się sporo – i na około, i w mojej głowie. Ale mimo wszystko przyznać muszę, że weekend bardzo mi się podobał i oby więcej takich – wspólnych. Nie miałam co prawda za wiele czasu, żeby usiąść i poczytać na przykład, ale za to wiele zdążyłam zrobić, a i odpoczęłam sobie – choć może nie leżąc na kanapie
Przede mną jeszcze dwa dni na wariackich papierach (zwłaszcza, że Franek pracuje na popołudnie i wszystko będzie na mojej głowie) a potem siedem dni wypoczynku. Dziewczyny bombardują mnie mailami o tematyce naszego przyjazdu, co mnie cieszy, bo to znaczy, że naprawdę nas oczekują i że będziemy mile widzianymi gośćmi
A tak z innej beczki – skąd do jasnej anielki się wziął ten „lubię to” :/ Czy naprawdę Onet chce wszystkich bloggerów wykurzyć ze swojego portalu? Bo ja się zaczynam zastanawiać – ja! Która nie znosi zmian i której generalnie na onetowskim poletku wcale źle nie było…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz