*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 stycznia 2016

Życiowy misz-masz.

Właśnie dobiega końca pierwszy weekend matki polki pracującej :) Szkoda, ale cóż, następny za pięć dni... Spędziłam z Wikingiem duuużo czasu, szczególnie dzisiaj, bo wczoraj odwiedzili nas mój wujek z dziadziem, a ja skorzystałam z okazji i wyskoczyłam kupić sobie buty. Ale dziś byliśmy razem bez przerwy i było naprawdę fajnie :) Jak za starych dobrych czasów mogłabym powiedzieć :P Bawiliśmy się i rysowaliśmy. To znaczy ja kolorowałam swój kalendarz, a Wikuś bardzo chciał mi pomagać, tylko nie umiałam mu wytłumaczyć, żeby nie wyjeżdżał za linię :P Nie no oczywiście o kolorowaniu z jego strony to jeszcze nie ma mowy, na razie to dopiero trzyma kredki i próbuje mnie naśladować, ale chyba jeszcze nie do końca zajarzył o co chodzi, bo tylko czasami jego kredka jakiś ślad na papierze zostawia. Zaliczyliśmy też dwa spacery, a wieczorem poszliśmy do kościoła. Franek pracował, więc wcześniej nie było jak. To spowodowało, że Wiking się pod wieczór trochę "nabodźcował" i trudno mu było zasnąć. Wiercił się w łóżeczku i choć był zmęczony, to miał ochotę się bawić. Ale zgasiłam światło, wzięłam go do łóżka i położyłam obok. Głaskałam go bardzo delikatnie po pleckach i główce (on to bardzo lubi), i szeptałam jakim jest kochanym chłopczykiem i zasnął w ciągu paru minut :)
Zyskałam więc trochę czasu dla siebie, choć niewiele, bo musiałam jeszcze było parę innych drobnych spraw do załatwienia. Teraz czekam, aż wyschnie mi lakier na paznokciach, więc korzystając z okazji usiadłam do notki. 
Tak to ostatnio u mnie wygląda, że mam mało czasu na trylion różnych czynności :) Bo tu trzeba guzik przyszyć, tu buty wypastować, przetrzeć umywalkę, przygotować Wikingowi ubranko, ugotować mu obiadek i tak dalej. Muszę sobie wiele rzeczy bardzo dokładnie planować - no bo na przykład takie pranie... Prasować teraz właściwie mogę tylko w weekendy i to tylko wtedy, kiedy Franek może odwracać uwagę Wikinga od żelazka, więc muszę tak to organizować, żeby z kolei sterta ubrań do prasowania nie leżała przez pół tygodnia na fotelu na przykład. Albo gotowanie zup... Kiedyś robiłam to rano, ale teraz nie mogę ryzykować, że Wiking będzie spał dłużej niż ja i że nie będzie rano marudził. Muszę więc kombinować inaczej. Nawet umycie głowy staje się wyzwaniem logistycznym (bo Wikuś uwielbia włazić do brodzika - nieważne, że jest w ubraniu i nieważne, że woda leje się strumieniami :)) Ale grunt, że daję radę póki co. Notki co prawda nie pojawiają się już codziennie, jak zapewne zauważyłyście, ale wieczorami często mam ochotę też na inną rozrywkę, wiecie, że zajęć to mi nigdy nie brakuje :)

Jutro zaczynam kolejny tydzień pracy. Teraz już pewnie będzie dużo bardziej intensywnie. Na jutro mam już zaplanowane dwa spotkania, poza tym będę miała cały stos umów do przeczytania. Zaczyna się rozkręcać. Za miesiąc jadę wraz z całym biurem na trzydniową konferencję. To będą moje pierwsze noce bez Wikinga! Jakoś to będę musiała przeżyć. Myślałam, że Franek będzie niezadowolony, bo on nigdy nie lubił moich delegacji, ale przyjął to ze spokojem, a na moją sugestię, że poprosimy moją mamę, żeby wzięła urlop i przyjechała powiedział - "a co, ja sobie nie poradzę?". :) Ale uświadomiłam go, że jednak może być ciężko, kiedy będzie szedł do pracy na 3:00 albo 4:00, a niania przyjdzie dopiero po siódmej... No, ale to dopiero za miesiąc. Dzisiaj muszę się skupić na teraźniejszości. 
Ciekawa jestem, jaki będzie ten tydzień, mam nadzieję, że to nie jest tak, że skończyła się taryfa ulgowa i wrzucą mnie na głęboką wodę :) Ostatnio już było lepiej. W czwartek i piątek zupełnie swobodnie rozmawiałam już z kilkoma osobami i bez większego skrępowania wchodziłam do kuchni pełnej ludzi. A nawet zjadłam "lancz" (znaczy się kefir wypiłam:P) w towarzystwie ;) Poza tym zdarzyło się parę razy, że jakiś manager pierwszy się ze mną witał, w dodatku używając mojego imienia, więc od razu było mi raźniej, bo to nie było takie bezosobowe.
No to kończę, bo pora spać. Dobranoc! :)

sobota, 19 grudnia 2015

Wiking i niania.

Pytacie jak tam Wiking i niania... Na razie wygląda na to, że się bardzo dobrze dogadują :) Wczoraj spędzili razem zupełnie sami 3,5h (nie licząc 1,5h spaceru) i Wiking ani razu nie zapłakał. Kiedy wróciliśmy z Frankiem do domu, powitał nas zadowoloną miną :) Od razu poznać było, że jest w doskonałym humorze i świetnie bawił się podczas naszej nieobecności.

Przyznam, że kiedy parę miesięcy wcześniej myślałam o tym, że ktoś będzie musiał się zająć Wikingiem i sobie z nim poradzić, robiło mi się gorąco. Właśnie dlatego to był dla mnie tak trudny temat. Odsuwałam te myśli, bo nie umiałam sobie wyobrazić, że ktoś będzie umiał poradzić sobie z charakterkiem Wikinga - że będzie umiał go uspokoić, uśpić, nakarmić... I nie chodzi o to, że uważałam, że nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie (choć pewnie tak jest, dla dziecka jednak matka to matka), tylko obawiałam się, że Wiking będzie zbyt trudnym dzieckiem dla takiej niani. Już miałam wizję, że ta po paru dniach przychodzi do nas i mówi, że nie da rady...
Ale Kinga mówi, że wszystkim rodzicom się tak wydaje ;) I że ona problemów nie przewiduje, bo nie widzi, żeby Wiking był jakimś szczególnie wymagającym dzieckiem. Wręcz przeciwnie, powiedziała, że pierwszy raz spotyka się z maluchem, który tak bez żadnego problemu od samego początku do niej idzie - nawet kiedy ja jestem obok. Mówi, że Wiking jest bardzo pogodnym i otwartym dzieckiem. Chętnie się z nią bawił, bez problemu dał się nakarmić (podobno w poprzednich wypadkach, musiały minąć jakieś dwa tygodnie, zanim podopieczne pozwoliły nakarmić się Kindze a nie swojej mamie), przewinąć, wziąć na ręce. Tylko parę razy zdarzyło się, że przypomniał sobie o mojej obecności, podszedł się przytulic i wrócił z powrotem do Kingi. 
Wygląda na to, że osiągnęłam swój cel! Pamiętacie, jak zawsze się bałam, że Wiking będzie się wychowywał tu sam, tylko z mamą i tatą? Postanowiłam sobie, że pokażę mu jak najszybciej, że świat, to całe mnóstwo innych, również przyjaznych ludzi. Chyba się to udało, Wikuś nie stroni od osób, które widzi rzadko lub nawet po raz pierwszy, a w tym wypadku to akurat bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie, jak przeżyłabym te dni, gdyby on płakał za mną :(
Oczywiście wszystko jeszcze się może zmienić, na razie on jeszcze niewiele rozumie, ale pewnie jak będzie trochę starszy, to skojarzy, że wychodzę i nie ma mnie przez parę godzin, wtedy może zacznie za mną płakać. Ale myślę, że do tego czasu, opiekunka już stanie się dla niego na tyle bliską osobą, że złagodzi jego żal. W każdym razie, mam nadzieję, że nie będzie większych problemów.

Co prawda jeden dzień był trochę trudniejszy - Wiking bardzo płakał i nie chciał się uspokoić nawet u mnie na rękach, a potem szybko zasnął. Obawiałam się przez chwilę, czy nie zaczął przypadkiem czegoś wyczuwać, ale zdaje się, że po prostu coś mu dolegało - może to było jeszcze echo jelitówki, bo tamtego dnia nie chciał w ogóle nic jeść i marudził od rana. Kinga była z nim tylko przez dwie godziny, potem zajmował się nim Franek i przez ponad godzinę musiał go cały czas nosić, a potem przeszło mu jak ręką odjął i do wieczora już był spokojny. Od tamtej pory skończyła się też biegunka, odbijanie i problemy z jedzeniem. Kiedy niania przyszła następnego dnia, Wiking od razu do niej podszedł z uśmiechem.
 Po raz kolejny przekonuję się, że Wikuś jednak nie marudzi bez powodu. Zawsze kiedy jest bardziej płaczliwy, okazuje się później, że albo boli go brzuszek, albo łapie przeziębienie, albo ząbki się pojawiają (a właśnie, dzisiaj zauważyłam że na górze zaczynają się przebijać, więc kto wie, czy to wszystko ze sobą powiązane nie było).

Wracając do tych moich obaw, że sobie niania z Wikingiem nie poradzi... Wygląda na to, że były zupełnie niepotrzebne. Wikuś wcale nie daje jej popalić. Chyba znowu te moje myśli wynikały z tego, o czym pisałam już wielokrotnie - jako że jestem perfekcjonistką, wymagającą bardzo dużo od siebie i innych (również od własnego dziecka) mam chyba nieco wypaczone spojrzenie na naszego Dzieciaka :P Już tyle razy słyszałam (również od niektórych z Was), że Wiking to złote dziecko albo przynajmniej, że to normalne dziecko, a mnie się ciągle wydaje, że jest bardziej wymagający :) Pewnie nie bez znaczenia pozostają też te pierwsze miesiące, kiedy jako noworodek tak dużo płakał z powodu (chyba?) kolek albo może po prostu nieprzystosowania...  W głowie mi się utrwaliło, że inni mają dzieci łatwiejsze w obsłudze :) Chyba też przyczyniła się trochę do tego teściowa, która przyjeżdżając do nas chyba spodziewała się dziecka, które ciągle tylko śpi, a on tak dużo płakał. To ją przerosło. Nas trochę też, bo ja się wtedy poczułam, jakbym dostała obuchem w łeb - skoro nawet teściowa niejako ucieka od nas (wyjechała dwa dni wcześniej), bo Wiking ją tak bardzo stresuje (mówiła, że chyba jest po prostu bardziej wrażliwa, na jego płacz, bo trudniej jej go znieść). Zwłaszcza, że to był wystarczająco trudny dla nas czas. Trochę to potem trwało zanim Pani Mama przestała bać się Wikinga. Ona twierdzi, że jej chłopcy tak nie płakali... Może faktycznie płakali trochę mniej, ale ja i tak teraz myślę, że ona po prostu już zapomniała jak było, a poza tym była wtedy o ponad 30 lat młodsza, to i wrażliwość miała inną i cierpliwość też. No, ale odbiegłam od tematu, wracając więc: bardzo miło jest usłyszeć od osoby postronnej, obiektywnej i w dodatku mającej porównanie, że zdecydowanie przesadzam i że Wikuś to fajny chłopczyk, który może mieć gorsze dni, jak każde dziecko, ale generalnie sprawia wrażenie radosnego i raczej bezproblemowego :)

Przez pierwsze dni niania wpadała do nas na krótko, ale wczoraj już została ponad siedem godzin, czyli tyle, ile mniej więcej będzie zostawać normalnie. Założenie było takie, że my z Frankiem jesteśmy na widoku, ale nie zajmujemy się Wikingiem (oczywiście bez przesady, nie że nie weźmiemy dziecka na ręce, kiedy ewidentnie tego chce :)). Początkowo nie umiałam się skupić na żadnej czynności, bo miałam wrażenie, że zaraz będę musiała iść do dziecka, a poza tym przecież nawet jeśli ktoś z rodziny zajmował się Wikusiem, to takie rzeczy jak przewijanie i ubieranie należały do nas. I dziwne to trochę było, że tym razem tylko stałam z boku i się przyglądałam, ręce mnie świerzbiły!  :) Cały czas musiałam w głowie zwalczać pokusę, żeby "odciążyć" Kingę, tłumaczyłam sobie, że przecież za to będziemy jej płacić ;) A poza tym widziałam, że sobie świetnie radzi. Myślę, że z dnia na dzień będzie lepiej.

Na chwilę obecną jesteśmy naprawdę zadowoleni. O tym, dlaczego zdecydowaliśmy się właśnie na Kingę i jaka ona jest, jeszcze napiszę. Jestem dobrej myśli, dobrze się dogadujemy (a to przecież też ważne) i wydaje mi się, że to początki bardzo dobrej współpracy. I oczywiście mam taką nadzieję!

piątek, 18 grudnia 2015

Szalony grudzień.

Naprawdę szalony! Czas przyspieszył jeszcze bardziej, ostatnie dwa dni jesteśmy ciągle w biegu! Czekamy na święta, mam nadzieję, że wtedy trochę zwolnimy.
Wirus przysłużył nam się o tyle, że Franek dostał aż trzy dni zwolnienia - nie poszedł do pracy w poniedziałek, bo w niedzielę do późna czuł się źle, a w jego zawodzie jednak trudno funkcjonować z problemami żołądkowymi, no bo jak? Potrzebował więc na ten jeden dzień zwolnienia i poszedł do lekarza, który dał mu zwolnienie aż na trzy dni. Dzięki temu mogliśmy więc jeszcze parę spraw pozałatwiać.

W środę zaklepaliśmy sobie nianię Kingę i spotkaliśmy się z nią w celu omówienia najdrobniejszych szczegółów. Po spotkaniu pojechaliśmy do nowej przychodni przyszpitalnej, bo chcieliśmy umówić Wikinga na wizytę do specjalisty. Straciliśmy tam kupę czasu, bo staliśmy w kolejce, która bardzo powoli się posuwała do przodu aż w końcu, kiedy przed nami zostały już tylko dwie osoby, system padł i niczego nie załatwiliśmy! Niestety zmarnowaliśmy prawie dwie godziny :( Byłam niepocieszona, ale Franek to był naprawdę wściekły, że nie udało nam się załatwić tej - jakby nie było - istotnej sprawy. 
Następnie popędziliśmy do mojej nowej pracy, bo miałam tam się zgłosić do kadr. Stałam tam przebierając nogami, bo potem spieszyliśmy się na zajęcia dla niemowląt - bardzo zależało mi, żeby pojechać, bo przecież to ostatni raz i chciałam się pożegnać. Z tego wszystkiego więc, kiedy dostałam skierowanie na badania wstępne i kwestionariusze do wypełnienia, nie upomniałam się o list intencyjny, który babka od HR przekazała kadrom. Zupełnie zapomniałam, no i ta kobieta w kadrach też - zadzwoniła do mnie dopiero po dwóch godzinach, czy będę mogła podjechać jeszcze raz... Na zajęcia na szczęście zdążyliśmy :) A potem już do domu, w którym też było sporo do zrobienia, więc ani się obejrzeliśmy i trzeba było kłaść się spać.

Wczoraj z kolei pojechaliśmy (Wiking i ja) z Agnieszką i Adasiem do Muzeum Narodowego, bo tam jest w czwartki akcja "Mamy w muzeum" i już dawno byłyśmy na to wyjście umówione. Wróciliśmy około 14, z pociągu odebrała nas Kinga i przyszła z nami do domu. Zajęła się Wikingiem w ramach oswajania go ze swoją osobą. Ja się zajęłam sobą, bo na 18 byłam umówiona na spotkanie ze znajomymi z poprzedniej pracy. Ale musiałam wyjść wcześniej, żeby właśnie jeszcze podjechać po ten list intencyjny do nowej pracy :) I wszystko w biegu! Na szczęście wieczorem usiadłam sobie w knajpce ze znajomymi i udało mi się odsapnąć. 

Dzisiaj już jest trochę wolniej. Od rana jest u nas niania i zajmuje się Wikusiem. Teraz wyszła z nim na spacer, a ja załatwiam domowe sprawy i siedzę przy komputerze, jak widać :) Kiedy wrócą, pojadę do galerii handlowej, bo od dawna mam dla wszystkich prezenty, tylko nie dla Franka (a przynajmniej nie w całości), bo nie było kiedy tego załatwić. 
Jutro jesteśmy umówieni z (już nie) hiszpańską Karoliną, będzie nam robić hiszpańską tortillę na obiad :) W niedzielę akcja - pakowanie, a w poniedziałek z samego rana jedziemy do Miasteczka.

Dzieje się dużo, zaczynam nie wyrabiać, a to przecież dopiero początek! W styczniu, to dopiero się zacznie. Niestety muszę się liczyć z tym, że znowu będę musiała wszystko sobie przeorganizować i że pewnie znowu mój blog zwolni z produkcją notek :P (Dla wielu z Was to w sumie dobra wiadomość - nie będziecie się już skarżyć, że nie nadążacie z czytaniem :D) Dlatego też mam ambitny plan, żeby w grudniu napisać o wszystkim, co w ostatnim czasie mnie nurtowało. A sporo tych tematów jest, spisuję je sobie na karteczce - ale może chociaż najważniejszą część tych zaplanowanych i naszkicowanych notek uda się opublikować :) Dotychczas szło mi to całkiem dobrze, mam nadzieję, że zakończę ten rok blogowo zaspokojona ;)

wtorek, 8 grudnia 2015

11 miesięcy.

Dziś ostatnia notka podsumowująca to, co zmieniło się w zachowaniu Wikinga w przeciągu miesiąca :) Nie zakładałam, że będę takie comiesięczne notki zamieszczać, nie planowałam ich, ale jak przyszło co do czego, te relacje wyszły trochę naturalnie. Po prostu stwierdziłam, że Wiking rozwija się tak szybko (w pierwszym półroczu, w drugim ten rozwój miał trochę inną naturę), że lepiej pisać o tym raz a dobrze niż wspominać mimochodem przy okazji :) Albo nie wspominać wcale - szkoda byłoby mi nie mieć tego nigdzie odnotowanego, a nie prowadzę żadnego albumu Wikingowi.

Jeśli chodzi o dane "techniczne", parę dni temu byliśmy na kontroli w przychodni, Wikuś został zważony i zmierzony - 7570 gramów i 71 centymetrów. Ma dwa całe ząbki na dole i ani śladu kolejnych :) To był fałszywy alarm, kiedy myślałam, że idą mu następne... A może szły, tylko nie doszły ;) To podobno może trwać miesiącami.
Od ubiegłego miesiąca niewiele się zmieniło w samym zachowaniu Wikusia :) Ale przecież zaliczyliśmy ogromny przełom, bo nieco ponad dwa tygodnie temu postawił samodzielnie pierwsze kroczki. Od tamtej pory codziennie wędrował po domu zwiększając częstotliwość tego tuptania i ilość kroków. Teraz idzie mu to już całkiem nieźle. Właściwie to widać, że gdyby nie to, że chodzi powoli, a czasami mu się spieszy, zupełnie zrezygnowałby z raczkowania, bo zdecydowanie odkrył korzyści jakie niesie ze sobą poruszanie się na dwóch nogach - można jednocześnie coś trzymać w rączkach a nawet jeść. 
Poza tym Wiking nadal wspina się na wszystko, co popadnie, z tym, że teraz jest sprytniejszy i kiedy ma za krótkie nóżki, żeby wejść na fotel na przykład, to przysuwa sobie coś, na czym mógłby stanąć. Ostatnio udało mu się nawet wejść na krzesło. Najbardziej lubi nasze wielkie łóżko. Musimy zamykać drzwi do sypialni, bo czasami ani się obejrzymy a on już skacze po pościeli i śmieje się na całe gardło - a kiedy próbujemy go ściągnąć, to ucieka :)

Wiem, że się powtarzam, ale takie są fakty - Wiking z miesiąca na miesiąc staje się bardziej kontaktowy i rozumny. Jest między nami coraz lepsza interakcja - Wikuś śmieje się kiedy robimy coś zabawnego (w jego odczuciu oczywiście), naśladuje nas, bawi się w chowanego i w ganianego. To ostatnie to zabawa Wikinga z Frankiem. Franek go podpuszcza, udając, że chce go złapać, a potem idzie do drugiego pomieszczenia. Wtedy Wiking powoli idzie za nim, bardzo uważnie i czujnie i na najmniejszy Franka ruch z piskiem i uśmiechem zawraca i ucieka do mnie :) Jest przy tym mnóstwo śmiechu, choć to czasami ryzykowna zabawa i ten śmiech szybko może przerodzić się w płacz, kiedy Wiking się nagle o coś uderzy albo przewróci. Jeśli chodzi o zabawy bardziej statyczne, to lubi bawić się piłeczkami albo klockami. Jeśli chodzi o te drugie, to nie jest jeszcze na etapie, żeby cokolwiek z nich budować, raczej zabawa polega na wyjmowaniu pojedynczo klocków z wiaderka i wkładaniu ich tam z powrotem :) Udaje mu się już nawet z naszą małą pomocą dopasować kształt klocka do otworu - sam rzadko się tak bawi, bo szybciej jest ściągnąć pokrywkę i wrzucać klocki bez zastanawiania się, w którą dziurę je trzeba włożyć ;) Ale skoro już o otworach mowa - Wiking zaczyna kojarzyć, że coś do czegoś może pasować i na przykład wkłada piłeczkę do klocka w kształcie koła i to jest jedna z jego ulubionych zabaw. 

Jeśli chodzi o karmienie piersią, to odpuściłam. Nie, nie karmienie, tylko zastanawianie się nad tym :) Wiking jest coraz bardziej zainteresowany "normalnym" jedzeniem, jak już ostatnio wspominałam, kiedy coś jemy, on też musi coś dostać. Poza tym dostaje kaszkę, deserek, zupę i drugie danie, więc coraz mniej miejsca na pierś zostaje. Karmię go na żądanie i w praktyce wychodzi tak, że pije moje mleko rano, koło 18 i w nocy. I czasami w około południa. Na szczęście przestał się już tak upominać i nie szarpie mnie za dekolt, jak to było w ubiegłym miesiącu.

Ze snem się u nas poprawiło (odpukać!) :) Od jakiegoś czasu Wiking znowu śpi w nocy spokojnie, budzi się tylko na chwilę i nie trzeba podawać mu butelki. Od dawna też nie mieliśmy z nim problemu jeśli chodzi o zasypianie. Jeśli nie zasypia od razu ani w trakcie czytania mu, to tak jak to robiłam dawniej, wychodzę z pokoju. On sobie chodzi po łóżeczku, bawi się misiem albo swoją kolorową lampką. Kiedy postękuje, przychodzę na chwilę do niego i znowu wychodzę. Zwykle po jakimś czasie stwierdzam, że coś długo go  nie słychać i kiedy zaglądam do pokoju, on już śpi smacznie w łóżeczku i tylko muszę go przykryć.

Na spacery oczywiście cały czas chodzimy - nadal wychodzę z założenia, że porządna dawka świeżego powietrza jest dziecku niezbędna, więc mimo, że aura nie sprzyja, spędzamy przynajmniej godzinę na dworze. Nie jest to tak przyjemne jak jeszcze półtora miesiąca temu, kiedy mogłam usiąść sobie z książką na ławce, cóż, z tym musimy jeszcze sobie trochę poczekać na lepsze czasy :) Bywa, że porządnie zmarznę, mimo, że naprawdę grubo się ubieram, ale spoko, jeszcze tylko trzy miesiące :P Poza tym od jakiegoś czasu to Franek wychodzi z Wikingiem na spacer, a ja w tym czasie ogarniam swoje sprawy i ewentualnie przygotowuję obiad.

A na koniec zachustowany Wiking :) Ciągle jakoś nie mogę się zabrać za zawiązanie go na plecach, więc wiążemy się po staremu, chociaż niezbyt często, bo nie ma zwykle takiej potrzeby. Ale możecie sobie porównać to zdjęcie z tym lutowym i majowym :) Nogi mu się wydłużyły :D


A tu proszę, od małego sobie wyrabia nawyki... Cóż, lepiej czytać na kibelku, niż wcale :D

czwartek, 26 listopada 2015

Teraźniejszość.

 I przyszło nam wrócić do szarej - dzisiaj zdecydowanie bardzo szarej, jak widać za oknem :) - codzienności. Wiadomo, że wszystko, co dobre szybko się kończy i końca dobiegł również nasz wspólny czas we trójkę, czyli Franka urlop. Trudno się teraz przestawić po sześciu tygodniach innego funkcjonowania (bo wcześniej przecież byłam w Miasteczku) i wrócić na dawne tory. Nawet jeśli to tylko na trzy tygodnie. Wikingowi chyba też jest trochę trudno. Wydaje mi się, że jemu, tak samo jak mnie brakuje tych wspólnych poranków. Obudził się dzisiaj z płaczem i nie było mowy o powylegiwaniu się w łóżku, bo marudził. Zorientował się chyba, że nie ma taty i jest inaczej. Mnie też jest bardzo żal tych naszych wspólnych poranków - zwykle Wikuś leżący między nami budził się i zaczynał gadać po swojemu, czym rozbudzał nas. Dawałam mu jakąś zabawkę albo książeczkę i sobie tak siedział między nami śmiejąc się i "rozmawiając". Od czasu do czasu się po nas przeszedł, czasami pogłaskał po twarzy, innym razem poklepał po plecach :) Chciało się tak leżeć i leżeć :) Kiedy już dochodziliśmy do siebie, bawiliśmy się razem z nim i przytulaliśmy. Później ja wstawałam, szłam do łazienki, spokojnie się ubierałam i doprowadzałam do porządku. Potem brałam Wikinga a Franek jeszcze dosypiał do ósmej lub dziewiątej. A czasami wstawał razem z nami. Tak, czy inaczej, rano krzątaliśmy się, sprzątaliśmy, przygotowywaliśmy do pozostałej części dnia. Zwykle na każdy dzień mieliśmy różne plany związane z wyjściem albo porządkami domowymi, Wikuś krzątał się razem z nami - a dokładnie, między naszymi nogami, bardzo zadowolony z tego, że coś się dzieje :)Mieliśmy swoje cudowne, codzienne, rodzinne rytuały, które niestety musiały się skończyć.

Mimo, że Wikuś aż tak tego nie okazuje (poza tym marudzeniem tuż po przebudzeniu, choć oczywiście mogła być też inna tego przyczyna), ale wydaje mi się, że jemu też brakuje tych dynamicznych poranków. Kiedy jestem z nim sama, nie jest aż tak ciekawie ;) Zwykle siedzimy w pokoju i się bawimy - trochę razem, ale przeważnie po jedzeniu, Wiking przez jakiś czas zajmuje się sobą, więc i ja mam chwilę dla siebie. Poświęcam ją raczej na jakieś własne przyjemności niż na domowe sprawy, bo jakoś tak nie mam motywacji, kiedy jesteśmy tylko we dwójkę :) Dużo lepiej mi się "pracuje" kiedy rodzinka jest w komplecie. Dziś nastąpiło to dość szybko, bo Franek miał krótki dzień i już o 10 był w domu.
No nic, teraz musimy wypracować sobie na nowo pewne zwyczaje :) Ale żal jest, że tak błogo nie może być zawsze. Cóż, nie może - takie już jest to nasze życie :)

A wczoraj wpadła do nas moja mama :) Jest akurat na trzydniowym szkoleniu w Warszawie, więc nas odwiedziła popołudniu. Pierwszy raz widzieliśmy Wikinga w takim wydaniu - okazuje się, że już potrafi
się popisywać :) Może dzisiaj też się uda spotkać, ale wszystko zależy od tego, jak długo będą trwały zajęcia mojej mamy, ale jeśli się nie uda, to nic straconego, bo i tak rodzice przyjadą w przyszły weekend. Wczoraj też napisała do mnie Dorota z pytaniem, jak wyglądamy w grudniu z czasem wolnym, bo u niej jest z tym kiepsko, ale w styczniu będzie jeszcze gorzej, więc koniecznie musi sobie jakoś wygospodarować chociaż chwilę, żeby do nas przyjechać :) W tę sobotę też będziemy mieli gości. Czas do świąt minie więc pewnie dość przyjemnie, to tylko kwestia tych pierwszych chwil, kiedy trzeba się trochę przestawić na inne funkcjonowanie.

Nie jest tegoroczny listopad dla nas - dla mnie, złym miesiącem. Nawet fakt, że robi się coraz zimniej i coraz bardziej ponuro wcale mnie nie dołuje. Co ciekawe, bardzo dobrze wspominam też zeszłoroczny listopad, prawdę mówiąc wspominam tamten czas z ogromną nostalgią :) Pamiętam jak spędzałam całe dnie siedząc w swoim ulubionym kąciku na kanapie i wypełniając swój grafik :) W tle - tak jak dzisiaj zresztą - płynęła muzyka z RMF Classic a ja czytałam po angielsku i hiszpańsku i wkuwałam słówka :) Oj, wiele bym dała, żeby przeżyć to jeszcze raz - kto by pomyślał, że taka deklaracja padnie z mojej strony prawda? Przecież taka byłam przerażona wizją bezrobocia i tego, że ostatnie miesiące ciąży spędzę bezczynnie w domu! Ktoś widocznie wiedział lepiej co jest dla mnie odpowiednie :) I że słowo "bezczynnie" w moim przypadku nabiera innego wymiaru :D
Dlatego też, mimo chwilowych spadków nastroju, mimo jakichś smuteczków i niepokojów o przyszłość, staram się skupiać również na chwili obecnej. Staram się czerpać z niej i cieszyć się nią, bo wiem, że nadejdzie również czas, kiedy i tego będzie mi brakowało. Pomimo tego, że teraz nie jest idealnie, bo brakuje mi spokoju ducha, wiem, że w gruncie rzeczy to jest dobry czas i chcę o tym pamiętać :)



poniedziałek, 9 listopada 2015

Przerwa w podróży.



I faktycznie w Podwarszawie czekała na mnie inna rzeczywistość, tak jak się spodziewałam. Choć dość szybko w nią wsiąknęłam, przyznaję. Sporo rzeczy miałam i mam do zrobienia, a zaczęłam od małego przemeblowania :) Stwierdziłam, że jedna z rzeczy, która tutaj jest bardzo uciążliwa, a której nie było w Miasteczku (a przynajmniej nie do tego stopnia) to to, że ciągle Wikinga muszę przeganiać z dwóch miejsc. Wcześniej oczywiście też tak było, ale dopiero po tym w miarę spokojnym okresie w Miasteczku uderzyło mnie to ze wzmożoną siłą. Jedno miejsce to stolik, na którym stoi laptop. I nieistotne, czy ja przy tym laptopie akurat siedzę (ostatnio przy Wikingu bardzo rzadko), czy nie. Stolik parę razy był widoczny na zdjęciach, które tu zamieszczałam, więc może pamiętacie, że jest on akurat tylko trochę powyżej wysokości oczu Wikinga, a więc chętnie się na niego wiesza, żeby zobaczyć co na nim stoi lub wyciąga rączki, żeby wszystko z niego pościągać. Poza tym na dole ma półeczkę, na którą Wikuś ciągle właził. Drugie miejsce to parapet z kwiatami, który też kiedyś był widoczny na jednym ze zdjęć .
Postanowiliśmy zamienić miejscami stolik i duży stół. Tym sposobem komputer stoi teraz na wysokim stole, który nie jest już tak atrakcyjny dla Wikinga i mogę sobie nawet oglądać lub podczytywać czasami coś na laptopie, bo z reguły nie zwraca to wikingowej uwagi. Mały stolik stoi teraz przy ścianie i fotelu, więc Wiking ma do niego utrudniony dostęp, a na półeczce położyłam pudło z jego zabawkami.
Niestety gorzej jest z parapetem. Na to nie mam sposobu. Oczywiście mogłabym pozabierać kwiaty, ale po pierwsze nie mam tyle miejsca na innych oknach, po drugie wolałabym, żeby się Wiking nauczył, że jak „nie wolno” to nie wolno. A po trzecie – i najważniejsze, to i tak nie rozwiązuje problemu, bo Wikinga kwiaty interesują bardziej przy okazji, a główną atrakcją jest widok z okna. W zasadzie to mu się nie dziwię (choć z trzeciego piętra i tak słabo widać, zwłaszcza, że akurat w sąsiedztwie nie ma nic ciekawego i nic się nie dzieje), ale problemem jest to, że Wikuś nie może sobie ot tak do okna podejść, tylko wchodzi na ten niski parapet, który dla niego i tak jest za wysoki i potem on zapomina, że żeby zejść, nie może sobie ot tak kroczku do tyłu postawić. I zdarza się, że traci równowagę i uderza się o podłogę. Nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić, więc póki co pozostaje mi ciągle próbować odwracać jego uwagę od okna. W Miasteczku oczywiście też były miejsca niedozwolone, ale akurat znajdowały się w łazience (muszla klozetowa) i w kuchni (szuflady i szafki), a większość czasu spędzaliśmy w pokoju. Tam nie było owoców zakazanych, więc Wikuś głównie grzecznie bawił się swoimi zabawkami, ewentualnie otwierał sobie szafki, ale ich zawartość mógł sobie wywalać do woli. Cóż, jakoś trzeba będzie to przeczekać, choć przyznaję, że frustruje ciągła konieczność odciągania dziecka od okna.
W Podwarszawie oczywiście ciągle mam coś do roboty i to jest duża różnica pomiędzy moją codziennością tu, a tą miasteczkową :) Jasne, że tam też prałam, prasowałam i zmywałam naczynia, ale było to w o wiele mniejszym zakresie. W domu to zawsze znajdę sobie coś do zrobienia. I nie powiem nawet, że się czuję uciśniona tym faktem, bo ja nawet lubię te mniejsze i większe porządki, ale w Miasteczku mogłam sobie spokojnie siedzieć i zajmować się Wikingiem a często przy okazji swoimi przyjemnościami. Tutaj za dużo myślę o tym, co bym jeszcze zrobiła, gdyby Wikuś na chwilę zapomniał o moim istnieniu :) Jednak nie ma to jak wakacje! Bez dwóch zdań!
A tak poza tym, to miałam wrażenie, że może nie tyle opuściła mnie wena, co straciłam tego „pałera” do pisania :) Pewnie się teraz w głowę pukacie, bo przecież dopiero co przedwczoraj notkę pisałam (no ale wcześniej były prawie codziennie :)), ale chodzi bardziej o moją głowę :) Ale jak przyjechałam do Miasteczka też tak było przez pierwsze dni, więc pewnie się muszę zaaklimatyzować a potem znowu wrócę do tych wszystkich pomysłów, które jeszcze we mnie siedzą :)
 
Choć na tą aklimatyzację to za wiele czasu nie mam, bo za chwilę - najpóźniej pojutrze, wyjeżdżamy do Poznania :) Więc chyba sobie odpuszczę, bo po co mam się dwa razy aklimatyzować :P
Cieszę się, że jesteśmy znowu we trójkę, razem z Frankiem, ale przyznaję, że tęsknię już za Miasteczkiem i za naszą codziennością tam. Żal mi bardzo niektórych momentów. Wiem, że taka kolej rzeczy, ale smutek trochę jest, choć staram się mu nie poddawać.

środa, 4 listopada 2015

Są takie dni.

Są takie dni, kiedy nie pamiętam o tym, że jeszcze dwa tygodnie temu nie mogłam iść do łazienki bez kompana. Albo choćby bez płaczliwego akompaniamentu :) Kiedy nie myślę o tym, że wieczorne zasypianie może być loterią - i udać się w przeciągu minuty, a innym razem nici z blogowania, bo dziecko ani myśli spać, tylko woli bawić się piłeczką. Są dni, gdy nieistotne jest, że Wikuś jęczy, marudzi i domaga się noszenia. Oraz takie, kiedy w niepamięć idą pierwsze tygodnie i miesiące, gdy moje łzy były na porządku dziennym. Kiedy nieważne jest, że nie potrafiłam się odnaleźć w nowej sytuacji, że nie wiedziałam co robić z płaczącym dzieckiem. Albo nawet niepłaczącym, ale nieskorym do jakichkolwiek zabaw, z racji tego, że nie miało pojęcia, co się wokół niego dzieje.

Są takie dni, kiedy bombarduję Wikinga swoją miłością. Rzucam się na niego z pocałunkami i przytulankami. A on odwzajemnia się tym samym i ślini mi policzki i nos, głaszcze po twarzy, kładzie się na moich kolanach, obejmuje moje nogi, napiera z całej siły główką na mój brzuch. Albo nawet całym swoim ciałkiem. Są takie dni, gdy rozpływam się patrząc na mojego małego synka, oglądającego w skupieniu klocek albo stukającego zapamiętale plastikowym młotkiem w plastikowe pianinko. Kiedy rozczula mnie widok Wikinga jedzącego kawałek gruszki albo analizującego z powagą jakiś paproszek na podłodze. Gdy zachwycam się jego sprytem, kiedy kładzie się na podłodze i szuka pod fotelem piłeczki, która mu tam uciekła lub kiedy pamięta o tym, że przy schodzeniu z wersalki najpierw trzeba spuścić nóżki. Są takie dni, kiedy z ogromną czułością całuję jego karczek i pulchniutkie policzki. Kiedy śmiejemy się razem z niczego - on się śmieje, bo ja się śmieję, a ja się śmieję, bo śmieje się on. To dni, kiedy przytulam go do piersi, i przyglądam się jego dużym oczom i małemu noskowi. Dni, kiedy masuję stópki leżącego obok mnie Wikusia a on zasypia uspokojony moim dotykiem. 
Są takie dni, kiedy w całości zanurzona w miłości do tego małego człowieczka myślę sobie, że zaczynam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I takie, gdy odkrywam, czym jest radość z macierzyństwa, a co więcej, mam wrażenie, że od początku to wiedziałam. Kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że nawet ja potrafię stracić głowę dla swojego dziecka, choć zawsze obawiałam się, czy będę wiedziała, jak się kocha taką małą istotę. 
 Są takie dni... I jest ich więcej, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać. 

Pomyślałam więc sobie - dlaczego by o tym nie napisać? :)

piątek, 18 września 2015

Skórzana, choć w nienajlepszym wydaniu.

Zastanawiam się, jak ugryźć tę notkę, aby precyzyjnie wyrazić swoje uczucia a także rzetelnie przedstawić sytuację. I dochodzę do wniosku, że chyba i tak się nie da. Ale chociaż spróbuję napisać tak, żeby nie podlukrować z jednej strony, a z drugiej (i to chyba ważniejsze), aby nie wyolbrzymić problemu i nie przesadzić z dramatyzmem sytuacji...

Trzy lata po ślubie... Wydawałoby się, że ta rocznica będzie dla nas wyjątkowo szczęśliwa. Nasza rodzina się powiększyła, pojawił się owoc naszego małżeństwa a my oprócz roli małżonków dostaliśmy jeszcze rolę rodziców. I oczywiście nie umniejszam tego szczęścia, jakim jest dla nas Wiking. Ale jeśli chodzi o nas dwoje i o naszą relację, to niestety mam wrażenie, że trochę się pogubiliśmy.

Nie jest tak, że cały czas jest źle, oczywiście, że tak ogólnie rzecz biorąc jest w porządku i mamy też wiele bardzo przyjemnych, szczęśliwych chwil. Ale rzecz w tym, że nie ma już takiej sielanki, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie cztery, pięć lat. Chwilami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli do tego trudnego dla nas roku 2009 (tym bardziej, że właśnie skończyłam przenosić ten rok do archiwum, więc wspomnienia w miarę świeże), kiedy to nasz związek był bardzo emocjonalny i próbowaliśmy się uporać z kryzysem, co zresztą nam się przecież udało. Rzecz jasna teraz jest inaczej, bo jesteśmy małżeństwem i nawet kryzys ma inne oblicze, jakieś takie mniej wyraziste i trudno nawet stwierdzić, czy on naprawdę istnieje (bo zdania są podzielone :)). 
Oczywiście, że jest mi przykro z tego powodu. Chciałabym, abyśmy byli małżeństwem idealnym, wiecznie szczęśliwym, bez trudnych momentów. Ale coś szwankuje i nie bardzo potrafię znaleźć przyczynę. Być może chodzi o to, że jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni tym, że ciągle wiele rzeczy nie układa nam się tak, abyśmy mogli wreszcie poczuć bezpieczną stabilizację. Może męczy nas ciągła świadomość tego, że wisi nad nami widmo podejmowania kolejnych bardzo ważnych życiowych decyzji, które wcale nie są jednoznaczne. Wreszcie - może po prostu trochę pogubiliśmy się w tej nowej życiowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka, które siłą rzeczy zburzyło wcześniejszą harmonię. 
Tak, jak ostatnio pisałam, dziecko nie było w naszym wypadku czymś tak bardzo upragnionym, czego brakowało nam do szczęścia. Było ono nowym elementem naszej codzienności, którą musieliśmy trochę przemeblować dla niego. Być może właśnie byłoby łatwiej, gdyby Wiking stał się dla nas, dla mnie (bo właściwie powinnam przecież pisać za siebie) centrum świata. Kocham go, to oczywiste, ale nie jest to taka miłość, która przesłoniła mi całą resztę. Dla mnie zawsze bardzo ważne było małżeństwo jako związek dwojga. Istotne były dla mnie te magiczne momenty, których można doświadczyć tylko we dwoje. Pewnie, że teraz we trójkę doświadczamy innego rodzaju szczęśliwych chwil, ale to jednak nie jest to samo i akurat mnie doskwiera to, że nie może być tak jak dawniej. Bo nie może, nie oszukujmy się. I wiedziałam o tym od samego początku, chociaż liczyłam na to, że jednak nie będę tego aż tak przeżywać :)
Trudna codzienność jednak zrobiła swoje. Jesteśmy zmęczeni oboje. Tyle, że ja zawsze sobie ze zmęczeniem radziłam lepiej niż Franek. On teraz jest po pracy zmęczony tak samo jak był rok temu. Tylko, że rok temu miał więcej czasu i możliwości na regenerację. Teraz zawsze w domu jest coś do zrobienia. A kiedy już może się położyć i odpocząć, to ja się czepiam. 
Tak, przyznaję się otwarcie do tego, że się czepiam, ale zrozumcie też mnie - jestem cały dzień sama w domu z Wikingiem. Czekam z utęsknieniem na powrót męża z pracy, wcale nie po to, żeby zajął się Wikingiem i żebym miała święty spokój, tylko po to, żebyśmy spędzili razem czas, porozmawiali... A tymczasem on musi się położyć (po tym, jak zrobi obiad na przykład albo coś posprząta, bo taki się u nas dokonał podział obowiązków). Oczywiście umożliwiam mu to i na przykład zabieram Wikinga na spacer. Nie jest tak, że nie rozumiem jego potrzeby odpoczynku, ale po prostu dla mnie to trochę za długo no i właśnie mam tę potrzebę, abyśmy spędzili popołudnie razem.
Uwielbiam momenty, kiedy jesteśmy we trójkę w jednym pokoju, Franek nawet sobie może leżeć i drzemać, ale jest już zupełnie inaczej niż kiedy idzie spać do sypialni (a jednak, żeby odpocząć porządnie to woli się tam przespać). Albo kiedy coś robimy - może to być nawet sprzątanie :) Już ostatnio Wam pisałam, że Wiking bardzo lubi, kiedy się krzątamy po domu a on może chodzić za nami i się przyglądać.
W pewnym momencie bardzo zaczyna mi brakować swego rodzaju duchowej bliskości. Zawsze tak było, zawsze nadchodził taki moment, kiedy czułam, że coś jest nie do końca tak, jakbym chciała. Ale wtedy zazwyczaj wystarczał jeden wspólny weekend albo nawet dzień - spędzony na relaksie we własnym sosie, na beztroskim wypadzie do miasta i już baterie naszego związku się ładowały i wracała sielanka. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości. Na co dzień wspólne mamy tylko wieczory - bardzo krótkie, bo chodzimy wcześniej spać ze względu na to, że wcześnie wstajemy. Są to zwykle jakieś dwie godziny. I choć często coś wtedy razem oglądamy albo - jak ostatnio - gramy, oczywistym jest, że czasami każde z nas chce je spożytkować na jakiejś swojej przyjemności. Dlatego nie mam pretensji, kiedy np. Franek chce sobie wieczorem pograć na komputerze, bo wiem, że czasami nie ma na to czasu przez kilka dni z rzędu a dla niego to taka sama przyjemność jak dla mnie czytanie albo blogowanie. Ja zresztą też czasami czekam na wieczór, bo chcę zrobić coś dla siebie, na co czekałam przez cały dzień.

Kiedy Franek ma wolny dzień, zazwyczaj od razu robi się między nami lepiej. Właśnie dlatego, że spędzamy ten czas rodzinnie. Wychodzimy na spacery, jeździmy na wycieczki, razem ogarniamy mieszkanie. Mamy czas na rozmowę i wtedy zwykle jest dobrze. Problem w tym, że te nasze baterie chyba się zużyły i mają jakąś krótszą wytrzymałość niż kiedyś, bo ta sielskość nie wystarcza na dłużej. Kiedyś najczęściej sielanka była codziennością, złe chwile momentami. Teraz codzienność jest po prostu codziennością, a momenty już bywają zarówno sielskie jak i złe... 

Problemem jest to, że trudno o tym rozmawiać, ponieważ Franek generalnie nie widzi tego co ja. Pewnie kłania się tutaj znowu różnica w postrzeganiu. Dla niego to wszystko jest chyba dużo mniej skomplikowane i sprowadza się do tego - jestem zmęczony, to zwykle jestem zły, daj więc mi lepiej spokój. Mam wolne, jestem wypoczęty - mam dobry humor, kochanie! Otóż to. Bo ja się przyznałam do tego, że się czepiam, ale Franek bez winy nie jest, bo rzecz w tym, że tak jak pisałam ostatnio, to jaki on ma nastrój bardzo się na mnie odbija. Niestety kiedy Franek jest zmęczony i w złym humorze to często chodzi wściekły i choć czasami nawet tego nie zauważa, odzywa się do mnie nieuprzejmie. Mnie to boli, mówię mu żeby tak się nie odzywał, a on się wkurza jeszcze bardziej, bo mówi, że mi się zdaje i przesadzam. To samo zresztą mówi, kiedy ma dobry dzień i ja (nauczona doświadczeniem wiem, że czasami lepiej z rozmową poczekać na jego lepszy nastrój) skarżę się na to, co było. On zawsze podkreśla, że mi się wydaje i mówi normalnie. Tymczasem ja czuję co innego. I nie wiem, jak to rozwiązać. Czasami zdarza mu się naprawdę przesadzić, ale wtedy zawsze przeprasza, to muszę mu przyznać. Nawet z kwiatkiem. I nawet na kolanach za jakąś głupią odzywkę... Niestety na dłuższą metę nie rozwiązuje to problemu.

Wydaje mi się, że znowu problemem może być to, o czym ostatnimi czasy tak dużo tu piszę. Czyli moje podejście, moje oczekiwania, mój perfekcjonizm i moje wysokie wymagania. Względem siebie, względem dziecka, względem męża, względem codzienności i życia w ogóle. Znowu może być tak, że inna na moim miejscu machnęłaby ręką na zły humor faceta i cieszyłaby się, że tyle robi w domu. Nie chce gadać? Niech nie gada, zajmę się swoimi sprawami, w końcu mu przejdzie... Ja też wiem, że Frankowi przejdzie i też się zajmuję swoimi sprawami, ale jednocześnie jest mi przykro i nie chcę, żeby tak było. Wiem, że pod wieloma względami mam w domu skarb - gotuje, sprząta, pamięta o mnie, zresztą przecież wiecie jak jest, bo często o tym piszę. Kiedy nieraz słyszę o jakimś facecie, mężu/chłopaku koleżanek lub znajomych to ręce załamuję i myślę sobie, że w życiu nie chciałabym mieć takiego chłopa. A jednak one są z nim bardzo szczęśliwe i wcale nie przeszkadza im to, co dla mnie byłoby bardzo uciążliwe. Dlatego próbuję sama sobie uzmysłowić, jak wiele mam. Ale jednocześnie czasami tak bardzo doskwiera mi to, o czym napisałam powyżej...
Wiem doskonale, że mogłoby się nam układać dużo lepiej, gdybym odpuściła. Nie czepiała się tego i tamtego. Odpuściła focha na to, że Franek w wieczór poprzedzający dzień wolny zasnął przed telewizorem a nie w sypialni, nie narzekała na piwo, które sobie tego wieczoru wypije. Gdybym po prostu czasami się zamknęła. Ale to nie w moim stylu po prostu. Mam udawać, że nie denerwuje mnie coś, co mnie denerwuje...? Z drugiej strony wiem też doskonale, że mogłoby się nam układać lepiej, gdyby Franek chodził mniej wkurzony, mniej zmęczony itp... I koło w pewnym sensie się zamyka.

Miało być o naszym małżeństwie, a znowu wyszło sporo o mnie - ostatnio się robię bardzo egocentryczna :D W każdym razie, podsumowując - nie chodzi o to, że jest bardzo źle. Raczej o to, że nie jest tak pięknie jak kiedyś. Że te piękne są tylko momenty, a nie całe dni i tygodnie. Tęsknię za tym i przez to wydaje mi się, że nie jest dobrze. Dochodzi do tego poczucie osamotnienia  i niezaspokojona potrzeba tej duchowej bliskości, o której wspomniałam. Z naszej dwójki to ja mam poczucie, że coś jest nie w porządku, to mnie czegoś brakuje i to ja chcę coś naprawiać. I sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony dobrze, bo może być tak, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem fajną parą, która przechodzi przez normalne etapy i która miewa normalne gorsze dni jak każda inna. Z drugiej źle, bo skoro tylko ja widzę problem, który naprawić można jedynie we dwójkę, to jak tego dokonać?

No i taka jest ta nasza trzecia rocznica. Pełna refleksji i przemyśleń. Zadowolenia z jednej, niedosytu z drugiej strony. Wiem, że oboje nadal chcemy ze sobą być i że problemem nie są wzajemne uczucia bądź ich brak. Możliwe, że po prostu rozmijamy się z oczekiwaniami...

Trudno pisać tego rodzaju notki, bo zawsze jest obawa, że zostanie ona źle odebrana. Nie chciałam się tu skarżyć na męża. Nie chciałam go też wybielać. To samo zresztą dotyczy mojej osoby. Nie oczekuję też rad, bo przecież tak naprawdę i tak nie wiecie jak jest, bo żadne słowa nie oddadzą pełni tego, co się dzieje u nas na co dzień, zwłaszcza, że sama wiem, że to wszystko nie jest jednoznaczne. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - nie chciałabym, żeby zostało to odczytane tak, że pojawienie się Wikinga wszystko nam zepsuło. Nie, absolutnie. Czas ciąży był pięknym czasem dla naszego małżeństwa, pierwszy miesiąc z Wikusiem również taki był a i kolejne miesiące codziennie przynoszą nam kolejne powody do radości. Jasne, że dziecko wiele zmieniło w naszym życiu, ale na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną tego, jak się między nami układa, bo to jest tylko i wyłącznie zależne od naszej dwójki i tego, jak sobie będziemy radzić ze wszystkimi okolicznościami.

Ufff, napisałam :) Jest mi lepiej, bo chciałam się wygadać i - znowu - poukładać sobie wszystko w głowie. Chciałabym bardzo, żebyśmy sobie z tym kryzysem-niekryzysem poradzili, żeby wróciło dawne poczucie spełnienia w małżeńskiej miłości. Żeby wszystko szło w dobrą stronę... Ale nie wiem, jak będzie wyglądała ta notka za rok. Nie jest łatwo pisać o czymś takim, bo nikt, a osoby tak ambitne jak ja w szczególności, nie lubi się przyznawać do jakiejś porażki czy też do tego, że nie jest cudownie. Ale z drugiej strony ciągle liczę na to, że wszystko wróci. Taka jest prawda, którą uświadamiam sobie w tych naprawdę trudnych chwilach.. Że czegokolwiek bym Frankowi nie powiedziała, zawsze ma to jeden cel - chcę, żebyśmy byli dalej szczęśliwi razem, nie osobno.

Tymczasem jutro przyjeżdżają moi rodzice. Na pewno zajmą się przez jakiś czas Wikusiem, podczas gdy my gdzieś razem wyjdziemy, bo od początku taki był bezpośredni cel ich wizyty. Zobaczymy, co nam ten weekend przyniesie.

sobota, 12 września 2015

Grunt to dobry plan.

Zawsze to powtarzam :) A wczoraj się potwierdziło. Bo naprawdę, jak nie mamy porządnego planu, to nam się dzień rozłazi i mniej więcej w połowie mamy ochotę cofnąć się do poranka i zacząć jeszcze raz :) Franek i ja (ciekawe, czy Wiking też to przejmie) po prostu zdecydowanie lepiej funkcjonujemy, kiedy mamy jakieś konkretne plany, może nie co do godziny, ale chociaż tak orientacyjnie umiejscowione w czasie. Oczywiście nie oznacza to, że nie umiemy być w ogóle spontaniczni, ale spontaniczność dotyczy u nas nieco innych kwestii. Bo gdybyśmy na przykład spontanicznie zdecydowali wczoraj jechać na wycieczkę, to  by się pewnie udało :P
W każdym razie nie do końca nam wczoraj wyszło tak, jak chcieliśmy - a to właśnie przez to, że zamiast w czwartek wieczorem ustalić mniej więcej co i jak, zdecydowaliśmy, że "zobaczymy rano". No i zobaczyliśmy tyle, że jak zwykle, Wiking obudził się około 6:30 i poszliśmy się pobawić a Franek musiał dospać. Około półtorej godziny później, kiedy Franek miał wstawać, Wiking poszedł spać ;) Więc trochę nam się wszystko przesunęło. Generalnie cały czas mowa była o tym, że ja wychodzę i że Franek musi się przejechać trasą jednej linii, którą ma dzisiaj. Ale jakoś nie umieliśmy sobie ułożyć tego kto kiedy wychodzi ;)W końcu przy tych ustaleniach zabrałam się za szukanie faktury zakupu naszego laptopa. Nie znalazłam, ale przy okazji zrobiłam porządek w ciuchach Wikinga, bo zaczyna już wyrastać z 62 i musiałam powyciągać schowane w rozmiarze 68, bo dotychczas miałam wyciągnięte tylko letnie ubranka w tym rozmiarze. W tym czasie Franek stwierdził, że nadal nic mu się nie chce i w ogóle to jeszcze by się przespał. No to wzięłam Wikinga na godzinny spacer.
I dopiero jak wróciłam, ruszyliśmy z kopyta i wszystko potoczyło się błyskawicznie :) Ekspresowo nakarmiliśmy Wikusia i wsiedliśmy do samochodu, aby połączyć moje cele z frankowymi. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami Wiking zasnął w samochodzie i Franek miał mnie wysadzić przy Galerii Handlowej i razem z Wikingiem miał jechać dalej. Ja miałam sobie na spokojnie spędzić trochę czasu tak, jak chciałam i wrócić autobusem do domu. Ale jeszcze z samochodu zadzwoniłam do faceta, który zajmuje się naprawą komputerów i tak wyszło, że mógł wpaść do nas na diagnostykę popołudniu. Szybko więc zmodyfikowaliśmy plan i Franek mnie faktycznie wysadził, ale nie miałam wracać sama, tylko chłopaki mieli mnie zgarnąć w drodze powrotnej.
I tak właśnie zrobiliśmy. W zasadzie wszystko co chciałam zdążyłam oblecieć, tylko nie zdążyłam zjeść. Bo miałam zjeść na mieście z racji tego, że w domu nie mieliśmy kiedy zrobić obiadu (miał być łosoś). No i Wiking trochę się wyłamał, bo nie spał Frankowi całą drogę, tylko trochę płakał - pewnie dlatego, że Franek trafił na korki, a Wiking nie lubi stać :P Sprawę utrudniał fakt, że Wiking siedział z tyłu sam i trudniej było go uspokoić, ale pomógł chrupek kukurydziany. Po chwili mały zasnął. Poradzili więc sobie, ja załatwiłam swoje (chociaż kubka nie kupiłam, ale o tym za chwilę) i wróciliśmy do domu w sam raz na czas, zeby szybko posprzątać i przyjąć pana komputerowca. Po drodze jeszcze podjęliśmy spontaniczną decyzję, że na obiad będą kopytka. Jak się nie robi porcji dla pułku wojska (jak to zwykle drzewiej bywało) to idzie bardzo szybko - kwestia ugotowania ziemniaków, a reszta to już chwila moment. Potem jeszcze poprasowałam, wykąpaliśmy Wikinga i nie zdążyłam nawet mu za wiele poczytać, bo po pięciu minutach spał.
Mogliśmy wreszcie odetchnąć :) Ostatecznie byliśmy zadowoleni z tego dnia, ale Franek przyznał mi rację, że gdybyśmy się od rana ogarnęli, to wszystko poszłoby sprawniej, bo bez zbędnego pośpiechu i być może zrobilibyśmy jeszcze więcej :) Cóż - mama przecież ma zawsze rację, a ja już jestem mamą :P Ciekawa jestem, czy Franek będzie o tym pamiętał przy następnej okazji.

Obeszłam wszystkie sklepy i znalazłam dwa kubki, które ostatecznie mogłabym kupić z braku laku, bo napis jest ok, tylko zdobienia infantylne :/ Nie wyobrażam sobie mojego taty pijącego herbatę z kubka z wielkim niebieskim misiem. Minimalizm jest w tym wypadku mocno pożądany, więc przeszukam za moment internet i zobaczę, czy da się coś zorganizować tak, żeby było na piątek. Jeśli nie to moja siostra, która jest w Miasteczku poleci do jednego miejsca, gdzie sprzedają porcelanę i właśnie tam dostaliśmy ten kubek dla taty piętnaście lat temu...

Trochę nudnawy weekend przede mną, bo Franek pracuje długo. W dodatku pogoda dzisiaj beznadziejna i nawet na spacer nie będę mogła wyjść, jak się za chwilę Wiking obudzi (a pewnie tak będzie, bo śpi już od godziny) i wypadnie nam jeden stały punkt programu. Bardzo chciałabym się dzisiaj przejechać popołudniu na koncert dla maluchów, ale to wszystko zależy od tego w jakiej Franek będzie kondycji po pracy, bo komunikacją miejską będzie nam trudno tam dotrzeć, zwłaszcza skoro pada.
A jutro to w ogóle niech nie pada, bo ja miałam w planie się przejechać do łazienek na koncert chopinowski! Nie lubię deszczu. Wiem, że potrzebny, ale nie mogłoby sobie padać w nocy???

Acha, a propos laptopa.. Teraz piszę ze starego komputera, który bardzo powoli chodzi i uruchamia się sto lat, w dodatku nie wszystko można na nim robić, ale pisać tak - a brak zet w tamtym mnie po prostu dobijał! W każdym razie facet stwierdził, że trzeba wymienić klawiaturę, więc musimy teraz ją kupić i zadzwonić po niego to nam zamontuje. Mam nadzieję, że w środku wszystko jest ok, chociaż komputerowiec stwierdził, że raczej tak, bo jak na zalanie, brak działającej jednej literki to małe straty. I naprawdę się cieszę, że pijam gorzką herbatę :P

czwartek, 10 września 2015

Jak mi dobrze, czyli chwilo trwaj :)

Zapiszę sobie to, żeby utrwalić ten moment, bo coś czuję, że niedługo gorzej może mi się zrobić :) Ale dziś jest miło, więc się podzielę tym dobrym nastrojem.
Wczoraj rano zaczęłam pisać notkę o tym, jak mi źle, bo rzeczywiście rano byłam zdołowana. Ale zajęłam się czymś innym, a potem Wiking się obudził i zbieraliśmy się do wyjścia, bo mieliśmy wczoraj zajęcia umuzykalniające w Warszawie. I bardzo dobrze, że tam pojechaliśmy!

Oczywiście zawsze te zajęcia dobrze nam robią, ale wczoraj wyjątkowo poprawiły mi humor. W tej kawiarni, do której jeździmy spotykam różne mamy. Zazwyczaj bardzo miłe (ze dwa, trzy razy spotkałam takie, które nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia), ale niektóre są takie, że nie przywiązuję większej wagi do ich obecności, a inne takie, na które czekam i cieszę się na ich widok. I wczoraj akurat tak się zdarzyło, że zebrała się ekipa fajnych mam, więc to spotkanie bardzo dobrze mi zrobiło. Wikingowi chyba też :)

Właśnie tego mi było potrzeba - takiej luźnej rozmowy z fajnymi dziewczynami! Z realnymi mamami, które były po prostu sobą i przyszły do kawiarni w tym samym celu, co ja. Muszę napisać którąś notkę na temat tych dziewczyn, ale to już przy innej okazji. Tak dobrze nam się rozmawiało, że aż zostałyśmy jeszcze po zajęciach pół godziny i razem w prowadzącą gawędziłyśmy sobie o wszystkim i o niczym, choć oczywiście głównie o macierzyństwie. Często uderza mnie to, że któraś z dziewczyn powie dokładnie to samo, co ja myślę :) Na przykład wczoraj jedna na coś się żaliła, na co inna powiedziała "na szczęście zawsze możemy tutaj przyjść i się wygadać innym mamom, które mają tak samo :)". 
Przed zajęciami jedna z mam podeszła do mnie i Wikinga, który piszczał z uciechy, bo bujałam go na huśtawce i pytała o jego drzemki. Opowiedziałam, jak jest, a ona powiedziała, że jej Marianka (urodzona dzień później niż Wikuś) bardzo niespokojnie ostatnio sypia i też jest problem z zaśnięciem. Potem dodała, że zawsze jest tak, że do czegoś się przyzwyczajamy, a dziecko potem się przestawia i zaczyna robić wszystko inaczej. To nie pierwszy raz, kiedy usłyszałam taką opinię od dziewczyn, które tam spotykam. Tak dobrze było pogadać z kimś, kto ma dokładnie takie same doświadczenia i przemyślenia, co ja, bo przecież wiele razy Wam tu opowiadam, jak Wiking sobie modyfikuje przyzwyczajenia :) W takich momentach przestaję myśleć, że zwariowałam i że tylko ja na całym świecie "tak mam" :D
Wyszłam stamtąd uskrzydlona, mimo, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Widocznie po prostu potrzebowałam chwili rozmowy z kilkoma życzliwymi osobami :)Wiem, że to nic odkrywczego i że się powtarzam, ale naprawdę akurat wczoraj wyjątkowo mój nastrój został poprawiony tylko przez sam fakt obcowania z kilkoma osobami, które mnie rozumiały.
Do wieczora nadrabialiśmy z Frankiem zaległości w oglądaniu kilku programów przez internet, bo Wiking tak fajnie się bawił, że szkoda nam było się w tą zabawę wtrącać, zajęliśmy się więc sobą ;)

Dzisiaj znowu pojechaliśmy do kawiarni, a Franek, który kończył dzisiaj wcześniej, odsypiał sobie pobudkę o 2:45. Całą drogę powrotną i jeszcze jakieś pół godziny później Wiking spał, obudził się w dobrym nastroju i znowu mieliśmy po południu trochę czasu wolnego. Ale tym razem postanowiliśmy zrobić coś pożytecznego i zabraliśmy się za porządki. Znowu ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że Wikingowi bardzo się podobało to, że nie zwracamy na niego szczególnej uwagi, a on po prostu sobie uczestniczy w naszej codzienności. Wyglądało to tak, że na przykład sprzątaliśmy w pokoju, a Wikuś kręcił nam się pod nogami - tu zajrzał, tam postukał, tu zawołał. Kiedy wychodziliśmy, wychodził za nami, potem za nami wracał. A przez cały ten czas miał niesamowicie zadowoloną minę! Jaki z tego wniosek? Powinniśmy częściej sprzątać (bo przecież w sobotę też Wiking nam na to pozwolił) :P 

A tak serio - wszyscy dzisiaj byliśmy w dobrym nastroju i tak nam pozostało do tej chwili. Teraz Wiking już od ponad dwóch godzin śpi, a my oglądaliśmy sobie Na Wspólnej, a potem się "rozdzieliliśmy" każde do swoich ulubionych komputerowych zajęć. Za moment idę spać, Franek jeszcze trochę sobie posiedzi, bo jutro ma wolne. A ja chyba znowu zafunduję sobie wychodne, mimo, że od poprzedniego ledwie tydzień minął. Ale muszę poszukać prezentu dla taty, który miał niedawno urodziny. Sto lat temu (no dobra, może dwadzieścia) dostał ode mnie i siostry kubek z napisem Tata, który jest już bardzo sfatygowany i mama chce go wyrzucić, ale tata nie pozwala. Chcemy więc mu kupić nowy, żeby tego pozbył się bez żalu. Ale nie możemy takiego znaleźć! Wszędzie tylko jakieś głupie teksty typu "tata - najlepszy kumpel i pierwsza miłość albo "tata jest władcą wszechświata" itp. A my chcemy najzwyklejsze w świecie TATA! Nie młody, nie super, po prostu tata, bo to słowo mówi samo za siebie. Może więc się przejadę po Warszawie i poszukam jakichś sklepów z porcelaną...

I niech ten dobry nastrój nam towarzyszy jak najdłużej!