Taki już chyba urok moich urlopów, że zazwyczaj po powrocie z nich muszę się zmierzyć z prawdziwą rewolucją w moim życiu
Tym razem nie jest inaczej. Jestem właśnie w trakcie zmiany pracy i w
związku z tym kompletnie nie mam na nic czasu, na blogowanie niestety
też nie. Pewnie zresztą to zauważyłyście – dopiero dziś udało mi się
odpowiedzieć na komentarze
Czekają mnie zaległe notki i nie wiem kiedy będę mogła to wszystko
nadrobić… Korzystam z okazji, że mam wolny wieczór i postanowiłam trochę
powspominać…
Jak wiecie, obawiałam się, że urlop nie będzie do końca udany, bo nie
będę potrafiła się zrelaksować. Nic z tych rzeczy! Okazało się, że
bardzo szybko zapomniałam o moich dylematach. Już kiedy lądowaliśmy w
Londynie całkowicie skupiłam się na przeżywaniu tego, że jesteśmy w
podróży i chłonęłam atmosferę brytyjskiego lotniska Od czwartku w pełni delektowaliśmy się Hiszpanią… Najwięcej czasu spędziliśmy rzecz jasna w Sewilli, ale zrobiliśmy sobie również wycieczkę do Cordoby, a wylot mieliśmy z Malagi. Każde z tych trzech miast już kiedyś odwiedziliśmy – w Sewilli byłam po raz czwarty, w Maladze trzeci. W Cordobie mieszkałam przez pół roku w czasie moich studiów… Ale mogłabym wracać ciągle do każdego z tych miejsc… Nie chodzi tylko o to, że tak mi się tam podoba (choć to oczywiście też), ale przede wszystkim zwyczajnie mam sentyment do Andaluzji a także do Ciudad Real, Toledo i (w szczególności) Madrytu. Kiedyś być może jeszcze wrócę do tego tematu i napiszę więcej o tym dlaczego Hiszpania jest dla mnie ważna i dlaczego mimo wszystko nie chciałabym tam mieszkać
Ze względu na to, że chciałabym pokazać Wam jak najwięcej, postanowiłam podzielić notkę na trzy, aby osobno pokazać każde miasto. Zacznę od Cordoby. Nie mogłam sobie odpuścić, w końcu to „moje miasto”… Pojechaliśmy tam więc w piątek i starałam się odwiedzić wszystkie zakątki, które są dla mnie szczególnie ważne… Miło było wrócić na stare śmieci. Wysiedliśmy z pociągu i poszliśmy tą samą trasą, którą wracałam zawsze do hiszpańskiego domu…
Potem przeszliśmy przez park, w którym zawsze siedziałam, uczyłam się lub czytałam (było w nim zawsze cieplej niż w moim mieszkaniu :)) Tym razem zrobiliśmy sobie tu przystanek na zjedzenie drugiego śniadania.
Następnie ruszyliśmy dobrze znanymi mi uliczkami, kierując się w stronę Facultad de Filosofia y Letras na Uniwersytecie w Cordobie, na którym studiowałam.
Tędy przechodziłam codziennie nawet po kilka razy…
A potem przecinałam tę ulicę:
Paseo de la Victoria
Zawsze mi się podobała ta ulica. Stałam zawsze na czerwonym świetle i patrzyłam, patrzyłam, patrzyłam zastanawiając się, jak to się stało, że tu jestem…
Zdjęcia uniwersytetu akurat nie zrobiłam, bo był „en obras” (remontowany :)) Ale weszliśmy do środka i stwierdziłam, że trochę się tam jednak zmieniło. Kiedy odwiedziliśmy uniwerek trzy lata temu spotkałam się także z moimi wykładowcami. Tym razem weszliśmy tylko po to, by… skorzystać z toalety
Facultad de Filosofia y Letras znajduje się w zabytkowej części miasta, którą jest Juderia. Dosłownie kawałek dalej znajduje się główny monument – Mezquita. Jest to ogromny meczet, który od XIII w. pełni rolę kościoła chrześcijańskiego.
Fasada Mezquity
A to jej wnętrze (zdjęcie akurat nie jest naszego autorstwa, bo nie wchodziliśmy do środka tym razem)
Otoczenie Mezquity.
Juderia to miejsce specjalnie dla turystów. Na każdym kroku znajdują się tam sklepiki z pamiątkami i knajpki. Było to pierwsze miejsce jakie odwiedziłam po przyjeździe do Cordoby pięć lat temu i oczywiście zabłądziłam snując się po wąskich uliczkach
Uliczki Juderii.
Wąsko co?
Widok na patio jednej z kamienic.
Juderia prowadzi na jeden z placów, który z drugiej strony wyprowadza nas do tej bardziej nowoczesnej części miasta. Ten plac najbardziej podoba się Frankowi:
Plaza de la Corredera.
Mnie natomiast bardziej podoba się placyk w centrum miasta, który odkryłam kiedyś przez przypadek roznosząc CV po agencjach pracy tymczasowej:)
Plaza de Colon.
Czyżby lekko zaczęła odbijać mi palma?
Z Plaza de Colon już tylko kawałek do kolejnej z moich ulubionych ulic w Cordobie:
Avenida de America

Ta czarna plama to Franek

Powyżej: fontanny i oczka wodne na Avenidzie (wybaczcie odmianę, ale tak sobie zawsze mówiłam ;))
Tym sposobem zrobiliśmy kółeczko i doszliśmy z powrotem na stację kolejową. Stwierdziliśmy, że to najwyższa pora na to, żeby coś przekąsić. Udaliśmy się na ulicę Felipe II, gdzie zawsze znajdował się mój ulubiony tapas bar Cana de Espana… Niestety moje przeczucia co do tego miejsca potwierdziły się i okazało się, że bar został przerobiony
Wyglądał podobnie, ale nie dane nam było sprawdzić, czy dają tam nadal
najpyszniejsze patatas bravas, bo otwierano go dopiero po 20tej…
Poszliśmy więc do innego miejsca, które pamiętałam. To był strzał w
dziesiątkę. Udało mi się tam trafić i siedzieliśmy dwie godzinki
popijając piwko i zajadając się podawanymi do niego montaditos (takie
małe kanapeczki). Nie wiem jak to się stało, ale się lekko upiłam
Ale to było fajne uczucie
Przez kolejną godzinkę, czy dwie wędrowaliśmy więc po Cordobie na lekkim rauszu
Aż spoczęliśmy na ławeczce, żeby rozmasować obolałe nogi. Ja wyciągnęłam sobie książkę, Franek się trochę zdrzemnął.
Na tej ławeczce siedzimy – ja po lewej, Franek po prawej. Widzicie?
Avenida de America
Ta czarna plama to Franek
Powyżej: fontanny i oczka wodne na Avenidzie (wybaczcie odmianę, ale tak sobie zawsze mówiłam ;))
Tym sposobem zrobiliśmy kółeczko i doszliśmy z powrotem na stację kolejową. Stwierdziliśmy, że to najwyższa pora na to, żeby coś przekąsić. Udaliśmy się na ulicę Felipe II, gdzie zawsze znajdował się mój ulubiony tapas bar Cana de Espana… Niestety moje przeczucia co do tego miejsca potwierdziły się i okazało się, że bar został przerobiony
Na tej ławeczce siedzimy – ja po lewej, Franek po prawej. Widzicie?
Powoli zaczęła się zbliżać godzina naszego wyjazdu. Został nam
jeszcze ostatni punkt programu, znowu więc wylądowaliśmy na obrzeżach
Juderii:
Murallas de la Puerta de Almodovar
Wędrowaliśmy tak po ulicach Cordoby przez ponad dziesięć godzin. Nie umiem opisać jak się czułam przy okazji takiego powrotu do przeszłości. Strasznie żal było mi wyjeżdżać… Dużo bardziej niż w lutym 2007 roku, kiedy opuszczałam Cordobę po kilkumiesięcznym pobycie w niej…
To był bardzo udany dzień…
Po powrocie czekało nas jeszcze kilka partyjek w pokera. (Margolka wygrała osiem euro :D) A potem już tylko podłogowy materac i sen we Frankowych ramionach…
***
Oj żal, że już mnie tam nie ma… Ale wyobraźcie sobie, że od powrotu codziennie jestem tam znowu w moich snach… Codziennie śni mi się to samo – Hiszpania oraz praca
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz