Nigdy
w życiu nie miałam do czynienia z dziećmi. Nie miałam okazji się nimi
opiekować. Miałam jakieś małe kuzynki, ale wtedy ja sama jeszcze byłam
dzieckiem. Dwunastoletnim, ale jednak dzieckiem. Dlatego właściwie
dzieci się zawsze bałam. To znaczy nie lubiłam jak do mnie podchodziły,
bo nigdy nie wiedziałam jak mam się zachować. Nie wiedziałam co mam z
nimi robić, co mam do nich mówić. Skąd mogę wiedzieć co rozumie dziecko
dwu albo pięcioletnie? Albo będę mówić za mądrze, albo zrobię z
dzieciaka idiotę. Tak źle i tak niedobrze. Dlatego generalnie się do
nich dzieci nie zbliżałam. Inna sprawa, że w ogóle mnie do nich nie
ciągnęło. Nie to, że nigdy nie chciałabym mieć dzieci, ale zdaje się, że
nie nastąpiła jeszcze u mnie aktywacja instynktu macierzyńskiego. Poza
tym chyba nie należę do osób, które kochają wszystkie maluchy bez
wyjątku, bo wiele z nich mnie zwyczajnie irytuje. Zwłaszcza te
wychowywane „bezstresowo”.
Ale
jak byłam ostatnio na weselu, zauroczył mnie śliczny czteroletni
blondynek, kuzyn Pana Młodego. Słodkie dziecko, a poza tym baardzo
grzeczny i co najwazniejsze potrafił się sam sobą zająć. Ok, parę razy
przyleciał do mnie żebym mu balona podała, bawił się czasami z
dorosłymi. Ale w ogóle nie męczył swoją obecnością. Nawet jak się
przewrócił, szybko się pozbierał nie włączając syreny alarmowej, nawet
nie wiem czy ktoś oprócz mnie to zauważył.
Przedwczoraj
byliśmy na imieninach u babci Franka. Byliśmy pierwszymi gośćmi. Po nas
przyszedł kuzyn Franka z żoną i półtorarocznym synkiem. Niespecjalnie
zwracałam uwagę na małego. Do czasu. Siedziałam przy oknie i Kubuś
zapragnął przez to okno powyglądać. Podszedł do mnie i coś tam zaczął
mruczeć. Trochę zesztywniałam, bo to było dla mnie totalnie krępujące,
tak nie wiedzieć jak się zachować. A Kuzyn powiedział do Kubusia, „no
idź do cioci niech cię weźmie na ręce.” Cioci? Jakiej cioci. Szlag, to
chyba o mnie :/ Zignorowałam, wpychając w siebie kolejny kawałek ciasta.
Drugiego zdania nie dało się zignorować, jako że było skierowane
bezpośrednio do mnie: „No ciocia, weź Kubusia na ręce” Co było robić.
Przez myśl przeszło mi, „jak to dobrze, ze mam psa, przynajmniej wiem,
że nie upuszczę.” (Proszę się tu nie oburzać, to nie jest nic
obraźliwego. Kocham mojego pieska i jest przez nas traktowany jak nasze
dziecko) Kubuś okazał się trochę wygodniejszy w trzymaniu, bo mój piesek
nie obejmuje mnie łapkami za szyję ;), za to dużo bardziej ruchliwy.
Wagowo było tak samo. Trzymałam go na rękach i… nic się nie stało.
Przeżyłam. Mało tego, nawet mi się spodobało. Potem siedział u mnie
jeszcze na kolanach i w ogóle chyba sobie mnie trochę upatrzył bo sam do
mnie podchodził i wyciągał rączki, żeby go podnieść. Franek tez
przypadł mu do gustu, bo kiedy babcia chciała mu umyć rączki, stanowczo
powiedział, (no, bardziej pokazał) że chce żeby zrobił to Franek. Kiedy
odjeżdżaliśmy Kubuś był zachwycony, gdy wzięłam go na kolana i mogł
sobie trochę „pokierować” autem.
Kilkakrotnie
powtarzane przez Kuzyna zdanie, że ładnie tak we trójkę wyglądamy i
może powinniśmy „o czymś” pomyśleć, konsekwentnie ignorowaliśmy. To
zdecydowanie nie czas na to. Ale przynajmniej się oswoiłam trochę z
dzieckiem. Już się nie boję. A nawet podobała mi się ta chwilowa
opieka. Franek zaczął na mnie mówić „ciocia Margolka” i stwierdził, że
ładnie wyglądałam „z malcem na rękach”.
I tym sposobem, Moi Drodzy, zostałam ciocią. O kurczę, jeszcze nigdy nie byłam niczyją ciocią
