Mój blog i moje kredki. Margolka bez koloryzowania :)
*OGŁOSZENIE*
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
środa, 17 lutego 2016
Służbowy wyjazd.
środa, 27 lutego 2013
Pracowita refleksja
sobota, 14 lipca 2012
Konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy :)
A Warszawa nie taka straszna, jak ją sobie chwilami w głowie malowałam :) Zmiany owszem są, ale na szczęście mnie (i w zasadzie naszej firmy) specjalnie nie dotykają. Zmieniają się trochę pewne proporcje i relacje z firmą, która dla nas pracuje i musieliśmy określić na nowo zakres moich obowiązków, ale w zasadzie mam nadal robić to samo, co robiłam, tyle, że teraz oficjalnie :) Ale okazało się, że tak naprawdę to i tak był po części pretekst, bo przede wszystkim chcieli, żebym przyjechała, bo Anglia poprosiła ich o zdjęcia całego teamu no i bardzo im mnie brakowało na obrazku :)
Miałam jechać we wtorek, ale potem termin został przeniesiony na środę. Nie chcieli, żebym musiała za wcześnie wstawać (:P) więc kupili mi bilet na 8:30, upewnili się, że będzie klima w pociągu i że wszystko mi pasuje. W środę stawiłam się na dworcu o 8:00 i po jakichś piętnastu minutach usłyszałam, że mój pociąg będzie opóźniony około 30 minut. Cóż, no problem. Napisałam smsa do Finansowego, otrzymałam odpowiedź "ok" i siedziałam dalej. Gdy zbliżała się 9, wyszłam do hallu i zobaczyłam tłum ludzi pod tablicą z rozkładem jazdy. A na tymże rozkładzie listę pociągów z dopiskiem opóźnienia: 140 min, 70 min, 40 min, 55min itd itp. Już wiedziałam, że trzeba mi było we wtorek a nie w środę jechać :P I tylko cieszyłam się, że przełożeni tak się zatroszczyli o mój dobry sen i nie kupili mi biletu na siódmą :P Mój "Chrobry" wyjechał już o 9:40 a ten o siódmej ruszył jakieś pięć minut wcześniej a i tak spotkaliśmy się na stacji w Kutnie :) Podróż w ogóle była jakaś pechowa, dwa razy wsiadali sokiści i wyprowadzali jakichś delikwentów, przepuszczaliśmy inne pociągi tak, że ostatecznie zamiast o 11:15, przyjechałam o 13:00. Do tego okazało się, że zapomniałam voucherów na taksówkę :) Ostatecznie jednak dotarłam do firmy, ekspresowo załatwiliśmy, co było do załatwienia, zdjęcia cyknęliśmy, konspekt rozpisaliśmy, zdałam sprawozdanie z sytuacji poznańskiej i już musiałam wychodzić, bo pociąg powrotny miałam już o 15:35 :) Tym razem jednak podróż przebiegła bez zakłóceń.
Lubię jeździć w te delegacje. Nie dość, że firma dba o to, żebym jechała w komfortowych warunkach, to jeszcze mam możliwość poczytania albo napisania notki podczas podróży :) Poza tym, bardzo lubię atmosferę, która panuje w Warszawie po tym, jak zmieniła się "góra", przyznam, że wyjeżdżam stamtąd z lekkim żalem. Wiem, że traktują mnie jak część zespołu, ale trochę mi żal, że nie mogę z nimi siedzieć na co dzień. Choć z drugiej strony to powoduje, że kiedy przyjeżdżam, jestem traktowana jako gość specjalny :P Poza tym, bardzo się troszczą o to, jaką atmosferę mam w pracy w Poznaniu, dzwonią regularnie i pytają, czy wszystko jest ok - i bynajmniej nie mają na myśli tylko spraw służbowych. To bardzo miłe. Moja rola w Poznaniu do łatwych nie należy - pracuję z inną firmą, w dodatku jestem jakby ich zwierzchnikiem, a jakby tego było mało, zajmuję się controllingiem. Jakby nie było, jestem od tego, żeby wykrywać czyjeś błędy i pomyłki - nikt tego nie lubi :) Więc tak naprawdę wcale nie mam najgorzej w tym Poznaniu i Współpracownicy są wobec mnie ok. Pojedyncze incydenty czasami muszę przełknąć, pewnie wszędzie się to zdarza, a że ja z tych bardziej wrażliwych to i przeżywam bardziej, niż należy. Narzekać nie zamierzam, bo i tak uważam, że mam świetną pracę :)
Właśnie, a propos narzekania, ja wiem, że PKP jest spółką wyjątkowo irytującą. I że wściec się można, na takie opóźnienia. Sama pewnie w innych okolicznościach byłabym bardziej wkurzona. Ale nie zmienia to faktu, że ja jednak nie znoszę słuchać, jak inni tak biadolą, psioczą i jęczą! I tak przecież tym gadaniem nie przyspieszą pociągu. Dotyczy to zresztą nie tylko sfery kolejowej, ale każdej innej. Sama święta oczywiście nie jestem i nie zawsze wszystko mi się podoba, ale mimo wszystko, to wieczne niezadowolenie niektórych ludzi mnie dobija.
Ja właściwie nie o tym miałam :) Ale w takim razie notka zamierzona zostaje odroczona :)
piątek, 4 maja 2012
W podróży służbowej
Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)
Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.
Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.
Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)
Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.
Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.
I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)
sobota, 28 kwietnia 2012
Spokojnie! Bez paniki!
Uświadomiłam sobie właśnie, że to już za pięć miesięcy!* Przypuszczam, że część z Was w ogóle zapomniała o tym, że we wrześniu wychodzę za mąż :) A druga część, zachodzi w głowę, jak to możliwe, że tak mało piszę na ten temat na blogu – czyżby mnie to wszystko mało obchodziło? :) Cóż, mam chyba dość specyficzne podejście, w każdym razie przyznaję, że ja się dziwię, jak to może być, że wraz z momentem zaręczyn, życie pewnych osób zaczyna kręcić się tylko i wyłącznie wokół przygotowań do ślubu i wesela :) No jakaś dziwna jestem, ale ja tak nie mam i zdecydowanie bardziej absorbuje mnie moje życie codzienne i praca. I jakoś bardziej stresował mnie fakt, ze ciągle nie mamy lodówki niż to, że jeszcze nawet nie zaczęłam rozglądać się za suknią ślubną.
Oczywiście, że ślub i wesele mnie obchodzą. I chociaż czekam na 15 września spokojnie i cierpliwie, to nie mogę się tego dnia doczekać. Ale jak już wspominałam kilka razy, przede wszystkim szykuję się na ten dzień duchowo. Nie mogę się doczekać tego, jak będzie już po ślubie. I niech nikt nie próbuje mi wmówić, że nic się nie zmieni, bo my wiemy, że zmieni się bardzo dużo. Ślub ma dla nas ogromne znaczenie, nie jest tylko legalizacją związku albo przedstawieniem dla rodziny. Myślę, że część osób doskonale wie, o czym piszę. A z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy są w stanie nas zrozumieć – na przykład brat Franka cały czas powtarza, że ślub niczego nie zmienił w życiu jego i jego żony – ot, po prostu formalnie stali się małżeństwem. Nie potępiam takiej postawy, ale jednocześnie cieszę się, że oboje z Frankiem zgadzamy się, że jest na co czekać i że jednak będzie inaczej – choćby to „inaczej” miało wynikać jedynie z tego, że coś nam się w głowach poprzestawiało.
Zależy nam, rzecz jasna, na tym, żeby ten dzień był wyjątkowy pod każdym względem – także pod względem oprawy. Każda para ma na tę okoliczność swoje plany i własne wyobrażenia. My chcemy, żeby było wesoło, ale przede wszystkim dostojnie. Nie należymy do zgrywusów, więc się specjalnie nie będziemy wygłupiać – filmiki z pozorowaną nocą poślubną (jakie proponował nam kamerzysta) w naszym wypadku nie wchodzą w grę. To ma być nasz dzień i my mamy być w centrum uwagi, chociaż oczywiście wesele robimy nie tylko dla siebie, ale także dla gości – którzy są dla nas bardzo ważnym elementem. Postaramy się, żeby w tym dniu towarzyszyły nam osoby, na których najbardziej nam zależy. Będzie sporo osób, ale nie mamy zamiaru sprowadzać dalekich kuzynów z Ameryki ;) Oprócz relatywnie sporej grupki bliskich znajomych, mamy zamiar zaprosić najbliższą rodzinę. Nie z każdym co prawda mamy regularny i bliski kontakt, ale będzie to dobra okazja do tego, żeby się spotkać. Wychodzimy z założenia, że jeśli komuś będzie zależało, to się zjawi – jeśli nie, to znaczy, że chyba nie warto się takimi osobami przejmować i lepiej skupić się na tych, którzy chcą uczestniczyć w tym dniu i celebrować go wraz z nami.
Jak widać, bardziej skupiam się na odczuciach i emocjach zwiazanych z tym dniem niż na szczegółach organizacyjnych. Nie znaczy to, że ma być byle jak – chcemy by było tradycyjnie i bez udziwnień. Nie zależy nam na wywołaniu efektu WOW!, chociaż oczywiście trochę oryginalności nigdy nie zaszkodzi. Ale nie debatujemy całymi godzinami nad tym, jak ma wyglądać dekoracja sali albo mój bukiet ślubny :) W dużej mierze chyba dlatego, że raczej wiemy, czego chcemy. Albo nam coś odpowiada, albo nie. Dotychczas największym wyzwaniem były dla nas zaproszenia, ale chyba się już z tym uporaliśmy :) W każdym razie to temat na osobną notkę. Pewnie notki dotyczące szczegółów tego dnia jeszcze się pojawią, ale zwyczajnie nie czułam potrzeby, żeby rozwodzić się nad tym wszystkim z rocznym wyprzedzeniem, gdyż, jak już wspomniałam, absorbują mnie także inne rzeczy, a przygotowania do ślubu stanowią przyjemne tło dla naszego codziennego życia i powodują, że jest ono bardziej ekscytujące, bo mamy na co czekać!
Cóż mogę odpowiedzieć na podszyte odrobiną paniki i nie taką znowu odrobiną potępienia dla nas – olewusów ;) słowa: „przecież ślub niedługo! Kiedy zajmiecie się tym, czy tamtym?”** Jedyne co przychodzi mi na myśl to: spokojnie! Zdążymy! To nasz dzień i my się nim będziemy martwić, gdy przyjdzie na to czas. A do tej pory załatwiamy wszystko krok po kroku. W końcu to jeszcze pięć miesięcy! Co z tego, że szybko minie? Przecież damy radę.
---------------------
*notka powstała 19 kwietnia w pociągu, kiedy to znowu jechałam słuzbowo do Warszawy, jakoś nie miałam okazji wcześniej jej opublikować z różnych względów; zamieszczam ją w formie niezmienionej, bo poza tym, że do ślubu zostało 4,5 miesiąca i że suknię mam już zamówioną, wszystko jest aktualne :)
** Zwłaszcza, że nie znoszę, gdy się mnie w jakikolwiek, nawet delikatny sposób ponagla! Mam ochotę wtedy zrobić wręcz przeciwnie :)