*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezowo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 stycznia 2016

Nowy rok czas zacząć.

Witam w nowym roku! 2016. Trzeba się przyzwyczajać :) Ale z jakiegoś powodu to zestawienie cyfr wygląda mi ładnie, oby cały rok też był ładny!
Melduję już z Podwarszawia. Wróciliśmy dzisiaj popołudniu, choć mogliśmy jeszcze zostać, bo okazało się, że Franek, mimo że urlop kończy mu się jutro, idzie do pracy dopiero siódmego stycznia. Tak mu wychodzi z grafiku. Ale chcieliśmy już wrócić. A poza tym dzisiaj ruch był jeszcze umiarkowany, na przykład jutro byłoby dużo gorzej na drogach.
Nie zdążyłam zajrzeć już tutaj w Sylwestra, bo to był dzień na wariackich papierach. Pojechaliśmy w odwiedziny do babci, później zrobić zakupy na wieczór. Kiedy wróciliśmy, trzeba było się już szykować. Postanowiliśmy bowiem, że pojedziemy wcześniej z Wikingiem, a potem teściowie go zabiorą, a my zostaniemy. To był bardzo dobry plan. Wikuś jak zwykle zachwycony był możliwością zwiedzania nowego miejsca, w dodatku w towarzystwie starszego kuzynostwa :) My z Frankiem poszliśmy do kuchni przygotowywać to i owo, bo umówiliśmy się, że każdy coś przynosi albo szykuje na miejscu (my zrobiliśmy zupę krem z czerwonej fasoli, grzanki z pieczarkami i serem, tuńczyka z pesto bazyliowym na sałacie i roladki z tortilli :)) i zapomnieliśmy prawie o Wikingu :) Naprawdę to było dziwne uczucie, kiedy uśmiechnięty Wikuś wchodził sobie nagle do kuchni :) Poprzytulał się trochę i szedł sobie dalej. Nie musieliśmy się o niego martwić, bo był dobrze zaopiekowany :)

Wspominałam wiele razy, że nie przepadam za nocą sylwestrową i zwykle nie miałam ochoty na żadne wyjścia tego dnia. Rok temu cieszyłam się, że spędzimy ten wieczór razem, tylko we dwoje, ale Wiking pokrzyżował nam plany i w sylwestrowy poranek wylądowałam w szpitalu. Myślałam, że w tym roku posiedzimy we trójkę, ale teściowie już jakiś czas temu zaoferowali, że zajmą się Wikingiem, żal więc trochę było z tej propozycji nie skorzystać. Fajnie, że udało się nam umówić z Anetą i Wojtkiem. Przyznam, że po raz pierwszy od wielu lat bardzo się cieszyłam na ten wieczór i byłam naprawdę podekscytowana! To był naprawdę bardzo udany wieczór! Oczywiście przez chwilkę myślałam o tym, że gdybym mogła Wikinga ucałować o północy to też byłoby miło, ale w końcu jemu to różnicy i tak nie robiło :) Pobawił się z nami do 20 a potem pojechał z dziadkami. Nie mieliśmy problemu z tym, żeby go "oddać", on zresztą też nie, grzecznie poszedł spać. My spędziliśmy sylwestrową noc bardzo przyjemnie we wspaniałym towarzystwie, choć "noc" to trochę za dużo powiedziane :) Mniej więcej o 1:00 poczułam, że padam! Chwilę jeszcze posiedzieliśmy, ale ku mojemu zadowoleniu o 2:15 byliśmy już w domu ;) 

Sylwester był więc bardzo udany, Nowy Rok też całkiem niezły. Niech to będzie dobra wróżba na cały rok. 
Przede mną dość niezwykły tydzień. Mam w planie załatwienie kilku spraw i małe porządki w domu, więc będzie intensywnie, ale przede wszystkim to będzie ostatni tydzień mojego urlopu macierzyńskiego. Koniecznie muszę tu zajrzeć jeszcze z podsumowaniem ubiegłego i planami na ten rok oraz z kilkoma innymi notkami, mam nadzieję, że czas mi na to pozwoli :)

A tymczasem - wszystkiego dobrego w nowym roku dla Was!

sobota, 14 listopada 2015

Ja wiedziałam, że tak będzie :)

Znaczy się, wiedziałam, że Wiking ładnie przespał noc, ale nie zrobi tego ponownie dziś - nie wtedy, kiedy mieliśmy w planach późny powrót do domu i nadzieję na względnie przespane 5 godzin :D

Oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego, akurat wczoraj, na kiedy to mieliśmy zaplanowane wieczorne wyjście, Wiking lekko gorączkował. A właściwie miał stan podgorączkowy, ale tak poza tym nic mu  nie dolegało i stąd nasz wniosek, że to chyba na ząbkowanie. Mam wrażenie, że jego górne dziąsła jakoś inaczej wyglądaj i od wczoraj dużo więcej gryzie, ale oczywiście, czy to o ząbki chodzi okaże się dopiero za jakiś czas. Niemniej jednak nie miał żadnych innych dolegliwości. Tuż przed naszym wyjściem Wiking dość mocno marudził, bo był już zmęczony a lek obniżający temperaturę przestał działać. Inni rodzice pewnie zostaliby w domy albo chociaż się dwa razy zastanowili nad wyjściem, ale jak powszechnie wiadomo, my jesteśmy wyrodni :P więc spokojnie się szykowaliśmy do wyjścia od czasu do czasu przytulając Wikinga lub posyłając mu buziaka, podczas gdy dziadkowie zabawiali malucha. O 18:45 po prostu wyszliśmy z domu.
A tak serio - wiedzieliśmy przecież, że nic złego się nie dzieje, że Wikuś zostaje pod dobrą opieką, daliśmy znać, że jesteśmy w gotowości "jakby co", więc byliśmy spokojni. Za jakiś czas zadzwoniliśmy do teściów i dowiedzieliśmy się, że synek znowu bez większych problemów zasnął, więc mogliśmy się już spokojnie pogrążyć w rozmowie ze znajomymi. Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie w fajnym towarzystwie najbliższych poznańskich znajomych. Było dużo śmiechu i czas szybko minął. O północy postanowiliśmy, że czas wracać.

W ogóle to czas powrotu był przez chwilę kością niezgody między mną i Frankiem. Z jednej strony przyznawałam mu rację, że jeśli wyjdziemy wcześniej to się za bardzo nie nagadamy, z drugiej obawiałam się braku snu, następnego poranka i zmęczenia w ciągu dnia. Wiedziałam, że będzie tak, że rano Frankowi się nie będzie chciało wstawać (zwłaszcza po planowanym piwkowaniu), a ja - mimo, że też będę zmęczona - będę musiała zająć się wyspanym Wikingiem. Franek obiecał jednak, że oboje wstaniemy rano i będziemy się razem zajmować dzieckiem. No i muszę przyznać, że tym razem nie wiedziałam, że tak będzie :) Bo nie bardzo mu wierzyłam. 
W każdym razie położyliśmy się o 1:00 i dosłownie pięć minut później Wiking zaczął stękać! Udało się go prawie od razu uspokoić i zasypiał znowu, ale niestety przebudzał się tak jeszcze kilka razy, co dla nas oznaczało wypoczynek wątpliwej jakości. Musieliśmy go też raz nakarmić i podać środek obniżający gorączkę. Wreszcie około godziny 6:00 Wikuś zdecydowanie zarządził koniec spania, który objawił się tym, że Dzieciak zaczął się wygłupiać i po nas łazić. Ja byłam dosłownie nieprzytomna! Bardzo rzadko zdarza mi się, żebym tak nie mogła się dobudzić, ale już nad ranem było mi aż niedobrze ze zmęczenia, więc tym razem nie dałam rady wstać. I muszę przyznać, że Franek stanął na wysokości zadania, kiedy zobaczył, że nie jestem w stanie otworzyć jednego oka :) Słyszałam przez sen, jak się z Wikingiem bawił, jak zmieniał mu pieluchę i go ubierał. Normalnie nie potrafiłam się obudzić - wydawało mi się nawet, że wstaję, szykuję Wikingowi ubranko, po czym stwierdzałam, że to mi się tylko śni :) Wreszcie po godzinie trochę się zregenerowałam. 
Jestem bardzo wdzięczna Franusiowi, że się tak poświęcił i jednak zachował się zupełnie wbrew moim oczekiwaniom :) Myślę, że w dużej mierze dzięki temu spędziliśmy ogólnie całkiem przyjemny dzień.  I nawet - mimo, że zwykle wolę położyć się wcześniej i zrezygnować z rozrywek różnego rodzaju - tym razem stwierdziłam, że warto było spędzić czas w takiej formie, jak za starych, przedwikingowych czasów :) W końcu raz nie zawsze, a z pomocą męża i teściów udało mi się przetrwać ten dzień, mimo, że czułam się jakbym była na kacu. Wiking już śpi, my niedługo chyba też pójdziemy w jego ślady ;)

A jeszcze co do tego porannego wstawania - nie raz marudzę trochę, że ja muszę wstawać i bawić się z Wikingiem (bo mi się nudzi:)), a Franek jeszcze śpi (kiedy nie idzie do pracy). Mówię mu wtedy, że musimy któregoś dnia się umówić, że to on wstanie, a ja sobie pośpię. Ale prawda jest taka, że ja zazwyczaj o tej szóstej jestem już wyspana i pewnie nie skorzystałabym specjalnie z tego "Dnia Śpiocha", za to kilka razy zdarzyło się, że tak jak dziś, wyjątkowo byłam rano półprzytomna i muszę oddać Frankowi, że zawsze potrafi zauważyć u mnie ten niezwykły stan i pozwala mi dospać, podczas gdy sam zajmuje się dzieckiem.

sobota, 4 października 2014

Kac

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że ja to chyba jednak nigdy nie miałam kaca. No, może ze dwa razy w życiu. Bo zawsze myślałam, że kac to jest to, co się czuje następnego dnia po wysokoprocentowej imprezie - czyli chroniczne niewyspanie, ból głowy, otępienie i takie ogólne zmęczenie całego ciała i umysłu, powodujące, że się człowiekowi nic nie chce. Drugi dzień po imprezie nie wyglądał u mnie nigdy tak, że spałam do południa a potem resztę dnia zalegałam gdzieś na kanapie przed telewizorem, wręcz przeciwnie, starałam się z tym walczyć - budziłam się wcześnie i zmuszałam się do normalnego funkcjonowania. A więc zjadałam normalnie śniadanie, ubierałam się, często gdzieś wychodziłam, czasami ćwiczyłam (ćwiczenia zawsze dobrze mi robiły) i dopiero późnym popołudniem pozwalałam sobie na zalegnięcie. Ale mimo to, zawsze wiedziałam, że ten "dzień po" będzie poniekąd dniem straconym :)

Z oczywistych względów od pięciu miesięcy z małym hakiem nie piję alkoholu. Pamiętam dokładnie ostatni raz - kiedy to 13 maja świętowaliśmy zatrudnienie Franka w Nie-zielonej Firmie i wypiliśmy czerwone wino. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży i się trochę tym winkiem ululałam :) Ech, żebym wiedziała, że to ostatni raz.. Może wypiłabym jeszcze więcej :P W każdym razie od tamtej pory na wszelkich spotkaniach towarzyskich muszę obejść się smakiem i popijam albo jakiś sok albo wodę z cytryną. Za wódką nigdy nie przepadałam, więc teraz nawet się cieszę, że mam wymówkę, żeby jej nie pić :) Wino lubiłam, zwłaszcza wytrawne - odkąd zaczęłam pracować w mojej firmie. Od czterech lat tego trunku miałam naprawdę pod dostatkiem. Jednak jestem w stanie bez niego przeżyć i specjalnie nie tęsknię. Tęsknię natomiast bardzo za piwem! Czy to smakowym, czy to zwykłym. Lubiłam sobie czasami wypić wieczorem kufel dobrego piwa - tak do blogowania na przykład i na dobry sen ;) Zdecydowanie piwo jest jedyną rzeczą, której naprawdę mi brakuje teraz. Kiedy się spotykamy w większym gronie, to sobie chociaż powącham :)
Ale przyznać muszę, że choć obawiałam się takich sytuacji - bo bycie trzeźwym w podchmielonym towarzystwie nigdy nie wydawało mi się ciekawe - nie jest tak najgorzej i wcale nie czuję się jakoś źle jako ta niepijąca i zazwyczaj bawię się równie dobrze. I mogłabym powiedzieć, że przynajmniej na drugi dzień nie muszę się męczyć z kacem.

No właśnie, wracam teraz do sedna tej notki - bo się właśnie okazuje, że po każdej większej imprezie, po każdym spotkaniu towarzyskim, kiedy to jem nieco później i idę spać po północy następnego dnia i tak się czuję jak na kacu, pomimo tego, że nie wypiłam ani kropelki alkoholu! Stąd właśnie mój wniosek, że chyba tak naprawdę nie musiałam się nigdy z tą "przypadłością" borykać. 

W czwartek mieliśmy w biurze pożegnalną imprezę pracowniczą. Było naprawdę bardzo sympatycznie! Oj, będzie mi okropnie tych ludzi brakowało! Posiedzieliśmy sobie trochę, sporo pojedliśmy, pogadaliśmy i popiliśmy - część towarzystwa piła wino, a część wodę - bo albo byli kierowcami albo przyszłymi matkami :P Ja oczywiście należałam do tej drugiej grupy :) Wieczór był bardzo przyjemny, ale nawet nie siedzieliśmy jakoś bardzo długo, bo impreza skończyła się przed północą. Zostałam jeszcze z Kasią, żeby trochę posprzątać i o północy wsiadałam do taksówki a dwadzieścia minut później już byłam u siebie. Kładłam się więc do łóżka absolutnie nie zamroczona alkoholem około wpół do pierwszej. Rano obudziłam się przed siódmą i oczywiście cały dzień funkcjonowałam na zwolnionych obrotach i czułam się dokładnie tak samo, jak przy każdej okazji, kiedy to wypiłam sobie butelkę wina albo dwa litry piwa ;) I tak jest prawie zawsze, kiedy się z kimś wieczorem spotykam albo nawet kiedy spędzę wieczór w domowych pieleszach, ale położę się spać później niż zazwyczaj.

Wniosek z tego taki, że alkohol chyba nigdy mi jakoś specjalnie nie szkodził, a przynajmniej nie tak bardzo jak sam fakt najadania się po godzinie 20tej i zasypiania kilka godzin później niż zazwyczaj. Jestem niereformowalna chyba jeśli chodzi o rytm dnia. Prawie można regulować zegarek sądząc po tym o której godzinie jestem głodna, o której wstaję i o której zasypiam ;)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Po weselu

I poszłam w końcu na to wesele, które było dla mnie tak problematyczne... Długo myślałam sobie, że już nie mogę się doczekać aż będzie "po", ale w ostatnich dniach te myśli zeszły na dalszy plan, bo akurat impreza, na którą nie miałam większej ochoty iść, była moim najmniejszym problemem.
A co ciekawe, zważywszy na okoliczności, nie dość, że nie było źle, to jeszcze było całkiem fajnie (tylko nie piszcie, że zawsze tak jest, bo wcale nie zawsze :P). Przede wszystkim jednak dlatego, że dzięki temu, że Franek czwartek miał wolny, w sobotę szedł do pracy udało mu się załatwić w piątek zamianę i pracował rano, a popołudniu pojechał razem ze mną i na ślub i na wesele :) Nie musiałam się więc martwić o dojazd ani o to, że zabraknie mi na wszystko czasu (zwłaszcza, ze fryzjerka wyrobiła się szybciej, niż zakładała).
Ślub był cywilny i trwał jakieś 10 minut. Przynajmniej miałam okazję zobaczyć, jak taki cywilny wygląda. Wesele też było trochę inne, niż wszystkie inne na jakich byłam w ciągu ostatnich dziewięciu lat (a było ich dwanaście, nie licząc naszego). O głębszych odczuciach ogólnych oraz ich przyczynach napiszę może przy innej okazji, natomiast jeśli chodzi o same wrażenia, to może nie wszystko mi się podobało, ale ogólnie uważam, że wesele było udane. 
Pierwszy raz na przykład spotkaliśmy się z tym (mimo, że o tym słyszałam, ale jeszcze nie miałam do czynienia), że na obiad podano wszystkim to samo danie w dodatku już rozłożone na talerzu. Na wszystkich weselach, na jakich byłam, zawsze było tak, że goście mieli do wyboru kilka rodzajów mięs i dodatków (surówek, a także np. ziemniaki, frytki, kluski itp.) - i odpowiadało mi to dużo bardziej. Tym razem na obiad były kopytka ze schabem w sosie grzybowymi z buraczkami. Danie było całkiem smaczne, ale mnie na przykład nie odpowiadały proporcje - dostałam trzy duże kawałki mięsa i trochę kopytek. Gdybym sama sobie nakładała na talerz, zdecydowanie wystarczył by mi jeden kawałek schabu, ale kopytek nałożyłabym sobie dużo więcej. Franuś ze mną na szczęście pohandlował i mimo, że też bardzo lubi kopytka, oddał mi trochę swoich za półtora kawałka mięsa.
Kiedy rozmawiałam z kolegą na temat tego, jaką będzie miał zupę, usłyszałam, ze rosół i flaki. Ale absolutnie nie przyszło mi do głowy, że to będą zupy do wyboru! Myślałam, że rosół będzie na obiad, a flaczki na przykład przed północą :) Poza tym zdziwiło mnie, ze nie było po obiedzie typowego deseru (że na przykład na stół wjechały ciasta i lody), tylko ciasta i owoce cały czas stały na stole obok (choć nie twierdzę, ze to było złe rozwiązanie)
Generalnie jednak, oboje z Frankiem stwierdziliśmy, że jedzenie było takie sobie...To znaczy, jak na wesele... Przystawki, które były cały czas na stole niespecjalnie przypadły nam do gustu, ciasta były nieco zbyt ciężkie, mój ukochany rosołek jednak bez smaku, a strogonow raczej smakował jak zupa gulaszowa (i jako ta zupa był całkiem do rzeczy) Na koniec stwierdziłam, że najbardziej smakował mi chleb ze smalcem z wiejskiego stołu! No i w sumie te kopytka :) Frankowi kopytka, tatar oraz kawałek płonącej szynki podanej przed północą z kaszą gryczaną i sosem (spróbowałam i potwierdzam, że smaczne, zresztą jako osoba, która jest bardzo wybredna jeśli chodzi o mięsa muszę obiektywnie stwierdzić, że mięsa ogólnie były całkiem niezłe - przede wszystkim bardzo delikatne, a to dla mnie zawsze najważniejsze - wystarczyłaby jedna żyłka i już bym nie przełknęła). Tak więc jak widzicie, nie było tak źle - ot po prostu w porównaniu do innych wesel na których byliśmy to wypadło pod tym względem najgorzej (dotychczas najgorzej było na weselu Mietków w Poznaniu, bo jedzenia było mało - nawet Mietek tak stwierdził i opowiadał później, że nauczony doświadczeniem, na naszym weselu z obawy przed tym, że później będzie głodny, na obiad nałożył sobie taką porcję, że później nie mógł zmieścić reszty; bo z kolei nasze wesele było jednym z najbardziej obfitych jeśli chodzi o ilość jedzenia - sami byliśmy tym zaskoczeni)
Za to oprawa muzyczna była bardzo fajna. Uważam, że panowie z zespołu naprawdę ładnie śpiewali i chyba tylko piosenka "Cudownych rodziców mam" brzmiała w ich wykonaniu gorzej niż oryginał. Franek był zaskoczony, że śpiewam razem z nimi ".. będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało...", bo przecież ja nie znoszę tej piosenki. I owszem, nie znoszę - ale jak się okazuje tylko w oryginale, bo zespół wykonał ją tak dobrze, że mi się spodobała :) Poza tym wodzirej był świetny. Podobało mi się też, jak w pewnym momencie panowie zamienili keyboardy na akordeony i wyszli na salę, aby razem z gośćmi pośpiewać przy stole piosenki biesiadne. Dotychczas tylko raz się z tym spotkałam i to tylko dlatego, że goście sami zaczęli śpiewać. Szkoda, że u nas na to nie było czasu :P
Oczepiny trwały długo (a bardzo lubię tę część wesela) i były bardzo sprawnie i ze smakiem zorganizowane. Mimo, że nie znałam praktycznie nikogo, przyjemnie mi się obserwowało wszystkie zabawy.
Poza tym klimat całego wesela był fajny i stąd właśnie mój wniosek, że było ono udane. Bo przecież liczy się to, jak czują się i jak zachowują się goście, a miałam wrażenie, że wszystkim humory dopisują. Tak więc nawet fakt, że jedzenie nie do końca nam przypasowało nie oznacza, że cała impreza była do bani, a to, co napisałam powyżej, jest tylko zwykłą opinią a nie narzekaniem i krytyką. Uważam, że nie wszystko musi się każdemu spodobać, ale nie oznacza to, że trzeba siedzieć cały czas ze skwaszoną miną i od razu negować całą resztę :)

Nie doczekałam się niestety tortu, bo kiedy tylko oczepiny się skończyły, pobiegliśmy do Pary Młodej się pożegnać. Było już po pierwszej, a Franek następnego dnia szedł do pracy, więc musiał się wyspać (zwłaszcza, że prawie od 24 godzin był na nogach).
To było pierwsze takie wesele, na którym nikogo oprócz jednej pary nie znaliśmy, ale w ogóle nie przeszkadzało nam to w tym, żeby się dobrze bawić. Wręcz przeciwnie - dużo tańczyliśmy, bo nie zależało nam na tym, żeby pogadać z dawno niewidzianym towarzystwem. Miałam bardzo silne poczucie tego, że jesteśmy tam razem i to było bardzo przyjemne wrażenie. Tańczyliśmy tylko ze sobą, rozmawialiśmy tylko ze sobą i z moją koleżanką i jej chłopakiem (to ci sami, z którymi od czasu do czasu się spotykaliśmy) i czasami z Panem Młodym, który parę razy na chwilę do nas podszedł. Ale nie czułam żadnego niedosytu właśnie dlatego, że miałam tę świadomość, że jestem tam z Frankiem, a przez to, że byliśmy tam jednak obcy, potrafiłam się od tego wszystkiego odciąć i miałam wrażenie chwilami, jakby to była nasza prywatna impreza, tylko z resztą nieszkodliwych ludzi dookoła :P Poza tym to było jedyne wesele, na którym nie wypiłam ani kropelki alkoholu (zaczynam się do tego przyzwyczajać :)) oraz na którym tak dużo zjadłam (no bo przecież nie twierdzę, że to jedzenie było niesmaczne, tylko po prostu nieco poniżej moich oczekiwań :), a jakoś tak miałam więcej czasu, żeby świadomie sięgać po to i owo do przegryzienia niż na innych weselach).
Myślę, że ten wieczór będę wspominać bardzo miło i ostatecznie cieszę się, że trafiliśmy na to wesele, chociaż oczywiście zupełnie inne wrażenia miałabym, gdyby nie to, że Franek był ze mną od samego początku.

Jeśli chodzi o inne kwestie, to byłam bardzo zadowolona z mojej fryzury i nawet Franek powiedział, ze tylko na naszym ślubie miałam ładniejszą :P Chociaż wydaje mi się, że już to kiedyś słyszałam, więc albo naprawdę każda moja fryzura jest lepsza od poprzedniej, albo Franek ma słabą pamięć :P Ale grunt, że ja się dobrze czułam z tym, co miałam na głowie:


A, no i przy okazji macie okazję zobaczyć moją sukienkę, o którą pytałyście :) Tak właśnie wyglądała. Podoba mi się, bo nie jest typowo weselna i spokojnie będę mogła ją ubierać na inne okazje.
Jest na mnie odrobinę za szeroka w biodrach, ale jedyny rozmiar jaki był to 38, a że wyglądałam w miarę dobrze (i Frankowi się bardzo podobała), stwierdziłam, że ją wezmę, bo przecież na pewno przez te trzy tygodnie się nieco poszerzę.
No, ale się nie poszerzyłam, więc tak naprawdę sukienka mogłaby być odrobinę bardziej dopasowana, ale właściwie nie widać tego tak bardzo, a czasami warto mieć w szafie coś trochę większego niż codzienny rozmiar :)
Kiedy patrzę na te zdjęcia, to w sumie wcale się nie dziwię, że ludzie nie przepuszczają mnie w kasie pierwszeństwa (na szczęście tego nie oczekuję, choć czasami by się przydało :P) pomimo tego, że to już prawie półmetek, bo końcówka dziewiętnastego tygodnia. Ogólnie się cieszę, że nie muszę na razie jeszcze wymieniać garderoby, ale czasami czuję się dziwnie, gdy ktoś dowiedziawszy się, że jestem w ciąży z uśmiechem zerka ukradkiem na mój brzuch, a później gdy dowiaduje się, że to piąty miesiąc patrzy na niego już całkiem otwarcie z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. 
No przecież po co miałabym ściemniać? :)


A do tych butów miałam jeszcze idealnie dobraną kolorystycznie torebkę (Franek :P) i beżowe bolerko.

poniedziałek, 17 marca 2014

Teściowa, kulinaria i pogoda, czyli poniedziałkowy misz-masz


Już jakiś czas temu kombinowałam sobie, że jak pojedziemy w marcu do Poznania (bo statystycznie wychodzi nam, że raz w miesiącu jesteśmy w Poznaniu i raz w Miasteczku), to zaproszę Panią Mamę na jakiś babski wieczór do kawiarni z okazji Dnia Teściowej. Ale  w pierwszy weekend marcowy się nie złożyło i jechaliśmy dopiero teraz - a teraz babski wieczór nie wchodził w grę, bo na sobotę zaplanowana była inna impreza :)
Już wspominałam kiedyś, że w rodzinie Franka - i w ogóle w Poznaniu, imieniny to jest poważna sprawa :) Mają zdecydowanie większe znaczenie niż urodziny. A imieniny mojej teściowej to obowiązkowy punkt marca każdego roku. Więc nasz wspólny wypad przełożyłyśmy a teraz skupiliśmy się z Frankiem na pomocy w przygotowaniach. Początkowo miał pomagać tylko Franek i zrobić "zimną płytę", bo to jego specjalność. Można powiedzieć, że jest zawodowcem, bo sporo takich płyt przygotowywał swego czasu w restauracjach ;) Ale ja się też zaoferowałam. Trochę dlatego, że na piątek i tak nie miałam żadnych konkretnych planów, ale przyznaję, że nie zawsze poznańska kuchnia trafia w mój gust, więc chciałam sobie zagwarantować coś dobrego do jedzenia :P A że teściowa mówiła, że nie ma pomysłu, co jeszcze mogłaby zrobić oprócz tego, co już sobie zaplanowała, zaproponowałam, że zrobię sałatkę z tortellini z żółtym serem i koreczki z tortilli kukurydzianej :) To było dla wszystkich (oprócz Franka rzecz jasna) coś zupełnie nowego, więc można powiedzieć, że odniosłam sukces kulinarny - bo najpierw wszyscy z ciekawości próbowali, a potem chwalili - nie tylko z grzeczności :P Coś mi się wydaje, że sprzedałam swój pomysł - byłam to winna za kilka innych, na przykład na sałatkę z kuskusem, która stała się jedną z moich ulubionych po tym, jak jej raz spróbowałam - właśnie na imieninach teściowej kilka lat temu.
Jak wspomniałam, nie zawsze to, co jest u teściów na stole mi smakuje, ale wynika to bardziej z tego, że jestem dość wybredna oraz mocno przyzwyczajona do konkretnego stylu gotowania, niż z tego, że jest to niesmaczne :) Niemniej jednak nigdy jeszcze nie było tak, żebym nie znalazła dla siebie nic - a jak już trafię na coś, co mi smakuje, staram się o tym głośno mówić, żeby zatrzeć brak ewentualnego entuzjazmu przy próbowaniu czegoś innego :P

W każdym razie, pomimo tego całego mojego przywiązania do kuchni mojego domu rodzinnego, podoba mi się to łączenie smaków wynikające z połączenia dwóch rodzin. W końcu wiele potraw, które znam od dziecka i które są dla mnie tak znajome i tak naturalne, kiedyś były nowością dla mojego taty albo mamy :) Któreś z nich wprowadziło je do naszego menu i pewnie tak samo będzie u nas. Zresztą już jest. Sporo jest dań, których Franek wcześniej nie jadał (choć zazwyczaj znał), bo nie było u niego takiego zwyczaju, a które w moim wykonaniu bardzo mu smakują. Ale i ja nauczyłam się nowych smaków i wiele z nich przypadło mi do gustu. Potem przynajmniej i ja mogę czymś zaskoczyć moją mamę :)

Wracając do sedna - kulinarnie impreza się zdecydowanie udała. Towarzysko również. W tym roku było zdecydowanie mniej dzieci, a przede wszystkim rodziców tychże, więc były one tematem numer jeden tylko na początku. W każdym razie nie zdominowały całego popołudnia i wieczoru - w przeciwieństwie do ubiegłego roku. Być może pamiętacie, że miałam mieszane uczucia po zeszłorocznej imprezie :) Nie nudziłam się więc, bo najpierw zajmowałam się wymyślaniem fryzur dla chrześniaczki Franka a później przeniosłam się do kącika dla dorosłych i trochę z nimi pogawędziłam.

Weekend, mimo, że przedłużony minął nam bardzo szybko. Żal mi trochę było wyjeżdżać - to znaczy z jednej strony cieszyłam się, że wracamy, ale z drugiej, ponieważ ostatnio jest mi trochę smutno, szkoda mi było rozstawać się z teściową. Bardzo ją lubię i ona też jest jedną z tych osób, które potrafią mnie podnieść na duchu. Zresztą kiedy wczoraj już wychodziliśmy, znalazła chwilę, żeby ze mną na osobności porozmawiać: gdy teść (który nas odwoził na dworzec) i Franek już wyszli, a ja właśnie podchodziłam do drzwi, to zatrzymała mnie na moment, żeby mnie pocieszyć. Wyczuła po prostu, że nie najlepiej się czuję, bo nie wspominałam o tym ani słowem. Uściskała mnie, powiedziała, że się ułoży, coś podpowiedziała. Miło mi się zrobiło.

Teraz nie zobaczymy się przez dość długi czas, bo do Poznania wybieramy się dopiero na ostatni weekend kwietnia, na urodziny Chrześniaczki i chrzciny jej siostry. No chyba, że teściowie wpadną do nas w międzyczasie. Moi rodzice planują przyjazd w najbliższy weekend :) My z kolei do Miasteczka jedziemy dopiero na święta, można więc powiedzieć, że szykuje nam się dłuższy, bo prawie pięciotygodniowy przysiad w Podwarszawie :) Dotychczas naszym rekordem nieruszania się z miejsca był chyba miesiąc ;) Teraz byle tylko weekendy były ładne, to będziemy sobie urządzać spacery. I już szperam w sieci w poszukiwaniu jakichś ciekawych wydarzeń kulturalnych, a nuż kolejny "Błękitny zamek" się trafi? :)

Z drugiej strony, tak sobie właśnie uświadomiłam: wielkimi krokami zbliża się kwiecień - ten nieszczęsny miesiąc, który jakoś zawsze jest dla mnie płaczliwym i smutnym. Jeśli mnie to dopadnie właśnie wtedy, gdy nie planujemy wyjazdów, to trochę kiepsko :) Muszę więc chyba ten płaczliwy miesiąc przełożyć na kiedy indziej :P
No a dzisiaj wracałam z pracy nareszcie po jasnemu, mimo, że jest poniedziałek i kończyłam o 18 :) Gdybym jechała rowerem to wreszcie nie musiałabym ubierać tej kamizelki w której wyglądam jak roboty drogowe. No ale nie jechałam, bo rano padało. Może będę się tym cieszyć w środę ;)




poniedziałek, 10 marca 2014

Poszalały baby

W piątek po pracy byłam zaproszona na służbową-niesłużbową degustację :) Muszę przyznać, że średnio miałam ochotę się tam wybrać. A właściwie inaczej - miałam ochotę, tylko mi się nie chciało. Rozumiecie, co mam na myśli? Miewacie tak czasami? :) Bo ja nadzwyczaj często - ochota jest, tylko chęci nieco brak - a pomyślałby kto, że to jedno i to samo :P
W każdym razie postanowiłam się jednak zmobilizować, wiedząc, że jeśli nie pójdę, będę czuła lekki niedosyt i być może nawet wyrzuty sumienia, bo nie lubię się nie wywiązywać z tego typu zobowiązań towarzyskich. 
Miałam jednak postanowienie - tym razem nie zostanę na części nieoficjalnej :) Chciałam na drugi dzień być w pełni sił fizycznych i umysłowych i miałam pewne plany, a poza tym nie chciałam, żeby Franek siedział sam. Cóż, moje postanowienie udało mi się co prawda zrealizować, bo zaraz po części oficjalnej zaczęliśmy się zbierać. Ale nie wpadłam na to, że część nieoficjalna przeniesie się do mieszkania koleżanki z pracy :) To było zupełnie spontaniczne i jeszcze o 22 nie miałam pojęcia, jak to się skończy, mimo, że widziałam, że robi się niebezpiecznie sympatycznie :)
W naszej branży tak to już jest, że każde z nas ma w domu przynajmniej kilka butelek firmowego trunku. Siłą rzeczy więc degustacja przeniosła się do domu koleżanki, jej chłopaka i psinki :) Cały czas mi się wydawało, że już za chwilę będę wychodzić, ale jakoś ta chwila ciągle nie nadchodziła :) Później chłopaki się ewakuowali - Asystent do domu, Pan Domu do łóżka :) A my... Cóż, my sobie urządziłyśmy Dzień Kobiet, choć ledwo się zaczynał ;) To było takie prawdziwe gadu-gadu nocą. Przy winie. Zapewniłyśmy sobie nawet bardziej intymny nastrój przenosząc się z kanapy na podłogę (nie pamiętam, jak to się stało, ale zapewniam Was, że to nie grawitacja nas przyciągnęła :P)
Noo, muszę przyznać, że dawno nie zdarzyło mi się tak zabalować i zagadać z kimś innym niż z Dorotą :P  Wyszłam nad ranem i zdziwiłam się, że po piątej robi się już jasno. Kiedy wreszcie dojechałam do domu (czy wspominałam już o koszmarnych odległościach w Warszawie? :/) zbliżała się pora, kiedy to normalnie wstaję, a nie dopiero się kładę. Stąd mój dylemat, gdy stanęłam przed lustrem w łazience: użyć kremu na dzień, czy na noc? :D Ale Franuś był bardzo wyrozumiały i nie miał do mnie nawet pół pretensji :P
Jak zwykle nie udało mi się odespać i w sobotę nie byłam pełna energii, ale nie żałowałam. To był naprawdę udany wieczór. Bardzo dobrze się bawiłam, a później naprawdę dłuugo rozmawiałyśmy o wszystkim. To był taki kolaż tematów, bo zaczynałyśmy o jednym, a kończyłyśmy o czymś innym, pozornie bez żadnego związku. Swoją drogą człowieczy babski sposób rozumowania bywa bardzo pokrętny ;) Czuję nawet lekki niedosyt, bo mam wrażenie, że mogłybyśmy tak jeszcze długo i że jeszcze wiele mogłybyśmy powiedzieć :P 
Ale chyba lepiej kończyć spotkania z poczuciem niedosytu, niż przesytu? :)

czwartek, 2 stycznia 2014

Nawet mi się podobało :)

Witajcie w Nowym Roku :)

Przyznać muszę, że pomimo całej mojej niechęci do wychodzenia w sylwestrową noc, ten wieczór był naprawdę udany. To znaczy podejrzewałam, ze tak będzie, ale obawiałam się, że ja cały czas będę w nastroju nie do zabawy - ale jednak udzielił mi się :)
Byłam ja, Franek i czterech kolegów- w tym jeden z dziewczyną (wreszcie jeden sparowany od ubiegłego roku:)) Gospodarz naprawdę stanął na wysokości zadania i bardzo się pomyliłam spodziewając się jedynie chipsów i paluszków :) Czas do godziny 23 spędziliśmy na grze w Pędzące Żółwie :D To jest naprawdę fenomen, że wszystkich ta gra tak zachwyca, choć jest banalna, wcale nie ambitna i na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać nudna (jeśli się spojrzy tylko na planszę). Później coś przekąsiliśmy i wyszliśmy do parku nad Wartę, aby o północy otworzyć szampana, wystrzelić kilka fajerwerków z czegoś, co się chyba nazywa "starter" :P oraz podziwiać te bardziej efektowne w oddali.
Wracając wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do domu Braci (dwaj z kolegów), aby złożyć ich rodzicom życzenia. Franek ich znał, ale ja w pierwszej chwili nie byłam zadowolona z tego pomysłu. Pomyślałam sobie, że jakoś tak głupio wparować w nocy do kogoś, kto mnie nawet na oczy nie widział i nie ma pojęcia kim jestem. Bardzo się pomyliłam! Rodzice chłopaków nie tylko wiedzieli, że jestem żoną Franka i ze to na naszym ślubie byli ich chłopaki, ale orietowali się doskonale w naszej obecnej sytuacji, wiele o nas wiedzieli i rozmawiali jak ze starymi znajomymi. Bardzo mnie to ujęło, bo uświadomiłam sobie, że skoro chłopaki o nas opowiadają rodzicom, to znaczy, że też jesteśmy im bliscy - wszak nasi rodzice też znają naszych znajomych i wiedzą mniej więcej co się u nich dzieje. Naprawdę mnie to zaskoczyło, ale zrobiło mi się naprawdę miło, bo poczułam się całkowicie włączona do towarzystwa - nie tylko jako żona kolegi :)
Plan miałam taki, że po oglądaniu fajerwerków wrócę do domu sama, a Franek jeszcze pójdzie z towarzystem do domu kolegi, ale szkoda mi się go zrobiło, że tyle tego naszykował a ja pogardzę :) No i wróciłam z nimi i wcale nie żałowałam. Ale ostatecznie wróciliśmy o trzeciej, co mnie satysfakcjonowało, bo nawet się w miarę wyspałam. Bardzo niewiele piłam, więc bez bólu głowy też się obyło.
A wczoraj nieoczekiwanie zrobiliśy sobie poprawiny. Poszliśmy do Tomka z Frankiem po gry, które zostawiliśmy wychodząc, ale oczywiście nie wypadało tak od razu wyjść. Założenie mieliśmy, że posiedzimy godzinkę, dwie, wypijemy drinka i wrócimy. Nic bardziej mylnego. Przyszedł jeszcze jeden z braci i jak zaczęliśmy grać w Monopol to nam zeszło do północy! A myślałam, że się wcześniej położę wreszcie!

No cóż, może choć dzisiaj mi się to uda ;) Dzisiaj po raz pierwszy miałam spokojny dzień w pracy (oczywiście nadal jestem w oddali:)) - jesteśmy chyba na dobrej drodze do ogarnięcia wszystkiego. Może za jakiś czas uda się nawet trochę ponudzić.

czwartek, 12 września 2013

Weekendowe wspomnienie i zapowiedź świętowania

Sprawa wygląda tak, że od jakiegoś czasu żyję po prostu w permanentnym stresie i lęku o to, co przyniesie przyszłość. Nie znoszę niepewności, a stabilizacja jest dla mnie równa z poczuciem bezpieczeństwa, spełnienia - a co za tym idzie, szczęścia. Dlatego, jeśli tego mi brakuje, nie czuję się najlepiej.
Na co dzień oczywiście staram się trzymać. Wiem doskonale, że zamartwianie się niczego mi nie da - ale pewnie każda z Was wie jak to jest wmawiać sobie, że będzie dobrze i nie ma co się teraz zamartwiać, a nastrój i tak nas nie słuchał. W każdym razie, staram się trzymać, ale niewiele niestety trzeba, żebym się puściła :) Wystarczy drobiazg i się sypię - i tak się stało na przykład wczoraj.
Dzisiaj jest lepiej, ale niestety obawiam się, że dopóki coś się nie wyjaśni, takie złe momenty będą się jeszcze zdarzały - bo, jak napisałam w komentarzu jednej z Was, to coś poważniejszego niż gorszy dzień. Raczej chodzi o trudny okres, w którym staram się funkcjonować. Na szczęście to puszczanie się działa też w drugą stronę :) Czyli wystarczy pozytywny drobiazg w tej ciemnej sytuacji i już jest jakoś trochę lepiej.

Tak na przykład było w weekend :) Przyjechała Dorota i zarządziła odstresowywanie mnie i Franka! Myślałam, że nie da rady, ale okazało się, że w miarę, jak wieczór upływał, mój stres się ulatniał a humor poprawiał. Mogłam się wreszcie napić :) Bo ze mną to jest tak, że jak jestem zestresowana i zdołowana, to alkohol w ogóle mi nie wchodzi, dopiero jak się wyluzuję, to mogę pić. Wypiłam więc trzy piwka, ale to było nic w porównaniu do wyczynu Franka i Doroty, a zwłaszcza Doroty :) Rano w kuchni było czternaście pustych puszek po piwie (ach, jak mi żal, że zdjęcia na potrzeby bloga nie zrobiłam :)) - moje trzy, jedenaście Franka i Doroty. Nie są pewni, jaki był rozkład, ale obstawiają 6:5 dla Doroty (chyba, że 7:4, ale to malo prawdopodobne, Franek nosił ślady większego spożycia jak na moje subiektywne oko :P)
Jak już wiecie, nocka upłynęła nam spokojnie w jednym łóżku. Franek przez chwilę się gorszył, że może nie wypada, żebyśmy tak w trójkę, ale już ścielił łóżko. Myślę, że przeważył argument, że musiałby ubrać drugą pościel dla Doroty (u nas to zazwyczaj on zmienia pościel) i jego lenistwo :P

Sobota była błogim lenistwem! Oglądaliśmy różne bzdury w internecie i podjadaliśmy: to chipsy, to żelki, to słonecznik (tak, tak, w tym roku zdziubałam ich już chyba setki, nadrabiam ubiegły :P), to pierogi ulepione przeze mnie dzień wcześniej. Pogoda była piękna, więc gdy Franek poszedł się zdrzemnąć, stwierdziłyśmy z Dorotą, że idziemy na spacer. Na co Franek się ocknął i stwierdził, że idzie z nami. Zwiedziliśmy trochę okolicę (bo nawet my z Frankiem jeszcze wszystkich kątów nie obeszliśmy), pogadaliśmy trochę, i pofilozofowaliśmy. Po powrocie znowu zalegliśmy na kanapie. 
Miałam poczytać, ale Franek z Dorotą chcieli coś oglądać. Ostatecznie puściliśmy Kac Wawę - bo słyszeliśmy, że jest to najgorszy i najgłupszy polski film, jaki kiedykolwiek nakręcono i chcieliśmy sprawdzić dlaczego. Potwierdzamy jednogłośnie opinię, ale na pytanie "dlaczego" nie da się odpowiedzieć, jest aż tak źle :) Najzabawniejsze jest to, że obejrzeliśmy cały film, ale tylko jak się naszą trójkę do kupy weźmie :P W sensie: tak się zlożyło, że jak ja oglądałam, to Dorota z Frankem spali, kiedy Dorota się obudziła, to zasnęłam ja, ale w końcu zmogło ją znowu i tylko Franek obejrzał końcówkę :D

Późnym popołudniem i wieczorem zdążyłam jeszcze ugotować rosół i zrobić pranie, a potem szykowałyśmy się z Dorotą do wyjśnia na imprezę. Franek nie dał się namówić.Ale nie protestował i poszłyśmy same :) Było fajnie, choć tym razem jakoś miałyśmy więcej ochoty, żeby posiedzieć przy barze, pogadać i poobserwować ludzi, niż bawić. Niemniej jednak potańczyłyśmy trochę też :) Ale już po pierwszej Dorota stwierdziła, że czuje się zmęczona i wychodzimy. Poszłyśmy na nocny autobus, który z Marszałkowskiej zawiózł nas prosto do Podwarszawia. 
W autobusie trochę pospałyśmy, ale na szczęście gdy usłyszałam przystanki mówiące o tym, że znajdujemy się już w Ursusie przebudziłam się i dopilnowałam, żeby wysiąść w porę. Na szczęście, bo Dorota nastawiła co prawda budzik, ale zadzwonił dopiero jak już wsiadałyśmy do taksówki, która wiozła nas prosto do domu. Franek był bardzo mile zaskoczony, gdy już przed trzecią obudziły go hałasy na klatce schodowej, a dokładnie moja czkawka i śmiech Doroty :D Myślał, że znowu wrócimy rano, więc się ucieszył bardzo na nasz widok i położył nas spać. 
Nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam. A gdy obudziłam się po siódmej po swojej lewej stronie zobaczyłam śpiącą Dorotę, a po prawej... nikogo. Biednego Franka znalazłam w drugim pokoju. Spytałam, dlaczego sobie poszedł, a on powiedział, że my zasnęłyśmy w pół sekundy, a on nie mógł, bo Dorota zaczęła chrapać, a ja się rozpychać :D Bieedny :)
Niedziela była bardzo niedzielna, poszliśmy na spacer i do kościoła (nawet Dorota wyraziła chęć, żeby się wybrać na mszę z nami) i na kawkę do kawiarni..Po 15 Dorotka pojechała, a my z Franusiem znowu zalegaliśmy na kanapie i brakowało nam Doroty :))
Tak powinien wyglądać udany weekend :) Było dużo leniuchowania, sporo imprezowania, ale też zrobiłam kilka pożytecznych rzeczy. A przede wszystkim spędzliśmy ten czas w doborowym towarzystwie i naprawdę świetnie się bawiliśmy. Było prawie tak, jak sobie kiedyś z Dorotą obmyśliłyśymy, że będziemy mieszkać razem z naszymi mężami :P 

Ta wizyta była i mnie i Frankowi bardzo potrzebna, żebyśmy się trochę wyluzowali o pobawili. Nastrój naprawdę podskoczył nam w górę i tak się trzymał do wtorku, dopiero wczoraj było trochę gorzej, jak już wiecie.
Za to dziś mam nadzieję, że będzie tylko dobrze, bo oto rozpoczynamy "Tydzień rocznicowy" :P Tak sobie wymyśliliśmy świętowanie naszej rocznicy, która przypada co prawda dopiero na niedzielę, ale ponieważ nie załatwiliśmy sobie na te dni urlopu, świętowanie rozłożymy w czasie. Zaczynamy już dziś i na 19:30 wybieramy się do teatru!

piątek, 6 września 2013

Babski weekend część druga i trzecia z rodzynkiem :) +dopisek

No to doczłapaliśmy się do weekendu po tym okropnym, pełnym stresu tygodniu! A propos weekendu, został mi jeszcze jeden babski do opisania, więc stwierdziłam, że dzisiaj jest dobra okazja, żeby po krótce opowiedzieć, co też porabiałyśmy miesiąc temu  z Dorotą.
Przyjechała znowu w piątkowy wieczór i obowiązkowo zaopatrzyłyśmy się w browarki - tym razem na wszelki wypadek wzięłyśmy więcej, żeby frankowych zapasów nie podkradać. I dobrze zrobiłyśmy, bo poszły wszystkie, o ile dobrze pamiętam - po cztery na głowę. Ale nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam, bo może było więcej :)

Na dworze, po upalnym dniu szalała burza. A my siedziałyśmy przy małej lapce, obserwowałyśmy błyskawice, słuchałyśmy szumu deszczu i gadałyśmy. Wydawałoby się, że przy ostatniej okazji wyczerpałyśmy już wszystkie ważne i mniej ważne tematy, ale okazuje się, że znalazły się inne równie ważne ;) Zmogło nas w okolicach północy i położyłyśmy się, ale już po ciemku, w łóżku zebrało nam się jeszcze na pogaduchy i tak przegadałyśmy jeszcze jakiś czas.
W sobotę obudziłyśmy się o dziwo bardzo wypoczęte i rześkie! Ale od rana było zimno i padało, co niezbyt dobrze wpłynęło na naszą witalność. Przebimbałyśmy połowę dnia :) Włączyłyśmy sobie jakiś głupi film, potem coś tam skubnęłyśmy do jedzenia, obejrzałyśmy odcinek Rodzinki.pl, skubnęłyśmy coś do jedzenia, a potem leżałyśmy na kanapie i przysnęło nam się na jakieś pół godzinki. Kiedy obudziłyśmy się, oczywiście skubnęłyśmy coś do jedzenia i z zadowoleniem stwierdziłyśmy, że oto nadeszła szesnasta i trzeba się zbierać!

Na 19 miałyśmy wykupione bilety do teatru! Wybierałyśmy się na spektakl Mayday 2 - w liceum byłyśmy na jedynce i bardzo nam się podobało, jak tylko zobaczyłyśmy, że warszawskie teatry grają ten spektakl umówiłyśmy się, że idziemy! A po teatrze wybierałyśmy się na imprezę, więc trzeba było poświęcić więcej czasu na przygotowania.

Spektakl nas nie zawiódł! Świetny był, uśmiałyśmy się do łez :) I ten klimat teatralny... Żaden film nie będzie tak dobry jak spektakl na żywo. Skończyło się przed 22. Popędziłyśmy więc do centrum, żeby zdążyć wejść do klubu jeszcze zanim zaczną kasować kobiety za wstęp. Udało się, wypiłyśmy po piwku i zaczęłyśmy wywijać. Po północy rozdawali darmowy poncz - Dorocie nie smakował, więc została przy piwie, ale ja wypiłam jakieś pięć kieliszków :P
To, do pary z absztyfikantem Doroty, który się znalazł w klubie sprawiło, że nasz plan powrotu ostatnim nocnym autobusem o 2:40 legł w gruzach (zwyczajnie się spóźniłyśmy :P). Bawiłyśmy się więc do białego rana - Dorota z Absztyfikantem a ja z Tancerzem. Nie pamiętam niestety nawet jak miał na imię (ja niedobra!) - wystarczyło mi, że tańczył po prostu wspaniale, a ja bardzo lubię tańczyć w parze, a nie tylko kiwać się do rytmu, więc dobraliśmy się świetnie - w dodatku wystarczył mu taniec, nie zniechęcił się, gdy uprzedziłam go, że jestem mężatką i nie próbował mnie podrywać. Obie wyszłyśmy z imprezy usatysfakcjonowane i ubawione. W łóżku wylądowałyśmy (same :P) po ósmej! Dawno się tak nie bawiłam. Ale stwierdzam, że potrzebne mi to było.

W niedzielę byłyśmy co prawda zmęczone (ale od niewyspania, nie picia, bo nawet moje pięć kieliszków wina do ósmej zdążyło wywietrzeć :)), ale zadowolone. Weekend spełnił nasze oczekiwania - trochę ukulturowienia się, trochę dobrej zabawy, trochę dobrego alkoholu.
To był też mój ostatni weekend bez Franka, bo w kolejny piątek już się wprowadził do Podwarszawia :) Dzisiaj Dorota przyjeżdża znów. Jest już prawie za drzwiami ;) Jutro rano przybywa Juska. A więc szykuje się kolejny babski weekend z rodzynkiem w postaci Franka. Dziewczyny się napaliły strasznie na imprezę, a ja przyznam, że trochę mam humor skwaszony i trochę nie mam na to ochoty... Ale może mi się do jutra poprawi :) Może pogaduchy trochę poprawią nam nastroje, a impreza to może właśnie coś, czego mi trzeba. Tylko nie wiem, czy Franek da się wyciągnąć - on nie lubi tańczyć w klubach. A ja wolałabym z nim iść - żeby potańczyć, pobawić się i nie musieć odganiać natrętnych facetów :P Miałabym własnego bodyguarda.

To miłego weekendu Wam życzę i odezwę się zapewne, jak dziewczyny pojadą. Wtedy też odpowiem na komentarze pod poprzednią notką, teraz już muszę kończyć, bo kochana Dorotka właśnie zadzwoniła, że będzie lada moment :)

***
Później. Dużo później:
I dylemat teraz mam - bo z kim ja mam dzisiaj spać? :D:D

wtorek, 27 sierpnia 2013

Babski weekend część I ;)

Dziś notka nieco wyjątkowa i całkowicie archiwalna... To opis weekendu czerwcowego.
 
***
Mój gorszy nastrój na szczęście był chwilowy - już następnego dnia było dobrze. Chociaż muszę przyznać, że ostatnio wyjątkowo często miewam nastrojowe huśtawki. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Dobrze, że już dzisiaj środa, bo to oznacza, że jesteśmy już bliżej niż dalej weekendu - zwłaszcza, że Franek będzie już w piątek rano. To łagodzi mi trochę żal za minionym dopiero co weekendzie, który był niezwykle udany! Wiedziałam, że będzie fajnie, ale że aż tak, to się chyba nie spodziewałam.

Dorota miała kiepską podróż od samego początku, bo pociąg, którym miała jechać już do Poznania miał przyjechać z 55 minutowym opóźnieniem - które oczywiście potem uległo zmianie i ostatecznie do Warszawy przyjechał zamiast o 16:52 około 19:00. Ale to już nie było nasze zmartwienie, bo wymieniła sobie bilet i pojechała trochę późniejszym pociągiem, który i tak przyjechał na miejsce przed tym wcześniejszym opóźnionym :P Później miała małe przeboje z dojazdem już bezpośrednio do mnie, ale się udało :) Informowała mnie na bieżąco, więc po prostu zostałam sobie trochę dłużej w pracy, bo stamtąd mam na stację blisko, więc nie musiałam czekać zbyt długo na peronie.
Już smsem zakomunikowała mi, że potrzeba jej zimnego piwa! Zdecydowanie to było to, czego potrzebowałam również ja, więc od razu poszłyśmy się zaopatrzyć do sklepu. W drodze do domu naprawdę miałyśmy o czym gadać. A później zasiadłyśmy już z tym piwkiem na sofie i był czysty relaks. Dorota stwierdziła, że bardzo podoba jej się nasze nowe mieszkanie i w zasadzie już się czuje jak u siebie :P I słusznie :) Siedziałyśmy tak dość długo i czułyśmy się prawie, jakbyśmy się cofnęły w czasie o te sześć, siedem lat... Ale potem stwierdziłyśmy, że pora się kłaść, bo rano wstawałyśmy przed siódmą.
Oczywiście komu by się chciało specjalnie ubierać pościel na te dwie noce? Zdecydowanie łatwiej było nam spać razem w jednym łóżku :) Dorota potwierdziła opinię Franka, że wyjątkowo dobrze się śpi w tym pokoju i na tym łóżku. Ja się z tym zgadzam, aczkolwiek przyznać muszę, że jak śpię sama, to jest to sen zdecydowanie mniej spokojny. Za to z kimś (jak się okazuje w tym wypadku akurat większej różnicy nie ma, czy jest to Franek, czy Dorota :P:P) śpię jak zabita do samego rana i budzę się całkowicie wypoczęta.

Z Dorotą zawsze mi się dobrze spało (choć oczywiście za czasów studenckich miałyśmy dwa łóżka, mimo, że jeden pokój, jakby ktoś nie pamiętał:)), przede wszystkim dlatego, że obie budzimy się wcześnie! Tym razem urządziłyśmy sobie "wyścigi budzików", ale okazało się, że nie potrzebnie, bo obudziłyśmy się przed nimi.
Pojechałyśmy rano do Warszawy - Dorota na zajęcia, ja... bez celu :) Myślałam sobie, że może pójdę do kina, ale pogoda była tak ładna, że zawędrowałam do Łazienek i tam spędziłam większość dnia. Niestety, kompletnie nie wzięłam pod uwagę tego, że słońce będzie grzało aż tak mocno, że się opalę :( Posmarowałabym się czymś lub usiadłabym w cieniu. A tymczasem spędziłam błogie chwile na ławeczce przy pomniku Chopina w pełnym słońcu, a kiedy z niego zeszłam było już za późno :( Wyglądam jak skrzyżowanie buraka z pomidorem. Najgorsze jest to, że w ogóle nie czułam, że słońce tak przypieka! Nie było mi gorąco, skóra mnie nie piekła. A potem okazało się, że spieczony mam dekolt, twarz (oczywiście głownie nos) i przedramiona, ale.. wewnętrzną ich część, bo cały czas trzymałam w rękach książkę.
Niemniej jednak czułam się świetnie. Uwielbiam takie okoliczności przyrody. Przez część czasu nawet nie czytałam, tylko rozmyślałam o różnych sprawach. Wtedy mój nastrój był całkiem dobry :) Potem zrobiłam jeszcze sobie dłuugi spacer, aż spotkałyśmy się znowu z Dorotą, która skończyła już zajęcia. Przeszłyśmy się na Piknik Naukowy na Stadionie Narodowym, ale byłyśmy obie już dość mocno zmęczone, więc długo tam nie zabawiłyśmy i skierowałyśmy się do domu. Zaopatrując się po drodze oczywiście w odpowiednie gazowane napoje :) Sobotni wieczór wyjątkowo sprzyjał - zarówno piciu (nawet frankowe zapasy wykorzystałyśmy) jak i pogaduchom - tym drugim nawet bardziej... Najpierw wspominałyśmy nasze pierwsze wspólne wakacje naście lat temu. Potem pogadałyśmy o studiach, o życiu, o oczekiwaniach... Języki nam się całkowicie porozwiązywały. To było prawdziwe oczyszczenie :)
A Dorota powiedziała, że jest ze mnie dumna! Bo była przekonana, że się załamię (albo chociaż prawie) jak tu wyląduję sama w zupełnie nowych okolicznościach. A tymczasem nie tylko trzymam się całkiem nieźle, ale wręcz dobrze mi się wiedzie i samotność nie doskwiera. I w ogóle pozytywna jestem :)
To jak Dorota tak mówi, to tak musi być ;))
Poszłyśmy spać usatysfakcjonowane, a w niedzielę rozstałyśmy się już dość wcześnie. 
To spotkanie zdecydowanie było mi potrzebne!

***

Napisałam wtedy prawie całą notkę, chciałam tylko dopisać jakąś końcówkę, ale przerwałam. I notki już nie opublikowałam, bo właśnie wtedy dowiedziałam się o Rokusiu i nie miałam ochoty na żaden inny temat :(
Ale teraz, po czasie, kiedy ten post wpadł mi "w ręce" stwierdziłam, że szkoda, żeby zaginął w archiwum, zwłaszcza, że tamten weekend naprawdę bardzo dużo dla mnie znaczył. A poza tym, chciałam też pisać o naszym drugim wspólnym weekendzie, a bez tego pierwszego opisu, jakoś tak łyso było mi zaczynać o powtórce :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Towarzyskie rozmyślania

Nasz weekend był bardzo towarzyski. W sobotę wieczorem wpadli znajomi. Była Juska i kilku kolegów Franka. Niech już zostanie "koledzy Franka", bo mimo, że teraz to już w zasadzie nasi wspólni znajomi :P to określenie wydaje mi się jakieś bardziej adekwatne :) No więc wpadli do nas wieczorem i wyszli dopiero kilka godzin po północy. Tak nam się fajnie siedziało. W tle leciał sobie nasz film z wesela. My nie z tych, co to katują wszystkich swoimi zdjęciami i filmem z wesela na siłę :P stwierdziliśmy, że po prostu kto będzie chciał to sobie na niego zerknie - i tak było :) Poza tym trochę rozmawialiśmy przy piwku. Było mnóstwo śmiechu, a potem Franek wyciągnął grę "Pędzące żółwie" :) No nie spodziewałabym się, że chłopaki naprawdę się w nią wciągną! :) Bawiliśmy się świetnie. Dawno się tak nie uśmiałam. No i sam fakt, że dorosłe chłopy (i dwie baby:P), zagorzali kibice (siedzieli u nas w barwach klubu, bo przyszli prosto ze stadionu) zabrali się za grę dla dzieci od lat 5ciu jest dość zabawny:) Ale za to między innymi tych chłopaków tak lubię - bo już wiele razy udowodnili mi, jak bardzo pozory mogą mylić.
Kiedy wyszli długo jeszcze uśmiechałam się do Franka - i sama do siebie. Posprzątaliśmy (mamy z Frankiem zasadę, że po każdej mniejszej lub większej imprezie sprzątamy i zmywamy jeszcze zanim położymy się spać, choćby już świtało) i poszliśmy spać. Ale zdążyłam jeszcze sobie pomyśleć, że będzie mi tego brakowało za jakiś czas.

Wczoraj natomiast poszliśmy do rodziców Franka na obiad, bo teściowa świętowała swoje imieniny. Wspominałam już kilka razy, że w Poznaniu imieniny to wydarzenie dużo ważniejsze od urodzin, więc spodziewałam się, że będzie odświętnie, ale zaskoczyło mnie bardzo, że przyszło prawie dwadzieścia osób :) Bardzo lubię rodzinę Franka i często o tym już tutaj wspominałam. Zawsze uwielbiałam te "spędy" i świetnie się na nich czułam. Ale czas płynie i ludzie się zmieniają - rodziny również. Głównie się powiększają :) I okazuje się, że niekoniecznie idealnie wpasowuję się w klimat rozmów o przedszkolach, kubeczkach niekapkach i popołudniowych drzemkach :P Poza tym, daję się wciągać w ciociowanie od czasu do czasu - nie raz całkiem chętnie, ale preferuję to w nieco innych okolicznościach przyrody. Kiedy wokół jest tłum cioć, wujków, babć i dziadków, to niekoniecznie się do tego wyrywam :) Cóż, nie będę owijać w bawełnę :) Trochę się nudziłam i rozczarowało mnie to, bo to są ludzie, z którymi spędzaliśmy przyjemnie wakacje albo dobrze bawiliśmy się w Sylwestra :) Ale może to kwestia tego, że się za dużo rodziców zebrało w jednym miejscu. Zdałam sobie też sprawę z tego, że choć może na co dzień żyjemy na tej samej planecie, to chwilowo na rożnych przebywamy :) Wyraźnie odczułam to po słowach kuzynki Franka, która powiedziała coś w stylu "zależy na co się patrzy" i choć na pewno nie miała złych intencji i zwyczajnie stwierdziła fakt, niechcący sprawiła mi przykrość. Bo to przykre, gdy człowiek jest niezrozumiany po prostu :) Ale można powiedzieć, że ma to też swoje dobre strony, bo z kolei mogłam pomyśleć, że będą także rzeczy, których być może nie będzie mi aż tak brakowało :P

Tak czy inaczej, trzymam się tego, co powiedział Franek - że najważniejsze jest, że my wszystko rozumiemy, wiemy po co to robimy i co dzięki temu możemy osiągnąć. 
Po prostu trzeba pogodzić się z myślą, że ścieżki ludzkie się czasami rozchodzą w różnych kierunkach, ale w takiej sytuacji trzeba ruszyć w tym wybranym przez siebie :) 

Jestem pewna, że te rodzinne spotkania nigdy już nie będą takie, jak jeszcze cztery, pięć lat temu. Jest więc we mnie taki żal, pomieszany z sentymentem - jak zawsze, gdy myśli się o jakichś beztroskich chwilach z przeszłości :) Ale jednocześnie mam nadzieję, że kolejne będą przyjemne i gdy już pozbędę się tego lekkiego rozczarowania, że "było, ale minęło" to i ja zacznę z nich czerpać wiele radości. W końcu najważniejsze, że życzliwość i wzajemny szacunek się nie zmieniły. A to nadal ci sami, fajni ludzie - tylko inaczej sobie życie układamy i trzeba pogodzić się z tym, że może nie zawsze nam po drodze.

sobota, 13 października 2012

Poprawiny!

Nigdy nie byliśmy mocni w odsypianiu, więc w niedzielę obudziliśmy się jednocześnie o 9. Uśmiechnęliśmy się do siebie i przytuliliśmy. Czuliśmy się jeszcze niewyspani, choć nie zmęczeni. Postanowiliśmy, że jednak wstaniemy i wyszliśmy na spacer. Poszliśmy do kościoła, ale okazało się, że w tej parafii akurat były dożynki i musieliśmy wyjść, bo nie dość, że spóźnilibyśmy na swoje własne poprawiny, to jeszcze w dodatku nie zdążylibyśmy się wymeldować z pokoju :) Wróciliśmy więc do restauracji, która już się obudziła, bo oprócz kelnerów, kręcili się po sali nasi goście :) 
Kolacja w postaci grilla była strzałem w dziesiątkę nie tylko na weselu, ale także dlatego, że zostało po niej sporo rzeczy, które zostały wystawione podczas poprawin (wędliny, kiełbasy, pajdy chleba ze smalcem, ogórki i wiele innych rzeczy, których nawet już nie pamiętam). Tak właśnie planowaliśmy, bo wiemy, że zazwyczaj obiad podawany jest trochę później, niż jest to planowane (nasze poprawiny zaczynały się o 12), ze względu na to, że goście się spóźniają, a ci, którzy już są, są głodni. A dzięki temu zaspokoili pierwszy głód. My też :) A ja uwielbiam chleb ze smalcem!
U Franka w rodzinie w ogóle nie ma takiego zwyczaju i nigdy po żadnym weselu nie było poprawin. U nas z kolei nie było wesela bez poprawin, chociaż też nie wyglądają one tak całkiem typowo, bo goście są zawsze z daleka, więc to jest czas, kiedy wyjeżdżają. Początkowo nie planowaliśmy imprezy, a po prostu obiad, bo zakładaliśmy, że wiele osób zacznie się szybko zbierać. Ale później coraz więcej gości wspominało, że zostaną trochę dłużej, niektórzy pytali o możliwość noclegu z niedzieli na poniedziałek, więc pomyśleliśmy, że jakoś tak głupio zostawiać ich bez rozrywki, bo to tak jakbyśmy dawali do zrozumienia, ze się mają szybko zmywać :) Stwierdziliśmy, że jeśli będzie muzyka to i goście zostaną dłużej - no i w zasadzie mieliśmy rację :) W każdym razie ostatecznie przekonał nas argument mojej cioci, która powiedziała, że poprawiny to ma być przedłużenie wesela a nie jakaś stypa, żeby wszyscy tylko przy stole siedzieli i gadali :) Początkowo myśleliśmy o jakimś DJu, ale ostatecznie, kiedy tydzień przed weselem rozmawiałam z zespołem, żeby się umówić na spotkanie, zapytałam, czy mają może wolne. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo akurat nie mieli żadnych planów i zgodzili się u nas zagrać jeszcze na poprawinach :)
Nie było już niestety Karoliny i Ani, które o siódmej rano już wyjechały oraz Doroty, która poprosiła mnie już jakiś czas wcześniej o zwolnienie z poprawin :) Powiedziała, ze to mój dzień i że jeśli mi zależy to zrobi to dla mnie i przyjdzie, ale chociaż mi zależało, to doskonale znam Dorotę i wiem, jak nie znosi poprawin ;) Nic na siłę, wystarczyło mnie, że na weselu bawiła się do końca. 
Zespół tego drugiego dnia grał nieco inaczej, bo trochę bardziej biesiadnie, ale nadal świetnie. I uznaliśmy, że to naprawdę był bardzo dobry pomysł, bo goście się bawili! My oczywiście jako pierwsi wyszliśmy na parkiet, żeby pokazać, co będziemy dzisiaj robić ;)


 Co prawda Poznaniacy zaczęli się zbierać prawie od razu po obiedzie, ale tego się spodziewaliśmy - wiedzieliśmy, że część rodziny Franka ma jeszcze zahaczyć o jakieś inne poprawiny u swoich znajomych, bo z wiadomych względów nie mogli uczestniczyć w ich weselu. Chociaż kuzynostwo Franka lekko nas rozczarowało, że tak szybko chcieli uciekać, ale stęsknili się za dziećmi, które zostały w Poznaniu, a przede wszystkim oni naprawdę nie są obeznani z tym zwyczajem i chyba nie wiedzą, do czego to służy :P Szybko zwinęli się też koledzy - mimo, że oni jako pierwsi przymierzali się do tego, żeby zostać dłużej. Ale jechali jednym samochodem, a niektórzy z nich w poniedziałek szli do pracy z samego rana, więc nie wyszło. 
Razem z Frankiem cały czas tańczyliśmy, chyba, że widzieliśmy, że ktoś się zbiera. Wtedy wychodziliśmy go pożegnać. Na tarasie robiliśmy sobie zdjęcia, a każdy z gości dostawał butelkę wódki oraz pudełko z ciasteczkami.


Goście wyjeżdżali o bardzo różnych porach, więc musieliśmy być w gotowości cały czas :) Chociaż tak naprawdę część wyjeżdżała w godzinach 14-16 i później było trochę spokojniej. Część osób z Poznania została do późnego popołudnia: Ala z Rafałem, Daga ze swoim chłopakiem, kuzyn Franka, ale najbardziej zaskoczyła nas piątka naszych znajomych: Mietkowa z Mietkiem, Karola z chłopakiem i Edi, którzy zostali niemal do samego końca. Bawili się z moją rodziną,  a na koniec zaśpiewali nam jeszcze sto lat i gorzko więc wszyscy ich dobrze zapamiętali. A chłopak Karoli to w ogóle nie miał ochoty wyjeżdżać :) Później zostało jeszcze całkiem sporo osób i ta orkiestra to był naprawdę świetny pomysł! Przyznaję, że nie myślałam, że ludzie będą jeszcze tacy chętni do zabawy, a oni tańczyli do samiutkiego końca - nawet jak orkiestra już się z nami pożegnała i pakowała swój sprzęt, goście bawili się do muzyki z płyt. 




Najdłużej zostało moje kuzynostwo. Co ciekawe, wśród nich była kuzynka i kuzyn, którzy mieszkają za granicą i kiedy robiliśmy listę gości, zakładałam, ze w ogóle nie przyjadą - zwłaszcza, że w czerwcu ten kuzyn miał swój ślub. Byłam przekonana, że nie będą dwa razy do Polski przyjeżdżać. Okazało się, że bardzo się pomyliłam! Nie wyobrażali sobie, że miałoby ich nie być, a kuzyn wręcz powiedział, że już jak planował z żoną swoje wesele, to brał pod uwagę, że muszą przyjechać jeszcze we wrześniu. Stwierdził, że nie mógł tego odpuścić, bo przecież na weselu jego siostry cztery lata temu to właśnie my złapaliśmy welon i krawat :) To my byliśmy pooczepinową parą młodą, a teraz tak się złożyło, że braliśmy ślub w tym samym roku :) Kuzyn stwierdził, że to jakiś znak i że absolutnie nie mógłby tego przegapić, nawet kosztem braku urlopu po swoim weselu :)
Zabawa poprawinowa skończyła się mniej więcej tak, jak planowaliśmy - około 20. Wraz z najbliższą rodziną zostaliśmy jeszcze, żeby popakować wszystko, co braliśmy ze sobą - a było tego naprawdę sporo. I wtedy poczułam się już naprawdę zmęczona. Nóg to wręcz nie czułam! Bolały mnie zresztą jeszcze przez następne dwa dni, ale naprawdę przez całe wesele i poprawiny nie mogłam narzekać, a stopy zawsze mam bardzo wrażliwe i każde buty mnie obcierają :) Widocznie byłam znieczulona emocjami ;)

Bardzo dobrze zrobiliśmy, że zdecydowaliśmy się na poprawiny i to w takiej formie! Mieliśmy czas, żeby porozmawiać jeszcze z gośćmi, pobawić się z nimi, wypić :) Każdemu z osobna podziękowaliśmy za przybycie, każdy dostał od nas poczęstunek i z każdym mamy pamiątkowe zdjęcie. 
To były piękne dni i naprawdę nie mogło być lepiej. Żal było, że wszystko się już kończy. Ale chociaż skończyłam już opisywać to, co działo się w te dwa najważniejsze dni (a to było już cztery tygodnie temu! nie do wiary!), temat ślubno-weselny na pewno jeszcze nie zniknie na dobre z mojego bloga :) Mam jeszcze sporo przemyśleń związanych z tym co się działo albo z jakimiś kwestiami organizacyjnymi, więc jeśli ktoś ma dość to... trudno ;)))