*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą całkiem serio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą całkiem serio. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2015

Różnie się w życiu plecie...

Podczas chrztu skupiona byłam na mszy. Na tyle, na ile było to możliwe, bo niestety odkąd chodzimy z Wikusiem do kościoła, moje skupienie już nie jest maksymalne, mimo, że to Franek trzyma pieczę nad wózkiem, ja cały czas zerkam w tamtą stronę, ale ksiądz (ten sam, który chrzcił zresztą) przy ostatniej spowiedzi powiedział, że na pewno jest mi to wybaczone :)) W każdym razie, skupiona byłam na mszy oraz na zachowaniu Wikinga, więc na inne refleksje już mi nie pozostało za wiele czasu. Ale nieco później przypomniałam sobie, co się działo równo rok temu...

Otóż w ostatnią kwietniową niedzielę roku 2014, czyli  27 kwietnia byliśmy w Poznaniu i prawie o tej samej godzinie uczestniczyliśmy we mszy, na której chrzczona była kuzynka Wikinga - ta, która urodziła się 7 stycznia 2014, siostra frankowej chrześnicy. 
Pamiętam dokładnie tamten dzień i tamtą mszę, bo dopadł mnie wtedy jakiś dziwaczny nastrój. Złapałam coś w rodzaju doła, kiedy patrzyłam na brata oraz kuzyna Franka, którzy mają już pełną rodzinę z dwójką dzieci (nie wiedzieć czemu, zawsze model 2+2+pies wydawał mi się najbardziej idealny; chociaż to pewnie dlatego, ze sama się w takiej rodzinie wychowałam), własne mieszkania oraz mniejsze i większe problemy (z pracą wcale nie było u nich całkiem kolorowo) i myślałam sobie, że chyba nigdy w życiu do takiego momentu nie dobrniemy. Nie pocieszało mnie nawet to, że jeszcze mamy czas (bratowa Franka jest starsza ode mnie o 11 lat, żona kuzyna o 10).
Uczestniczyłam w tej mszy aktywnie, ale myśli moje krążyły wciąż wokół tematu pracy, mieszkania i życia w ogóle. Franek zatrudniony na umowę zlecenie - z perspektywą zatrudnienia w Nie-Zielonej firmie, ale gwarancji nie było. Stresowaliśmy się kolejnymi testami i rozmowami, na które miał się stawiać. U mnie w firmie cały czas niepewność, każdy kolejny dzień mógł być tym, gdy się okaże, co z nami będzie. Z jednej strony chciałam wiedzieć, z drugiej myślałam sobie, że im dłużej to trwa, tym dłużej mam gwarancję zatrudnienia... Te kwestie powodowały, że nie mogliśmy myśleć o własnym kącie, który w pewnym sensie był dla mnie gwarancją jakiejś stałości. Z dala od rodziny, znajomych, trochę samotni, byliśmy skazani tylko na siebie. Piszę w czasie przeszłym, bo odnoszę się do tego, o czym myślałam wtedy, ale to wszystko przecież jest jak najbardziej aktualne dziś. Nie mamy mieszkania, nie wiemy, co z nami będzie, gdzie ostatecznie wylądujemy, bo choć teraz mieszkamy w Podwarszawie, to nie wiadomo przecież co będzie za pół roku. Szans na stabilizację i własny kąt nadal nie mamy żadnych. Tylko jedno się zmieniło (poza tym, że teraz nie boję się już o to że stracę pracę, a o to, że jej nie znajdę)... No właśnie...

To była jedna z naprawdę nielicznych chwil (z pewnością mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki i może nawet wszystkich bym nie wykorzystała :)), kiedy przeszło mi przez myśl sobie tak na serio, że w zasadzie tego dziecka to nam trochę brakuje i że gdyby nie nasza sytuacja, to pewnie już byśmy je mieli... Myślałam o tym, że w tych okolicznościach nigdy nie będziemy się mogli na nie zdecydować i że wobec tego pewnie nigdy nie będziemy mieć tej wymarzonej rodziny, nie mówiąc już o tym, że przecież wcale nie wiemy, czy w ogóle możemy mieć dzieci. Naprawdę nie wiem, co mnie naszło, żeby tak nagle o tym myśleć, ale pamiętam wyraźnie ten smutek i żal do życia, że tak się toczy, że nie mam wpływu na tyle rzeczy, że nie możemy realizować swoich pragnień i potrzeb, bo hamuje nas niepokój o jutro.

Nigdy się nie dowiem, czy już wtedy byłam w ciąży, czy dopiero kilka dni później pojawiło się we mnie to nowe życie. Faktem jednak dla mnie jest to, że wymodliłam sobie to, co jest dzisiaj. Bo modliłam się po prostu o to, żeby jakoś się to poukładało. "Jakoś", bo sama nie wiem, co byłoby dla mnie najlepsze. Pisałam już o tym, więc wiecie, że mimo, iż Franek już wcześniej mówił o powiększeniu rodziny, ja cały czas byłam na etapie "chciałabym, a boję się" i nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji w tej kwestii. Wydaje mi się, że czasami były wręcz momenty, gdy podświadomie uciekałam od tego (tuż po tym, kiedy zgodziłam się z Frankiem, że może warto po prostu wyłączyć myślenie, mój cykl totalnie zwariował).
Z perspektywy tego wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu minionego roku, trudno mi nie dostrzec, że moje modlitwy zostały jednak wysłuchane, bo mimo wszystko "jakoś" się to poukładało. Nie mam pracy, to fakt. I wiecie doskonale, jak bardzo to przeżyłam (i przeżywam w dalszym ciągu, choć wiedząc, że niczemu dobremu teraz to nie służy, odsunęłam myśli na ten temat na dalszy plan). Jednak jestem przekonana, że Wiking pojawił się w najlepszym momencie. Nie czułam się na to gotowa, ale miesiąc, dwa później i dziś bylibyśmy z dzieckiem, za to bez środków do życia, bo nie przysługiwałby mi zasiłek... Z kolei gdyby to było jeszcze później, to Wikinga nie byłoby dzisiaj w ogóle i nie wiadomo, przez ile miesięcy a pewnie nawet lat, by się nie pojawił... Tak bardzo się cieszę, że jednak jest z nami, że już go mamy, niezależnie od tego, co się wydarzy w bliższej lub dalszej przyszłości.

Dlatego cieszę się, że rok temu pozwoliłam sobie na tę chwilę słabości. Poza tym tak sobie myślę, że przecież wtedy wydawało mi się, że dziecko to ostatnia rzecz, która może i powinna się nam "przytrafić". Dzisiaj własne mieszkanie, poczucie stabilizacji i przynależności do miejsca, dobra praca... - to są rzeczy, które wydają mi się nieosiągalne. Może więc i tu powinnam po prostu poczekać i zobaczyć, co się wydarzy, bo okazuje się, że w życiu naprawdę różnie może być. Poczyniłam zresztą ku temu jakieś kroki, bo przestałam wreszcie myśleć tak dużo o tym co będzie. Nie zmieniło to niczego a już na pewno nie zmniejszyło mojego niepokoju, ale przynajmniej w teraźniejszości żyje mi się spokojniej...

Wiem, że wiele z Was ta notka zaboli - z różnych, dobrze Wam znanych przyczyn. Mam jednak nadzieję, że to tytułowe "różnie" co się w życiu plecie, okaże się dla nas wszystkich bardzo pomyślne i że doświadczymy tego nie raz.

środa, 21 maja 2014

Koniec świata czy pozytywna rewolucja?

Jesteśmy tutaj rok. A właściwie ja jestem, bo Franek dojechał później, no ale mentalnie jednak jesteśmy. W niedzielę 11 maja mieliśmy dokładnie trzysta sześćdziesiąty piąty dzień reszty mojego życia. Zabierałam się do tej notki kilkakrotnie, ale myślę, że czas najwyższy, żeby zmierzyć się z oceną tego roku...
Kiedy w styczniu ubiegłego roku dowiedziałam się, że dział logistyki naszej firmy zostanie przeniesiony z Poznania do Warszawy, ale przełożonym bardzo zależy na tym, żebym przeniosła się razem z nim, właściwie świat mi się zawalił. Może teraz brzmi to zbyt dramatycznie, ale tak właśnie było - mieliśmy konkretne plany, marzenia, wszystko zmierzało w jednym kierunku, wydawało się, że osiągnęliśmy tę upragnioną stabilizację... A tu wiadomość, która zatrzęsła naszym światem. Nigdy nie przeżyłam takiej rewolucji i nigdy nie miałam poważniejszego dylematu... Nie wyobrażałam sobie wyjechać z Poznania, nie wyobrażałam sobie życia z dala od bliskich i znajomych, nie wyobrażałam sobie, że Franek mógłby zrezygnować z pracy. Ale jeszcze bardziej nie wyobrażałam sobie zostać bez pracy, nie wyobrażałam sobie, że pozycja, którą tyle czasu sobie wypracowywałam (i która została zauważona) w firmie po prostu nie będzie miała ciągu dalszego, nie wyobrażałam sobie - to przede wszystkim - świadomie zrezygnować z takiej szansy. Otrzymywałam propozycję poważnego awansu, miałam zostać kierownikiem działu, co wiązało się oczywiście z dużą podwyżką (której duża część miała być rekompensatą za to, że się przeniosę), ale przede wszystkim z nowymi wyzwaniami, z okazją do nauczenia się wielu nowych rzeczy i do zdobycia doświadczenia. Przypuszczam, że do końca życia żałowałabym, że ją odrzuciłam - jestem po prostu na to zbyt ambitna. Co nie zmieniało faktu, że dylemat pozostawał, a serce mnie bolało z żalu za utraconą wizją spokojnej przyszłości... Jednak decyzja dojrzewała w nas sama. Nawet trudno powiedzieć, że ją podjęliśmi, bo ona po prostu przyszła. Nie było momentu, że powiedzieliśmy sobie - tak, jedziemy... Po prostu wszystkie nasze świadome i podświadome działania do tego zmierzały...

Teraz już wiem, że nie było żadnego końca świata. Szybko doszłam do tego wniosku. Właściwie od razu po przyjeździe tu stwierdziłam, że nie doskwiera mi 90% rzeczy, których się obawiałam. Nie wiem na czym to polega - może po prostu to jest kwestia tego, że z założenia nie żałuję swoich decyzji dotyczących mojego życia - w każdym razie, sama byłam zdumiona tym, jak dobrze sobie radzę. Nie biadoliłam, że musiałam rzucić wszystko i przyjechać do Podwarszawia, gdzie jestem sama, samiuteńka, nie dołowałam się, nie rozpamiętywałam, nie żałowałam. Wręcz cieszyłam się nową sytuacją i widziałam w niej niemal same pozytywy. Czasami w piątkowe popołudnie (gdy Franek przyjeżdżał dopiero w sobotę rano lub w ogóle nie mógł) nawiedzał mnie lekki smutek - ale tak mam prawie zawsze w piątki, gdy nigdzie nie jedziemy :P
Później niestety okazało się, że u mnie w firmie nie wszystko będzie tak, jak miało być i wszystkich nas zaskoczyła pewna informacja, która do dziś nie ma rozstrzygnięcia. To nieco zburzyło ten mój spokój z jakim podchodziłam do tej przeprowadzki.
Wiecie, że kolejne miesiące bywały różne i wiele niedobrego się nam przydarzyło. Nie chodzi oczywiście o nieszczęścia, ale jednak te wszystkie trudności, która jedna po drugiej wyskakiwały nam na drodze, gdy tylko wydawało się, że widać światełko w tunelu... 
Ale jedno muszę stwierdzić z całą stanowczością - nigdy, ani razu nie pożałowałam, że jednak zdecydowaliśmy się na przyjazd tutaj! Franek, sfrustrowany swoją chorobą i brakiem pracy, już był tego bliski, a mnie ze względu na niego przeszło przez myśl, czy przypadkiem nie poświęciliśmy zbyt wiele, ale nadal uważałam, że nie mogło być inaczej.

Jak wiecie, ostatnio rozwiązał nam się jeden poważny problem i naprawdę wiele się zmieniło wraz z zatrudnieniem Franka na stałe w Nie-Zielonej Firmie. Całkowicie opuściły nas myśli, że może rok temu postawiliśmy nogę nie na tej ścieżce. Franek robi to, co tak bardzo lubi - nie ma dla niego lepszej pracy. Cieszymy się więc, że udało się osiągnąć ten cel, który wydawał się kiedyś nieosiągalny. 
Jeśli chodzi o moją sytuację, nadal się nic nie wyjaśniło. Okazało się, że pewne rutynowe działania wzięłam za coś więcej i myślałam, że coś się może rozstrzygnie. Tymczasem okazało się, że jeszcze nie tak szybko... I właściwie teraz stwierdzam, że choć dobrze byłoby wiedzieć, że zakończenie jest pozytywne, to lepsza niepewność w takim wydaniu (mamy z czego zaoszczędzić, nie stresujemy się, co przyniesie jutro) niż zła wiadomość. Jeśli więc miałoby się skończyć źle (odpukuję!), to lepiej niech ta w miarę stabilna niepewność trwa. Fakt, że nie możemy cały czas zaplanować pewnych rzeczy... Ale z drugiej strony Franka praca pozwoliła nam na to, żeby choć trochę starać się żyć, jakby nic nad nami nie wisiało. Chwilowo więc ignorujemy tę chmurę i po prostu przyzwyczajamy się, że niebo nie może być tak całkiem błękitne.

Wiem, że wiele z Was nie do końca rozumiało, dlaczego właściwie aż tak się tym wszystkim stresowaliśmy. Ja przyznaję, że teraz to rzeczywiście wyglądało już całkiem przyjemnie - tylko, że zawsze po wszystkim człowiek się orientuje, że nie było tak źle... A kiedy znajduje się w samym środku burzy, to nie jest łatwo zapanować nad emocjami. Denerwowaliśmy się, bo nie mieliśmy jasnego komunikatu, że Franek tę pracę dostanie. Do tego nie chcieliśmy palić mostów w poprzedniej firmie, a naprawdę trudno było Frankowi grać na dwa fronty nie przyznając się do tego. W dodatku martwiliśmy, co się tym, co może się wydarzyć u mnie. Komuś, kto stoi z boku rzeczywiście może się wydawać, że przecież nic takiego się nie działo - ale wiecie, to trudno wytłumaczyć, bo trzeba po prostu być w takiej sytuacji, gdy człowiek próbuje sobie poukładać jakoś życie, stara się od roku zacząć wszystko od nowa i ciągle brakuje mu kilku elementów układanki. Cały czas stoimy na niepewnym gruncie i na dłuższą metę samo to może być po prostu stresujące i frustrujące. A gdy sobie uświadamiamy, że to wszystko mogło być na nic i znowu dostaniemy po łbie, to strach jeszcze bardziej chwyta za gardło...
Na szczęście na razie trochę puścił. Nie mówię, że odpuścił. Ale staramy się na razie skupić na innych rzeczach. Nadal trochę boimy się za bardzo cieszyć z tego, co jest teraz, ale jednocześnie nadzieja, że może jednak to początek dobrej passy jest coraz większa...

Podsumowując tę moją długaśną, ale potrzebną notkę - żadnego końca świata nie było. Rewolucja za to i owszem - choć rzeczywiście raczej pozytywna. Ale jeszcze ostatecznego happy endu nie ma i tego nam właśnie brakuje. Czujemy ogromną potrzebę, aby wreszcie móc tak całkowicie odetchnąć i nie martwić się, że znowu żyjemy w jakiejś bańce mydlanej, która zaraz pryśnie. Ale cieszy nas, że i tak wiele rzeczy zakończyło się póki co pomyślnie, to po prostu daje siłę.

wtorek, 12 listopada 2013

Kto Ty jesteś?

Czy jestem patriotką? Tego właściwie nie wiem. Bo to chyba zależy od tego, po jaką definicję tego słowa sięgniemy. Nie jestem pewna, czy byłabym gotowa ponosić ofiarę za Ojczyznę ani czy umiałabym przedkładać jej dobro ponad dobro swoje i swoich bliskich. W zasadzie na ten moment wydaje mi się, że nie. Na szczęście nie muszę tego udowadniać.
Pod tym względem jestem trochę tchórzem i egoistką, bo wydaje mi się, że zawsze bardziej będzie mi zależało na dobru moim i mojej rodziny niż dobru ogółu - choćby miało to dotyczyć mojego kraju. Ale piszę to z perspektywy wolnej osoby żyjącej w niepodległej Polsce, kraju suwerennym i niezależnym. Nie znam odczuć osoby mieszkającej w kraju pod okupacją i... nie chcę poznać! Bardzo się cieszę, że mamy wolny kraj, że nie musimy walczyć o niego, ani do prawa do polskiego języka i polskiej kultury.

Gdyby rozszerzyć nieco definicję patriotyzmu lub dostosować ją do obecnych realiów, myślę, że pod wieloma względami faktycznie jestem patriotką. Być może nie jestem aktywistką, nie działam w żadnej organizacji czy to politycznej, czy społecznej, nie czuję potrzeby tak zwanego "zbawiania świata", czy w tym wypadku - kraju. Po prostu skupiam się na innych rzeczach w życiu. Ale interesuje mnie los mojego kraju. Jestem na bieżąco jeśli chodzi o wydarzenia polityczne i społeczne, mimo, że się nimi nie emocjonuję. Mam własne zdanie na wiele kwestii, które są obecnie poruszane na przykład w mediach, ale rzadko się na ten temat wypowiadam i nikogo nie usiłuję do swoich racji przekonywać. Absolutnie nie uważam, że wszystko jest idealnie w naszym kraju, ale nie należę do osób, które narzekają na wszystko jak leci i nikt ode mnie nie usłyszy, że Polska to "chory kraj".

Dla mnie chory nie jest - a przynajmniej nie bardziej niż wiele innych. Owszem, mamy tu wiele absurdów, wiele złych rozwiązań, przykro czasami człowiekowi na tę niemoc i bezradność, kiedy widzi, że nic nie może zrobić, po przepisy, bo głupie prawo, bo biurokracja, bo.. nie wiadomo właściwie co. Ale mimo to naprawdę rzadko narzekam, bo w zasadzie jakie mam do tego prawo? Nic mądrejszego nie wymyślę, nie mam pomysłu na inne rozwiązanie. A jeśli czasami mam, to jestem świadoma tego, że zapewne tylko mi się wydaje, że to takie proste i na pewno nie podjęłabym się próby jego realizacji, bo za słabo się znam na wielu rzeczach.
Ja po prostu lubię Polskę ze wszystkimi jej wadami. Uważam, że jestem Polką pełną gębą. Znam kilka języków, w tym dwa na wysokim poziomie, ale najważniejszy jest dla mnie ten mój język ojczysty. Dbam o niego i denerwuję się, gdy jest kaleczony. Lubię polską kulturę. Lubię nawet w dużej mierze polską mentalność! Oczywiście nie wszystko w niej lubię, ale nie generalizuję i wcale nie uważam, że wszyscy Polacy to marudy i kombinatorzy (takich nie znoszę) i za kieliszek wódki daliby się pokroić. Pewnie, że są tacy w naszym kraju. Podobnie jak chamy i prostaki :) Ale na moje szczęście większość osób, z którymi obcuję to zwyczajni, kulturalni, sympatyczni ludzie. I powiem Wam, że o wiele bardziej cenię sobie polską szczerość i powściągliwość niż zagraniczny sztuczny optymizm i fałszywą otwartość. Gdy mieszkałam w Hiszpanii irytowało mnie bardzo, że każda nowo poznana osoba rzucała mi się na szyję i traktowała jak przyjaciela na całe życie - niby to miłe, ale jednocześnie bardzo powierzchowne i sztuczne. W takich momentach człowiek gubi się i nie wie, na kogo tak naprawdę może liczyć. Polacy są trochę inni i mnie to zdecydowanie bardziej odpowiada.

Nie chciałabym wyjeżdżać. Tęskniłabym za Polską, za jej kulturą i jedzeniem. Na pewno nie dla mnie życie za granicą. Nie uważam wcale, że mamy tu kraj mlekiem i miodem płynący - oj daleko mu do tego. Ale ja po prostu akceptuję swoją Ojczyznę taką, jaka jest i szanuję ją właśnie za to. W takim sensie na pewno jestem patriotką. Zawsze otwarcie o tym mówię - chociaż nigdy nie próbuję na siłę przekonać kogoś, kto uważa inaczej, że się myli. Jest mi trochę przykro, gdy słyszę, jak niektórzy narzekają, ale zakładam, że mają ku temu powody. Chociaż przyznam, że czasami, gdy widzę, że niemal nienawidzą Polski, to dziwię się, co tu jeszcze robią - w czasach, gdy granice są otwarte. Uważam, że każdy ma prawo wyjechać i powinien to zrobić, jeśli jest mu tutaj tak bardzo źle. Wydaje mi się, że każdy kraj ma jakieś słabe strony - niektórym jest je łatwiej zaakceptować, innym trudniej. Polska na pewno tych słabości ma wiele, ale ja akurat potrafię je zaakceptować, chociaż oczywiście nie oznacza to, że przyjmuję wszystko bezwarunkowo, wszystkiem przyklaskuję albo jest mi wszystko jedno. Po prostu dokonałam świadomego wyboru - mieszkam tu, bo chcę, bo jestem Polką, czuję się Polką i czuję przynależność do tego kraju.

O tym wszystkim myślałam wczoraj, gdy przepełniona pozytywnymi uczuciami oglądałam relację z uroczystości odbywających się z okazji kolejnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z dumą patrzyłam na nasze mundury, na nasze biało czerwone flagi, napawałam się uroczystą atmosferą i cieszyłam się z tego, że mamy to wszystko łącznie z wolnością wypowiedzi, prawem do świętowania tego dnia, że mamy swoje tradycje i swój protokół dyplomatyczny.
I tylko wieczorem było mi naprawdę wstyd... Szkoda :( Ale jak widać, gdy kocha się swój kraj, trzeba się czasami i wstydu najeść... 
Zdania mimo to nie zmienię - bo kto ja jestem? Polak mały rzecz jasna... Jak dotąd niezmiennie, nawet gdy bywałam na obczyźnie.

wtorek, 5 listopada 2013

Dzień wspomnień.

Początek listopada to u mnie w rodzinie naprawdę dzień zadumy. Ale nie smutnej, jeśli już, to pełnej nostalgii i sentymentów. Wiele razy już pisałam o tym, że inaczej niż większość ludzi, lubię dzień Wszystkich Świętych. Dobrze mi się kojarzy. 

Przez długi czas kojarzył mi się po prostu z tym, że jedziemy do babci. Babcia mieszkała tylko 120 km od nas (naprawdę uważam, że to niewiele, skoro tak łatwo przychodzi nam pokonywanie około tysiąca w ciągu miesiąca), ale to były czasy, gdy jeszcze nie mieliśmy samochodu, gdy nie było telefonów. Widywaliśmy się więc dwa, trzy razy w roku. 1 listopada był jednym z tych "razów". Jeździliśmy na grób mojego dziadka, ale dla mnie, która dziadka znała tylko ze zdjęcia i z opowiadań (zmarł, gdy mój tato miał 12 lat), to była przede wszystkim wizyta u babci, choć oczywiście wiedziałam, po co idziemy na cmentarz, dlaczego palimy znicze i pamiętałam o modlitwie. To był fajny czas, bo często zjeżdżało się rodzeństwo taty z dziećmi, więc świetnie bawiłam się w towarzystwie kuzynów i kuzynek podjadając smakołyki podsuwane nam przez babcię. Przede wszystkim gołąbki.

Wszystkich Świętych to gołąbki... Babcia i gołąbki. Te drugie zostały nam do dziś. Mnie, mojej siostrze, ale także mojemu kuzynostwu. Bo babcia zawsze podawała w tym dniu gołąbki i chociaż babci nie ma już 10 lat, to nie ma możliwości, żebyśmy 1 listopada nie jedli gołąbków. Ta tradycja przeniosła się nawet do rodziny mojej mamy.

Gdy miałam osiem lat zmarła babcia. Ta druga, która zawsze była tuż obok, na co dzień, nie od święta. Ale od tego czasu trzeba było to święto dzielić pomiędzy dwie babcie i pomiędzy dwa różne miejsca. 
Z biegiem lat przybywało grobów, które odwiedzaliśmy a osoby w nich spoczywające, nie były dla mnie już tylko wyobrażeniem. Dziesięć lat temu pojechaliśmy już tylko na grób, a nie do babci, bo babcia leżała chora u nas w domu. Miesiąc później zmarła i tak naprawdę to chyba od tamtej pory dzień Wszystkich Świętych na dobre zmienił swoje oblicze.

Mimo wszystko, tak jak wspomniałam, to nie jest dla nas smutny dzień. Lubię go, bo jest zawsze pełen opowieści i wspomnień. Groby naszych bliskich znajdują się w bardzo różnych miejscach, więc te dni zawsze wiążą się dla nas z podróżowaniem. Ale też ze spotkaniami w gronie rodzinnym. Często spotykamy się z rodziną, którą spotykamy tylko przy okazji wesel i właśnie 1 listopada. Cieszymy się więc, że jest taki dzień, w którym spotkamy się na pewno, bo przecież na co dzień każdy mieszka w innym miejscu, ma swoje sprawy i trudno o odwiedziny.

Dla nas to naprawdę dzień pamięci o zmarłych. Spotykamy się nad grobem i wspominamy. Jak to było kiedyś. Wspominamy jakieś przypadkowe dni z przeszłości, co kto powiedział i dlaczego, rozmawiamy o spotkaniach z dawnych lat i o tych gołąbkach... Być może, gdyby ktoś nas posłuchał, powiedziałby, że nie godzi się o takich sprawach rozmawiać nad grobem. A ja się z tym nie zgadzam. To jest właśnie najlepszy na to moment, kiedy zupełnie spontanicznie i w niecodziennym towarzystwie cofamy się w czasie do dni, gdy osoba, której przyszliśmy zapalić znicz była wśród nas. Ponieważ widujemy się rzadko, często rozmawiamy również o sprawach bieżących o tym, co dzieje się u nas aktualnie, ale również nie sądzę, że to nie na miejscu. Wręcz przeciwnie, jestem pewna, że babcia i dziadek patrzą na nas z góry i cieszą się, że zebraliśmy się wszyscy w miejscu ich spoczynku, że mogą na nas patrzeć i przysłuchiwać się naszym rozmowom.

Wszystkich Świętych jest również dla mnie czasem, w którym najwięcej dowiaduję się o swoich korzeniach. To dni (bo zazwyczaj jest to jakiś "długi weekend"), gdy wędrując od cmentarza do cmentarza, nasuwa mi się całe mnóstwo pytań o osoby, których nie znałam, albo których nie pamiętam. Lub pamiętam, ale interesują mnie fakty z ich życia, kiedy byli młodzi. Na przykład doskonale pamiętam dwóch moich pradziadków i dwie prababcie (dwoje z nich zmarło dopiero trzy lata temu), ale kiedy byłam młodsza niespecjalnie interesowało mnie co robili, gdy mieli trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat... Teraz jestem tego bardzo ciekawa. Pytam więc, a potem słucham opowieści dziadka, wujka lub rodziców.

W tym roku po powrocie z cmentarza obejrzeliśmy w rodzinnym gronie całe mnóstwo zdjęć. Wycieczka do Częstochowy - 1948. Wizyta cioci z Francji - 1960. Mama i wujek na sankach - 1968. Trzy pudła pełne czarno-białych zdjęć, które przywoływały kolejne wspomnienia, kolejne opowieści. I tak jest co roku. Na co dzień się o tym nie myśli. Dlatego tak bardzo lubię dzień Wszystkich Świętych, gdyby nie 1 listopada, dużo mniej wiedziałabym o mojej rodzinie i moich przodkach.

poniedziałek, 28 października 2013

W oczekiwaniu na cios

Od paru dni mamy już w domu internet, ale nadal się jeszcze nie do końca rozpakowaliśmy. Wyjęliśmy to, co najpotrzebniejsze i co stosunkowo łatwo poukładać. Ale w całym mieszkaniu nadal jest jeszcze sporo kartonów, reklamówek albo drobiazgów, które na pewno nie są do wyrzucenia, ale nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić i gdzie je położyć. Dlatego z komputerem mi zdecydowanie nie po drodze, praktycznie go nie włączam, bo nawet usiąść się nie da wygodnie.

Niestety, ale chyba osiągnęłam ten straszny stan, kiedy zwyczajnie boję się cieszyć. Z czegokolwiek. Dzień mija za dniem, nie zalewam się codziennie łzami, ale na sercu jest mi bardzo ciężko. Ja nie lubię taka być i w zasadzie to chyba nie do końca lezy w mojej naturze. Umartwianie się mnie męczy i zazwyczaj mimo wszystko prędzej czy później dochodzę do siebie i nawet pomimo problemów, potrafię się odciąć i cieszyć się drobiazgami, odsuwając trochę to, na co nie mam i tak wpływu. Ale teraz jest inaczej. Owszem, pozwalam sobie na drobne przyjemności, robię to, co do mnie należy, wolny czas spędzamy nawet w miłej atmosferze. Ale gdy tylko zaczynam się rozluźniać i myśleć o tym, że jakoś to będzie, a teraz skupię się na tym albo na tamtym, bo to takie przyjemne, jakaś część mnie przywołuje mnie do porządku. Nie pozwala mi na to rozluźnienie i nie pozwala mi na choćby chwilowe beztroskie oddanie się delektowaniu chwili. Nie. Tak naprawdę czekam na kolejny cios. Bo już zbyt wiele razy w ciągu ostatnich - nawet nie miesięcy, a tygodni! - myślałam, że będzie dobrze, że przecież się ułoży, że musi wreszcie się poukładać, że najważniejsze to cieszyć się z tego, co się ma i zachowywać odpowiednią hierarchię wartości, a reszta sama przyjdzie. Starałam się być szczęśliwa - mimo wszystko. I udawało mi się to. Ale widocznie mi się to nie należy. Chwilami mam wrażenie, jakby złośliwy los obserwował mnie z boku i myślał sobie: "tak już ci dokopałem, a ty się nadal cieszysz, to ciekawe co powiesz na to?" i łup, kolejna zła wiadomość! Kolejne zmartwienie! Pozbierałam się już parę razy, ale teraz już chyba złośliwy los osiągnął swój cel, bo już nie chcę go kusić. Boję się, że spadnie na mnie kolejna przykra informacja w chwili, gdy stwierdzę, że przecież nie jest tak źle.

W każdym razie w ostatnich dniach znowu otrzymałam przykre wiadomości. Franek nie może iść do pracy - we wtorek kończy mu się zwolnienie, ale w sobotę miał wizytę u lekarza i ten kazał mu przyjechać jutro po kolejne L4. Nie może schylać się ani dźwigać i nie do końca wiadomo, co ma z tym kręgosłupem. Na co dzień już go aż tak nie boli - raczej po prostu odczuwa dyskomfort - ale i ortopeda i neurolog niezależnie od siebie stwierdzili, że to nie wygląda dobrze. Tymczasem dostał skierowanie na rezonans magnetyczny i właśnie wspomniane zwolnienie - chociaż jeszcze nie wiem, na jak długo. Cóż, prawdopodobne wcześniejsze wypowiedzenie w takim razie odwlekamy tylko w czasie. Przykro mi tylko, że to naprawdę kiepsko wygląda :( Franek nie jest typem kombinatora i osoby, która się miga od pracy, ale ci ludzie go nie znają i niestety tak mogą go postrzegać, a to bardzo krzywdząca opinia.
A to i tak nie wszystko, bo okazało się też, że moja mama ma dość poważny problem ze zdrowiem. Jest już zapisana na operację, tyle, że za trzy lata, bo takie są terminy. Do tego czasu po prostu będzie obserwować, jak rozwija się choroba, gdy okaże się, że postępuje, nie będzie innego wyjścia, jak zrobić operację prywatnie i zapłacić te kilka tysięcy.
Naprawdę myślę sobie ciągle - co jeszcze??
Ale i tak już chyba się trochę uodporniłam na tego typu wiadomości, o ile w ogóle można tak do tego podejść i tak to nazwać.Po prostu nie tąpnęło mną to wszystko aż tak bardzo, jak mogłabym się spodziewać. Martwię się, oczywiście, ale całe to moje odczuwanie jest jakieś przytępione. Jakbym zobojętniała. Jak się człowiek spodziewa ciosu, to jednak boli mniej. Można więc powiedzieć, że ta taktyka, którą nieświadomie przyjęłam w konfrontacji ze złośliwym losem trochę działa.

No proszę, a wiecie, że ta notka miała być zupełnie o czymś innym? Usiadłam, zaczęłam pisać i popłynęło... Cóż, widocznie to właśnie mi w duszy gra i możecie być tego świadkami, czytając mój wpis.
Trudno mi się pisze, gdy jest mi smutno. Nie mam tej lekkości, nie czuję tego podekscytowania, brak mi radości, którą staram się wyrażać słowem pisanym. I właściwie tak samo jest w życiu.

piątek, 18 października 2013

Bez świętowania

W tym roku nie świętowaliśmy. Oczywiście złożyłam Frankowi życzenia urodzinowe, a dziś imieninowe. On mi wczoraj również. Prezenty też były, ale nastrojów do świętowania nie mamy na pewno. Moje imieniny i tak obchodzone są właściwie bardziej przez rodzinę Franka niż przeze mnie - wczoraj, kiedy Asystent stanął przede mną z czekoladkami i różą pomyślałam sobie, że chyba Dzień Kobiet jest i ja zapomniałam. Naprawdę! Dopiero po chwili spojrzałam w kalendarz i pamięć mi wróciła. 
Tak więc nie przeszkadza mi, że nie świętowaliśmy imienin. Ale żal mi trochę urodzin Franka. Okrągłych. Wydawałoby się, że powinny być obchodzone huczniej. Z drugiej jednak strony, on nie przywiązuje do tego takiej wagi i wcale mu to nie przeszkadzało, więc to trochę łagodzi mój żal.
I tak wczoraj o dziwo poczułam się nieco lepiej. Najpierw się rano wypłakałam, ale później było mi nieco raźniej, choć właściwie nie wiem dlaczego. Tyle dobrze. Ale i tak świętować ochoty nie miałam.
Być może w weekend uczcimy tę okazję. Przyjeżdżają teściowie, przyjeżdża mój wujek i dziadek. Ale nie wiem, jak to będzie, bo przyjeżdżają przede wszystkim pomóc nam w przeprowadzce. To znaczy rodzice Franka mieli i tak przyjechać - właśnie na nasze urodziny i imieniny, ale teraz już wiadomo, że przede wszystkim będziemy się przenosić.
Mamy już spakowaną większość rzeczy. Zostały nam ubrania, buty, kosmetyki i naczynia - czyli rzeczy, których po prostu cały czas używamy. Całą resztę przewieziemy jutro. W niedzielę byc może dowieziemy część tego, co jest potrzebne na bieżąco - a może już wszystko. Nie wiem po prostu od kiedy zamieszkamy w nowym miejscu. Umowę mamy od przyszłego piątku, ale klucze już dostaliśmy - więc możemy mieszkać, tylko będziemy musieli już za media płacić. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak rozliczymy się z właścicielką obecnego mieszkania - musi nam oddać kaucję, oraz część opłaty za wynajem - proporcjonalną do przemieszkanych dni. Ale Franek chce uciekać jak najszybciej, więc pewnie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od poniedziałku już będziemy w nowym miejscu.
Mieszkanie to tak naprawdę nie jest aż tak wielkie zmartwienie (choć trochę też, ale o powodach tego innym razem) - zdecydowanie do przełknięcia. To praca cały czas mnie niepokoi. Właściwie myślę, że musimy liczyć się z tym, że Franek do końca roku nie popracuje i już w listopadzie dostanie wypowiedzenie. Po L4 poszedł w poniedziałek do pracy i chociaż wytrzymał, to plecy go bardzo bolaly. Zapewne trochę ze względu na niedoleczenie, ale w dużej mierze też z powodu stresu. We wtorek wstał do pracy bardzo zestresowany. Nie widziałam go jeszcze nigdy w takim stanie. Plecy bolały go tak bardzo, że w końcu zadzwonił do pracy, że nie da rady przyjść i musi iść do lekarza. 
Lekarz dał mu skierowanie na RTG i do neurologa. Dodał też, że to jest poważna sprawa i dziwi się, że Franek miał zwolnienie tylko na tydzień (to był inny ortopeda niż ostatnio) - i że w ogóle nie powinien był iść do pracy w poniedziałek, bo mógł bardzo pogorszyć sprawę. Franek zwolnienie ma do 29 października. Wychodzi na to, że w tym miesiącu będzie w pracy trzy dni. Prezes był bardzo uprzejmy i wyrozumiały. Mówił Frankowi, że zdrowie jest najważniejsze i że ma się nie przejmować. Ale cóż... Nie zdziwi nas, jeśli 30 wręczą Frankowi wypowiedzenie. Myślę, że to bardzo prawdopodobne. 
Zresztą sama nie wiem, co mnie bardziej martwi - świadomość tego, czy może fakt odwlekania nieuniknionego, bo przecież od stycznia i tak tej pracy nie będzie, a do tego czasu Franek osiwieje z powodu stresu, a ja razem z nim.

Nie chcę jęczeć tu i marudzić. Nie lubię tego, ale po prostu trudno jest mi znaleźć ostatnio powody do radości. A jeszcze trudniej jest przecież pisanie wesolutkim tonem o tym wszystkim, co powyżej, skoro wesoło wcale nie jest.
Dalej jestem rozdarta jeśli chodzi o pisanie. Umówmy się, że nie będę się ani zarzekać ani niczego obiecywać.

środa, 9 października 2013

I gorzej.

Ciesz się człowieku, chwytaj się każdej drobnej dobrej wiadomości. Bierz ją za dobrą monetę, podsycaj w sobie nadzieję, wmawiaj sobie, że przecież musi być dobrze. Tak właśnie żyjemy od dobrych kilku miesięcy z Frankiem, bo w przeciwnym wypadku już dawno byśmy zwariowali i załamali się pod ciężarem ciągłych złych wiadomości ciężkiego kalibru.
Widzicie zresztą, że wyliczam tutaj najmniejsze informacje, które w jakiś sposób wydają mi się pozytywne. Nawet kiedy nie są jeszcze potwierdzone, szukam oznak dających mi nadzieję. Nie cieszę się na wyrost, żeby się potem nie rozczarować. Ale tym razem się mocno przeliczyliśmy.

Franek dostał umowę, ale tylko na trzy miesiące. Potem ma szukać nowej pracy. O my naiwni! Uwierzyliśmy, że skoro wydają kasę na strój roboczy, dają mu kartę do przychodni medycznej i obiecują podpisanie umowy, to będzie to na tych samych zasadach, na jakich umawiali się półtora miesiąca temu. A mowa była, że po okresie próbnym albo go biorą na stałe (umowa na czas nieokreślony) albo wcale. Dlatego się tak stresowaliśmy i dlatego cieszyliśmy się, kiedy okazało się, że ma chodzić nadal do pracy. A dzisiaj z samiutkiego rana obuchem w łeb.
Gdybyśmy się o tym dowiedzieli tydzień temu, to byśmy się nawet ucieszyli - bo mając do wyboru utratę pracy już albo za trzy miesiące, cieszylibyśmy się z tego, że Franek ma trzy miesiące na znalezienie czegoś nowego. Ale teraz rozczarowanie trochę nam przyćmiło powody do zadowolenia. Bo dlaczego Prezes nie mógł mu już w piątek powiedzieć, że umowa owszem będzie, ale nie na stałe?! Oswoilibyśmy się z tą myślą, przełknęlibyśmy to, bo przecież spodziewaliśmy się takiej sytuacji. A tak byliśmy karmieni głupią nadzieją. W ogóle miało być tak, że po okresie próbnym wynagrodzenie brutto będzie wyższe, że zrobią Frankowi kurs na wózki widłowe... No miało.

Podobno przed Frankiem na tym stanowisku były już dwie osoby (a nam mówiono, że jest nowo utworzone), więc może po prostu polityka Prezesa jest taka, żeby zatrudniać na krótko za małe pieniądze. Poza tym od stycznia jest tam zdecydowanie mniej pracy, więc może od początku taki był zamysł. Ale to tylko plotki, więc nie chcę na ślepo dawać im wiary. Prezes znał naszą sytuację, więc trochę trudno mi uwierzyć w to, że ściągałby tu Franka wiedząc, że to tylko na parę miesięcy. My wiedzieliśmy, że to nic pewnego, bo jasno było powiedziane, że jak się Franek nie sprawdzi, to go nie zatrudnią na dłużej. Nadal twierdzę, że Prezes nie jest taki zły - w jakiś sposób przecież nam jednak pomógł. Ale chodzi mi o ten ostatni tydzień! Dlaczego zwodził Franka? Dlaczego nie mógł mu jasno powiedzieć co i jak, dając złudne nadzieje? Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. I nic nie wiem.

Bo to możliwe, że Franek się po prostu nie nadawał (choć z drugiej strony trochę nie rozumiem, czego się spodziewali wiedząc, że zatrudniają kogoś, kto nie miał nic wspólnego z takim rodzajem pracy oraz dlaczego nie dali mu zbyt wiele czasu do przyuczenia się) To nie była jego wymarzona praca, bardzo się w niej stresował i to nie było dobre. Atmosfera z powodu niektórych osób też była taka sobie i w sumie wiedziałam, że na dłuższą metę Franek tam nie wytrzyma i że tylko te wolne weekendy go do niej przekonują. Ale mimo wszystko jakaś praca to była. A teraz jej nie będzie.

A ja coś podświadomie czułam, że to chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe :( Ale nie dopuszczałam tej myśli do glosu. Chyba już po prostu wyćwiczyłam się w ignorowaniu tych przykrych i niepewnych wiadomości na tyle, na ile to możliwe.
Gdyby chociaż sytuacja w mojej pracy była pewna! Nie martwilibyśmy się tak. A tu może się okazać, że oboje zostaniemy na lodzie. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Ta niepewność naprawdę jest straszna.

Dzisiaj to mi się po prostu chce już ryczeć. Bo człowiek się stara nie zamartwiać, stara się wierzyć, że będzie dobrze, stara się nie poddawać. Chwyta się najmniejszych pozytywów i rozdmuchuje je, żeby było z czego się cieszyć i na czym opierać nadzieję. A teraz zła jestem, że się daliśmy nabrać, że się cieszyliśmy w ostatnich dniach.

Ja wiem, że to jeszcze nie jest najgorsze, bo jednak te trzy miesiące dalszego zatrudnienia to jest coś. Ale nic nie poradzę na to, że jest mi smutno i że nadal strasznie boję się o naszą przyszłość.

poniedziałek, 17 października 2011

Bezradność.

Weekend był naprawdę bardzo udany. Ale jakoś chwilowo straciłam chęć pisania o tym, jak było miło, po przykrej wiadomości, którą otrzymałam parę godzin temu :( Wszyscy w rodzinie czujemy się bezradni i jest nam żal. A do tego – zwyczajny szok i niedowierzanie. Na miejscu osoby z centrum wydarzeń, nie chciałabym, żeby ktoś pisał na ten temat na jakimś blogu i dlatego właśnie nie wyjaśniam o co chodzi. Przynajmniej nie teraz, może kiedyś.
Żal, żal :( Nie powiem, że gdybym mogła, wzięłabym to na siebie, ale też nie czuję tej ulgi, którą czasami się odczuwa – że nie mnie to spotkało. Nie, żadnej ulgi.
I tak radość ze wspaniałego weekendu miesza się z ogromnym smutkiem, takim, jaki można odczuwać tylko w sytuacji, gdy naprawdę krzywda dzieje się komuś bliskiemu.
Uśmiech po przeczytaniu kartki z życzeniami od Franka, przyjemne zaskoczenie wywołane prezentem, którego się ani trochę nie spodziewałam, w sytuacji, gdy w ogóle zapomniałam, że jest jakakolwiek okazja – wszystko tylko chwilowe i zaraz gaśnie :(
Jedna – głupia? bezmyślna? złośliwa? beztroska? – decyzja a zmartwiła tak wiele osób, być może zaszkodziła jednej na całe życie… (Oby nie! :( ) Są rodziny, w których zmartwienie jednej osoby powoduje, że kilka innych nie może normalnie funkcjonować i dosłownie traci radość życia – już nawet nie z powodu strachu przed tym, co będzie, a zwyczajnie dlatego, że tak bardzo współodczuwamy i tak nam szkoda tej jednej osoby. Nasza rodzina do takich należy. Miała być radość i ulga. Jest zupełnie coś innego.
Zdarzenie zbyt oczywiste, żeby opowiadać ze szczegółami. Zbyt niewiarygodne, żeby opisać jednym zdaniem.

piątek, 1 maja 2009

Przyjaźń.

Temat rzeka. Ale postaram się nad nim za bardzo nie rozwodzić, żeby się nie zapętlić. Wasze (bardzo miłe zresztą) komentarze pod ostatnim postem skłoniły mnie do napisania o tym paru słów. 

Z Dorotą znamy się od pierwszego dnia liceum, ale nie będę teraz pisać o szczegółach, bo pisałam już o tym  w poście „Współlokatorka” . Jednak nie myślałam nigdy o relacji między nami jako przyjaźni. Głównie z  jednego powodu - nie bardzo w nią wierzę. To znaczy, do tematu przyjaźni, podchodzę trochę jak do tematu duchów:) Tyle o nich się mówi, tyle było filmów, świadectw ludzi, którzy mieli jakieś z nimi doświadczenia… Niby w nie nie wierzę, ale zawsze pozostawiam sobie jakiś margines wątpliwości:) Ale generalnie, nie sądzę, żebym miała z nimi jakieś doświadczenia.
Kiedyś strasznie się przejmowałam, tym, co myślą o mnie koleżanki, czy mnie akceptują i czy będę jedną z nich. Były dla mnie najważniejsze. W ogóle nie przyjmowałam do wiadomości słów moich bliskich, którzy mi powtarzali, że koleżanka jednego dnia jest, drugiego już jej nie ma i że w swoim życiu jeszcze wiele razy będę poznawać nowych i rozstawać się ze starymi znajomymi. Tak naprawdę zmądrzałam dopiero w liceum. Rzeczywiście z większością koleżanek z podstawówki i liceum, na których tak mi kiedyś zależało, w ogóle nie utrzymuję kontaktu. Nasze drogi zupełnie się rozeszły, mamy inne priorytety, często nie mamy nawet wspólnych tematów.

Na osobach, które kiedyś traktowałam jak „przyjaciółki” strasznie się zawiodłam. I to nie jeden raz. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że przyjaźń nie polega na jednostronnej wymianie informacji, na zasadzie ona mówi a ja tylko słucham. Albo wręcz odwrotnie – ja się zwierzałam, a „przyjaciółka” nie chciała powiedzieć słowa o sobie. Wiele wody upłynęło, zanim skojarzyłam, że skoro „przyjaciółka” obrabia przy mnie tyłek swojej innej „przyjaciółce”, to pewnie o mnie też ma dużo do powiedzenia. Cóż, lepiej późno niż wcale. Grunt, że zrozumiałam i od tamtej pory nie staram się szukać w każdej serdecznej znajomej przyjaciółki. Ludzie przychodzą i odchodzą, nigdy nie wiadomo, z kim Cię zetknie lub rozdzieli los. Nie powiem, czasami brakuje mi „Kogoś”, ale jest wiele osób, które (tak myślę) są mi życzliwe i o których myślę serdecznie, więc przeważnie mi to wystarcza. Mam też pewną „bratnią duszę”, z którą niestety widuję się bardzo rzadko (ostatnio chyba ponad 3 lata temu), ale utrzymujemy kontakt ze sobą i zawsze wydawało mi się, że łączy nas coś niezwykłego.

A Dorota? Dorota ma wiele bardzo serdecznych koleżanek. Poza tym ma dwie przyjaciółki, z którymi przyjaźni się od jakichś sześciu lat i mimo, że studiują każda w innym mieście, rozrzucone po całej Polsce, cały czas są ze sobą blisko. Nawet nie wiem, czy Dorota miałaby miejsce na taką przyjaciółkę jak ja:) Nie mam odwagi nazywać tej więzi między nami przyjaźnią. Na pewno jest to coś ważnego i szczególnego. Coś, co bardzo wpłynęło na nasze życie. Razem się śmiałyśmy i płakałyśmy. Uczyłyśmy się i bawiłyśmy. Wyznawałyśmy sobie nie raz miłość, ale nigdy przyjaźń :)  Czas pokaże jak się to wszystko potoczy dalej. Oby „to” nam przetrwało, cokolwiek to jest.Ostatnio mam skłonność do przydługawych notek :) Ale to jest taki temat, o którym można powiedzieć wiele, a jednoczenie ciężko ubrać go w słowa. 
Na zakończenie jedna taka moja myśl: czasem mi się wydaje, że przyjaźń ma to do siebie, że jak się ją nazwie po imieniu, to znika…

czwartek, 30 kwietnia 2009

Dorosnąć...

Widzę po komentarzach, moje Drogie, że jednogłośnie orzekłyście, że najlepszym rozwiązaniem byłoby się jednak nie wyprowadzać… Cóż, mój zdrowy rozsądek też tak sądzi. Jeszcze nic nie zdecydowałyśmy, ale wygląda na to, że nasze drogi jednak się trochę rozejdą. Przynajmniej w kwestii mieszkaniowej. Ale mimo wszystko, strasznie będzie mi tego brakowało. 

W każdym razie dzisiaj już się tak nie dołuję. Zaczęłam szukać pozytywów. Na przykład przedwczoraj Dorota wróciła z imprezy po 2 i mnie obudziła. Już nie zasnęłam do rana niestety i byłam nieprzytomna cały dzień. Jak zostanę sama w pokoju, nie będzie już takiego problemu… 
A poza tym przeprowadziłyśmy wczoraj z Dorotą poważną rozmowę. O życiu. Okazało się, że nie tylko ja tak przeżywam całą sprawę z przeprowadzką i ryczę po kątach jak głupia, bo ona ma to samo. Płakała mamie trzy razy do telefonu. No tak, powinnam się była tego spodziewać, a niby dlaczego się tak dobrze rozumiemy? :) W każdym razie Dorota przynajmniej rozwiała moje wątpliwości, co do powodów jej chęci posiadania własnego pokoju. Prawda z tymi rzeczami i brakiem miejsca, ale głównie chodzi o to, że poczuła, że musi zrobić coś ze swoim życiem. Dołuje się tym brakiem zaczepienia i chce zmienić trochę swój tryb życia. Rozumiem ją, bo ja mam chociaż pracę i Franka, jej teraz nawet studia się skończyły… Do żadnych konkretnych rozwiązań nie doszłyśmy. Stwierdziłyśmy, że nawet jeśli zamieszkamy razem to i tak nie urządza nas to do końca, bo to będzie na chwilę. Ja potem będę kombinować coś z Frankiem, a ona w końcu będzie musiała przecież skończyć z tym studenckim życiem. No, ja zresztą też :) Zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie wynająć, albo nawet z pomocą rodziców, czy nie kupić kawalerki lub mieszkania… Bo jeśli nawet będzie szukać mieszkania z obcymi, to nie wie czy się z nimi dogada, a poza tym, to też będzie rozwiązanie chwilowe. Na razie nie postanowiłyśmy nic. Obiecałyśmy sobie tylko, że cokolwiek się nie zdarzy będziemy się spotykać na wspólne oglądanie You Can Dance, na zakupy, na picie, spanie u siebie, a jak się z Frankiem pokłócę to będę mogła do niej przyjść. Doszłyśmy do wniosku, ze nie możemy zmarnować naszej znajomości dziesięcioletniej, tym bardziej, że nie znamy innej „pary” podobnej nam, która by tak dobrze się rozumiała w kwestiach mieszkaniowych. Pięć lat w jednym pokoju. Robi wrażenie co?

Ostatni nasz wniosek jest dość prosty. Ktoś inny na naszym miejscu nie robiłby z igły wideł. Wyprowadziłby się i już. A my mamy problem, bo koniec wspólnego mieszkania, będzie oznaczało, że już naprawdę się postarzałyśmy. Koniec pewnego etapu w życiu. A co gorsza, że czas dorosnąć i zacząć myśleć poważnie… A tego chyba najbardziej się boimy. Prawda jest taka, że już dorosłam już parę lat temu, kiedy zaczęłam sama mieszkać, pracować, ale to cały czas było takie życie bez zobowiązań, chyba powoli nadchodzi czas na to, by coś zmienić.

wtorek, 30 września 2008

Będę płakać.

O, dawno mnie nie było.. Nawet nie zorientowałam się, że minął już tydzień od ostatniego wpisu. Najpierw miałam dużo roboty w pracy, potem był weekend – ładna pogoda, cieplutko, aż żal było nie wykorzystać. A dzisiaj też właściwie niespecjalnie mam ochotę na pisanie. Ale dzisiaj to w ogóle mam na mało co ochotę. A w zasadzie to na nic. Najchętniej bym się jakoś odmóżdżyła, żeby nie myśleć. Bo ja mam taki durny charakter, ze się wszystkim przejmuję. Zawsze sobie coś znajdę. I w tym momencie właśnie przejmuję się pracą. Na samą myśl, o tym, że jutro mam iść to mi się chce ryczeć. 
 
Wspominałam, że pracuję w dwóch miejscach. W poniedziałki i piątki jest ok. Bardzo lubię tamtą pracę, ludzi, szefa. A z tą ze środka tygodnia, poznańską to różnie bywa. I właśnie teraz bywa źle. Pracuje tu ten przydupas. Ale we wrześniu poszedł na urlop. Przekazał jakieś tam informacje na temat pracy wykonywanej przez siebie jednemu naszemu koledze. Ale ponieważ ten kolega ma zupełnie inną funkcję i nie ma czasu na robotę papierkową wszystko spadło na mnie. I w zasadzie to nie jest jeszcze takie złe, ja lubię tą pracę więc nie narzekam. Ale teraz nadszedł przełom miesiąca i wtedy mamy najwięcej roboty, jest dużo raportów i podsumowań do zrobienia. I ja tutaj za bardzo nie chcę się mieszać przydupasowi, bo nie chcę mu się wtrącać. Ja robię to wszystko w Luboniu, ale tam robię po swojemu. A nie wiem jaki system on sobie tutaj wypracował i nie chcę, żeby potem wyszło, że jest coś nie tak. Przydupas będzie dopiero w sobotę a przede mną jeszcze dwa dni stresu, bo nie wiem czego tym razem szef J. będzie ode mnie chciał. Najgorsze jest to, że on nawet nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co my robimy ale ma być zrobione. Jak próbuję z nim coś ustalić to nawet czasem nie wie o czym do niego mówię, ale gorzej, że wtedy traktuje te moje pytania jako brak umiejętności. A ja po prostu wolę się zawsze upewnić, asekuracyjnie. Poza tym w Luboniu wszystko konsultuję z szefem R. i tak jest lepiej dla wszystkich. Pokrętnie piszę o tym wszystkim, wiem. I mało jasne to jest, ale ciężko mi wytłumaczyć tą sytuację bez zagłębiania się w relacje panujące w naszej firmie i bez pisania o tym kto jakie ma obowiązki. Sedno sprawy tkwi w tym, że autentycznie czuję się dyskryminowana. 
Koleś zaczął pracować tam ponad rok później ode mnie, wykonuje tę samą pracę i ma dwa razy takie wynagrodzenie jak ja. Kiedy J. ze mną rozmawia, mam wrażenie, że robi to bardzo pobłażliwie, bo przecież jestem baba i co ja tam wiem… W ogóle to mam podejrzenie, że mimo że oboje pracujemy na umowę zlecenie i mamy bezpłatny urlop on dostanie za ten wrzesień wynagrodzenie… Nie muszę dodawać, ze ja kasy za dni w które nie ma mnie w pracy nie dostaję… Tego akurat dowiem się jutro chyba. I bardzo chciałabym się mylić. Wiecie tu nie chodzi o to kto ile dostaje. Ale o sprawiedliwość. Dlaczego są równi i równiejsi. Ja wiem, że zawsze tak było, ale prawdę mówiąc nie sądziłam, że sama się z tym spotkam. Tak naprawdę użeram się z tym problemem od zeszłego roku. Byłoby chyba łatwiej gdyby ten przydupasowaty kapuś był miły i sympatyczny. Ale nie jest niestety :( I to jest zdanie większości pracowników. Ja nawet próbowałam się z nim porozumieć, uprzejmie porozmawiać, ale on nie wykazywał żadnej chęci ocieplenia stosunków. Wręcz mam wrażenie, że on traktuje dziewczyny jako gorszą kategorię – podobnie odnosi się do mojej koleżanki a nawet szefową lekceważy…

Boli wiecie? Nie lubię być niedoceniana. Dlatego właśnie tak bardzo lubię jeździć do Lubonia. Tam zarabiam nawet mniej, ale to, że szef mnie docenia daje mi taką satysfakcję, że nawet za grosze bym tam jeździła. No cóż. Przede mną bardzo ciężkie dwa dni :( Sorki za tą nieskładną notkę, ale mam doła po prostu.
I jeszcze Franek… On tak jakoś kiepsko się potrafi wczuć w sytuację… Jak mi smutno to nie za bardzo potrafi mnie pocieszyć. A w ogóle to się bardzo niecierpliwi i denerwuje go, jak widzi, że płaczę. No czasem jak się postara to mi się robi lepiej. Ale czy ja naprawdę muszę o to prosić? Nie może zrobić tego sam z siebie?
I tym właśnie mało optymistycznym akcentem kończę. Idę się zakopać.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Dzieje się, dzieje...

Wspominałam, że nic się nie dzieje… A tymczasem teraz dzieje się aż za dużo :/ I nie powiem, żeby to mi się podobało do końca, bo to co się dzieje wcale nie jest przyjemne. Niestety w poniedziałek babcia Franka trafiła do szpitala z udarem mózgu. Jest to osoba w bardzo podeszłym wieku, więc tym bardziej sytuacja była nerwowa… Już jest trochę lepiej. Ale wiadomo, że już pełnej sprawności nie odzyska. Mimo, że jesteśmy z Frankiem ze sobą już ponad dwa lata, a cała jego rodzina jest na miejscu, tej babci nawet nie poznałam jeszcze :( Niestety jakoś się nie złożyło. Drugą babcię i w ogóle rodzinę ze strony jego mamy znam całkiem dobrze, ale z tą od taty gorzej. Jeśli chodzi o babcię, to że jej nie poznałam wynika głównie z tego, że jest już starsza i schorowana. To nie sprzyja wizytom :( Mam nadzieję, że wkrótce poczuje się lepiej. Franek się bardzo przejął, ale nie spodobał mi się bardzo sposób w jaki postanowił to odreagować – alkohol. Pokłóciliśmy się. A nawet to nie była taka typowa kłótnia. Trudno to nazwać. W każdym razie od wtorku stosunki między nami są bardzo napięte, a to że ja wracam z pracy o 16 a on na 17 idzie do pracy nie sprzyjało rozmowie… Wczoraj niby trochę pogadaliśmy i jest lepiej, ale ja mam wrażenie jakby coś się zmieniło. Jakby coś się zepsuło i nie będzie łatwo tego naprawić. Taka niewidzialna ściana między nami… Franek najchętniej przeszedłby nad tym wszystkim do porządku dziennego, ale ja tak nie mogę. Problem się powtarza i mam już tego dość po prostu. Nie chcę znowu obgadać problemu i uznać, że sprawa zakończona – do następnego razu. Może i jestem upierdliwa. Ale taka jestem i już.  Tak więc w nastroju najlepszym nie byłam ostatnio. I to wcale nawet nie chodzi o to, że miałam doła. Po prostu sama nie wiedziałam co o tym myśleć i co zrobić w takiej sytuacji, jak postąpić. Wiedziałam, że Franek się martwi o babcię, ale dlaczego ze mną w ogóle nie rozmawia?? Ciągle tylko powtarza, że on ma swoje problemy. Więc ja się pytam po co mu więcej w postaci problemów między nami?? Przecież nie na tym związek polega, że każdy się ze swoim problemem zamyka i radzi sobie jak może. Chciałabym mu pomóc, wysłuchać, ale on nie daje mi szansy. I tym sposobem przez dwa dni prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. Teraz sytuacja jest trochę lepsza, bo emocje zawsze w końcu opadają, ale cały czas mam wrażenie, że problem wisi nad nami. Dzisiaj jadę do domu i rozpoczynam urlop. On chodzi jeszcze do niedzieli do pracy, ma dopiero do mnie dojechać. Tym bardziej głupio, że się w takich okolicznościach się rozstajemy. Zobaczymy się w poniedziałek po południu…
 Notka trochę nieskładna, ale już mi się nie chce poprawiać :)

piątek, 8 sierpnia 2008

Ofiara wypadku, czy morderca?

Dzisiaj temat trochę smutny. I tragiczny. Wróciłam ostatnio do domu po pracy i włączyłam na chybił-trafił telewizor. Akurat na Polsacie leciała „Interwencja” na temat tego wypadku w łódzkiem, koło Koluszek chyba. Zginęło tam osiem osób. Wiecie, naprawdę się zbulwersowałam. A to dlatego, że cały czas mowa była o pasażerach citroena – młodych ludziach. Że tacy młodzi, że mieli plany na przyszłość,  że tragedia dla rodzin, że straszne… Oczywiście, że jest to tragedia. Szkoda tych ludzi i oczywiście, że byli oni czyimiś dziećmi, braćmi i siostrami. ALE! Ale prawie NIC nie wspomniano o pasażerach drugiego samochodu, małżeństwie po pięćdziesiątce. Dlaczego?? Ja się pytam co powoduje, że ich tragedia jest mniejsza od tragedii młodych ludzi? Bo są starsi?? Przecież oni prawdopodobnie byli czyimiś rodzicami. Byli tylko trochę starsi od moich rodziców. Może właśnie wracali w odwiedzin u córki?  Oczywiście tego nie wiem, ale po prostu szlag mnie trafiał jak słuchałam, że z ofiar z citroena prawie świętych robili, a przecież to któryś z NICH był sprawcą wypadku i ZABIŁ siebie i siedem innych osób. Cytat: „[Citroen] Zjechał na pobocze, a następnie znalazł się z powrotem na jezdni, dachując na pasie dla przeciwnego kierunku jazdy. Tam też zderzył się z prawidłowo jadącą toyotą corollą”
Ja rozumiem, że to wielka tragedia, że zginęło tylu młodych ludzi. Nie umniejszam jej. Ale zabili dwoje ludzi, którzy nie zginęliby, gdyby nie ten citroen. A gdyby to byli Wasi rodzice?? Gdyby to byli moi rodzice, kierowca citroena byłby dla mnie MORDERCĄ. Nie jestem pewna czy już wiadomo, kto prowadził citroena. Z relacji wynikało, że dziewczyna, która miała prawo jazdy trzy miesiące. Mówili, że zawiniła zła droga. Ale ludzie! Przecież osoba, która ma prawko trzy miesiące nie ma żadnego doświadczenia!!! Kiedy ja dostałam prawo jazdy, przez pół roku nie jeździłam sama, zawsze obok mnie siedział mój tato lub wujek. Nie pozwalano mi samej usiąść za kierownicą. Potem, kiedy już dostawałam samochód, przez rok nie pozwalano mi zabierać znajomych, bo moi rodzice nie zgadzali się, abym ja – niedoświadczony kierowca – brała odpowiedzialność za obce osoby. Nawet jeśli kierowcą nie była ta dziewczyna, osobą prowadzącą pojazd był ktoś najwyżej dwudziestoletni. Więc ile czasu miał prawo jazdy? Z tego co wiem policja wypowiadała się, że zawinił brak doświadczenia.
Być może zdarzy się tak, że tą notkę przeczyta ktoś, kto znał ofiary. Nie chcę żeby poczuł się urażony, bo jeszcze raz podkreślam, że zdaję sobie sprawę z tego, że to tragedia dla tych ludzi i ich rodzin. Ale ryczeć mi się chciało, kiedy widziałam, że prawie nie wspomina się o małżeństwie z „prawidłowo jadącej toyoty” . A przecież oni też zginęli. I to zginęli, bo jakiś niedoświadczony kierowca przesadził i nie potrafił zapanować nad samochodem.
Mam prawo jazdy sześć lat i mimo, że czuję się w miarę pewnie za kierownicą, staram się nie przesadzać z prędkością, w miejscach z ograniczeniami zwalniam – chociażby po to, żeby nie płacić mandatu, wyprzedzam tylko wtedy, kiedy widzę, że na długim odcinku przede mną nie jedzie nic z przeciwległego pasa i tak dalej. Nie jestem zawalidrogą, która poza terenem zabudowanym jedzie 60 km/h, ale ogólnie jestem strachliwa i staram się nie przekraczać setki, bo wtedy nie czuję się pewnie. Ale najgorsze jest to, że za każdym razem kiedy wsiadam za kierownicę, lub kiedy ktoś z moich bliskich wybiera się w dłuższą podróż boję się panicznie, że staną się ofiarą kogoś, kto szarżuje, przekracza prędkość, wyprzedza na zakrętach itd. Straszna jest dla mnie świadomość, że ktoś jadący prawidłowo w ostatniej sekundzie swojego życia ze zgrozą zobaczy wyjeżdżając zza zakrętu samochód pędzący prosto na niego, bo jego kierowca bez wyobraźni postanowił wyprzedzić na zakręcie…
I żeby nie było, że się uwzięłam na młodych, niedoświadczonych kierowców… Jakiś miesiąc temu R. jechał i był świadkiem wypadku, w którym mężczyzna w średnim wieku wyprzedzał i zderzył się czołowo z tico w którym jechały dwie siostry – 19 i 20 lat. Jechały prawidłowo. W ciężkim stanie odwieziono je do szpitala. Nie wiemy nawet czy przeżyły. A dupkowi nic się nie stało. Więc nie chodzi tu kuźwa o wiek, tylko o tę bezradność!!!  Ktoś jedzie dobrze a nigdy nie wie z jakim idiotami się spotka na drodze. Przeraża mnie to. A kierowca citroena miał w gruncie rzeczy szczęście, że zginął. Bo jak żyłby ze świadomością, ze zabił siedem osób? Powtarzam, gdyby ktoś z moich bliskich (odpukać, wypluć itd.) zginął w wypadku, bo jakiś kretyn nie potrafi się dostosować do warunków na drodze, to ten kretyn byłby dla mnie mordercą i gdyby przeżył, osobiście poszłabym mu powiedzieć to prosto w twarz.