*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w delegacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w delegacji. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

Służbowy wyjazd.

Moi rodzice dojechali wczoraj przed 21. Razem z nimi dojechała moja „mała czerwona”, którą mam zamiar włożyć jutrzejszego wieczora. 
Dzisiejszy dzień w pracy jest dziwny, tak jak się tego spodziewałam zresztą. Część osób uwija się jak w ukropie, żeby zdążyć pozamykać większość spraw przed wyjazdem. Druga część chodzi podekscytowana i poddenerwowana swoimi prezentacjami i panelami, w których będą uczestniczyć. Ogólnie dzień pracy klei się średnio :) 
Niedługo zresztą wyjeżdżamy, żeby nie wpakować się w największe warszawskie korki. Choć czuję, że i tak utkniemy na moście :) Rano pożegnałam się z rodzinką i wybyłam. Spotkaliśmy się jeszcze koło południa, bo Franek ma dzisiaj wolne i wraz z Wikingiem oraz moimi rodzicami zrobili sobie wycieczkę do Łazienek, a to rzut beretem od mojego biura, więc na chwilę zeszłam i się z nimi przywitałam. Wikinga bardziej obchodziło to, co się dzieje dookoła, niż mama, która się pojawiła ni stąd ni zowąd - coś czuję, że wcale się za mną nie stęskni :)

Już rozmawiałam z kilkoma osobami i wiem, że nie wszyscy planują ostro imprezować, więc myślę, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie towarzystwo:) Liczę na to, że ja również. 

No doczekałam się - chyba szybciej niż się spodziewałam - samotnego (czyt. bez rodziny) wyjazdu. Zostawiam męża i synka w dobrych rękach moich rodziców i jestem pewna, że sobie wszyscy dadzą radę. Nie zostawiłam nawet żadnych instrukcji. Jasne, myślałam o paru rzeczach, żeby może zasugerować, żeby zrobili to albo tamto, ale potem stwierdziłam, że to bez sensu. Po pierwsze sobie poradzą. A po drugie - jeśli przez trzy dni coś się będzie działo inaczej niż zwykle, to się przecież nic nie stanie. Nie każdy musi robić „po mojemu” Wychodząc z domu powiedziałam tylko: "No, to jak mnie nie będzie, to możecie tu posprzątać" :P Hehe, nie miałabym nic przeciwko, bo ostatnie dni miałam trochę na wariackich papierach i trochę mi się bałagan z wierzchu zrobił, a bardzo go nie lubię :)

Cieszę się na ten wyjazd, bo to coś nowego i innego. Kolejne doświadczenie do zdobycia. Cieszę się też ze względu na to, że nie tyle odpocznę od codzienności - bo w zasadzie nie czuję się nią zmęczona - a po prostu oderwę się na moment od tych codziennych spraw. Wrócę w piątek i będziemy mieli przed sobą bardzo rodzinny - zapewne przyjemny - weekend.

środa, 27 lutego 2013

Pracowita refleksja



Siedziałam dzisiaj w warszawskiej sali konferencyjnej w towarzystwie marketingowca oraz dwójki gości z Anglii. Tłumaczyłam im procedury sprzedaży, omawialiśmy problemy z oprogramowaniem. Pytali, czy mam jakieś sugestie, dotyczące ulepszenia raportów. Wspólnie analizowaliśmy tabelki i wykresy.  Później wyszliśmy na lunch (śmiać mi się zawsze z tego słowa chce, wydaje mi się jakieś pretensjonalne :)) i rozmawialiśmy o sprawach nie tylko służbowych. Wszystko po angielsku.

Naszła mnie refleksja, że kiedyś to wszystko wydawało się kompletnie poza moim zasięgiem.  Delegacje, dojazdy taksówką na koszt firmy, spotkania  z zagranicznymi gośćmi, konferencje, omawianie strategii, laptop, komórka... A już w ogóle nie do pomyślenia było, że na takiej konferencji nie będę robić tylko za sekretarza, ale ktoś mnie będzie słuchał! Pytał o zdanie! Ba! Traktował jak osobę, która wie o czym mówi i od której inni mieliby się uczyć.
Takie rzeczy to tylko dla ludzi w garniturach i garsonkach. Tych ważnych. Nie dla jakiejś Margolki, która z jakiegoś zapyziałego Miasteczka se przyjechała. To dla tych, co karierę robią, a nie dla takiej, która zawsze chciała mieć męża na własność i może jeszcze jakieś dzieci.
Okazało się, że nie wszystko jest tak niedostępne i że czasami ktoś potrafi docenić nie tyle przebojowość i bezkompromisowość, co pracowitość i solidność. A niektóre rzeczy wcale nie są takie burżujskie i snobistyczne, ale całkiem normalne i dostępne zwykłym śmiertelnikom :) Tylko z daleka wydają się "ważniakowate" :P

Tak, to jest to, w czym się realizuję, co sprawia mi radość, co chciałabym w życiu robić. Ponieważ jestem już wykończona*, skupię się właśnie na tym i będę się delektować tą myślą. Nie będę się teraz zastanawiać nad tym, jakie może to za sobą nieść konsekwencje.

*notkę oczywiście napisałam wczoraj w pociągu a moje wykończenie było na tyle skrajne, że jak weszłam do domu to włączyłam komputer po to, żeby go od razu wyłączyć i poszłam spać! :)

sobota, 14 lipca 2012

Konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy :)

Ależ ten tydzień mi ekspresem zleciał! Nie mam pojęcia kiedy, ale bardzo mnie to cieszy, bo nadszedł już kolejny weekend, potem jeszcze dzień lub dwa do pracy i parę luźnych chwil. Tylko pogoda się najlepiej nie zapowiada :( Kurczę, no nawet tydzień nie nacieszyłam się tą ładną pogodą, o której tyle się tu rozpisywałam. Miałam nadzieję, ze zaczaruję aurę, ale się nie udało.

A Warszawa nie taka straszna, jak ją sobie chwilami w głowie malowałam :) Zmiany owszem są, ale na szczęście mnie (i w zasadzie naszej firmy) specjalnie nie dotykają. Zmieniają się trochę pewne proporcje i relacje z firmą, która dla nas pracuje i musieliśmy określić na nowo zakres moich obowiązków, ale w zasadzie mam nadal robić to samo, co robiłam, tyle, że teraz oficjalnie :) Ale okazało się, że tak naprawdę to i tak był po części pretekst, bo przede wszystkim chcieli, żebym przyjechała, bo Anglia poprosiła ich o zdjęcia całego teamu no i bardzo im mnie brakowało na obrazku :)
Miałam jechać we wtorek, ale potem termin został przeniesiony na środę. Nie chcieli, żebym musiała za wcześnie wstawać (:P) więc kupili mi bilet na 8:30, upewnili się, że będzie klima w pociągu i że wszystko mi pasuje. W środę stawiłam się na dworcu o 8:00 i po jakichś piętnastu minutach usłyszałam, że mój pociąg będzie opóźniony około 30 minut. Cóż, no problem. Napisałam smsa do Finansowego, otrzymałam odpowiedź "ok" i siedziałam dalej. Gdy zbliżała się 9, wyszłam do hallu i zobaczyłam tłum ludzi pod tablicą z rozkładem jazdy. A na tymże rozkładzie listę pociągów z dopiskiem opóźnienia: 140 min, 70 min, 40 min, 55min itd itp. Już wiedziałam, że trzeba mi było we wtorek a nie w środę jechać :P I tylko cieszyłam się, że przełożeni tak się zatroszczyli o mój dobry sen i nie kupili mi biletu na siódmą :P Mój "Chrobry" wyjechał już o 9:40 a ten o siódmej ruszył jakieś pięć minut wcześniej a i tak spotkaliśmy się na stacji w Kutnie :) Podróż w ogóle była jakaś pechowa, dwa razy wsiadali sokiści i wyprowadzali jakichś delikwentów, przepuszczaliśmy inne pociągi tak, że ostatecznie zamiast o 11:15, przyjechałam o 13:00. Do tego okazało się, że zapomniałam voucherów na taksówkę :) Ostatecznie jednak dotarłam do firmy, ekspresowo załatwiliśmy, co było do załatwienia, zdjęcia cyknęliśmy, konspekt rozpisaliśmy, zdałam sprawozdanie z sytuacji poznańskiej i już musiałam wychodzić, bo pociąg powrotny miałam już o 15:35 :) Tym razem jednak podróż przebiegła bez zakłóceń.

Lubię jeździć w te delegacje. Nie dość, że firma dba o to, żebym jechała w komfortowych warunkach, to jeszcze mam możliwość poczytania albo napisania notki podczas podróży :) Poza tym, bardzo lubię atmosferę, która panuje w Warszawie po tym, jak zmieniła się "góra", przyznam, że wyjeżdżam stamtąd z lekkim żalem. Wiem, że traktują mnie jak część zespołu, ale trochę mi żal, że nie mogę z nimi siedzieć na co dzień. Choć z drugiej strony to powoduje, że kiedy przyjeżdżam, jestem traktowana jako gość specjalny :P Poza tym, bardzo się troszczą o to, jaką atmosferę mam w pracy w Poznaniu, dzwonią regularnie i pytają, czy wszystko jest ok - i bynajmniej nie mają na myśli tylko spraw służbowych. To bardzo miłe. Moja rola w Poznaniu do łatwych nie należy - pracuję z inną firmą, w dodatku jestem jakby ich zwierzchnikiem, a jakby tego było mało, zajmuję się controllingiem. Jakby nie było, jestem od tego, żeby wykrywać czyjeś błędy i pomyłki - nikt tego nie lubi :) Więc tak naprawdę wcale nie mam najgorzej w tym Poznaniu i Współpracownicy są wobec mnie ok. Pojedyncze incydenty czasami muszę przełknąć, pewnie wszędzie się to zdarza, a że ja z tych bardziej wrażliwych to i przeżywam bardziej, niż należy. Narzekać nie zamierzam, bo i tak uważam, że mam świetną pracę :)

Właśnie, a propos narzekania, ja wiem, że PKP jest spółką wyjątkowo irytującą. I że wściec się można, na takie opóźnienia. Sama pewnie w innych okolicznościach byłabym bardziej wkurzona. Ale nie zmienia to faktu, że ja jednak nie znoszę słuchać, jak inni tak biadolą, psioczą i jęczą! I tak przecież tym gadaniem nie przyspieszą pociągu. Dotyczy to zresztą nie tylko sfery kolejowej, ale każdej innej. Sama święta oczywiście nie jestem i nie zawsze wszystko mi się podoba, ale mimo wszystko, to wieczne niezadowolenie niektórych ludzi mnie dobija.

Ja właściwie nie o tym miałam :) Ale w takim razie notka zamierzona zostaje odroczona :)

piątek, 4 maja 2012

W podróży służbowej

Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)

Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.

Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.

Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)

Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.

Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.

I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)

sobota, 28 kwietnia 2012

Spokojnie! Bez paniki!

Uświadomiłam sobie właśnie, że to już za pięć miesięcy!* Przypuszczam, że część z Was w ogóle zapomniała o tym, że we wrześniu wychodzę za mąż :) A druga część, zachodzi w głowę, jak to możliwe, że tak mało piszę na ten temat na blogu – czyżby mnie to wszystko mało obchodziło? :) Cóż, mam chyba dość specyficzne podejście, w każdym razie przyznaję, że ja się dziwię, jak to może być, że wraz z momentem zaręczyn, życie pewnych osób zaczyna kręcić się tylko i wyłącznie wokół przygotowań do ślubu i wesela :) No jakaś dziwna jestem, ale ja tak nie mam i zdecydowanie bardziej absorbuje mnie moje życie codzienne i praca. I jakoś bardziej stresował mnie fakt, ze ciągle nie mamy lodówki niż to, że jeszcze nawet nie zaczęłam rozglądać się za suknią ślubną.

Oczywiście, że ślub i wesele mnie obchodzą. I chociaż czekam na 15 września spokojnie i cierpliwie, to nie mogę się tego dnia doczekać. Ale jak już wspominałam kilka razy, przede wszystkim szykuję się na ten dzień duchowo. Nie mogę się doczekać tego, jak będzie już po ślubie. I niech nikt nie próbuje mi wmówić, że nic się nie zmieni, bo my wiemy, że zmieni się bardzo dużo. Ślub ma dla nas ogromne znaczenie, nie jest tylko legalizacją związku albo przedstawieniem dla rodziny. Myślę, że część osób doskonale wie, o czym piszę. A z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy są w stanie nas zrozumieć – na przykład brat Franka cały czas powtarza, że ślub niczego nie zmienił w życiu jego i jego żony – ot, po prostu formalnie stali się małżeństwem. Nie potępiam takiej postawy, ale jednocześnie cieszę się, że oboje z Frankiem zgadzamy się, że jest na co czekać i że jednak będzie inaczej – choćby to „inaczej” miało wynikać jedynie z tego, że coś nam się w głowach poprzestawiało.

Zależy nam, rzecz jasna, na tym, żeby ten dzień był wyjątkowy pod każdym względem – także pod względem oprawy. Każda para ma na tę okoliczność swoje plany i własne wyobrażenia. My chcemy, żeby było wesoło, ale przede wszystkim dostojnie. Nie należymy do zgrywusów, więc się specjalnie nie będziemy wygłupiać – filmiki z pozorowaną nocą poślubną (jakie proponował nam kamerzysta) w naszym wypadku nie wchodzą w grę. To ma być nasz dzień i my mamy być w centrum uwagi, chociaż oczywiście wesele robimy nie tylko dla siebie, ale także dla gości – którzy są dla nas bardzo ważnym elementem. Postaramy się, żeby w tym dniu towarzyszyły nam osoby, na których najbardziej nam zależy. Będzie sporo osób, ale nie mamy zamiaru sprowadzać dalekich kuzynów z Ameryki ;) Oprócz relatywnie sporej grupki bliskich znajomych, mamy zamiar zaprosić najbliższą rodzinę. Nie z każdym co prawda mamy regularny i bliski kontakt, ale będzie to dobra okazja do tego, żeby się spotkać. Wychodzimy z założenia, że jeśli komuś będzie zależało, to się zjawi – jeśli nie, to znaczy, że chyba nie warto się takimi osobami przejmować i lepiej skupić się na tych, którzy chcą uczestniczyć w tym dniu i celebrować go wraz z nami.

Jak widać, bardziej skupiam się na odczuciach i emocjach zwiazanych z tym dniem niż na szczegółach organizacyjnych. Nie znaczy to, że ma być byle jak – chcemy by było tradycyjnie i bez udziwnień. Nie zależy nam na wywołaniu efektu WOW!, chociaż oczywiście trochę oryginalności nigdy nie zaszkodzi. Ale nie debatujemy całymi godzinami nad tym, jak ma wyglądać dekoracja sali albo mój bukiet ślubny :) W dużej mierze chyba dlatego, że raczej wiemy, czego chcemy. Albo nam coś odpowiada, albo nie. Dotychczas największym wyzwaniem były dla nas zaproszenia, ale chyba się już z tym uporaliśmy :) W każdym razie to temat na osobną notkę. Pewnie notki dotyczące szczegółów tego dnia jeszcze się pojawią, ale zwyczajnie nie czułam potrzeby, żeby rozwodzić się nad tym wszystkim z rocznym wyprzedzeniem, gdyż, jak już wspomniałam, absorbują mnie także inne rzeczy, a przygotowania do ślubu stanowią przyjemne tło dla naszego codziennego życia i powodują, że jest ono bardziej ekscytujące, bo mamy na co czekać!

Cóż mogę odpowiedzieć na podszyte odrobiną paniki i nie taką znowu odrobiną potępienia dla nas – olewusów ;) słowa: „przecież ślub niedługo! Kiedy zajmiecie się tym, czy tamtym?”** Jedyne co przychodzi mi na myśl to: spokojnie! Zdążymy! To nasz dzień i my się nim będziemy martwić, gdy przyjdzie na to czas. A do tej pory załatwiamy wszystko krok po kroku. W końcu to jeszcze pięć miesięcy! Co z tego, że szybko minie? Przecież damy radę.

---------------------

*notka powstała 19 kwietnia w pociągu, kiedy to znowu jechałam słuzbowo do Warszawy, jakoś nie miałam okazji wcześniej jej opublikować z różnych względów; zamieszczam ją w formie niezmienionej, bo poza tym, że do ślubu zostało 4,5 miesiąca i że suknię mam już zamówioną, wszystko jest aktualne :)

** Zwłaszcza, że nie znoszę, gdy się mnie w jakikolwiek, nawet delikatny sposób ponagla! Mam ochotę wtedy zrobić wręcz przeciwnie :)


środa, 11 kwietnia 2012

Bo bez pracy nie ma kołaczy.

No i masz ci los! Jak widać, zawsze musi być ten pierwszy raz, bo nigdy mi się to nie zdarza. Zapomniałam zabrać książki! Zawsze mam ze sobą jakąś w torebce. Ale tak się złożyło, że ostatnio skończyłam jedną czytać. Wieczorem przygotowałam sobie nową i położyłam na torbie. Ale że rano Franuś pomagał mi się zbierać do wyjścia, podał mi torbę, a nie włożył do środka książki. Moja wina, bo mu nie powiedziałam, że torba nie do końca spakowana :) On wie, że trzeba mnie pilnować, bo ostatnio na wyjazd służbowy nie zabrałabym ani laptopa ani dokumentów gdyby nie on :P
A więc jadę sobie dzisiaj znowu na delegację do Warszawy – bez książki jak już wspomniałam i nawet bez czasopisma językowego, bo wszystkie już przeczytałam i czekam na kolejny numer. Na całe szczęście spakowałam w ostatniej chwili Claudię, więc tak całkiem bez czytadła nie pozostałam. Mam też służbowego laptopa, więc wykorzystałam sobie ten czas na napisanie notki, którą opublikuję przy najbliższej okazji. Albo inaczej – którą Onet pozwoli mi opublikować :)
Od razu zaznaczam, że i tym razem na żadną kawę w stolicy z blogowymi znajomymi nie ma szans, bo czas mam ściśle zaplanowany. Tym razem nie jadę już  o żadną tarczę walczyć ;), wyjazd jest typowo służbowy.
I tak właśnie rozpoczyna się mój drugi rok pracy w tej firmie. Sporo się pozmieniało od ubiegłego roku, zwłaszcza ostatnio miało miejsce sporo zmian, dlatego tym bardziej obawiałam się o mój dalszy los w Winiarni. Krótko mówiąc, jedną ze zmian było odejście osoby, która mnie przyjmowała do pracy. Przyszła nowa Pani Prezes. Pierwszą z nią rozmowę miałam w lutym i już wtedy częściowo mogłam odetchnąć – wiedziałam, że zrobiłam na niej duże wrażenie. Ale oczywiście dopóki nie dostałam wszystkiego na piśmie, niczego nie byłam pewna. Jednak podczas mojego marcowego wyjazdu powtórzyła, że odebrała pozytywnie mnie i moje podejście do pracy, do tego mój bezpośredni przełożony wyrażał się o mnie w samych superlatywach, a więc nie widzi powodu, żeby umowy mi nie przedłużyć. Dostałam więc do podpisania umowę, a także, jak już wspominałam ostatnio, zaproponowano mi podwyżkę. Ponadto moja pozycja w firmie nieco się umocniła i najkrócej rzecz ujmując stałam się trochę ważniejsza ;)
Na chwilę więc mam spokój, chociaż oczywiście gwarancji nie ma się nigdy na nic. Natomiast odkąd pamiętam wiem, że lepiej za wysoko nie siedzieć i tego się będę trzymać :D Na szczęście nigdy nie miałam takich ambicji. Od początku (już w poprzednim miejscu pracy) miałam dużą swobodę działania i samodzielne stanowisko, ale jednak bezpośrednio komuś podlegałam i chyba tak pracuje mi się najlepiej.
To by było na tyle jeśli chodzi o jakieś szczegóły, które chciałabym na temat moich dalszych losów w firmie ujawniać. Ten rok minął mi bardzo szybko i naprawdę dużo się nauczyłam. Bardzo lubię swoje obowiązki (Prezes stwierdziła przy naszym pierwszym spotkaniu, że to widać :)), w dużej mierze sama sobie zorganizowałam pracę – dostałam informację, czego się ode mnie oczekuje, ale żadnych wytycznych co do tego, w jaki sposób mam pracować. Na początku czułam się lekko skonsternowana – pamiętam kwiecień ubiegłego roku, kiedy to przez większość część czasu w pracy siedziałam bezczynnie i czytałam istrukcję naszego programu komputerowego :) Ostatecznie okazało się jednak, że wyszło mi to na dobre – wszystkie rozwiązania opracowałam sobie sama, pracuję posługując się metodami, które mi odpowiadają, a swoją skrupulatnością zaskoczyłam sporo osób. Moich przełożonych interesują efekty mojej pracy – i je widzą. A ja jestem naprawdę zadowolona siedząc w samodzielnie skonstruowanych tabelkach, szacując i licząc – to mój żywioł :) Do tego mam jeszcze okazję pracować w języku angielskim (a nawet zdarzyło się, że hiszpańskim), więcej mi nie trzeba. Do godzin pracy się już całkowicie przyzwyczaiłam, odległość też mi nie doskwiera tak bardzo, zwłaszcza, gdy sobie włączę tryb marzeń o tym, że może się kiedyś przestawimy w tamtą część Poznania :) Oczywiście nic nie jest nigdy idealne, a więc i tutaj zdarzają się gorsze dni, bywa, że się martwię z powodu jakiejś sytuacji w pracy, ale ostatecznie chyba niczego bym nie zmieniała, bo źle wcale nie jest, a moje zmartwienia często wynikają po prostu z tego mojego nieszczęsnego charakteru i faktu, że wszystko przeżywam i rozpamiętuję dziesięć razy intensywniej niż powinnam.
Proszę, no i tak to fakt, że zapomniałam książki przysłużył się mojemu blogowaniu :) Przy okazji, wszystkich zainteresowanych pragnę poinformować, że naprawdę podjęłam już kroki zmierzające ku temu, żeby się z Onetu ostatecznie wynieść. Ale okazało się to nie takie proste, jak widać, dla takiej ciemnej blondynki, jaką jestem, inne portale są dość skomplikowane. A przy założeniu, że nie wyobrażam sobie zacząć pisać, zanim wszystkiego nie przygotuję tak, jak ma być od strony graficznej (przypominam, że zanim zaczęłam pisać na tym blogu, przez około miesiąć go dopieszczałam, aby miejsce było MOJE :)), wszystko może jeszcze trochę potrwać.
O, i już Warszawa Zachodnia… :)