*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważni ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważni ludzie. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

Znowu towarzysko.

Dobry nastrój mnie nie opuszcza. To znaczy miałam przez krótką chwilę wrażenie, jakby się oddalał, ale trwało to raptem jakieś cztery godziny i potem wróciło wszystko do normy :) 
Wczoraj mieliśmy bardzo miły i towarzyski dzień. Franek co prawda w pracy. Ale Wiking i ja wybraliśmy się do Adasia i jego mamy Agnieszki. Wspominałam już o nich w notce sierpniowej. Od tamtej pory nasza relacja trochę się zmieniła. Poznałyśmy się lepiej i nasze spotkania nie polegają już tylko na wspólnym spacerze i obgadaniu spraw związanych z karmieniem piersią, ulewaniem albo wspomnieniami z porodówki ;) Teraz rozmawiamy już o wszystkim i przychodzi nam to bardzo naturalnie. Gadamy sobie o pracy, o znajomych, o mężach, o jakichś doświadczeniach z przeszłości a nawet o polityce :) Nie spotykamy się jakoś bardzo często - po prostu z braku czasu. Zwykle wypada to raz, dwa razy na tydzień, bo w inne dni któraś z nas ma jakieś swoje sprawy do pozałatwiania. Ale kiedy się już umawiamy to zwykle na pół dnia. Teraz już odwiedzamy się w domach. Dobrze czujemy się w swoim towarzystwie i to jest chyba najważniejsze, bo w takim wypadku te spotkania nie służą tylko zabiciu czasu, ale są po prostu przyjemnością. Poza tym zawsze można coś zrobić w czasie, kiedy jedna osoba zajmie się obydwoma chłopakami -wczoraj na przykład Aga musiała coś zrobić, więc ja przez chwilę zajęłam się Adasiem i Wikingiem. W trakcie tego spotkania okazało się też, że w piątek będę musiała gdzieś wyjść bez Wikinga, a Franek jednak nie zdąży dojechać przed moim wyjściem. Zastanawiałam się na głos, jak tę kwestię rozwiązać i wtedy Agnieszka zaproponowała, że jeśli to jest kwestia godziny-dwóch, to przecież może się zająć Wikingiem i przez ten czas jakoś sobie da radę :) Byłam jej bardzo wdzięczna za tę propozycję i być może w przyszłości rzeczywiście przy jakiejś okazji z niej skorzystam. Ale ostatecznie przypomniałam sobie, że przecież w piątek będzie u nas Dorota, więc nie będzie problemu, bo ona się Wikingiem zajmie do powrotu Franka :)
To jest oczywiście kolejny powód mojego dobrego samopoczucia. Jutro przyjeżdża do nas Dorotka! Już się nie możemy doczekać, zwłaszcza, że u niej dużo się dzieje i musi nam wszystko opowiedzieć. Tylko czasu niestety będzie na to mało, bo już w piątek musi wyjeżdżać. Dorota oprócz wykładów w Szczecinie ma jeszcze zajęcia w Łodzi i tak kursuje po całej Polsce. Ale zawsze to chociaż dwa dni spędzone razem. Dobre i to :) I tak ważniejsze jest dla mnie to, że jednak spotykamy się z regularnością - co dwa miesiące Dorota nas odwiedza.
Poza tym pogadałam sobie wczoraj przez telefon z (już nie) hiszpańską Karoliną. W sumie to już nie pamiętam, co Wam na jej temat pisałam. Wspominałam chyba, że zdecydowała się wyprowadzić z Hiszpanii i wrócić do Polski, ale nie wiem, czy aktualizowałam te dane? W każdym razie Karolina od miesiąca pracuje w Warszawie :) Teraz ma sporo na głowie, bo jeszcze przeprowadzka i dodatkowe zajęcia w jakiejś szkole językowej, ale wstępnie umówiłyśmy się na kolejny weekend. Przyjedzie do nas i zrobi nam hiszpańską tortillę :) Dosyć długo rozmawiałyśmy o różnych sprawach i w pewnym momencie Karolina powiedziała, że jak już urządzi do końca swój pokój to musimy wpaść z Wikingiem, bo będzie się gdzie bawić. A potem dodała jeszcze, że jak coś to chętnie z nim zostanie, jeśli na przykład będziemy chcieli z Frankiem iść do kina :) Proszę bardzo, w takich momentach zaczynam wierzyć w to, że te wszystkie moje zmartwienia, że jesteśmy tu zupełnie sami i w nagłych wypadkach nie mamy się do kogo zwrócić o pomoc są zupełnie niepotrzebne i jakoś się wszystko rozwiąże. Bo na przykład teraz - wydawało mi się, że nie będę miała co zrobić z Wikingiem, a w ciągu paru godzin okazało się, że pojawiły się trzy rozwiązania :)
Wracając do Karoliny - kiedy skończyłam rozmowę, bardzo dziwnie się czułam :) A to dlatego, że przez ostatnie osiem lat komunikowałyśmy się ze sobą głównie mailowo. A tu nagle taka luźna gadka przez telefon - już zapomniałam, że z Karoliną się tak fajnie rozmawia :) Warto było pielęgnować tę naszą znajomość przez te wszystkie lata od ukończenia studiów, pomimo sporej odległości, choćby po to, żeby dziś przekonać się, że fajnie nam się rozmawia i że obie czekamy z niecierpliwością na kolejne spotkanie, które jest zapowiedzią bardzo przyjemnie spędzonego czasu.

Ludzie jednak są mi bardzo potrzebni do szczęścia :) Zwłaszcza życzliwi ludzie. O tym sobie wczoraj wieczorem rozmyślałam i przyszła mi nawet do głowy kolejna notka na ten temat. Ale poza tym pomyślałam sobie też, że w gruncie rzeczy, odkąd pojawił się Wiking intensywność naszego życia (mojego i Franka) wcale się nie zmieniła. Nadal jesteśmy zabiegani, ciągle coś załatwiamy, ciągle gdzieś jedziemy, ciągle coś robimy. I co najważniejsze - ciągle się z kimś spotykamy. Prawie każdy weekend mamy zajęty, w ciągu tygodnia też się z kimś widujemy. Lubimy to i Wiking chyba też polubił, bo jego zachowanie zdecydowanie wskazuje na to, że ma naturę tak samo towarzyską jak my :)

poniedziałek, 2 listopada 2015

By ci żaba buzi dała...


Zastanawiałam się, jak zatytułować tę notkę i nagle przyszło mi do głowy jedno z ulubionych powiedzonek mojego dziadka. A że dzisiaj o dziadku będzie, to tytuł jak znalazł...
Oprócz tego, że 1 listopada jest w naszej rodzinie dniem, kiedy odwiedzamy groby bliskich, jest to także dzień, w którym mój dziadek obchodzi urodziny. Wczoraj skończył 79 lat. 
Trzyma się całkiem dobrze, chociaż może nie jest już w najlepszej kondycji fizycznej. Lata pracy za biurkiem zrobiły swoje. W zasadzie krótko po szkole zatrudnił się w pracy w banku, potem został głównym księgowym, następnie był dyrektorem kilku oddziałów jednego z większych banków w Polsce (przynajmniej w Polsce zachodniej ;)) Z drugiej jednak strony, jego rodzice prowadzili gospodarstwo rolne - mieli krowy, kury, pola i łąki. Więc bardzo często zaraz po pracy, dziadziu przebierał się, wsiadał na rower i jechał pracować na pole. Zresztą nawet dziś wszędzie jeździ na rowerze, więc może nie jest najgorzej z tą kondycją ;)
Dziadek zawsze był z tych, co to rozpieszczają swoje wnuczki :) Pisałam już kiedyś o nim tutaj i wspominałam, jak niemal co tydzień zabierał nas do sklepu, gdzie mogłyśmy wybierać sobie co tylko chciałyśmy ze słodyczy :) To właśnie on zabierał nas zawsze do cyrku i do wesołego miasteczka. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że mój dziadek zawsze miał dwa oblicza - jedno to poważny księgowy zza biurka, ważna osobistość w Przymiasteczku, drugie - wesoły dziadzio, biegający z wnuczkami od karuzeli do karuzeli :) Ale dziadziu jest do dzisiaj bardzo szanowany i lubiany w Przymiasteczku, to jest po prostu tym osoby, która jest bardzo otwarta, sympatyczna, lubi zagadać i ma mnóstwo znajomych. Co chwilę ktoś się mu na ulicy kłania. Wczoraj, kiedy szliśmy całą rodziną na cmentarz, zaczepił go nawet facet niewiele starszy ode mnie i zastanawiam się, skąd mój dziadek ma takich znajomych :D
Wspominałam kiedyś również o tym, że dziadek zawsze lubił się nami chwalić. I pozostało mu to do dziś. Z tym, że teraz chwali się jeszcze wszem i wobec tym, że został pradziadkiem :) (swego czasu w moich "złotych myślach" -wiecie, taki zeszyt, do którego wpisywały się inne osoby - odpowiadając na pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości" odpowiedział, że pradziadkiem, cieszę się, że mu się to udało :)) Dumnie prowadzi wózek i kiedy tylko spotka kogoś znajomego opowiada o Wikingu :) Zresztą przyznam, że jestem zaskoczona tym, jakim pradziadkiem się okazał. Pamiętam swojego, który czasami z nami pogadał, opowiedział jakąś historyjkę, ale zwykle kręcił się gdzieś po obejściu i niespecjalnie się chyba nami interesował :) Nie wiem dlaczego, myślałam, że dziadziu też będzie takim pradziadziem z daleka. A tymczasem się zupełnie pomyliłam. Bardzo często do nas przyjeżdża, zachwyca się Wikingiem, bierze go na ręce, zabawia go... Miło popatrzeć :)

Na mojego dziadzia zawsze możemy liczyć. Potrafi wszystko - od sklejenia szuflady, poprzez naprawę silnika w samochodzie po zrobienie pierogów. Jeśli chodzi o to ostatnie, to życie go tego nauczyło. W wieku 57 lat został wdowcem. Przez kilka lat jeszcze pracował a potem przeszedł na emeryturę i nauczył się prowadzić gospodarstwo domowe. Gotuje, pierze, sprząta. Wspominałam, że przez jakiś czas z nim mieszkałam. Dziadzio mi nawet śniadania do szkoły przygotowywał, dopóki stanowczo przeciwko temu nie zaprotestowałam :) Musimy już trochę dziadka hamować w tych jego zapędach, bo zapomina czasami, że musi mierzyć siły na zamiary :) Wujek więc przychodzi do niego sprzątać, nie pozwalamy mu już na przykład pomagać we wnoszeniu wózka z Wikingiem na drugie piętro i tak dalej. 
Niemniej jednak mój dziadek jest cały czas bardzo aktywny. Ciągle gdzieś chodzi, ciągle coś załatwia. Jest doskonałą ilustracją słów "wesołe jest życie staruszka" :) Działa w różnych stowarzyszeniach, jeździ na zjazdy, spotyka się ze znajomymi. Kiedy miał 65 lat zrobił prawo jazdy! Chciał być bardziej samodzielny i rzeczywiście na te zjazdy jeździ często sam z kolegami, chociaż na szczęście zdaje już sobie sprawę z tego, że i wzrok i refleks nie ten, więc jeździ bardzo rozsądnie. W sensie - w rozsądnych dawkach (kiedy nie musi, to nie jedzie), nie jeździ po zmroku, nie szarżuje. Teraz już rzadko wybiera się w dalekie trasy, zwykle kursuje tylko na odcinku Przymiasteczko-Miasteczko, a to i tak wtedy, kiedy wujek nie może z nim jechać. 
Franek zawsze powtarza, że gdy będzie na emeryturze, chciałby prowadzić taki tryb życia, jak mój dziadek. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś robi, ciągle się z kimś spotyka. Nie siedzi przed telewizorem i nie ogląda serialu za serialem :) Chociaż i tak telewizji ogląda bardzo dużo, bo cały czas jak nie tenis, to piłka nożna, jak nie piłka nożna to jakiś inny sport. Czasami jakiś program przyrodniczy. W wolnych chwilach dziadziu, jak to zwykle dziadkowie mają w zwyczaju, rozwiązuje krzyżówki. A jak nie zna jakiegoś hasła, to włącza komputer i sprawdza w Google. Jakiś czas temu się dziadziowi zepsuł komputer i musieliśmy na szybko organizować mu jakiś zastępczy, bo on codziennie z internetu korzysta i nie mógł normalnie funkcjonować przy tej awarii (skąd ja to znam :)). Ale już sobie sprawił nowego laptopa i jest w porządku. Teraz bez problemu może sobie obejrzeć jakieś filmiki na youtube (nie byle co, jest kilka tematów, które go interesują), znaleźć jakiś przepis na obiad, przejrzeć jakieś mapy terenów, z których pochodzi, ułożyć sobie system za pomocą którego gra w totka itp. Dziadek lubi też słuchać muzyki - zwykle jest to klasyka. Na MP3 oczywiście ;)

Niestety, czas nie omija dziadzia swoim działaniem. Starzeje się, jak każdy. Ale cieszę się, że nie jest znudzonym życiem, narzekającym staruszkiem. Czasami nawet nam trudno jest pamiętać o tym, że ma już prawie osiemdziesiąt lat. Nadal dzwonimy do niego w wielu sprawach - a to chciałam zapytać o jakiś produkt bankowy (dziadek jeszcze tak zupełnie nie wypadł z obiegu, a kiedy wchodzi do swojego dawnego oddziału wszyscy go obsługują poza kolejnością i mówią do niego "szefie"), a to poradzić się w sprawie lodówki, z której coś cieknie, innym razem dzwoniłam, żeby zapytać, jak zrobił tę fasolkę, która była ostatnio na obiad. W dużej mierze to dzięki dziadziowi miałam takie piękne dzieciństwo, to on nauczył mnie wielu rzeczy, zwłaszcza, kiedy z nim mieszkałam.Wytrzymał ze mną, kiedy byłam niedobrą nastolatką, która się z nim często kłóciła. A on miał do mnie anielską cierpliwość. I choć czasami wkurzał mnie bardzo (bo na coś mi nie pozwalał, bo coś niepotrzebnie komentował, bo oglądał mecz, kiedy ja chciałam oglądać M jak miłość :)), to zawsze był obok, zawsze wspierał, pomagał, odciążał. I mimo wszystko rozpieszczał. Mam nadzieję, że tak pozostanie jeszcze przez długie lata :)

czwartek, 24 września 2015

A po skórzanej szklana...

Tak jest, w ostatnich dniach obchodziłam również piętnastą rocznicę, choć nie ślubu rzecz jasna :)
Przyjechała Dorota i miałyśmy okazję uczcić piętnastolecie naszej znajomości! Od 1 września możemy już mówić, że znamy się dłużej niż połowę naszego życia!
Dobrze wiecie, że o Dorocie pisałam i pisze tu wielokrotnie, dość regularnie i w różnych kontekstach, wystarczy kliknąć na odpowiednią etykietę, żeby się o tym przekonać. Pisałam też o tym, jak się poznałyśmy, ale jako, że mamy takie święto, pokrótce przypomnę tamto wydarzenie.
1 września 2000 roku obie rozpoczęłyśmy naukę w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. Wcześniej nigdy się nie spotkałyśmy, nigdy o sobie nie słyszałyśmy. Nasi rodzice też się nie znali. Można więc trochę powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia ;) Po prostu zaiskrzyło - cała moja nowa klasa czekała na wychowawczynię, która miała nas przywitać i oprowadzić po szkole. Ponad trzydzieści osób, niektórzy się znali z podstawówki, z podwórka, skądś tam jeszcze... Ja znałam tylko dwie osoby, które chodziły ze mną do podstawówki i z którymi nigdy (również w liceum) nie byłam blisko. Reszty nigdy na oczy nawet nie widziałam, czułam się obca i zagubiona. I wtedy podeszła do mnie Dorota. Pamiętam nawet jak była ubrana :P Miała na sobie bordową koszulę :) Podeszła, przedstawiła się i od tej pory zostałyśmy koleżankami :) Dziś wiem, że podeszła, bo wydałam jej się sympatyczna i normalna :P Umówiłyśmy się, że od poniedziałku (bo 1 września w tamtym roku wypadał w piątek) będziemy siedzieć razem na angielskim. Na paru innych lekcjach też siedziałyśmy razem, choć chyba częściej siedziałam z Juską. 

Stopień naszej bliskości był różny, czasami było nam bardziej po drodze, czasami mniej, ale zawsze byłyśmy dobrymi lub bardzo dobrymi koleżankami. To, że zamieszkałyśmy razem na studiach było trochę kwestią przypadku i to był jeden z lepszych przypadków w moim życiu :) Wiele razy wspominałam o tym, że mieszkało nam się razem bardzo dobrze i tamte pięć lat spędzonych w jednym pokoju niczego między nami nie zepsuło. Nie zepsuła też moja wyprowadzka do Warszawy, a nawet myślę sobie, czy przypadkiem nas ona w pewien sposób jeszcze do siebie nie zbliżyła.

Mam wiele bardzo dobrych, serdecznych koleżanek. Ale przyznać muszę, że relacja między mną a Dorotą jest bardzo specyficzna i na pewno w jakiś sposób wyjątkowa, choć nie do końca wiem, z czego to wynika. Myślę, że nie ma sensu za bardzo jej opisywać, bo chyba da się to wyczytać z moich notek. Czujemy się w swoim towarzystwie absolutnie swobodnie, rozumiemy się niemal bez słów, porozumiewamy się półsłówkami i bez zbędnych wstępów (w smsach i mailach). Znamy swoje słabości i akceptujemy się w zasadzie bezwarunkowo. Doskonale wiem, z jakich moich zachowań podśmiewa się Dorota i które moje cechy są według niej moimi wadami. Rzecz w tym, że to jest chyba jedyna osoba (nie licząc Franka i rodziny) przed którą nie muszę się z niczego tłumaczyć. Zna mnie jak nikt (znowu nie licząc wspomnianych wcześniej ;)). I najważniejsze jest dla mnie właśnie to, że akceptuje mnie taką, jaka jestem. Nie boję się, że mnie obgada (jasne, że o mnie gada za moimi plecami :P tyle, że wiem doskonale, że nigdy nie mówi o mnie mając złe intencje, w tym co mówi nie ma złośliwości, wiem, że zawsze jest mi życzliwa; a skąd to wiem? znikąd, chyba po prostu jej ufam), że coś głupiego sobie na mój temat pomyśli i tak dalej. 
Sporo już razem przeżyłyśmy i mam nadzieję, że przeżyjemy jeszcze więcej :) Zawsze się zastanawiam, dlaczego tak lubi spędzać ze mną czas, skoro często polega on tylko na wspólnym zaleganiu przed telewizorem, łażeniu po sklepach albo spacerowaniu (kiedyś jeszcze wspólne ćwiczenia były) - nic wielkiego :) Zastanawiam się też, co powoduje, że chce się jej do nas przyjeżdżać te 300 km. Czasami mam obawy (którymi dzielę się z Frankiem, ale on wybija mi je z głowy), że się jej znudzę i przestanie mnie lubić :P Ale ona zawsze powtarza, że mnie kocha (kiedy wczoraj się ze mną żegnała to były jej ostatnie słowa), więc mam nadzieję, że chociaż miłość zostanie :D

Bez Doroty byłoby źle. Mimo, że widujemy się najwyżej raz na dwa miesiące, że czasami nie kontaktujemy się ze sobą przez kilka tygodni... I tak wiem, że byłoby źle. To było bardzo dobre piętnaście lat :) 
Dorota przywiozła ze sobą czekoladki (galaretki w czekoladzie - ani ona ani Franek ich nie lubią, to było tylko dla mnie! :D), herbatę i butelkę szampana, którą postawiła przede mną i powiedziała "to na naszą rocznicę, musimy ją razem obalić! nie wiem kiedy, ale poczekam"... Będzie więc stała ta butelka u nas i czekała na czas, kiedy będziemy mogły celebrować rocznicę naszego poznania się w szampańskich humorach :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


środa, 1 lipca 2015

Tata i ja

Było ostatnio o mamie, to teraz czas na tatę :) Choć trochę się spóźniłam z tą notką, ale nic to, co się odwlecze... :)
Na wstępie muszę zaznaczyć, że absolutnie nie występuje u nas w rodzinie instytucja "córeczki tatusia" i wręcz wkurza mnie, kiedy ktoś mówi o tym, że córeczki to zawsze tatusiowe są. U nas zawsze było tak, że to z mamą miałam lepszy kontakt i do mamy ze wszystkim leciałam. Co wcale nie znaczy, że w ogóle relacje z mamą miałam lepsze, bo z tatą zawsze miałam i mam równie dobre.
Rzecz w tym, że mój tata to zupełnie inny typ charakterologiczny niż ja :) Jest małomówny, spokojny, dość flegmatyczny, bardzo, ale to bardzo wyważony (jeśli pisałam o tym, że moja mama jest stoikiem, to mój tata bije ją w tym na głowę :)) Chociaż potrafi się też wkurzyć i robi się wtedy bardzo nieprzyjemny, widziałam go parę razy w akcji (nie w stosunku do mnie), więc lepiej mu nie podpadać :) Ale nie dzieje się to zbyt często. Może właśnie dlatego te wybuchy, jeśli już następują, są bardzo gwałtowne.

Gdybym miała określić mojego tatę jednym słowem, to powiedziałabym, że jest bardzo mądry. No dobra, to dwa słowa. Ale faktem jest, że mój tata jest naprawdę piekielnie inteligentny i ma analityczny umysł. Tata nie ma w zwyczaju gadać dla samego gadania. Ale kiedy się już odezwie, to naprawdę daje do myślenia. Swoje zdanie wygłasza prawie zawsze tylko wtedy, kiedy jest o nie pytany. Bardzo często zasięgam opinii taty i bardzo się liczę z jego zdaniem.
Z takimi codziennymi sprawami zawsze dzwonię do mamy. Żeby się wyżalić, wygadać, wyżyć emocjonalnie, poradzić też. Ale kiedy mam jakiś poważny dylemat życiowy, po radę zawsze zwracam się do taty i bardzo ważne jest dla mnie to, co powie. Jego rada jest zawsze bardzo logiczna i praktyczna... To właśnie z tatą rozmawiam o finansach, inwestycjach, czy polityce. I nie są to żadne burzliwe dyskusje, po prostu lubię wiedzieć, co mój tata myśli na dany temat, a że on się z tym nie obnosi, to zawsze najlepiej zapytać :)

Kiedy chodziłam do szkoły, tata godzinami odrabiał ze mną lekcje :) Głównie w liceum, bo chodziłam do klasy matematyczno-fizycznej i te przedmioty stały u nas na bardzo wysokim poziomie. A że mój tata to prawdziwy umysł ścisły, często siedział ze mną i rozwiązywał ze mną zadania. To dzięki niemu miałam z tych przedmiotów piątki (a nawet szóstki), bo przerobił ze mną tyle zadań (ze mną, nie za mnie :)), że nauczyłam się je rozwiązywać. Odkąd obie z siostrą skończyłyśmy szkołę, tata ratuje się różnego rodzaju zagadkami logicznymi ;) Cały czas gimnastykuje umysł, co zresztą procentuje, bo dzięki temu właśnie awansował, kiedy już był po pięćdziesiątce. Dzięki temu mamy okazję się nieco częściej widywać, bo regularnie przyjeżdża do Ministerstwa Finansów i czasami wpada również wtedy do nas.

Być może nigdy nie byłam typową córeczką tatusia. Ale tata zawsze był dla mnie bardzo ważną osobą. Kiedy byłam dzieckiem, to właśnie z nim zabawy pamiętam. Gdy byłam starsza, to tata potrafił postawić mnie do pionu. Kiedy dorosłam, to właśnie z jego zdaniem liczyłam się najbardziej (co wcale nie znaczy, że nie słuchałam mamy :P - o tym pisałam ostatnio, ale rzecz w tym, że moja mama też często się radzi taty). Wiem, że zawsze, ale to absolutnie zawsze mogę liczyć na pomoc z jego strony.

Właściwie trudno mi opisać relacje między nami - bo na pozór są one trochę z dystansem, a w rzeczywistości jesteśmy sobie przecież bliscy. Myślę, że to wszystko znowu wynika z tego, że w ogóle w rodzinie nie jesteśmy wylewni - to stwierdzenie powraca w moich notkach jak bumerang, bo jest istotą rzeczy :)
Wiele jest rzeczy, które wiążą się z moim tatą i których nigdy nie zapomnę. Ale są dwie takie, które bardzo odcisnęły się w mojej pamięci i myślę, że właśnie wiele mówią o tym, jaki tata jest dla mnie.
Być może pamiętacie taki program w telewizji, chyba sprzed piętnastu lat pt. "Wybacz mi". Kiedy leciał, miałam chyba jakieś 16 lat. Pewnego razu siedzieliśmy oboje, a w tle leciał odcinek, w którym jakiś facet przepraszał swoją narzeczoną za to, że ją uderzył. Błagał o wybaczenie i przysięgał, że to się nigdy nie powtórzy. Nagle mój tata ni z tego ni z owego powiedział do mnie: "Pamiętaj, jeśli kiedykolwiek jakiś chłopak cię uderzy, od razu uciekaj i nie wierz, że się zmieni! Nie zmieni się! Absolutnie się z nim nie zadawaj."
Druga sytuacja miała miejsce tuż po moim ślubie z Frankiem. Kiedy tata podszedł do niego, pogroził mu palcem i pół żartem, pół serio powiedział: "No, to teraz masz być dobrym mężem, bo jak nie, to będziesz miał ze mną do czynienia".
To się może wydawać zupełnie normalnie i przypuszczam, że wiele ojców w ten sposób się zachowuje w stosunku do swoich córek. Rzecz w tym, że ze względu na charakter mojego taty, takie zachowania wydają się zupełnie nie w jego stylu. Pozornie wycofany, żyjący w swoim świecie (zazwyczaj cyferek i historii ;)) - ale to właśnie tylko pozory. Tak naprawdę tata bacznie obserwuje, tyle tylko, że na co dzień daje nam, kobietom pole do popisu i wkracza do akcji tylko wtedy, gdy uważa, że tak trzeba :)

Mój tata ma w sobie coś takiego, że wiele osób szuka u niego aprobaty. Myślę, że wynika to z tego, że wydaje się on (znowu - to tylko pozory)... groźny, ale także właśnie dlatego, że ta mądrość - również życiowa od niego bije :) Franek właśnie na początku mojego taty trochę się bał - nie bardzo wiedział, co sobie tata o nim myśli i nie potrafił zinterpretować tego pozornego wycofania. Ale z biegiem czasu wszystko się zmieniło. Wystarczyło, że Franek spędził trochę więcej czasu z moją rodziną, żeby poznać wszystkich lepiej i już wiedział, co mojego tatę śmieszy, co interesuje, co złości. A kiedy spotykamy się we czwórkę, często woli sobie posiedzieć w milczeniu z moim tatą niż ze mną i mamą, które ciągle trajkoczemy ;) W ogóle to myślę, że odkąd jest moim mężem, zbliżyła ich do siebie bardzo jedna rzecz - jako, że jestem bardzo podobna do mojej mamy pod niemal każdym względem, obaj wiedzą, jak trudno czasami jest mieć taką żonę :D

czwartek, 11 czerwca 2015

2015 rokiem urodzaju

Jakiś czas temu pisałam o wysypie ciężarówek i o tym, że cieszę się z tego, że jestem pierwsza "w kolejce" do rozpakowania. Tak się rzeczywiście stało - urodziłam pierwsza, w dodatku na początku roku, co mnie naprawdę bardzo cieszy, bo to jeszcze dodatkowy symbol początku. Żal mi tylko Wikinga, bo wszystkie prezenty dostanie na w ciągu dwóch-trzech miesięcy (bo imieniny chyba wypadają mu w lutym) :P
W każdym razie, jakieś dwa tygodnie po mnie, też przed terminem, urodziła siostra mojego szwagra. Następnie, 11 lutego (trochę ponad tydzień po terminie) urodził się synek mojego kuzyna, a Karola urodziła 18 lutego - cztery dni później, niż miała.

Różnica czasowa niewielka, bo to raptem półtora miesiąca od narodzin Wikinga, ale jednak czułam się bardzo zadowolona z faktu, że byłam pierwsza :) Cieszyłam się, że poród mam już za sobą, a później cieszyło mnie to, że ze wszystkim jesteśmy trochę do przodu. Poza tym miło było uchodzić za tą bardziej doświadczoną :P
Okazało się jednak, że ten prawdziwy wysyp to ma dopiero nastąpić!

Kiedy mój tata pochwalił się, że został dziadkiem, dostał smsa zwrotnego z informacją, że inna moja kuzynka jest w ciąży z trzecim dzieckiem i będzie rodzić w maju.
Gdy byłam w ciąży, moje koleżanki bardzo mi kibicowały. A najbardziej oczywiście Dorota oraz Ala. Obie były na bieżąco zarówno przed, jak i po porodzie. Ala dzwoniła do mnie regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie. Zadzwoniła dwa dni po porodzie, później gdy Wiking był już jakiś czas z nami w domu, a potem, gdy skończył miesiąc. Rozmawiałyśmy wtedy prawie godzinę. Wypytywała mnie o wszystko ze szczegółami a pod koniec rozmowy powiedziała, że jest w ciąży i termin ma na koniec września.
Koleżankami, które również bardzo interesowały się Wikingiem były hiszpańska Ania i Karolina. Z tą pierwszą widziałam się w Poznaniu pod koniec grudnia - jakiś tydzień przed porodem. Później pisała do mnie maile, co słychać, ale nie mogłam się zebrać, żeby porządnie odpisać i poza zdawkowymi informacjami i zdjęciami, przez dłuższy czas nie doczekała się ode mnie wielu konkretów. I wreszcie w maju (dopiero! ale tylko siebie mogę za to winić, bo pewnie, gdybym odpowiedziała jej wcześniej, wcześniej bym się dowiedziała :)) napisała mi, że przeprowadzka do Madrytu, o której rozmawiałyśmy w grudniu hipotetycznie stała się faktem, bo tam właśnie mieszka tata jej córeczki, która urodzi się w połowie sierpnia!
Jakby tego było mało, w Miasteczku spotkałam się z moją koleżanką z podstawówki. Również zaskoczyła mnie swoją ciążą - termin na październik.
A na domiar tego wszystkiego okazało się, że Wiking za długo się nie będzie cieszył pozycją najmłodszego w rodzinie, bo w listopadzie ma się urodzić pierwsze dziecko Franka kuzyna!

Ten rok 2015 naprawdę będzie urodzajny jeśli chodzi o "nowe" dzieci. Bardzo się cieszę, że Wiking będzie miał tyle rówieśników. Choć o dziwo, głównie są to rówieśniczki - gdyby nie to, że jak wiecie, już nie tęsknię za córeczką - czułabym się bardzo rozczarowana, ale teraz tym bardziej sobie myślę, że skoro wokół tyle dziewczynek, to chyba był w tym jakiś cel, żebym akurat ja urodziła chłopca. 

 Przede wszystkim cieszę się, że będą to dzieci moich bliskich koleżanek - dzięki temu będziemy mogły się wymieniać doświadczeniami. A jednocześnie czuję lekki żal, że raczej nie będą nam dane wspólne spacery i domowe przedszkola... Najbardziej mi szkoda, że nie mam możliwości spotykać się częściej z Karolą, Alą i Asią (żoną kuzyna). Ale tak sobie myślę, że hiszpańska Ania jest w jeszcze gorszej sytuacji (chociaż oczywiście ona tak tego nie postrzega, gdyby tak było, to dawno wróciłaby do Polski:)). bo nie dość, że nie będzie miała blisko swojej rodziny, to jeszcze teraz, właśnie ze względu na ciążę opuści Sevillę, w której mieszkała od ośmiu lat, więc nie dość, że samo dziecko będzie rewolucją, to jeszcze nowe miasto... Ale cieszymy się bardzo, że Wiking będzie miał koleżankę w Hiszpanii - a martwiliśmy się, że teraz nie będziemy mogli za bardzo odwiedzać dziewczyn, bo przecież nie będziemy im Wikinga na głowę sprowadzać. Myślę, że teraz problem będzie mniejszy, zwłaszcza jeśli Wikuś będzie mógł się z Emmą zintegrować :P

Ale przy tym wszystkim naprawdę fajnie się czuję jako pionierka :D Zawsze już będę pierwsza w odniesieniu do tych koleżanek (a tak się złożyło, że wcześniej żadna z tych bliskich mi nie rodziła) i o ten mały krok do przodu. Nie chodzi oczywiście o żadną rywalizację, bo z moimi koleżankami nie rywalizuję, tylko o to, że będę miała za sobą to, co je dopiero będzie czekało, że będę mogła odpowiedzieć im na pytania (których już mają mnóstwo), że będę mogła służyć swoim doświadczeniem i dobrą radą - jeśli będą jej potrzebowały. Chociaż oczywiście mam też momenty, kiedy myślę sobie, że fajnie mają, że są dopiero w ciąży i wszystko jeszcze przed nimi :))
Oczywiście nie chodzi o to, że się czuję lepsza w jakikolwiek sposób :) Jedynie towarzyszy mi takie przyjemne uczucie, że już wiem z czym to się je i że w jakimś sensie jestem ważna. Paradoksalnie czuję się taka... doświadczona :P Cieszę się, że za chwilę ktoś będzie przeżywał to samo, co ja a jednocześnie odczuwam ulgę, że mam za sobą już ten trudny czas docierania się. Chyba rzecz w tym, że nigdy wcześniej nie byłam na takiej pozycji. A że jestem zbzikowana na punkcie symbolicznych początków, fakt, ze Wikuś urodził się na początku roku tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku :)

Cóż, wygląda na to, że rok 2015 będzie należał do dzieci - a przynajmniej do dzieci bliskich mi osób :) Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i wkrótce dzieci doczekają się te osoby, które tak długo na nie czekają. Bardzo bym tego życzyła wszystkim oczekującym, szczególnie tym, które z ciężkim sercem czytają takie notki jak ta.

wtorek, 26 maja 2015

Mama i ja

Za każdym razem, kiedy słyszę "Dzień Matki", muszę sobie przypominać, że teraz mnie też to dotyczy - to znaczy, że teraz również jestem matką. Przyznam, że chyba mimo wszystko kompletnie tego nie czuję :) Przynajmniej właśnie nie w tym kontekście. Bo w kontekście Dnia Matki, nadal czuję się przede wszystkim córką. Dlatego też o margolce-matce będzie przy innej okazji, dziś o tej mojej życiowej roli, którą pełnię od początku mojego istnienia.

O relacji matka-córka krążą legendy. Od czasu do czasu trafiam gdzieś na hasła: "skomplikowana, złożona, pełna napięć, rozczarowująca, pełna konfliktów, oparta na żalu i pretensjach" - to tylko wyrywkowe słowa, na które gdzieś kiedyś w takim kontekście trafiałam. I przyznać muszę, że gdy pierwszy raz usłyszałam, że relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych istniejących relacji międzyludzkich, pomyślałam, że zaszła jakaś pomyłka. Ale temat trochę mnie zainteresował i okazało się, że ona naprawdę za taką uchodzi i że wiele kobiet ma problem ze swoimi mamami (raczej nie mam styczności z kobietami, które mają już dorosłe córki, dlatego skupiam się raczej na tej stronie tego "konfliktu") bądź nie do końca wie, jak sobie radzić w kontaktach z nimi.
Można więc powiedzieć, że nadszedł czas, kiedy odkryłam smutną prawdę - mianowicie, że nie każdy ma z mamą takie stosunki, jak ja. A wierzcie mi, że było to dla mnie tak naturalne, iż przekonana byłam, że tak właśnie jest. 

Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że moja relacja z mamą jest - i w tym wypadku nie zawaham się użyć tego słowa - idealna. Nie mam jej po prostu nic do zarzucenia, niczego bym nie zmieniła.
Mama jest dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu (wraz z pozostałymi członkami mojej najbliższej rodziny) - zawsze tak było i jest. Poza tym mama to jedna z trzech, bądź czterech osób (w zależności od tego, czego dotyczy dana sytuacja), które jako pierwsze dowiadują się o jakichś istotnych sprawach. Bo zazwyczaj, gdy coś się dzieje dzwonię do: Franka, mamy, Doroty i wujka (kolejność trochę przypadkowa:)). Ale to mama jest moim guru.

Nie chodzi o to, że nie odcięłam pępowiny. Od ponad dziesięciu lat jestem osobą zupełnie samodzielną i niezależną, która ma własne życie. Ale nie ukrywam, że mama stanowi bardzo ważną jego część. Rozmawiam z nią codziennie lub prawie codziennie. Zwykle są to rozmowy przynajmniej dziesięciominutowe. Rozmawiamy o wszystkim - o błahostkach dnia codziennego i sprawach, które w danym momencie są istotne. Kiedy jest mi źle, zawsze dzwonię do mamy. Kiedy wydarzy się coś dobrego - również. Dzwonię do niej, kiedy mi się nudzi, kiedy mam ochotę pogadać i w każdej innej możliwej sytuacji.
Dzwonię również po radę. Ale, co ciekawe, bardzo rzadko ją otrzymuję w takiej typowej dla rad postaci. Mama nigdy nie mówi mi co mam zrobić, zwłaszcza jeśli chodzi o ważne, życiowe wybory. Nigdy nawet nie sugeruje. Owszem, pomaga mi w analizie sytuacji, podpowiada, jakie są opcje i konsekwencje każdej z nich, ale zawsze powtarza, że to ja muszę zdecydować. A jeśli już to zrobię, nigdy nie ocenia. Naprawdę nie spotkałam się z tym, żeby potępiała jakikolwiek z moich życiowych wyborów., zawsze w całości je akceptuje. 
W ogóle moja mama ma to do siebie, że jeśli coś nie dotyczy jej bezpośrednio, a idzie nie do końca po jej myśli, to nie da w ogóle tego po sobie poznać. A z czasem zaakceptuje również i to, i dana osoba nigdy się nie dowie, że mama miała jakieś obiekcje. Znam kilka takich przypadków dotyczących mojej mamy i jakiejś osoby. Jeśli chodzi o mnie, wydaje mi się, że nie było sytuacji, kiedy nie podobałoby się jej moje postępowanie, ale - jak już wspomniałam - mogę o tym po prostu nie wiedzieć :)

Moja mama nie poucza. Owszem, słyszałam od niej zdanie "przecież mama ma zawsze rację". Ale ostatni raz to było zdaje się w podstawówce... :) Później nie musiała tego nigdy powtarzać, bo sama się o tym wielokrotnie przekonywałam.
Jestem do mamy bardzo podobna, ale nigdy nie odczuwałam, że jestem jakąś projekcją jej niespełnionych ambicji, marzeń czy też planów. Wręcz przeciwnie - mama nigdy nie namawiała mnie, żebym robiła coś, na co nie miałam ochoty. Wszelkie zajęcia dodatkowe wybierałam sama, szłam własną ścieżką - sama wybrałam szkołę średnią, kierunek studiów, a nawet miasto, w którym studiowałam.
Mama nigdy na siłę nie porządkuje mojego życia - w przenośni i dosłownie :) Podobno wizyty rodziców bywają stresujące, bo mama potrafi się do wszystkiego przyczepić. Oj tak, moja mama przyczepić się potrafi - do krzywo położonej serwety, do łazienki umytej "po łebkach", czy do tego, że ketchup położony jest na stół w słoiczku zamiast ładnie na spodeczku :) (mama bywa czasami pedantyczna, ale to kwestia genów, ja również bywam, choć w innych sprawach :)) Ale ten rodzaj czepialstwa zdarza się tylko u niej w domu. Kiedy przyjeżdża do nas, nigdy nie komentuje (chyba, że wie, że ja tego komentarza oczekuję i że przyjechała z misją ;)). Przykład?
Mama była u nas w poznańskim mieszkaniu. Kilka miesięcy później rozmawiałam z nią Miasteczku i skarżyła się na to, że woda w wannie nie spływa do końca i jak się kąpiemy to nie pilnujemy, żeby spłynęła i później się robi zaciek. Ja jej na to:
- U nas w wannie też jest taki zaciek
- Wiem, widziałam. 
- I nic nie powiedziałaś?? 
- A co miałam mówić? To Wasze mieszkanie. A nie prosiłaś mnie o opinię...
Ta rozmowa bardzo dobrze obrazuje to, jaka jest moja mama w kwestiach ewentualnego doradzania, czy wtrącania się.
Teraz, kiedy sama mam dziecko, często słyszę, że mamy- czyli babcie, lubują się w dawaniu dobrych rad jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Czegoś takiego również nie doświadczyłam. Moja mama zawsze mówi, że za jej czasów było inaczej. Albo, że nie pamięta. A jeśli pamięta, to tylko mówi, że ona w danej sytuacji robiła to i to, ale nigdy nie jest to podszyte ukrytym "powinnaś też tak zrobić".

I wyobraźcie sobie, że pomimo tego wszystkiego (a może właśnie dlatego?) prawie się nie zdarza, żebym nie kierowała się tym, co powiedziała mama, żeby nie dźwięczały mi w głowie jej słowa, żebym nie sugerowała się jej opinią. To jest zaawansowane do tego stopnia, że jeśli mam na jakiś temat, na który z mamą nie rozmawiałam, swoje zdanie i później przez przypadek dowiem się, że mama sądzi inaczej, to okazuje się, że zaczynam wątpić w to, co myślałam. Bo skoro mama uważa inaczej, to chyba jest coś na rzeczy... Nie potrafię teraz przytoczyć przykładu, bo zdarza się to zazwyczaj w błahych sprawach, ale zmieniam czasami zdanie na takie bardziej zbliżone do tego, co mówi mama :) I naprawdę nie chodzi o to, że ona mną manipuluje (często nawet nie ma pojęcia, że jej słowa miały taki efekt), ani że nie umiem myśleć samodzielnie. Prawdę mówiąc nie wiem z czego to wynika, ale tylko jedno przychodzi mi do głowy - mama jest po prostu dla mnie absolutnym wzorem do naśladowania.

Ostatnio, przy okazji opisywaniu dnia, gdy dowiedziałam się o ciąży, wspomniałam trochę o tym, jaka jest moja mama, czułam, że to konieczne, bo w przeciwnym wypadku jej zachowanie mogłoby być błędnie zinterpretowane jako nieczułe, a to byłaby nieprawda. Rzeczywiście, moja mama nie jest wylewna. Ale nigdy nie zabrakło mi ciepła, czułości i wsparcia z jej strony. Pamiętam przytulanki i całuski, kiedy byłam dzieckiem. Później te czułości po prostu zostały zastąpione przez inną formę interakcji. Ale chociaż nie ściskamy się i nie całujemy na powitanie, jestem pewna, że jesteśmy sobie bliższe niż niejedna matka z córką, które to robią.
Mogłabym (i chciałabym) opowiedzieć, jeszcze o tym, że mama się nie obraża, nie miewa fochów i że nigdy nie musiałam jej przepraszać dla zasady, mimo, że nie czułam się winna. O tym, że jest tylko człowiekiem i ma również słabe strony oraz że zdarzają nam się sprzeczki. A także o tym, jak przy okazji naszej ostatniej sprzeczki (grudzień 2013) się zachowała. I że świetnie gotuje i czego mnie w związku z gotowaniem i jedzeniem nauczyła. Wreszcie o tym, że nigdy nie była ani nie jest moją przyjaciółką. Bo jest po prostu mamą. Musiałabym stworzyć cały cykl opowieści o mamie :)
I kto wie? Może jeszcze przy jakiejś okazji napiszę znowu o tym, jaka jest, bo mówić na ten temat mogłabym naprawdę dużo. Ale teraz najwyższa pora zakończyć ten post, więc napiszę tylko, że dla mnie relacja z moją mamą była i jest tą najbardziej oczywistą, najbardziej szczerą i najmniej skomplikowaną. Jest mi potrzebna.
I jeszcze: chciałabym być taką mamą, jak moja.

niedziela, 7 września 2014

Niedziela

No i pojechała :( Jak zwykle żal, tak bardzo oboje z Frankiem lubimy te wizyty, bo wtedy jest tak codziennie i inaczej jednocześnie. Nie musimy przeorganizowywać naszych dni, możemy wszystko robić jak zawsze i zachowywać się jak zawsze, a jednocześnie obecność Doroty dodaje tej zwyczajności trochę kolorów. Fajnie tak, kiedy niczego nie trzeba udawać przy gościu :) Ona też żałuje, zwłaszcza, że właśnie skończyły się jej wakacje. Jak to podsumowała - zaczęła wakacje u nas i kończy je też u nas, spięłyśmy to klamrą...
Wczoraj byliśmy na tej imprezie urodzinowej u Kasi i było świetnie. Przyszliśmy jako pierwsi - co było raczej do przewidzenia, nawet Kasia powiedziała, że spodziewała się nas już za dziesięć :P Nie znoszę się spóźniać! Nie twierdzę, że nigdy mi się to nie zdarza, bo i owszem niestety i to częściej niż bym chciała, ale generalnie staram się bardzo tego unikać. Wolę być za wcześnie - choć wiadomo, że w przypadku takich spotkań to nawet nie wypada, dlatego kiedy przyjechaliśmy to najpierw zadzwoniłam upewnić się, jaki jest nr mieszkania, powiedziałam, że jeszcze idziemy do sklepu i zapytałam, czy na pewno jest już gotowa na gości :)) Była! Potem przyjechał Asystent ze swoją od-piętnastu-dni-żoną :P Po jakimś czasie zaczęli się też schodzić znajomi Kasi - tak jak przewidywała, niektórzy mocno pospóźniani :) Towarzystwo było bardzo różnorodne, ale przyznam, że było bardzo ciekawie! Obawiałam się trochę, jak to wypadnie, ale okazało się, ze było sympatycznie i chociaż utworzyły się dwie podgrupki, to nie odczuwało się jakiejś obcości i nienaturalności w tym podziale. Ogólnie to było ciekawe doświadczenie, bo zazwyczaj chodzę na imprezy gdzie znam większość towarzystwa i z częścią jestem mocno zżyta, a tu było zupełnie inaczej, ale i ja i Franek i nawet Dorota (która sama przyznaje, że generalnie ludzi nie lubi :P i nie jest skora do zawierania znajomości) czuliśmy się i bawiliśmy się dobrze, a Dorota stwierdziła, że wszyscy byli " naprawdę spoko" a to jest ogromny komplement z jej ust, wierzcie mi ;) Zresztą widziałam, że jej się podobało. Ale wyszliśmy wcześnie, bo już o 23 ze względu na dzisiejszą pracę Franka. Ciekawa jestem, czy towarzystwo poszło w końcu na miasto, bo chyba im się spodobało w domu i już zaczynali się nad tym zastanawiać :) Choć Dorota obstawia, że jednak tak...
W związku z wyjazdem Doroty, przygarniam Franka z powrotem do sypialnianego łoża ;) O ile nie lubiłam za bardzo z nikim spać, bo nie lubię za bardzo się przytulać (chociaż przy Franku się tego nauczyłam)- mama zawsze mówiła, że ona się do mnie przysuwała, a ja się odsuwałam :P, teraz już tak nie robię, ale i tak nie lubię kontaktu cielesnego z osobą, która śpi obok. O dziwo jednak, śpiąc z Dorotą, naprawdę się wysypiałam.

Niedziela u nas jest piękna. Jest dopiero trzynasta godzina, a ja już mam za sobą długą rozmowę na bardzo poważne rozmowy z Dorotą, odprowadzenie jej na pociąg, ogarnięcie całego mieszkania (no bo trochę się jednak zapuściło przez te parę dni) a także zrobienie Frankowi kanapek i dostarczenie mu ich na pętlę :P Frankowi dzisiaj nie zadzwonił budzik, ale jakimś cudem w porę się obudził i zdążył, ale nie naszykował sobie śniadania do pracy. Ponieważ jeździ niedaleko, postanowiłam, że przejadę się do niego na rowerze z kanapkami. Pogoda na rowerową przejażdżkę dzisiaj wymarzona! Do tego jest spokojnie, na ulicach mały ruch, a trasa jego linii przebiega dzisiaj w okolicy domków jednorodzinnych, więc jechało się bardzo przyjemnie. Tylko można tam zabłądzić, a ja zapomniałam mapy, ale miałam akurat takie szczęście, że wyjechałam tuż za autobusem linii 194, czyli tej Frankowej - i hejże za tym autobusem pedałuję! :P Przejechałam tak siedząc mu prawie na ogonie (gubił mnie, ale nadrabiałam kiedy musiał się zatrzymać) jakieś cztery przystanki aż dojechaliśmy do pętli. I okazało się, ze to właśnie za Frankiem jechałam :) A on się nawet nie zorientował! Dotrzymałam mu towarzystwa na pętli a potem wróciłam do domu. Czułam się świetnie po tej godzinnej wycieczce rowerowej! Mięśnie trochę popracowały, poczułam wiatr we włosach :) Ale odpuszczę sobie już zaplanowane na dzisiaj ćwiczenia w domu, bo co za dużo, to niezdrowo :) Myślę, że dzisiejszy trening fizyczny już zaliczyłam. Nie zmęczyłam się specjalnie - jeśli ćwiczę regularnie i jestem cały czas aktywna, to nie był to dla mnie duży wysiłek, ale jednak oczywiście cały czas kontroluję tę moją aktywność fizyczną i staram się robić mniej niż zrobiłabym normalnie. Ale moje samopoczucie teraz - bezcenne :) Do tego jeszcze bardzo cieszy mnie fakt, że przede mną jeszcze cała reszta dnia, a ja już praktycznie nic nie muszę, tylko się relaksować :) Fajnie jednak wstawać wcześnie (dziś 7:30)- nawet w niedzielę i nawet po imprezie ;)
Przyjemnej niedzieli życzę!

piątek, 5 września 2014

Znowu trójkąt :)

Po dwóch miesiącach znowu zawitała do nas Dorota :) Korzysta z ostatnich dni wakacji, bo za chwilę będzie musiała gnębić studentów na sesji poprawkowej, ale na razie jeszcze się relaksuje u nas. Przyjechała przedwczoraj i zostaje do niedzieli. I jak zwykle jest fajnie! :)
Nie widziałyśmy się od lipca, więc od razu mogłyśmy skomentować zmiany w swoim wyglądzie- ja zauważyłam jej rozjaśnione gruzińskim słońcem włosy i opaleniznę (była z Juską i jeszcze jedną koleżanką na wakacjach w Gruzji), ona to, że schudłam (!) a przynajmniej w niektórych partiach ciała, no bo w brzuchu to może nie :)
Franek zadowolony, bo miał się z kim w środę piwa (niejednego) napić. I tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Potem Franek został oddelegowany do spania w drugim pokoju. A właściwie sam się oddelegował - ponieważ miał wolny czwartek, to chciał sobie jeszcze w środę wieczorem posiedzieć przy komputerze i telewizorze. Normalnie tego nie lubię, bo nie lubię się sama kłaść (ale też rozumiem, że jak musi wstawać o 3 do pracy albo gdy kończy o 23, to nie bardzo ma okazję obejrzeć jakiś film na przykład, więc jakoś to przełykam), ale tym razem ta odprawa była dla mnie zupełnie bezbolesna, bo nie spałam sama, tylko oczywiście z Dorotą:) I tak już zostało. A niech się Franuś trochę stęskni za żonką w łóżku! :)
Ja sobie lubię przed snem pogadać i oczywiście rozmawiamy z Frankiem, ale nie tak często jakbym chciała, bo:
a) przez część dni w miesiącu chodzi na popołudniówki, więc kładę się sama
b) przez pozostałą część kładzie się bardzo wcześnie - około 21, a ja wtedy jeszcze zazwyczaj albo czytam albo siedzę przy komputerze,
c) kiedy kładzie się o 22, to już nie ma siły gadać, zwłaszcza, że w perspektywie ma pobudkę za pięć godzin
d) kiedy jest w domu, to zazwyczaj chce sobie coś obejrzeć - patrz wyżej :)
Bardzo sobie cenię te wieczory, kiedy możemy porozmawiać przed snem, ale szkoda, że nie są codziennie :)

W każdym razie teraz przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy to z Dorotą gadałyśmy tuż przed snem (oczywiście, kiedy żadna z nas nie musiała się niczego uczyć albo nie była na jakiejś imprezie). Kładziemy się, gasimy światło i niby idziemy spać, ale przypomina nam się jeszcze sto tematów do obgadania :) A potem rano budzimy się obie bardzo wczesne - ale o tym już kiedyś Wam pisałam :) I dalej gadamy przy śniadaniu - to znaczy ja jem, a Dorota tylko siedzi, bo ma ten brzydki zwyczaj niejadania śniadań.
Wczoraj pojechałyśmy na basen, a dzisiaj Dorota spotkała się ze swoim znajomym profesorem z Warszawy i jak zwykle spotkanie skończyło się tym, że wróciła chwiejnym krokiem do domu :P Teraz padła. Nie wiem, czy dzisiaj sobie przed snem pogadamy :D Ale może jeszcze ożyje.
Jutro Franek idzie do pracy a my pojedziemy na miasto. Połazimy trochę - zapowiadają ładną pogodę... Musimy też kupić jakiś drobiazg na urodziny mojej koleżanki z pracy - tej Kasi, o której już tu pisałam parę razy, bo zaprosiła nas na jutro na imprezę. Pojedziemy we trójkę. Kasia już się cieszy, że wreszcie będzie miała okazję poznać "tę legendarną Dorotę" :P, tyle już o niej naopowiadałam :)
Ale idziemy tylko na część domowo-biesiadną, która skończy się w okolicach 22:30. Później towarzystwo jedzie do centrum na imprezę. My nie, bo Franek w niedzielę pracuje, Dorota też musi być w formie, bo w niedzielny wieczór musi już być w Poznaniu na innej imprezie urodzinowej, a ja to wiadomo :P Czy ktoś widział kiedyś ciężarną na imprezie w klubie? :D

środa, 30 lipca 2014

Coroczne spotkanie

I przyleciała hiszpańska Karolina :) Z piętnastominutowym opóźnieniem co prawda, ale nie czekaliśmy za długo, bo wcześniej sprawdziłam w internecie, że samolot już wyleciał z Zurychu z opóźnieniem, a później i na stronie Okęcia (ups, przepraszam, Lotniska Chopina - jakoś nie umiem się przestawić :P) była informacja o spóźnieniu.
Karolina się martwiła, że nie podała mi numeru lotu ani nie zdążyła wysłać mi informacji, ale potem pomyślała sobie, że przecież ja jestem taka ogarnięta i zorganizowana, że na pewno sobie z tym poradzę. Miała rację, ale zawsze zdumiewa mnie, kiedy ona o tym mówi - to znaczy o tym albo o innych moich cechach :P Chyba po prostu zapominam, że studiowałyśmy w końcu razem parę bardzo dobrych lat - wielokrotnie pisałam Wam o tym, że z dziewczynami na studiach byłyśmy bardzo blisko (wspólne obiady, nauka, zakupy, imprezy a nawet święta), poznałyśmy się prawie od każdej strony. Ale to było już siedem lat temu (sic!) i naprawdę tamte czasy zacierają mi się w pamięci... Dopiero takie wizyty uświadamiają mi, że przecież to, że się znamy nie wzięło się znikąd :)
W każdym razie najważniejszą informację mi podała (bo zapytałam :P) - że leci ze Szwajcarii, w przeciwnym razie byłabym przekonana, że mam patrzeć na lądowanie samolotu z Madrytu, bo było planowane na tę samą godzinę :)

Franek pojechał razem ze mną, bo też cieszył się na to spotkanie. Zawsze mówi, że jego ulubioną z moich koleżanek jest Dorota. A zaraz po niej hiszpańska Karolina - mimo, że tak naprawdę spotkali się tylko parę razy. Ale widocznie wystarczyło, bo naprawdę zawsze dostrzegam to, że świetnie się dogadują - mają podobne poczucie humoru i w mig podchwytują swoje żarty, a do tego zawsze bardzo błyskotliwie reagują na swoje przekomarzanki. Fajnie się tego słucha :)
Przywieźliśmy Karolinę do nas, nakarmiliśmy (była zachwycona moją zupą - wręcz mówiła, że czytałam jej w myślach, bo cały dzień była na kanapkach i w samolocie miała ogromną ochotę na zupę - oraz frankowym ryżem z warzywami) i posadziliśmy przed ekranem :) Bo założenie było takie, że Karolina wreszcie obejrzy film z naszego wesela - dotychczas jakoś się nie składało. Oglądając oczywiście omówiliśmy bieżące sprawy a późnym wieczorem odwieźliśmy ją do koleżanki u której nocowała.
Tylko kilkugodzinne, ale bardzo miłe było to spotkanie - jak zawsze... Wiecie z bloga, że widujemy się właściwie raz na rok i zawsze o tym wspominam - chyba zresztą w podobny sposób. Bo zawsze te spotkania wywołują we mnie podobne emocje :) Cieszę się z tego, że mieszkamy tak daleko od siebie, wiedziemy tak inne życie, widujemy się tak rzadko i tylko od czasu do czasu wymieniamy maile, a jednak ten kontakt cały czas jest i kiedy się spotykamy, to tak, jakbyśmy się nie widziały od wczoraj :)

I następne spotkanie pewnie dopiero za rok. Chociaż Karolina twierdzi, że w grudniu, bo chce mnie zobaczyć z brzuchem :P Ale z grudniem to zawsze różnie bywa. My wyjedziemy na święta, ona znowu w Warszawie będzie - dosłownie - przelotem, więc na to nie liczę. Na początku roku mieliśmy plan, że może się wybierzemy wreszcie do dziewczyn do Hiszpanii (bo z hiszpańską Anią to chyba w ogóle się nie spotkam :( nie przylatuje na tegoroczne wakacje), ale najpierw niepewność w pracy Franka, a potem Tasiemiec pokrzyżował nam plany :P Bo szykuje nam się urlop na końcówkę października - wypad do ciepłej Sewilli byłby idealny, no ale to już będzie akurat początek III trymestru, więc tak nie bardzo z lataniem. Pomijając już kwestie, czy się powinno, czy nie - za dużo jest papierków, które trzeba sobie załatwiać, za dużo dowiadywania się, które linie lotnicze, jakie mają kryteria i za duże ryzyko, że gdzieś mnie nie wpuszczą na pokład samolotu :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Inwentaryzacja

Dopiero co robiłam podsumowanie kolejnego minionego roku w naszym związku, więc chyba nie ma sensu podsumowywać mojego minionego roku, bo to wszak jeden i ten sam rok :) Ale inwentaryzację można zrobić na rok przed okrągłą rocznicą :) 
Stan na dziś:

Mam:
- 29 lat
- znośnego męża :P; no dobra, nie będę taka, lepiej napiszę, że mam męża, który potrafi być bardzo kochany
- rosnącego we mnie Tasiemca (a może Tasiemkę jednak:)), który jest cały czas dla mnie po pierwsze wielką zagadką a po drugie totalną abstrakcją... albo na odwrót
- najlepszą na świecie rodzinę
- Dorotę
-  kilka najlepszych koleżanek, z którymi zawsze mam o czym rozmawiać (i które pamiętają o moich urodzinach...)
-  kilkoro świetnych znajomych, z którymi mogę wspaniale spędzić czas
- fajną teściową; a jako że mąż znośny to i rodzinę męża mam znośną :)
- świetną pracę, którą uwielbiam
- czarne Renault Clio na spółę z Frankiem
- rower z podstawówki, który przeżywa drugą młodość po tym, jak rok temu ściągnęłam go do Podwarszawia :P
- na półce całe mnóstwo książek, które już przeczytałam albo właśnie czytam a nie na półce jeszcze większe mnóstwo tych, które chcę przeczytać :)
- zadowalająco zdrowe 50,6 kg ciała, które mieści w sobie chyba zdrowego ducha
- dużo chęci do działania
- ogromną potrzebę, żeby powrócić do ćwiczeń po przymusowej miesięcznej przerwie
- kilka celów na przyszłość, które niektórzy nazwaliby marzeniami, choć mi ta nazwa jakoś nie pasuje
- trochę lęków i zmartwień, które zupełnie nieproszone wkradają się w moje myśli i których chętnie bym się pozbyła
- za sobą bardzo udany weekend!
- nadzieję na to, że jednak teraz już będzie dobrze
- dużo wiary, która daje mi prawdziwą siłę i pozwala dostrzegać sens tam, gdzie go nie ma
- masę wdzięczności za to co mam

Nie mam:
- własnego kąta ani nawet widoków na niego 
- psa... 
- i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, ale mam tak wiele, ze nie chcę się skupiać na tym, czego nie mam - zwłaszcza, że nie mam też nieskończonej ilości rzeczy, których wcale mieć bym nie chciała :))

Spis z natury w dniu moich dwudziestych dziewiątych urodzin przedstawia się według mnie satysfakcjonująco. Chyba mogę z godnością wkroczyć w ten trzydziesty rok życia, który będę świętować dopiero za dwanaście miesięcy :) 
Tak naprawdę świętowaliśmy w sobotę więc dzisiaj od rana nawet nie czułam tego, że nadszedł TEN dzień - dopóki nie zaczęły spływać życzenia...
Jest pewna grupka ważnych dla mnie osób i każdego roku mam w sobie taki niepokój, że można któraś z nich się tego dnia nie odezwie... Byłoby mi przykro, choć pewnie znalazłabym dla tych osób usprawiedliwienie... Ale nie muszę, bo już wiem, że żadna z nich mnie nie zawiodła - dosłownie przed pięcioma minutami dostałam smsa z życzeniami od ostatniej, na której słowo czekałam... :) 
Może to głupie, ale bardzo ważne jest dla mnie tych kilka ciepłych urodzinowych życzeń, tych parę słów i pamięć...Każda z osób, które o mnie pamiętają w tym dniu ładuje mi akumulator pozytywną energią :)
Zresztą, przecież mnie znacie, wiecie, jak jest... :)

I jak zawsze, jak co roku nadchodzi ten moment, kiedy żałuję, że to już koniec i na następny raz muszę czekać okrąglutki rok...

A na deser jeszcze tegoroczne łupy :D

czwartek, 26 czerwca 2014

Krótka refleksja pod wpływem chwili

Zadzwoniła dzisiaj Dorota. Dorota, która telefonu używa przede wszystkim do pisania dziesiątek smsów i sprawdzania godziny :P No i rozmów też - ale takich konkretnych, głównie w celu załatwiania spraw. Chyba, że musi się wypłakać lub wyżalić. Wtedy to mama albo siostra.
To dla Doroty pilnuję, żeby w abonamencie mieć również pakiet smsów, bo to jest podstawowa forma naszego stałego kontaktu :) Krótkie wymiany zdań, emocji, informacji - zabawnych, wkurzających, neutralnych. Czasami coś dłuższego - ale wtedy to właśnie ja w pewnym momencie "pękam" i dzwonię :P 
A dzisiaj zadzwoniła ona - zdziwiłam się, myślałam, że coś się stało (chociaż nie.. gdyby coś się stało, napisałaby smsa) albo, że potrzebuje ustalić jakiś konkret. Usłyszałam jednak - "stwierdziłam, że muszę zadzwonić, bo się stęskniłam."

Miło :) Dawno się nie widziałyśmy :( Ona w prawie każdy weekend wykłada, w tygodniu ma mnóstwo innej pracy. Miała przyjechać na chwilę dwa tygodnie temu, ale nie wyszło. Cały czas czekamy na koniec roku akademickiego, aż wreszcie się zobaczymy..
Fajnie, gdy jest do kogo zadzwonić, kiedy jest źle albo dobrze. Ale czasami mi się wydaje, że jeszcze fajniej, gdy to do Ciebie dzwonią.

sobota, 26 kwietnia 2014

Sobotnie migawki

W Poznaniu bywamy ostatnimi czasy tak często (tym razem chrzciny), że w domu teściów zaczęłam się już praktycznie czuć jak u siebie ;) Co prawda kiedyś przecież się tym domem "opiekowaliśmy" podczas ich nieobecności, ale to jednak co innego, gdy byliśmy sami, a co innego, gdy teściowie cały czas po tym własnym mieszkaniu się kręcą. Na początku czułam się lekko nieswojo, bo jednak po tylu latach bywania tu jako gość, trudno było mi się przestawić, ale właściwie "nieswojość" przeszła mi stosunkowo szybko. Teraz jednak bez krępacji wchodzę sobie na przykład do kuchni kiedy chcę i po co chcę.

***
Zajrzeliśmy dzisiaj z Frankiem do naszego swego czasu ulubionego baru z domowymi obiadami* - danie dnia kosztuje tam 9,5 zł, ale my zawsze jadamy je bez zupy, więc kosztuje nas to 7. Najpierw jadałam tam za czasów studenckich, kiedy to nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym coś sama dla siebie ugotować. Później zaglądaliśmy tam z Frankiem kiedy nie mieliśmy pomysłu lub czas na obiad. Bardzo mało jest takich miejsc. A właściwie to chyba jedyne takie,które znam,  gdzie można zjeść tanio i smacznie - bez poczucia, że to jednak "nie ten dom", bo jedzenie jest świeże a nie odgrzewane, tradycyjne a nie udziwnione i podawane również po domowemu a nie na plastikowych talerzykach z plastikowymi sztućcami :) Dziś na obiad był de volaille z serem.

***
Wiem, że się powtarzam, ale jednak wiosna do zdecydowanie najpiękniejsza pora roku i bardzo mnie cieszy, że w tym roku możemy się nią cieszyć już od ładnych kilku tygodniu. W ostatnich latach bywało, że kwiecień straszył nas jeszcze śniegiem, a tegoroczny zaskakuje żółtą barwą - mlecze i rzepak kojarzą mi się raczej z majem - oraz zapachem bzu. Podobno nawet kasztany zakwitły. Wygląda na to, że mamy maj w kwietniu :) Zważywszy na to, że kwiecień kojarzy mi się średnio a maj to mój ulubiony miesiąc, to chyba całkiem nieźle dla mnie.
A te przelotne, ciepłe deszcze są nawet urocze :) Ale doświadczyłam ich dopiero tu, bo choć podobno przelotne opady i burze nawiedzały w ostatnim tygodniu cały kraj, to jakoś szczęśliwie omijały Podwarszawie :)

***
Nie ma to jak zupełnie spontanicznie usiąść w kuchni u Juski i Doroty (wróciłam ze spaceru z Juską i wpadłam przywitać się z Dorotą, ale nie zaplanowałam sobie pożegnania, więc zeszły dwie godziny na tym powitaniu :)), zrobić sobie i meblom prysznic gazowaną wodą mineralną i po prostu gadać o wszystkim po trochu.Znamy się kawał czasu, za chwilę będzie 15 lat, a więc prawie połowę naszego życia. Czasami wystarczy jedno hasło i nie dość, że wszystkie w lot łapiemy o co chodzi, to jeszcze zgodnie kwiczymy ze śmiechu.

***
Całkiem przyjemna sobota. Szkoda, że już się kończy.

* z komentarzy wynika, że mogłyście zrozumieć, że chodzi o bar mleczny, więc na wszelki wypadek sprostuję, że choć w Poznaniu jest takowych sporo i niektóre są całkiem przyzwoite, to akurat to konkretne miejsce nie jest barem mlecznym - to nawet bardziej restauracja i mieści się w pasażu handlowym :)  A niech tam, niech będzie darmowa reklama: chodzi o restaurację Mc Tosiek w Pasażu Rondo na Starołęce ;)


czwartek, 2 stycznia 2014

Nawet mi się podobało :)

Witajcie w Nowym Roku :)

Przyznać muszę, że pomimo całej mojej niechęci do wychodzenia w sylwestrową noc, ten wieczór był naprawdę udany. To znaczy podejrzewałam, ze tak będzie, ale obawiałam się, że ja cały czas będę w nastroju nie do zabawy - ale jednak udzielił mi się :)
Byłam ja, Franek i czterech kolegów- w tym jeden z dziewczyną (wreszcie jeden sparowany od ubiegłego roku:)) Gospodarz naprawdę stanął na wysokości zadania i bardzo się pomyliłam spodziewając się jedynie chipsów i paluszków :) Czas do godziny 23 spędziliśmy na grze w Pędzące Żółwie :D To jest naprawdę fenomen, że wszystkich ta gra tak zachwyca, choć jest banalna, wcale nie ambitna i na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać nudna (jeśli się spojrzy tylko na planszę). Później coś przekąsiliśmy i wyszliśmy do parku nad Wartę, aby o północy otworzyć szampana, wystrzelić kilka fajerwerków z czegoś, co się chyba nazywa "starter" :P oraz podziwiać te bardziej efektowne w oddali.
Wracając wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do domu Braci (dwaj z kolegów), aby złożyć ich rodzicom życzenia. Franek ich znał, ale ja w pierwszej chwili nie byłam zadowolona z tego pomysłu. Pomyślałam sobie, że jakoś tak głupio wparować w nocy do kogoś, kto mnie nawet na oczy nie widział i nie ma pojęcia kim jestem. Bardzo się pomyliłam! Rodzice chłopaków nie tylko wiedzieli, że jestem żoną Franka i ze to na naszym ślubie byli ich chłopaki, ale orietowali się doskonale w naszej obecnej sytuacji, wiele o nas wiedzieli i rozmawiali jak ze starymi znajomymi. Bardzo mnie to ujęło, bo uświadomiłam sobie, że skoro chłopaki o nas opowiadają rodzicom, to znaczy, że też jesteśmy im bliscy - wszak nasi rodzice też znają naszych znajomych i wiedzą mniej więcej co się u nich dzieje. Naprawdę mnie to zaskoczyło, ale zrobiło mi się naprawdę miło, bo poczułam się całkowicie włączona do towarzystwa - nie tylko jako żona kolegi :)
Plan miałam taki, że po oglądaniu fajerwerków wrócę do domu sama, a Franek jeszcze pójdzie z towarzystem do domu kolegi, ale szkoda mi się go zrobiło, że tyle tego naszykował a ja pogardzę :) No i wróciłam z nimi i wcale nie żałowałam. Ale ostatecznie wróciliśmy o trzeciej, co mnie satysfakcjonowało, bo nawet się w miarę wyspałam. Bardzo niewiele piłam, więc bez bólu głowy też się obyło.
A wczoraj nieoczekiwanie zrobiliśy sobie poprawiny. Poszliśmy do Tomka z Frankiem po gry, które zostawiliśmy wychodząc, ale oczywiście nie wypadało tak od razu wyjść. Założenie mieliśmy, że posiedzimy godzinkę, dwie, wypijemy drinka i wrócimy. Nic bardziej mylnego. Przyszedł jeszcze jeden z braci i jak zaczęliśmy grać w Monopol to nam zeszło do północy! A myślałam, że się wcześniej położę wreszcie!

No cóż, może choć dzisiaj mi się to uda ;) Dzisiaj po raz pierwszy miałam spokojny dzień w pracy (oczywiście nadal jestem w oddali:)) - jesteśmy chyba na dobrej drodze do ogarnięcia wszystkiego. Może za jakiś czas uda się nawet trochę ponudzić.