*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktywnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

Cudowny, aktywny weekend.

Tak, jak pisałam, pojechaliśmy wczoraj na zajęcia w nowe miejsce. Bardzo nam się podobało! Franek stwierdził, że ta kawiarnia jest nawet lepsza od poprzedniej. Mnie jeszcze trudno to ocenić, bo mam ogromny sentyment do tamtej. Ale fakt, że na te muzyczne zajęcia jest lepiej wyposażona. Na przykład stoi tam pianinko. Jednak jakby nie było, najważniejsze, że formuła zajęć jest taka sama i prowadząca również. Dzięki temu od razu poczuliśmy się tam, jak na starych śmieciach. Wiking przez pierwsze dziesięć minut siedział trochę onieśmielony - widać było, że rozpoznaje głos, ale reszta mu nie grała. Rozglądał się z zaciekawieniem dookoła, obserwował nowe koleżanki i nowych kolegów, ale później już doszedł do siebie i zaczął po staremu dokazywać. Na te zajęcia chodzą też starsze dzieci i widzę, że Wiking bardzo lubi się im przyglądać i je naśladować. Na przykład wczoraj chłopczyk około dwuletni biegał dookoła swojej mamy i siostry. Wikuś akurat usiadł sobie obok nich i patrzył na niego, po czym wstał i zaczął biegać za tym chłopcem. A jeszcze jedna różnica, między tymi zajęciami a wcześniejszymi jest taka, że na tamte przychodziły jednak tylko mamy z dziećmi, tu przychodzą także tatusiowie. Może się Franek wreszcie da namówić :P On się trochę wstydzi śpiewać na forum, ale myślę, że jak zobaczy innych panów to się ugnie i wejdzie z nami do środka :)
Wiking wyglądał na bardzo zadowolonego, ale przyznam, że ja miałam z tego wypadu chyba najwięcej frajdy :) Poczułam, że jestem tam gdzie trzeba! Poza tym przywitałyśmy się z prowadzącą jak stare znajome - można zresztą powiedzieć, już nimi jesteśmy. W końcu na tych zajęciach jest ogromna rotacja, więc jeśli widywałyśmy się prawie co tydzień od marca, to już trochę tego czasu razem spędziłyśmy i trochę o sobie wiemy. A ponieważ to były jej ostatnie zajęcia tego dnia, to potem jeszcze z godzinę gadałyśmy o różnych sprawach.
Minusem jest to, że choć to miejsce jest bliżej naszego miejsca zamieszkania i samochodem jedziemy tam krócej o jakieś 15 minut, to jest trochę gorszy dojazd komunikacją miejską. Nie wiem więc, czy będzie udawało mi się tam jeździć z Wikingiem samej. Zobaczymy za tydzień.

Dzisiaj natomiast wreszcie wybraliśmy się całą trójką na basen! Próbowaliśmy to zrobić chyba od września! Ale najpierw Wiking miał katar, potem Franek był przeziębiony. Następnie wyjechaliśmy z Wikingiem na dłużej, potem Dzieciak znowu się przeziębił. Później dopadła nas jelitówka, innym razem mieliśmy gości. Do tego jeszcze doszły święta i duże mrozy... No i tak nam zeszło do dnia dzisiejszego z tym wybieraniem się. Ale w końcu się udało i było wspaniale! 
A Wiking był po prostu zachwycony!! Takiej radości u niego przez tak długi czas to ja jeszcze naprawdę nigdy nie widziałam. Cieszył się bite 40 minut w wodzie i nawet bałam się, że nie będzie chciał wyjść :) Być może pamiętacie, że chodziliśmy z Wikingiem na zajęcia z pływania dla niemowląt, kiedy miał 5 miesięcy. Podobało mu się wtedy (zawsze był zainteresowany, nie marudził, znając go i jego zachowania mogłam stwierdzić, że lubi te zajęcia, choć bez szału), ale w porównaniu do tego, jak zachowywał się dzisiaj, to w ogóle nie ma o czym mówić! Cały czas głośno się śmiał, piszczał z uciechy, chlapał rączkami, śmiał się z tego, że ja i Franek mrużymy oczy, kiedy pryskał w nas wodą, machał nóżkami i absolutnie nic nie robił sobie z tego, że woda leciała mu do oczu, uszu i że się ze trzy razy zakrztusił. Cudownie było patrzeć na tę jego ogromną radość.
Byliśmy przekonani, że po pływaniu będzie wrzeszczał przy ubieraniu (nic takiego się nie stało, śmialiśmy się, że chyba wieczorami musimy z nim na basen przyjeżdżać, żeby go wykąpać i ubrać w piżamkę), a potem padnie ze zmęczenia, tak, jak to się zawsze działo w czerwcu. Ale okazało się, że nasze dziecko jest już dużo bardziej wytrzymałe i wcale nie było śpiące. Kiedy usiedliśmy w restauracyjce przy basenie, żeby coś zjeść i porządnie wyschnąć, Wiking bawił się w kąciku dziecięcym, oglądał kolorowe rybki, stał z nosem przyklejonym do szyby i obserwował pływających na dole ludzi a nawet łaził za panem, który zamiatał podłogi i był zafascynowany tą czynnością.
Zdecydowanie musimy się częściej wybierać na basen! Co tydzień się pewnie nie uda, bo Franek pracuje, ale może chociaż co dwa. Na razie chyba nie będziemy szukać zajęć zorganizowanych, głównie właśnie dlatego, że nie chcemy się deklarować na cotygodniową obecność, ale też dlatego, że chociaż nie żałujemy, że wzięliśmy udział w tych letnich zajęciach, to pani prowadząca niestety nie podbiła naszych serc. Mieliśmy mieszane uczucia i nie pałamy ogromną chęcią, żeby znowu do niej się zapisywać, a tylko ona prowadzi tam zajęcia. Oczywiście moglibyśmy szukać na innych basenach, ale tam jest nam póki co najwygodniej dojechać. No i nie zależy nam aż tak bardzo na tym- póki co lepiej, jak się pochlapiemy we trójkę na własną rękę. Jak Wiking będzie starszy i będzie już szansa na to, że będzie mógł nauczyć się pływać, to go zapiszemy.

Weekend minął mi w tempie ekspresowym! Poza tym była u nas siostra z koleżanką (a ściślej rzecz ujmując swoją nieformalną szwagierką), bo przyjechały na jakiś koncert. Ale w sumie nie było za dużo okazji, żeby spędzać czas razem. Niemniej jednak sprzedaliśmy dzisiaj rano dziewczynom Wikinga i wybraliśmy się do kościoła tylko we dwoje :)
Czuję się zmęczona, ale też absolutnie spełniona. Lubię taki aktywny wypoczynek, lubię, jak coś się dzieje. Trochę mało zrobiłam w domu co prawda i chwilami odczuwam lekki niedosyt, ale zduszam go w zarodku, bo to w gruncie rzeczy głupie myślenie :) Zrobiłam pranie, prasowanie, ugotowałam obiad, zrobiłam sałatkę, posprzątałam z grubsza... Walnęłam se maseczkę na pyszczek, pozbyłam zbędnego owłosienia. Nadrobiłam serialowe zaległości, poczytałam i pobawiła się z Wikingiem. W zasadzie to sama nie wiem, co ja bym jeszcze więcej chciała :P Przecież nie będę robiła co tydzień porządków generalnych i inwentaryzacji zabawek :D Niniejszym uznaję miniony weekend za bardzo udany. Szkoda, że się skończył, ale na szczęście następny już za pięć dni. Szybko zleci. Chyba :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Generalne porządki.

Zobaczcie, co sobie sprawiłam na nowy rok :) Tak na wszelki wypadek, gdyby mi się nudziło :P
Dwa komplety kredek miałam wcześniej w domu i te kolorowe żelowe długopisy również, ale dzisiaj sprawiłam sobie jeszcze do kompletu wypasione kredki Bambino i pudełko kredek świecowych. 
Nie mogłam się oprzeć temu kalendarzowi, bo on jest... taki mój :) Uwielbiam kalendarze oraz mijający czas, uwielbiam kolory, w dodatku lubię takie precyzyjne i czasami żmudne zajęcia jak kolorowanie. Teraz to już na pewno nie będę nudziła :D

***
Ten rok rozpoczęliśmy bardzo pracowicie. Robimy z Frankiem - i Wikingiem, który nam naprawdę dzielnie pomaga - generalne porządki! Mieliśmy taką potrzebę, żeby przed tą dużą zmianą w naszym życiu, (swoją drogą ciekawe, że nie mieliśmy czegoś takiego rok temu :P) która nas czeka za moment, zrobić porządek w swoim domu. Który jest też pewnie jakimś symbolicznym porządkiem w życiu :) Przeglądamy wszystkie półki, szafki i szuflady, wyrzucamy to, co zbędne, sortujemy to, co ważne, co się może przydać albo stanowi dla nas pamiątkę. Staramy się wygospodarować więcej miejsca, organizujemy od nowa nasze otoczenie, dążąc do tego, żeby było bardziej funkcjonalne i wygodne. Mamy już za sobą chyba trochę więcej niż połowę. Spokojnie się wyrobimy do końca tego tygodnia. Powiem Wam, że mamy z tego ogromną satysfakcję! Już kiedyś pisałam, że bardzo lubię robić takie porządki i odpoczywam przy nich. A teraz jeszcze dodatkowo cieszy mnie, że wszystko sobie uporządkujemy. Najważniejsze, że będziemy wiedzieli gdzie co jest po takiej inwentaryzacji :) Raz na jakiś czas trzeba sobie w chałupie zrobić taki remanent. 

***
No i przy okazji tego remanentu znalazłam zeszłoroczne wróżby jajcarskie. Nie podzieliłam się niby wtedy, więc dla porządku wrzucę zdjęcie dziś :) Tylko że znalazłam cztery figurki i nie jestem pewna, które są z Sylwestra, a które z innego dnia. Ale ciekawe jest to, że są trochę zbieżne :) Bo pamiętam, że moja była ta kula i bączek, a Franka te dwa pojazdy.
Można by powiedzieć, że się sprawdziło, bo kula teraz kojarzy mi się z jakimś zamkniętym światem, a przecież pisałam ostatnio, że miałam wrażenie, że żyłam w jakiejś innej rzeczywistości. Bączek interpretuję tak, że oznacza on obracanie się ciągle wokół tego samego a także dużą prędkość. Zgadza mi się :P Mimo, że po fakcie. Co do tego samochodu i drugiego pojazdu - może chodziło o to, że Franek będzie w jakiś sposób nas prowadził ;) A to drugie to takie trochę skorpionowate, więc może miało oznaczać, że Franek będzie uszczypliwy - też się sprawdziło :D 

Tak się złożyło, że w Sylwestra Wiking dostał od Anety jajko niespodziankę (zupełnie bez związku z naszą zabawą we wróżenie). Zapomnieliśmy o tym i dopiero dzisiaj sprawdziliśmy, co się mu trafiło w jajku. I proszę, Mikołaj. Pewnie chodzi o jakieś obdarowywanie lub otrzymywanie podarków. Wiking zapewne będzie nam przynosił w ciągu tego roku wiele radości, a sam będzie obdarowywany przez nas ciepłymi uczuciami :) I pasuje :)
Słowo, że już więcej na temat jajek niespodzianek nie będzie aż do przyszłego roku :P

środa, 30 grudnia 2015

Co robiłam w tym roku, czyli wstęp do podsumowania :)

Wiecie, bo wiele razy o tym wspominałam, że nie znosiłam (i nie znoszę) kiedy ktoś wmawiał mi, jak będzie wyglądała moja przyszłość - na przykład jako matki. Kiedy byłam w ciąży, ciągle słyszałam, że zobaczę, jak wszystko się zmieni, jak na nic nie będę miała czasu, jak będę musiała zapomnieć o swoich przyjemnościach i tak dalej...
Nie zamierzam ściemniać, że kiedy pojawia się dziecko, to życie się nie zmienia. Owszem, zmienia się i to bardzo. Jest to rewolucja, której zresztą byłam świadoma od samego początku. Ale jeśli chodzi o resztę to jest już przede wszystkim kwestia organizacji. To prawda, że nie mam już tyle czasu, ile miałam kiedyś, bo przecież nie jest on z gumy, a logiczne jest, że dochodzi całe mnóstwo innych, czasochłonnych czynności a przez większość dnia zajmuję się Wikingiem, choćby bawiąc się z nim. Ale pojawienie się Wikusia nie oznaczało dla mnie automatycznie rezygnacji z robienia wszystkiego co lubię i poświęcania się temu, co sprawia mi przyjemność. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dość szybko doszłam do perfekcji jeśli chodzi o wielozadaniowość i jeszcze lepszą organizację czasu.

To fakt, że na początku trochę miałam problem z tym, że nie mogę w dalszym ciągu stosować się do mojego planu dnia i grafiku, który sama sobie rozpisałam. Nie umiałam się początkowo odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie potrafiłam kilku rzeczy odpuścić i cały czas miałam wrażenie, że niepotrzebnie tracę czas. Wiedziałam jednak, że to jest błędne myślenie i wyleczyłam się z niego, a potem opracowałam sobie nowe grafiki i nowe plany dnia :) Zresztą wiecie, że początki mojego macierzyństwa w ogóle były dziwne i trudne, ale grunt, że udało mi się dość szybko wszystko sobie poukładać. W gruncie rzeczy, kiedy jakiś czas temu o tym myślałam, stwierdziłam, że przez ten rok miałam całkiem sporo czasu dla siebie. Ok, może nie tyle, ile bym miała bez Wikinga, ale jednak dużo udało mi się zdziałać, a poza tym, byłam bardziej efektywna, bo wiedziałam, że czasu nie mogę marnować, tak, jak to czasami bywało w moim innym życiu :P czyli w życiu przed dzieckiem.

Dzisiaj chciałam zrobić taki wstęp do podsumowania tego roku i skupić się na tym, co mi się udało jeśli chodzi o moje plany i czynności, których wykonywanie sprawia mi przyjemność - choć nie wiem, czy słowo pasje albo nawet hobby by pasowało :) Po raz kolejny cieszę się, że Wikuś urodził się na początku roku, bo dzięki temu można sobie tak fajnie wszystko podsumowywać :D
Wspominałam ostatnio o kilku sprawach, które chciałam pozamykać. Założyłam sobie, że do 31 grudnia skończę parę rzeczy. Na przykład śpiworek dla Wikinga, który robiłam na szydełku. Zabrałam się za niego dokładnie rok temu - w grudniu 2014. Późno, wiedziałam, że nie zdążę przed jego narodzinami, ale początkowo tempo miałam całkiem niezłe. Jeszcze w szpitalu trochę dziergałam, ale kiedy Wikuś się urodził, na jakiś czas szydełko poszło w odstawkę. Potem wróciło do łask - mniej więcej w kwietniu, kiedy to Wikuś potrafił się już bawić sam na macie. Ja wtedy siadałam obok  niego i szydełkowałam. Ale wtedy kończyłam swój sweter. Udało mi się to zrobić, ale ostatecznie trochę mi tam parę rzeczy nie wyszło, jak najdzie mnie natchnienie, to popracuję nad poprawkami, ale na jakiś czas szydełko odstawiłam. Wróciłam do niego jesienią, kiedy przypomniałam sobie o tym śpiworku i za punkt honoru sobie wzięłam, żeby Wiking jeszcze tej zimy z niego skorzystał. I proszę, oto i on! W całości zrobiony przeze mnie. Nie jest bez felerów, bo szyć nie bardzo już umiem i zamek jest wszyty niezbyt efektownym ściegiem, poza tym jak widać, zabrakło mi włóczki na końcówkę, a w sklepie był tylko inny odcień, ale powiedzmy, że tak miało być :P W gruncie rzeczy i tak uważam, że najważniejsze jest to, że robiłam to własnoręcznie specjalnie dla Wikusia.


Oprócz szydełkowania zajmowałam się także rejestrowaniem i analizą naszych wydatków, o czym Wam już parę razy wspominałam. Miałam sporo do nadrabiania, bo na początku tego roku okazało się, że trochę to zaniedbałam i że mam stosy paragonów od maja (!) 2014. Szkoda mi było je wyrzucić, więc nadrabiałam zaległości przez parę miesięcy. Wpisywałam po kolei paragony, analizowałam wyciągi bankowe i w lipcu byłam już na bieżąco. Wyobraźcie sobie, że jak sobie przeliczyłam wszystkie wpływy i wydatki, to nawet się okazało, że niewiele rzeczy mi umknęło, mimo tego, że przez tyle miesięcy nie zapisywałam wszystkiego, ale jednak udało się odtworzyć większość :) W lipcu tata pomógł mi dopracować moje excelowskie tabelki i od tamtej pory szło mi trochę sprawniej. Starałam się też już nie dopuszczać do zbyt dużych zaległości. Każdy miesiąc sumiennie analizowałam pod kątem wpływów, wydatków i oszczędności. To co udało się odłożyć, inwestowałam. Trochę czasu zajmuje mi zawsze przeanalizowanie tego wszystkiego i znalezienie najbardziej korzystnej opcji na ulokowanie pieniędzy w danym momencie, ale daję radę. W naszym małżeństwie można powiedzieć, że to ja trzymam kasę i to do mnie należy zarządzanie naszymi finansami :) Teraz pozostaje mi jeszcze podsumowanie roczne i o tym również pisałam wczoraj wspominając o zamykaniu projektów :P, ale stwierdziłam, że jednak muszę poczekać na początek roku, bo dopiero wtedy wpływa większość odsetek na rachunkach oszczędnościowych. Ale grunt, że wszystkie paragony mam zanotowane.

W tym roku miałam też sporo czasu na czytanie książek. Łącznie przeczytałam ich 29, do 30 brakuje mi jeszcze 200 stron książki Grocholi "Houston, mamy problem", ale szybko się ją czyta, więc myślę, że uda mi się do jutra sfinalizować również to :) Wiem, że na prawdziwych molach książkowych ilość pozycji nie robi wrażenia, ale chciałabym podkreślić, że jednak w wolnym czasie nie tylko czytałam. Gdybym każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie, to spokojnie przeczytałabym przynajmniej dwa razy więcej. Ale jak już wspominałam, lubię multitasking i robienie na raz wielu rzeczy sprawia mi przyjemność. Dodam jeszcze, że wszystkie książki były dość potężne jeśli chodzi o objętość. Rzadko miały mniej niż 500 stron i zdarzyło się tylko kilka pozycji, które liczyły ich 300. Najwięcej czytałam na początku podczas długich karmień. Bardzo miło wspominam ten czas :) Potem trochę rzadziej, ale kiedy zrobiło się ciepło, to często czytałam na dworze, kiedy Wiking spał ja przysiadałam sobie na ławeczce i praktykowałam ten sposób jeszcze w pierwszych dniach listopada. Później zrobiło się za zimno. Ale często czytam siedząc na podłodze z Wikingiem. On się bawi, a ja obok czytam i od czasu do czasu podam mu jakiegoś klocka, powygłupiam się z nim albo się poprzytulamy.

Nie da się ukryć, że moje blogowanie, wbrew temu, co myślałam także nie ucierpiało :) Prawdę mówiąc kredki margaretki rozkwitły w tym roku i dawno nie byłam tak płodna jeśli chodzi o nowe wpisy. Gdyby nie stosunkowo mała ilość notek w lutym, marcu i kwietniu (poniżej 10) to może nawet udałoby mi się dorównać rekordom z pierwszych lat blogowania :D Fakt, że nie komentuję u Was każdej notki, ale za to czytam i jestem na bieżąco u większości osób - a przynajmniej u tej części, która do mnie również zagląda regularnie.
Jeśli chodzi o blogowanie, to udało mi się zrealizować także inne przedsięwzięcie. Postanowiłam sobie bowiem, że do końca tego roku przekopiuję całe archiwum z bloga onetowskiego! Udało się to, a była to czynność bardzo czasochłonna, bo każdą notkę czytałam. Mało tego, czytałam również komentarze pod nią. A tych notek do przeniesienia było grubo ponad pięćset. Sporo więc czasu mi to zajęło, ale cieszę się, że zamknęłam tę sprawę. Pewnie jeszcze kiedyś pokuszę się o refleksję na ten temat, która mnie naszła podczas tych przenosin.

Zrobiłam też sporo porządków w domu. To jest akurat często syzyfowa praca, bo w domu często tak jest, że jak się skończy jedno, to drugie już czeka, potem trzecie, a jak się uda wszystko, to w pierwszym często już się zrobił bałagan albo porządek się zdezaktualizował :P Ale tak już chyba jest urządzony ten świat ;) Niemniej jednak zrobiłam porządki w dokumentach i w ubraniach. Przewertowałam nasze szuflady i przeorganizowałam kuchnię oraz łazienkę. Zabrałam się też za stare gazety i artykuły, choć to wymaga już sprecyzowania :) Otóż kiedy się przeprowadzałam z Poznania, miałam całkiem spory stosik kolejnych numerów jedynej babskiej gazety, którą czytuję w miarę regularnie (również teraz). Zostawiałam sobie je, bo czasami znajdowałam tam jakieś ciekawostki. Ale ponieważ ważyło to dość dużo, stwierdziłam, ze bez sensu to wszystko przewozić i po prostu przejrzałam każdy numer, wyrywając strony, które mnie interesowały z zamiarem późniejszego przeczytania i posegregowania tego. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabrałam się za to w innym życiu, tylko dopiero przy Wikingu, kiedy miałam już dużo mniej czasu :) Nie dałam rady jeszcze przejrzeć wszystkiego, ale jednak już całkiem sporo. Będę nad tym pracować dalej, choć pewnie teraz będzie jeszcze trudniej.

W ostatnim czasie sporo czasu zajęło mi też to, o czym pisałam niedawno. Czyli szukanie niani i szukanie pracy, a także to co się z tym wiązało, czyli pisanie CV i listów motywacyjnych, bo jednak nie poszłam na łatwiznę i nie wysyłałam do wszystkich tego samego szablonu :) Całe szczęście, że trwało to tylko przez część listopada i pierwszy tydzień grudnia.

Poza tym zajmowałam się oczywiście również domem. Gotowałam, prałam, prasowałam. Ogarniałam bieżące sprawy domowe. Oczywiście w tej kwestii miałam ogromną pomoc Franka. Wiem, że teraz nie jest modne używanie słowa "pomoc" w tym kontekście, ale zwał jak zwał ;) mnie to słowo nie bulwersuje, bo ja cały czas uważam, że my sobie po prostu pomagamy wzajemnie - Franek mi, a ja jemu. Faktem jest, że ja praktycznie wcale w domu nie odkurzam, nie myję podłóg ani łazienki i nie wykonuję jeszcze paru innych domowych czynności, bo zajmuje się tym Franek. Poza tym on często gotuje i sprząta w kuchni. Nie mam mu nic do zarzucenia jeśli o to chodzi, bo robi więcej, niż większość znanych mi facetów. Ale sobie też nie mam, bo też nie siedzę i nie pachnę, tylko dbam o to, żeby mieszkało nam się przyjemnie.

To są chyba sprawy, którym (oprócz rzecz jasna opieki nad Wikingiem :)) poświęcałam w tym roku najwięcej czasu. Ale to i tak nie wszystko, bo przecież jeszcze znajdowałam czas na spotkania ze znajomymi, na uczestnictwo w zajęciach dla maluchów, na rozwiązywanie krzyżówek albo czytanie czasopism w językach obcych. Jasne, że się nie rozdwoję (albo nawet i nie roztroję :P), więc świadoma byłam, że niektóre rzeczy muszę odpuścić. Nie wszystkim zajmowałam się tak samo intensywnie. Chyba jedyną rzeczą, której naprawdę zaczęło mi brakować, zwłaszcza w ostatnich miesiącach była aktywność fizyczna. Rzecz jasna w połogu nie ćwiczyłam, potem byłam na to trochę za chuda :P Powróciłam do ćwiczeń od czasu do czasu późną wiosną, ale potem stwierdziłam, że noszenie Wikinga, chodzenie z nim na długie spacery i ganianie za nim jest wystarczającą gimnastyką dla moich mięśni :) Odpuściłam więc. Chodziliśmy też na basen, ale późną jesienią poczułam, że brak mi trochę moich dawnych ćwiczeń. Niestety wtedy akurat trudno było mi jeszcze coś wcisnąć w mój grafik, bo zajęłam się wspomnianą wcześniej organizacją spraw zawodowo-rodzinnych :) Pomyślę, jak to zrobić w przyszłości...

Jak widać, nie próżnowałam jednak w tym roku, a moje życie nie ograniczało się do zabawy z Wikingiem i zmieniania mu pieluch :) Oczywiście, że mam o wiele mniej czasu, niż rok temu, ale też nie jest tak, że wcale go nie mam. A w ogóle to stwierdziłam, że jeśli na coś mi tego czasu nie wystarczyło i jeśli się z czymś nie wyrabiałam, to tylko dlatego, że jest tyle rzeczy, których nie umiem i nie chcę odpuszczać :) Gdyby nie to, tego czasu miałabym jeszcze więcej. Albo... mniej, bo przecież nie od dziś wiadomo, że im więcej jest do zrobienia, tym mniej czasu to zajmuje :D

Nie wiem, czy uda mi się wrócić jutro z podsumowaniem właściwym całego roku, ale może zajrzę choć na chwilę ;)

środa, 21 października 2015

Raczkujemy w rytm muzyki.

Niedawno  opowiadałam Wam o znajomych mamach, które spotykam, kiedy jeżdżę z Wikingiem na zajęcia. Dzisiaj chciałabym znowu napisać o zajęciach, ale tym razem w kontekście tego,  na czym one w ogóle polegają, jak Wikuś się zmienił w ciągu tych siedmiu miesięcy, kiedy na nie jeździmy i jak się na nich zachowuje :)

Dobrym tłem do tej notki będzie mój wpis z marca. Pisałam wtedy mniej więcej na czym te zajęcia polegają. Wspominałam, że są to nie tylko zajęcia umuzykalniające, ale także ogólnorozwojowe. Opierają się na dość popularnej ostatnimi czasy teorii Edwina Eliasa Gordona. A więc chodzi o to, żeby dziecko niemal od urodzenia (kiedy jego umysł jest najbardziej chłonny) oswajać z dźwiękiem, muzyką, rytmem. To jest naprawdę dość złożona teoria, więc zainteresowanych odsyłam do linka, na przykład tego. :) Ja chcę się skupić na tym, jak wyglądają spotkania, na które jeździmy my. Mają stałe elementy – bo powtórzenia to podstawa. Chodzi o to, żeby dziecko po czasie zaczęło rozpoznawać znajome melodie a także z czym je kojarzyć. Na przykład z powitaniem, z tańcem, z masażem itp. Zajęcia zawsze rozpoczynają i kończą się w ten sam sposób. Na początku zawsze trochę śpiewamy – mamy również, choć przymusu nie ma :) Ale jesteśmy do tego zachęcane, bo dla dziecka nie ma lepszego głosu niż śpiewająca - nawet fałszująca – mama. Potem jest marsz, jakiś wierszyk w ruchu i znowu piosenka. Środek zajęć już wygląda za każdym razem inaczej (choć oczywiście raz na jakiś czas „atrakcje” się powtarzają). Prowadząca przynosi ze sobą zawsze jakieś akcesoria, które niesamowicie podobają się maluchom :) Nawet jeśli jest to zwykła wstążeczka albo balonik – w każdym razie spotkania te podsunęły mi kilka pomysłów na zabawy z Wikingiem :) Furorę robią zawsze kolorowe rurki do gry, instrumenty muzyczne (kastaniety, marakasy, tamburyna itp.), piórka, gumowe piłki z wypustkami, niepękające bańki mydlane… Całe mnóstwo tego jest! To wszystko wykorzystywane jest do różnych zabaw śpiewająco-rytmicznych. Dzieciaki się bawią a my sylabizujemy, wybijamy rytm, mruczymy, improwizujemy, śpiewamy na głosy. Czasami po prostu rozmawiamy. Poza tym recytujemy różne wyliczanki, wierszyki, rymowanki, ale także poznajemy różne triki, które można potem wykorzystać w domu – np. piosenkę, którą można wykorzystać przy obcinaniu dziecku paznokci albo inną, która pomaga odebrać dziecku coś, co nie jest jego zabawką. Nam przydała się jedna piosenka, przy której energicznie się poruszam, dzięki czemu Wiking się daje przebierać po kąpieli (tyle o ile :P). Albo masażyk, który Wikuś bardzo lubi, a ja wykorzystuję to i przy okazji smaruję mu buzię kremem. Zajęcia kończą się zawsze tą samą piosenką. Czasami są w całości a capella, innym razem prowadząca przynosi gitarę lub jakiś inny instrument. Tak naprawdę trudno to opisać, bo choć powtarzalność jest kluczowa, to każde zajęcia wyglądają inaczej :)

Pierwszy pojechaliśmy tam właśnie w marcu, kiedy Wiking miał dopiero dwa miesiące. Wróciłam zachwycona :) Przede wszystkim dlatego, że wyszłam z domu i fajnie spędziłam czas z innymi mamami, ale także dlatego, że widziałam reakcję Wikinga. Mimo, że jeszcze słabo ogarniał rzeczywistość, ewidentnie odnotował zmianę otoczenia. Poza tym bardzo się uspokajał i widać było, że interesuje go to, co dzieje się wokół. 
Na początku Wiking był najmłodszy i tak było przez długi czas. Dopiero kiedy miał jakieś sześć, siedem miesięcy, zaczęły pojawiać się dzieci młodsze. Z moich obserwacji wynika, że mamy zazwyczaj mają odwagę wyjść z dzieckiem "do ludzi" najczęściej dopiero kiedy skończy ono sześć miesięcy, jest już bardziej kumate i mobilne. Przez ponad pół roku uczęszczania na te zajęcia, tylko raz spotkałam drugą taką "odważną" jak ja, która przyszła na zajęcia ze swoim dwu i półmiesięcznym synkiem. Zwykle jednak najwcześniej pojawiały się mamy pięciomiesięcznych szkrabów, ale najwięcej było takich dzieci siedząco-raczkujących, czyli siedmio-ośmiomiesięcznych. Był czas, kiedy Wiking miał na zajęciach całe mnóstwo rówieśników :) Teraz jest już jednym z najstarszych dzieci i prowadząca mówi o nim "nasz weteran" - choć to przede wszystkim dlatego, że jest najstarszy stażem :) 

Jest całe mnóstwo rzeczy, które podobają mi się w tych zajęciach i myślę, że mogłabym na ten temat napisać kilka notek. Ale jedną z podstawowych zalet jest to, że można zauważyć, jak bardzo zmienia się zachowanie dziecka z tygodnia na tydzień. W tej marcowej notce pisałam o tym, że patrzyłam na te starsze dzieci (których już nie ma, bo przeniosły się do "starszych" grup albo po prostu ich mamom skończyły się już urlopy macierzyńskie i nie mają jak przychodzić w środku tygodnia) i obserwowałam, jak cieszą się kolorowymi akcesoriami, jak się śmieją, bawią, nasłuchują i przemieszczają. To wszystko było jeszcze wtedy absolutnie poza naszym zasięgiem :) Ale doczekaliśmy się! Dziś to Wikuś jest takim dokazującym małym szkrabem, którego wszędzie jest pełno :)
Tak, jak to opisywałam, na początku po prostu obserwował. Trzymałam go na rękach, a on nasłuchiwał i rozglądał się - choć jeszcze raczej niewidzącym wzrokiem. Następnie przechodziliśmy przez czas, kiedy Wiking zdecydowanie bardziej przytomnie rozglądał się wokół, kolorowe piórka, obrazki, czy instrumenty przyciągały jego uwagę. On sam leżał zwykle na brzuszku i obserwował wszystko podpierając się na rękach. Później nareszcie zaczął brać do rączki a następnie do buzi to, co mu się podało. Zaczął też żywo reagować, na to co się działo wokół – na przykład głośnym śmiechem. Jednocześnie stał się wtedy bardzo wrażliwy na hałasy - kiedy ktoś głośniej tupnął albo jakieś dziecko krzyknęło mu do ucha, od razu zaczynał płakać. Nie żeby wpadał w jakąś histerię, bo wystarczało, że go głaskałam albo na chwilę wzięłam na ręce i mu przechodziło, ale ewidentnie tego nie lubił. Ale ze spotkania na spotkanie, był coraz sprawniejszy i bystrzejszy. W miarę jak rosła jego sprawność ruchowa, interesował się innymi dziećmi i próbował sam chwytać piłeczki albo rurki przynoszone przez prowadzącą.
Potem mieliśmy dłuższą przerwę - wyjechaliśmy na wakacje. W tym czasie nauczył się siedzieć, raczkować i wstawać. Liczyłam na to, że jak wrócimy po takiej przerwie, to będzie zachwycony zajęciami, bo odkryje nowe możliwości :) I się przeliczyłam - pierwsze dwa spotkania były nijakie. Za to tydzień później nagle odżył! Nareszcie doczekałam się takiego Wikinga, jakiego zawsze chciałam widzieć. Nareszcie to Wikuś przypominał te maluchy, które zachwyciły mnie na pierwszym spotkaniu - wyrywał się pierwszy do instrumentów i zabawek i kiedy zwraca uwagę na inne dzieci. Od tamtej pory na każdych zajęciach dokazuje na całego :) Głośno się śmieje, często jest pierwszy przy instrumentach, np. ostatnio grał na bębenku i gitarze :) Dotychczas tylko jedna dziewczynka dorównywała mu w tym liderowaniu, pozostałe dzieci, nawet te starsze, raczej trzymają się swoich mam albo interesują się innymi rzeczami. Oczywiście to wynika w dużej mierze z jego sprawności ruchowej, ale myślę, że też czuje się tam już pewnie. No i charakter zdecydowanie nie pozostaje bez znaczenia (już zauważyłam, że dzieci dzielą się na takie, które będą otwierały wszystkie szuflady i szafki w domu i te, których to zupełnie nie interesuje, Wiking należy do tej pierwszej, a więc zdecydowanie bardziej ciekawskiej grupy :P) , bo obserwowałam również dzieci, które chodziły regularnie na zajęcia i zachowywały się różnie – niektóre grały pierwsze skrzypce, jak Wiking, inne wolały eksplorować otoczenie (to Wikingowi czasami też się zdarza), a jeszcze inne zdecydowanie najlepiej czuły się przy mamie (z Wikingiem jest tak, że jak go coś zainteresuje to sobie idzie, a potem nagle sobie o mnie przypomina, podchodzi do mnie, wstaje i zaczyna się przytulać :))
W każdym razie wydaje mi się, że te zajęcia pokazują również, że Wiking z natury jest bardzo towarzyski i aktywny. Czasami bywa duszą towarzystwa - w niemowlęcym wydaniu rzecz jasna :) – śpiewa, mruczy, krzyczy, zaczepia inne dzieci. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie na to czekałam - kiedy będzie się wyrywał do tego, co przyniosła prowadząca, kiedy będzie zaglądał do torby, kiedy będzie już wyraźnie reagował na wszystko, co się wokół niego dzieje...

Od tamtej pory - a to już dwa miesiące -  jeszcze bardziej cieszy mnie perspektywa tych spotkań, nie mogę się ich doczekać już nie tylko ze względu na to, że spotkam się ze znajomymi mamami, ale także cieszę się na to, że będę mogła obserwować Wikinga w akcji. Tak bardzo lubię obserwować, z jakim zaangażowaniem bada nowe przedmioty, jak wita się z innymi dziećmi, jak podchodzi do prowadzącej i innych mam. :) Oczywiście wcale nie twierdzę, że on się zachowuje w jakiś wyjątkowy sposób :) Na pewno usposobienie ma na to jakiś wpływ, ale w dużej mierze chodzi po prostu o to, że jest to kolejny, naturalny etap w rozwoju. A mnie bardzo cieszy, że już go osiągnęliśmy :) Uczęszczanie na te zajęcia na pewno może ten rozwój tylko wspierać.
Moim głównym celem nie jest jednak to, żeby Wiking był jakiś wyjątkowo muzykalny albo szczególnie utalentowany. Bardziej zależy mi na tym, aby od małego uczył się obcowania z innymi ludźmi a także, żeby widział, że czas można spędzać aktywnie.

Ponieważ jesteśmy w Miasteczku, omijają nas niestety dzisiaj zajęcia. Często wykorzystuję zabawy i piosenki z tych zajęć w domu, szczególnie, że są one na stronie internetowej prowadzącej, a więc i dzisiaj na pewno się trochę pobawimy, chociaż to jednak nie to samo, bo nie mam takich akcesoriów, jakie często przynosi prowadząca, a przede wszystkim, nie ma towarzystwa innych dzieci :) Ale zawsze to coś. Ja w każdym razie zrekompensowałam sobie tą nieobecność tym bardzo długim wpisem, który z założenia miał być tylko krótkim opisem. Dobre sobie :P

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Odpoczynek jako stan umysłu :)

Na szczęście jestem osobą, która dość szybko się regeneruje :) A to oznacza, że zmęczenie jest z reguły u mnie stanem chwilowym, nie chronicznym. Kiedy więc napisałam w sobotę, że nie daję już rady, to akurat odnosiło się to tylko do tego konkretnego sobotniego wieczoru :) Ja już tak mam – jestem typowym skowronkiem, a to oznacza, że wstaję stosunkowo wcześnie, a wieczorem ni z tego ni z owego, zwala mnie z nóg :) Po prostu w pewnym momencie czuję się niezdolna do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego czy intelektualnego :) Mam to po mamie. Chociaż ona to już o 20 zasypia przed telewizorem, ze mną jeszcze nie jest tak źle, ale to pewnie kwestia czasu :)
Niestety, czasu ciągle na wszystko mi brak. Nazbierało się mnóstwo drobiazgów, za które muszę się zabrać, a ciągle dochodzi coś nowego. Nie lubię tak. Ja to muszę mieć wszystko pod kontrolą – wszystko poukładane i rozplanowane. Lubię czuć, że zrobiłam to, co sobie na dany dzień wyznaczyłam i wtedy mogę ze spokojem i bez wyrzutów sumienia odpocząć. Ale mam nadzieję, ze wszystko wkrótce ogarnę.
I oczywiście, macie rację, że czasami trzeba po prostu odpocząć. Ale na szczęście nie mam z tym większego problemu. Raczej zawsze się znajdzie na to trochę czasu :) Tyle, że ja uważam, że odpoczynek, to bardziej… stan umysłu niż ciała :)) Kiedy wiem, że odpoczywam, od razu czuję się właśnie wypoczęta. A wypoczywać mogę w sposób nietypowy dla innych – na przykład zabierając się za porządki w szafce :) Lubię segregować swoje szpargały :) Poza tym, odpoczywam przede wszystkim wtedy, gdy wiem, że ze wszystkim się wyrabiam. Sama ta świadomość wystarcza mi, żebym była zrelaksowana i w miarę wypoczęta. Wypoczywam robiąc to, co lubię, spacer, aerobik, książka, serial, spotkanie ze znajomymi, z rodziną… Nie umiem natomiast odpoczywać nie robiąc kompletnie nic :) Wtedy mam poczucie, że tracę czas ;)

wtorek, 29 czerwca 2010

Intensywna rzeczywistość.

No i zaczęło się. Tak zwane Wariatkowo :) Zdaje się, że nie będę miała na nic czasu – zresztą już nie mam.W tym tygodniu się przeprowadzamy. Do tego mamy początek miesiąca, więc w pracy będzie młynek. Jak na złość, w piątek muszę wziąć wolne, bo mam wizytę u lekarza (oczywiście „zabukowaną” trzy miesiące temu, jakżeby inaczej w naszej Polsce?). No i jeszcze te wybory mi pasują w ten weekend jak ogórek do musztardy po prostu. Ale nic, pojadę…

W weekend mnie nie było w sieci. Rzeczywistość niewirtualna okazała się zbyt absorbująca :) W piątek Franek z Panem Tatą malowali pokój i kuchnię w mieszkaniu. W kuchni mamy Hawajskie Słońce a w sypialni Niebieskie Migdały :) I tak piątkowe popołudnie spędziłam na myciu okien, zamiataniu i takich tam. W sobotę przyjechali moi rodzice. Sprzątaliśmy kuchnię, no i przewoziliśmy już część rzeczy. Jestem chomikiem – to było straszne. Czy Wy wiecie ile mam butów?? Prawie tyle samo, co torebek. Nie wspomnę już o książkach. 
A wieczorem zrobiliśmy pierwszą nasiadówkę w nowym mieszkaniu z moimi i Franka rodzicami. W niedzielę natomiast rodzice odwieźli mnie do Wrocławia, gdzie spotkałam się z Dorotą i poszłyśmy na mecz Ligi Światowej:) Ale o tym to następna notka będzie, więc teraz powiem tylko tyle, że wróciłyśmy o 3 a na 7 poszłam do pracy, więc możecie sobie wyobrazić jaka wczoraj byłam rześka :) Nic to, i tak miałam jeszcze siłę, żeby o 20 pójść na aerobik. Dzisiaj jako tako odespałam weekendowe zmęczenie :)

Jutro ciąg dalszy sprzątania i przewożenia, bo dzisiaj załatwiamy tylko kilka spraw organizacyjnych z właścicielami mieszkania. Może w końcu dostaniemy pilota do bramy i nie będzie trzeba przez pół osiedla z walizami zaiwaniać tylko pod klatkę sobie podjedziemy :) Nie wiem jak będzie z internetem, w ogóle nie wiem jak to będzie. Nie wiem nawet kiedy się na dobre wyprowadzę i wprowadzę – teoretycznie miało być to w czwartek, praktycznie w niedzielę. A fizycznie to chyba dam radę dopiero po weekendzie, o ile właściciele poprzedniego mieszkania nie każą mi więcej płacić i zostawią mi klucze. Jak nie to se sami będą sprzątać i tyle, bo ja zabiorę co moje i się zmyję :) Łoo matko. Mam już dość.

sobota, 12 czerwca 2010

Fotostory.

Co tu dużo mówić, jak można pokazać :) Mój weekend w pigułce:
Najpierw coś dla ducha:
 
Zakochałam sie w tym utworze wykonanym przez orkiestrę. (oczywiście w orkiestra w linku to nie orkiestra filharmonii poznańskiej ;))
Potem czas na mały relaks:
 
Wyczekiwany co roku:
 
No niestety, w tym roku się nie postarali, więc wybaczcie plakat z roku 2009 :) Ale chodzi o to samo:) Uwielbiam te wszystkie kolorowe bibeloty, które można tam znaleźć. Dobrze, że byłam z Frankiem – przynajmniej pilnował, żebym nie poszalała :)
Sobotni obiad na działeczce:
  
A na deser czerwcowy smakołyk (zdjęcie ze strony rondelek.pl)
  
 

No a wieczorem towarzyszę Frankowi:

Wiadomo, ze jak meczyk to i piwko – chociaż wersja bardziej lajtowa :)
 
Jak dobrze, że to jeszcze nie koniec weekendu :)
***

Pamiętacie jak mi Franek herbaty kazał pilnować? Dzisiaj sprzątaliśmy po grillu. Zrobiłam swoje, on zmywał. Podeszłam i pytam w czym mam pomóc. Wręczył mi do ręki talerz. Miałam go po prostu trzymać. Nie opatrzył tego komentarzem, ale domyślam się, że moje zadanie polegało na pilnowaniu talerza :)