*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyziemnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyziemnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 września 2014

Piątek

W piątek wszyscy - z szefową na czele - dostaliśmy wypowiedzenia :( A więc stało się. Od dzisiaj pracuję już w trybie wypowiedzenia trzymiesięcznego, który został skrócony do jednego miesiąca. Za pozostałe dwa miesiące dostanę odprawę, a poza tym odszkodowanie i ekwiwalent za niewykorzystane 38 dni urlopu.
Wszyscy jesteśmy rozżaleni, bo gdyby to jeszcze było tak, że interes szedł kiepsko albo, że coś było nie tak. A tymczasem było bardzo dobrze - zwłaszcza, że od ponad roku pracowaliśmy w trybie awaryjnym, bez możliwości pozyskiwania nowych klientów i nadal mieliśmy duże zyski. Inwestorzy byli pod wrażeniem i jeszcze miesiąc temu wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze. A potem właściciel wycofał się ze sprzedaży i postanowił oddział w Polsce zlikwidować. Nie wiemy o co chodzi, wiemy tylko, że na pewno nie o pieniądze, bo w tej sprawie wszyscy się dogadali. 
Żal nam wszystkim, bo nasz zespół był naprawdę wyjątkowo zgrany. Wszystko chodziło jak w zegarku, dzięki temu, że każdy miał swoje obowiązki, z których się świetnie wywiązywał. Wyprowadziliśmy firmę na prostą po gorszym okresie, kiedy to "źli ludzie" (jak w żartach nazywamy sobie czasami poprzedniego podwykonawcę) się w niej rozpanoszyli.
To już koniec. 
Wiedziałam, po co jadę do biura, więc jakoś to przeżyłam. Chyba przez tydzień zdążyłam w sobie wykształcić coś w rodzaju pancerzyka, który spowodował, że jakoś to przełknęłam. Ale to wcale nie znaczy, że nadal tego nie przeżywam :(
W ten piątek wspominałam piątek 13 czerwca, kiedy to nawet napisałam notkę o tym, jak mi wreszcie ulżyło. To był dzień, w którym powiedziałam mojej szefowej o ciąży, a ona przyjęła to jeszcze lepiej niż się spodziewałam (bo wiedziałam, że jest prorodzinna, więc wiedziałam, że będzie dobrze, ale taki entuzjazm mnie zaskoczył). Bardzo się ucieszyła, powiedziała, że według niej nie ma lepiej zorganizowanych pracowników niż matki, a ponieważ mnie zna, to wie, że wszystko będzie w najlepszym porządku i ze wszystkim sobie świetnie poradzę. Dodała jeszcze kilka anegdotek z życia swojej rodziny i nastawiła mnie pozytywnie na kolejne tygodnie.
Tak, tamtego dnia naprawdę po raz pierwszy od dłuższego czasu pozbyłam się lęków, które ciągle mi towarzyszyły od kilku miesięcy. Nie tyle przestałam się obawiać tego, co się stanie z firmą, co poczułam się spokojniejsza, że "w razie czego" będę pod ochroną. 
Ale jak wiadomo, teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką i kiedy to "w razie czego" stało się czymś rzeczywistym, to mnie wcale nie urządza :( Mimo wszystko miałam nadzieję wtedy w czerwcu, że do tego po prostu nie dojdzie. Cóż, przynajmniej zyskałam parę tygodni spokoju, bo niepokój powrócił w sierpniu dopiero... Ale nie sposób było nie porównywać tych dwóch piątków ze sobą i tych różnych emocji, które mi towarzyszyły.
Może o tym nie piszę, może nawet zachowuję się, jakby nigdy nic. Może wypłakałam już wszystkie łzy "w tej sprawie" po prostu. Ale cały czas nie mogę się pogodzić z tym, że tak wyszło. 
Na razie może nie mam czasu się nawet za bardzo na tym skupiać. W pracy paradoksalnie teraz jest bardzo intensywnie. A kiedy nie pracuję, wiszę na telefonach (w końcu trzeba wygadać te tysiące minut na służbowym telefonie, żeby się nie zmarnowały) dzwoniąc do różnych instytucji i dowiadując się ze szczegółami o wszystkim, co może być mi potrzebne. Tak, żeby nic mi nie umknęło i żebym przez jakieś głupie niedopatrzenie nie straciła. Jeszcze trochę i stanę się ekspertem w dziedzinie prawa pracy i ustawy zasiłkowej :P Podobnie jak w sprawie ubezpieczeń na życie oraz OC :) Tak się złożyło, że musieliśmy się ostatnio w kilku zagadnieniach dość dobrze zorientować, więc dzwoniłam gdzie się dało i szukałam informacji wszędzie, porównując je później. I jeszcze mamy do uregulowania sprawy spadkowe po babci Franka, więc po notariuszach i prawnikach też wydzwaniam :) Ale będę mądra :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Kłopoty w raju

I można powiedzieć, że czar prysł. Przynajmniej po tym weekendzie. Bo weekend był cudny i sielski. W sobotę pojechaliśmy do Warszawy i zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer. Doszliśmy do parku, usiedliśmy nad stawem... Wypiłam sobie nielegalne piwko w miejscu publicznym. Było mi błogo. Wróciliśmy pozytywnie zmęczeni.
W niedzielę korzystalilśmy z pięknej pogody. Wybraliśmy się nad wodę. Nie miałam pojęcia, że mamy jezioro 1,5 km od domu! :) To bliżej niż do pracy :P  Fajny, zadbany park, z mnóstwem zieleni i kilkoma stawami. A do tego małe kąpielisko. Idealne na niedzielę. Nie chciałam, żeby to się skończyło. A wiedziałam, że się skończy.

No i skończyło. A wczoraj Franek był pierwszy dzień w pracy. Niby się nie stresował, ale wrócił w słabym humorze. Wiedziałam, że tak będzie! Znam go już trochę i doskonale wiem, że kiepsko sobie radzi ze stresem, a zmiana pracy jest na pewno wydarzeniem stresującym. A przynajmniej kiepsko dla mnie! Sama praca mu się podobała, choć go zmęczyła, bo ma zupełnie inny tryb nich dotychczasowa. Ale problem w tym, że to był tylko taki wstęp. Takie zapoznanie się z nowym miejscem pracy. A dzisiaj dopiero ma się przyuczać do tego, czym będzie się zajmował docelowo. Można powiedzieć, że został rzucony na głęboką wodę, bo będzie to trochę stanowisko nadzorcze, a on nigdy tak nie pracował. Więc się stresuje - i mnie przy okazji.. Jasne, stres w takiej sytuacji jest zrozumiały, sama też bym się przecież denerwowała. Ale źle mi z tym, jak on sobie z tym stresem radzi (lub raczej nie) i jego podejście mi się nie bardzo podoba. Dość pesymistyczne i zrezygnowane. Tak, jakby miał sobie lada moment odpuścić. Wiem, że tego nie zrobi, ale trochę mnie drażni fakt, że Franek nie skupia się na tym, co dobre. Mam nadzieję, że to się jednak po dzisiejszym dniu zmieni...
A prawda jest taka, że i ja sobie nienajlepiej radzę z tym frankowym stresem. Nie jestem przyzwyczajona, żeby go pocieszać - zresztą, pocieszać to ja mogę koleżankę, nie męża, bo do niego nie trafia moja forma pociesania. Wiadomo - Mars, Wenus i te sprawy... Tak, kiepska ze mnie żona pod tym względem, przyznaję się od razu.
Ja po prostu uważam, że on sobie poradzi, bo zawsze wykonywał swoją pracę - jakakolwiek by nie była - sumiennie. To, że na początku musi się dużo nauczyć, jest normalne w tej sytuacji, ale przecież na pewno jego pracodawcy też o tym wiedzą i zapewne nawet zakładają jego pomyłki. W dodatku pamiętam, jak zaczął pracę w Zielonej Firmie - też przychodził wykończony, zły, zestresowany i mówił mi, że nie rozumiem... Wiem, że jest solidny, pracowity a do tego kumaty, więc dlaczego nie miałby sobie poradzić? Ale właśnie kiedy staram się mu to powiedzieć, to okazuje się, że nie rozumiem... A gdy próbuję od innej strony - żeby na przykład podszedł do tego z dystansem, że będzie dobrze, to... oczywiście nie rozumiem :) Pewnie powinnam próbować jeszcze inaczej, ale naprawdę nie jestem w tym dobra. Bo jak z kolei się nasłucham złych scenariuszy, to sama się zaczynam dołować. Bo wolę myśleć, że wszystko się jakoś ułoży, wolę widzieć, to, co dobre... Ale że do optymistki mi daleko, to właśnie ja jestem od martwienia się, a Franek od pocieszania. Wiem, że mogę się wyżalić, powiedzieć, co mi leży na sercu, a od niego usłyszę, że wszystko będzie dobrze. A kiedy role się odwracają, nie czuję się pewnie.
Denerwuje mnie frankowa huśtawka nastrojów - kiedy z jednej strony mówi, że zrobił to, żebyśmy mogli być razem i że da sobie radę, a za chwilę, że miał fajną pracę, w której dobrze się czuł, a teraz nie wiadomo... Czuję się wtedy niemal wszystkiemu winna. Mnie też szkoda tamtej pracy. Bardzo. Ale jakąś decyzję trzeba było podjąć, a ja uważam, że w tej kwestii mieliśmy bardzo dużo szczęścia. W dodatku teraz pracuje 7-15/16 i ma wszystkie weekendy wolne. To jest coś... Wierzę, że jest mu trudno, ale naprawdę nie bardzo wiem, jak mu pomóc. Chciałabym, żeby uwierzył w to, że da radę.
I naprawdę chciałabym od niego dzisiaj usłyszeć, że nie było tak źle...

poniedziałek, 3 czerwca 2013

1000 kilometrów

Niemal co do jednego - tyle pokonałam podczas minionego właśnie długiego weekendu. Taki już mój los :) Taki chyba los mojej rodziny :)
Tak sobie czasami myślę, że może pokolenia temu, ktoś rzucił na nas klątwę i od tamtej pory wszyscy się muszą "tułać" :) Moja rodzina, zwłaszcza od strony taty jest rozproszona dosłownie po całej Polsce. Jeśli chodzi o krewnych po kądzieli, niby mieszkają bliżej siebie, ale część z nich pochodzi z ziem wschodnich, skąd zostali przesiedleni w czasach wojny.
Dlatego dla mnie od zawsze naturalne było, że z kuzynostwem widuję się tylko na wakacjach u babci, a czasami mijało kilka lat między jednym a drugim takim spotkaniem. Nie miałam bliskiej rodziny na miejscu. Wyjątkiem byli rodzice i brat mojej mamy - mieszkający 15 km od Miasteczka, choć kiedy moi rodzice przenosili się właśnie do Miasteczka, ten dystans wydawał im się ogromny. Wszak kiedyś ani telefonów, ani samochodów... Co nie przeszkadzało im w każdy piątek pakować siebie oraz swoje cztero- i dwuletnie dziecko do pociągu, żeby spędzić weekend (wtedy jeszcze "sobotę i niedzielę" ;)) u rodziców.
Jak widać, to wszystko naprawdę u nas rodzinne, tyle, że dystans się zwiększył. I to sporo. 

Rodzina frankowa za to, od pokoleń żyje na kupie w Poznaniu :) Zawsze razem, zawsze blisko. A jednak Franek się wyłamał. No cóż - jak się wżenił w taką "zaklętą" rodzinę jak moja, to już chyba nie miał wyjścia :P Niemniej jednak, podjęcie decyzji o tym, że zostawi Poznań przyszło mu chyba łatwiej niż mnie - choć jak na razie jeszcze go nie zostawił. 

Wracając jednak do mojego tysiąca - w środę popołudniu wsiadłam w pociąg do Poznania. Planowane trzy godziny zmieniły się w trzy i czterdzieści minut, ze względu na problemy z sygnalizacją. Ale dojechałam przed 22. Pierwsze 300 km za mną. Przespaliśmy się u teściów, a o piątej samochodem wyruszyliśmy do Miasteczka, żeby zdążyć w sam raz na śniadanie, a potem mszę i procesję :) To już razem 500. Zostaliśmy do soboty. Ten czas był bardzo udany, choć niestety nie pogodowo :( Ale jakoś sobie radziliśmy. Po prostu grill był nie na ogródku a w piekarniku :P W sobotni wieczór wróciliśmy do Poznania (700 km), bo Franek niestety kończył już swój weekend i w niedzielę o 4 zaczynał pracę. Spędziliśmy jeszcze razem niedzielne popołudnie, a później, pobiwszy się wcześniej z myślami - jaki środek transportu wybrać, wsiadłam w samochód. Przestraszyły mnie tłumy w pociągu, na który nie było rezerwacji miejsc.
Po trzech godzinach bez dziesięciu minut i po trzystu kilometrach autostrady dojechałam na miejsce. 1000.
I ładny kawałek Polski zjechałam. Wygląda na to, że tak już teraz będzie - choć oczywiście nie w każdy weekend będę zaliczać i Poznań i Miasteczko. Do Poznania z Podwarszawia jest 300 km. Do Miasteczka 260 - szkoda, że w zupełnie innych kierunkach i nigdy nie będzie się niczego zrobić "po drodze".
Ostatecznie okazuje się, że nawet taki dystans można przemierzać regularnie, jeśli się chce :) Pewnie, że wolałabym mieć rodziców za jednym rogiem, a teściów za drugim. Ale cóż, znacie to - jak się nie ma, co się lubi... :) No to lubię ;)

czwartek, 4 października 2012

Dobry dzień

I miało być o weselu, ale w ogóle nie miałam czasu przez cały dzień, żeby się za tę notkę zabrać, a przecież do takiego tematu to trzeba przysiąść:) Więc znowu przerywnik będzie.

Dobry dzień mam za sobą. Taki zwyczajny, ale jednak dobry.
Od kilku dni nie wiem co się stało Frankowi, ale wstaje dość wcześnie - tak w okolicach siódmej (bo chodzi teraz na popołudniówki), więc dzięki temu mamy okazję rano porozmawiać, zjeść razem śniadanie, napić się herbaty (z naszego nowego dzbanka :P)... Wczoraj mi nawet pomarańczę obrał do pracy :) Lubię takie poranki, bo mnie od razu dobrze nastrajają. 

Dzisiaj przy okazji poranka przeprowadziłam jeszcze dyskusję sama ze sobą -  a później również z Frankiem, czy mam jechać do pracy samochodem, czy komunikacją miejską i rowerem. Problem polegał na tym, że zapowiadali deszcz, (a w poniedziałek miałam okazję już zmoknąć na rowerze, nie miałam ochoty na powtórkę :/) ale rano było pięknie i trudno było mi uwierzyć w to, że spadnie :) Ale tak długo się zastanawiałam, że zrobiło się za późno na autobus :P Pojechałam więc samochodem. Ach, jaka byłam radosna, kiedy o 16:40 zaczęło lać (bo wcześniej prawie przez cały dzień było ładnie) ! Gdybym była rowerem, to właśnie znalazłabym się w samym centrum tej ulewy, bo z pracy wychodzę tak w godzinach 16.40-17.20! Zadowolona byłam bardzo ze swojej słusznej decyzji :)

W ogóle w pracy uporałam się wreszcie z jedną sprawą, która się za mną ciągnęła, a papiery z nią związane, które codziennie odkładałam na kupkę na parapecie łypały na mnie coraz groźniej. Okazało się jednak, że jak zwykle, jak już się za to zabrałam, to poszło całkiem sprawnie. 
Poza tym zadzwoniła do mnie właścicielka naszego mieszkania. Jak tylko zobaczyłam, że to ona, to mnie zmroziło, bo pamiętałam jej zeszłoroczny telefon mniej więcej o tej samej porze roku, kiedy to okazało się, że musimy ponieść dodatkowy wydatek rzędu prawie dwóch tysięcy. A w tym roku okazało się, że mamy ogromną nadpłatę za CO i w dodatku od października będziemy płacić czynsz niższy o jakieś 60 zł :) To dopiero dobra wiadomość! Jednak sprawiedliwość na tym świecie musi być - w zeszłym roku się załamywałam, a tym razem mogę się cieszyć.
Otrzymałam też dziś jedną niewesołą wiadomość. Ale choć niewesoła, to jednak kwestie z nią związane trochę nastrajają optymistycznie. Chodzi o zdrowie jednej z bardzo bliskich mi osób i nie jest najlepiej, ale z drugiej strony właśnie dzięki temu jest szansa, że ta osoba się weźmie wreszcie za siebie i wszystko jakoś się ułoży. To sprawa, którą normalnie bym się przejmowała - jak to ja - ale teraz staram się nie martwić na zapas i dostrzec właśnie tą dobrą stronę sytuacji. Nie wiem, może mój optymizm jest na wyrost, ale dobrze mi z nim i mam nadzieję, że pozytywne myślenie przyniesie pozytywne skutki.

Wracając z pracy, rozmyślałam o tym, że muszę szybko zjeść obiad, ogarnąć mieszkanie i przyjdą Bachorki na angielski (no tak, tak, wakacje się skończyły:)) - wyjątkowo mi się dzisiaj nie chciało, miałam ochotę na spokojny, nudny wieczór. I dokładnie w momencie, gdy wjeżdżałam w bramę naszego osiedla zadzwonił telefon - mama Bachorków powiedziała, że pomyliły im się godziny i Piotruś już stoi pod klatką! A Marysi nie będzie, bo ma dziś szkolną dyskotekę :) Pogratulowałam sobie znowu świetnej decyzji (gdybym jechała rowerem, byłabym jakieś dwadzieścia minut później) i ucieszyłam się, że dzięki temu szybciej skończę i wieczór naprawdę będę miała wolny :) Głodna trochę byłam, to fakt, ale dałam radę. W dodatku Piotruś jutro ma kartkówkę ze słówek, więc zrobiłam z nim ćwiczenia na słownictwo i nie musiałam wymyślać nic nowego na lekcję, a dzisiaj naprawdę nie byłam kreatywna :)
Tak więc wszystko się dzisiaj ładnie poukładało i niby zwykły dzień, ale taki przyjemny był.

Do momentu aż wrócił Franek. Niby było dobrze, ale za chwilę przypomniał sobie, jak go rano facet od domofonu wkurzył i opowiadając mi o tym, tak się nakręcił, że aż się wyżył na mnie :( Naprawdę nie miałam pojęcia o co mu chodzi i dlaczego tak się na mnie wścieka. To nie było miłe. W końcu poszłam sobie do drugiego pokoju a za chwilę on przydreptał i zaczął przepraszać. Teraz już cały czas jest przymilny, grzeczny i w dodatku w świetnym nastroju. I nikt mi nie wmówi, że to baby są humorzaste!
No nic, grunt, że ostatecznie nadal uważam, że dzień był dobry :)

piątek, 6 lipca 2012

Nie narzekam.

Ciągle ostatnio słyszałam o upałach. Ale jakoś wcale ich nie odczuwałam. Nie wiem, być może to też może być subiektywne, bo podobno i w Poznaniu niektórym było gorąco, ale nie mnie ani mojej koleżance w pracy :) Kiedy sprawdzałam temperaturę nie przekraczała ona 24 stopni, a rano wręcz marzłam.
Dopiero wczoraj po południu wreszcie mogłam stwierdzić, że jest gorąco, a dziś od rana w Poznaniu były upały :) Nareszcie :) I owszem, jest to trochę męczące. Zwłaszcza, gdy przychodzę do domu i włączam piekarnik, żeby podgrzać w nim zapiekankę na obiad albo włączam żelazko, żeby wyprasować Frankowi koszulę do pracy. Ale zdecydowanie wolę to niż zimę i temperatury poniżej dziesięciu stopni! Najbardziej optymalna temperatura dla mnie to co prawda 20-25 stopni, ale zdecydowanie jestem w stanie przeżyć trzydzieści w lepszym zdrowiu i nastroju niż mróz :) Dlatego ani myślę narzekać! Bez względu na to, że mieszkanie nam się nagrzewa i chwilami naprawdę mam wrażenie, że się rozpuszczam :) Po prostu biorę wtedy zimny prysznic ;) I tak zdecydowanie mniej energii mam, kiedy zimą jestem zmarznięta.

W każdym razie, mam nadzieję, że te temperatury utrzymają się jeszcze chociaż przez kolejne dwa dni, bo nareszcie mamy z Frankiem wolny weekend i chcemy po raz pierwszy w tym roku wybrać się nad jezioro. Szykuje się całkiem przyjemny, choć zapewne jak zawsze krótki, weekend. Rozpoczęliśmy go już dziś. Mam nadzieję, że nareszcie uda nam się choć na chwilę zwolnić, bo ostatnie soboty i niedziele ciągle coś załatwialiśmy i gdzieś jeździliśmy.
W ciągu tygodnia już się udało :) Być może nawet aż za bardzo, ale również nie narzekam. Za to kolejny tydzień zapowiada się już bardziej intensywnie, przynajmniej pod względem emocjonalnym. No ale to już może innym razem, nie chcę za wcześnie o tym myśleć :)
Miłego weekendu życzę wszystkim.

sobota, 2 czerwca 2012

Nie znam się

Już mi się wydawało, że wyszłam na prostą, ale coś mi się wydaje, że powinnam przyjąć do wiadomości, że to po prostu nie jest możliwe :) Ile razy się ogarnę i wydaje mi się, że mam więcej czasu, okazuje się, że w pracy dostaję dodatkowy raport do zrobienia, że mam awarię komputera, że trzeba zrobić dodatkowe zakupy, że to, że tamto :) A więc lepiej chyba przyjmę do wiadomości, że po prostu tak już jest i muszę sobie radzić z tym, że nie zawsze mam czas na to, żeby odpisać na komentarze albo napisać nową notkę, nie wspominając już nawet o czytaniu regularnie Waszych notek. A właśnie, przy okazji - nie sugerujcie się tak specjalnie linkami u mnie na blogu, jak czyjegoś bloga w nich nie ma, nie znaczy, że wcale na niego nie zaglądam :) Po prostu nie zdążyłam jeszcze wszystkich blogów zalinkować.
No i jeszcze jedno - nie chodzi wcale o to, że nie mam na nic czasu. Ja po prostu mam tak dużo na głowie i trudno mi z czegokolwiek zrezygnować. Gdybym naprawdę brakowało mi czasu - to musiałabym właśnie sobie odpuścić, a tego nie lubię, więc radzę sobie jak mogę, chociaż oczywiście kosztem jest poczucie wiecznego zabiegania. Ale ja to chyba po prostu lubię, taka moja natura.

Dzisiaj notka trochę nietypowa, a przy niej bardzo nietypowe pytanie do Was - jakie macie modele telefonów komórkowych i co o nich myślicie? :) Pytanie sponsoruje moja firma :D A konkretnie chodzi o to, że w czwartek dostałam informację o tym, że kończy mi się za parę dni umowa na służbowy telefon i będzie ona przedłużona, a na tę okoliczność mam sobie wybrać nowy aparat. I dostałam listę telefonów za 1zł do wyboru. Tyle, że lista składa się z grubo ponad pięćdziesięciu pozycji i bądź tu mądry człowieku, zwłaszcza człowieku tak niewrażliwy na wszelkie nowinki technologiczne jak ja. Jeśli o mnie chodzi, to i z mojej pierwszej Nokii 3310 byłabym dzisiaj zadowolona. Chociaż...no może aż tak to nie, bo radia nie miała :)) Tak czy inaczej, od trzech dni nic nie robię, tylko rozmyślam. Na początku stwierdziłam, że wezmę jakiś "normalny" telefon z klawiaturą i bez udziwnień. Ale potem pomyślałam sobie, że tak naprawdę głównie korzystam z telefonu prywatnego, więc ten musi być "normalny", ale służbowy, to niech może sobie będzie jednak jakiś bardziej wypasiony? Zwłaszcza, że w ofercie za tą złotówkę mam modele warte normalnie nawet ponad 1000 zł, czemu więc nie zaszaleć? Jakiegoś dotykowego smartfona bym se wzięła, takiego co można się dzięki niemu w każdej chwili z internetem połączyć i takiego co to ma różne inne bajery, z których i tak wcale bym nie korzystała - ale z drugiej strony któż wie? może jak już je będę miała to i korzystać zacznę :)) Tyle, że za duży wybór mam. Zastanawiam się trochę nad Nokią Lumia albo C5-03, ale podobno smartfony z Samsunga albo Sony są fajne. I tu właśnie potrzebuję jakichś opinii z Waszej strony :) Może macie? Może słyszałyście?
Jeśli o mnie chodzi, to w telefonie urządza mnie budzik, kalkulator, stoper i radio. No i jeszcze muszę mieć możliwość zainstalowania aplikacji Ginger, do sprawdzania rozkładu jazdy MPK. Ale w moim aktualnym telefonie służbowym mam jeszcze funkcję "rozpoznawanie muzyki", z której korzystam i jest świetna. Pewnie część z Was wie, że polega to na tym, że można nagrać 10 sek jakiejś piosenki, którą akurat gdzieś przypadkiem słyszymy, a telefon znajdzie nam tytuł utworu i jego wykonawcę. I to jest super i chciałabym to mieć, a nie wiem, czy te wszystkie super-extra-w kosmos-wiadomo-co telefony takie coś też mają :)
Będę wdzięczna, jeśli się podzielicie ze mną Waszymi opiniami.
A w ogóle to kazali mi więcej gadać. Powiedzieli mi, że wykorzystuję za mało darmowych minut, które mam w abonamencie i mam dzwonić z tego służbowego telefonu również prywatnie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. No proszę, a ja się tak gryzłam, kiedy zdarzyło mi się zadzwonić z tej służbowej komórki do Franka, bo mi się moja Nokia rozładowała. Obym tylko teraz nie przegięła w drugą stronę, bo się zaraz okaże, że rozwalić 2000 minut to dla mnie pestka :)

czwartek, 11 września 2008

Nieproszeni goście na obiadku

Stoczyłyśmy dzisiaj z Dorotą bardzo intensywną walkę w kuchni. Z molami! Coś strasznego było tego pełno! U nas w mieszkaniu zawsze było trochę moli. Od ponad czterech lat jak tu mieszkamy zawsze latały jakieś pojedyncze „egzemplarze”. Prawdę mówiąc przestałyśmy zwracać na nie uwagę.  Jak jeszcze kiedyś mieszkała z nami Ola miała obsesję na tym punkcie, nawet pamiętam jak kiedyś spędziła całą noc (!!!) siedząc z odkurzaczem w ręce i polując na te mole. Strasznie się ich bała. Ale jak się wyprowadziła dwa lata temu to naprawdę olałyśmy sprawę. Jakby to były pająki, których boję się strasznie, na pewno żaden by się nie ostał, ale moli się nie boję. Więc jak jakiś latał – to sobie latał. Ostatnio było ich trochę więcej, ale stwierdziłam, że zimno się robi na dworze, to wleciały do domu. A przedwczoraj rano się obudziłam i zobaczyłam, ze po suficie pełza jakaś biała glizda. Trochę mnie obrzydziła, ale ją zabiłam i po sprawie. A potem weszłam do kuchni a tu druga taka. To już mnie zdziwiło, ale w zasadzie nie wiedziałam co to za robal, wiedziałam tylko, że to prawdopodobnie jakieś larwy. Dopiero jak przyjechała Dorota, powiedziała mi, że tak wyglądają larwy moli jedzeniowych. Zastanawiałyśmy się skąd się mogły tu wziąć, ale jest wiele tematów, które są bardziej interesujące niż mole :) Więc szybko o nich zapomniałyśmy.
A dzisiaj przyszłam do domu potwornie głodna. Zajrzałam do szafki, żeby zobaczyć, co mogłabym zjeść a stamtąd wyleciało kilka moli… Zaniepokoiło mnie to, zawołałam Dorotę i zaczęłyśmy wyciągać wszystko z szafki. A tam masakra! Pełno tych latających stworów i jeszcze więcej białych robali w ryżu, mące… Ohydne to było… Wywaliłyśmy wszystko co tam było, poodkurzałyśmy każdy możliwy kącik, umyłyśmy wszystko a ciągle jeszcze te białe robactwo się gdzieś pojawiało. W końcu jednak chyba pozbyłyśmy się wszystkiego… Mamy przynajmniej taką nadzieję :)
Ale nie wiem jak się zalęgło to dziadostwo! Najpierw w lipcu Franek wysprzątał nam całe mieszkanie, łącznie  z szafkami w kuchni. No i jakiś miesiąc temu, posprzątaliśmy po raz drugi – zresztą pisałam o tym w poście fochy, doły i sprzątanie :) wyciągnęłam wszystko z tej szafki wtedy i wyrzuciłam część rzeczy. Było czyściutko a one i tak się zalęgły… Fuj! Ale jak już wspominałam – dobrze, że to nie pająki, bo chyba bym się wyniosła w minutę. A tak chociaż trochę śmiesznie było – na przykład jak Dorota poświęciła swojego kapcia i zaczęła wybijać nim na ślepo dorosłe osobniki. Na larwy poświęciłyśmy całą rolkę papieru toaletowego. Może okoliczności niezbyt zabawne, ale naprawdę się uśmiałyśmy. A przy okazji po raz kolejny wysprzątałyśmy kuchnię a błysk. Ale jakby nie było, mole zeżarły mi obiad. Więc po dwóch godzinach sprzątania wybrałyśmy się do sklepu – po kolację właściwie a nie po obiad. A skończyło się na tym, że kupiłyśmy po browarku i po drinku z  Biedronki ( Izzy – piłyście? – pycha:)) i tak odreagowałyśmy naszą walkę z insektami.
Wybaczcie ten jakże mało wdzięczny temat, ale cóż – tak właśnie spędziłam dzisiejsze popołudnie:) Ściemniać nie będę. Pozdrawiam serdecznie i idę spać. Oby mi się żaden robal nie przyśnił :)

piątek, 8 sierpnia 2008

Ofiara wypadku, czy morderca?

Dzisiaj temat trochę smutny. I tragiczny. Wróciłam ostatnio do domu po pracy i włączyłam na chybił-trafił telewizor. Akurat na Polsacie leciała „Interwencja” na temat tego wypadku w łódzkiem, koło Koluszek chyba. Zginęło tam osiem osób. Wiecie, naprawdę się zbulwersowałam. A to dlatego, że cały czas mowa była o pasażerach citroena – młodych ludziach. Że tacy młodzi, że mieli plany na przyszłość,  że tragedia dla rodzin, że straszne… Oczywiście, że jest to tragedia. Szkoda tych ludzi i oczywiście, że byli oni czyimiś dziećmi, braćmi i siostrami. ALE! Ale prawie NIC nie wspomniano o pasażerach drugiego samochodu, małżeństwie po pięćdziesiątce. Dlaczego?? Ja się pytam co powoduje, że ich tragedia jest mniejsza od tragedii młodych ludzi? Bo są starsi?? Przecież oni prawdopodobnie byli czyimiś rodzicami. Byli tylko trochę starsi od moich rodziców. Może właśnie wracali w odwiedzin u córki?  Oczywiście tego nie wiem, ale po prostu szlag mnie trafiał jak słuchałam, że z ofiar z citroena prawie świętych robili, a przecież to któryś z NICH był sprawcą wypadku i ZABIŁ siebie i siedem innych osób. Cytat: „[Citroen] Zjechał na pobocze, a następnie znalazł się z powrotem na jezdni, dachując na pasie dla przeciwnego kierunku jazdy. Tam też zderzył się z prawidłowo jadącą toyotą corollą”
Ja rozumiem, że to wielka tragedia, że zginęło tylu młodych ludzi. Nie umniejszam jej. Ale zabili dwoje ludzi, którzy nie zginęliby, gdyby nie ten citroen. A gdyby to byli Wasi rodzice?? Gdyby to byli moi rodzice, kierowca citroena byłby dla mnie MORDERCĄ. Nie jestem pewna czy już wiadomo, kto prowadził citroena. Z relacji wynikało, że dziewczyna, która miała prawo jazdy trzy miesiące. Mówili, że zawiniła zła droga. Ale ludzie! Przecież osoba, która ma prawko trzy miesiące nie ma żadnego doświadczenia!!! Kiedy ja dostałam prawo jazdy, przez pół roku nie jeździłam sama, zawsze obok mnie siedział mój tato lub wujek. Nie pozwalano mi samej usiąść za kierownicą. Potem, kiedy już dostawałam samochód, przez rok nie pozwalano mi zabierać znajomych, bo moi rodzice nie zgadzali się, abym ja – niedoświadczony kierowca – brała odpowiedzialność za obce osoby. Nawet jeśli kierowcą nie była ta dziewczyna, osobą prowadzącą pojazd był ktoś najwyżej dwudziestoletni. Więc ile czasu miał prawo jazdy? Z tego co wiem policja wypowiadała się, że zawinił brak doświadczenia.
Być może zdarzy się tak, że tą notkę przeczyta ktoś, kto znał ofiary. Nie chcę żeby poczuł się urażony, bo jeszcze raz podkreślam, że zdaję sobie sprawę z tego, że to tragedia dla tych ludzi i ich rodzin. Ale ryczeć mi się chciało, kiedy widziałam, że prawie nie wspomina się o małżeństwie z „prawidłowo jadącej toyoty” . A przecież oni też zginęli. I to zginęli, bo jakiś niedoświadczony kierowca przesadził i nie potrafił zapanować nad samochodem.
Mam prawo jazdy sześć lat i mimo, że czuję się w miarę pewnie za kierownicą, staram się nie przesadzać z prędkością, w miejscach z ograniczeniami zwalniam – chociażby po to, żeby nie płacić mandatu, wyprzedzam tylko wtedy, kiedy widzę, że na długim odcinku przede mną nie jedzie nic z przeciwległego pasa i tak dalej. Nie jestem zawalidrogą, która poza terenem zabudowanym jedzie 60 km/h, ale ogólnie jestem strachliwa i staram się nie przekraczać setki, bo wtedy nie czuję się pewnie. Ale najgorsze jest to, że za każdym razem kiedy wsiadam za kierownicę, lub kiedy ktoś z moich bliskich wybiera się w dłuższą podróż boję się panicznie, że staną się ofiarą kogoś, kto szarżuje, przekracza prędkość, wyprzedza na zakrętach itd. Straszna jest dla mnie świadomość, że ktoś jadący prawidłowo w ostatniej sekundzie swojego życia ze zgrozą zobaczy wyjeżdżając zza zakrętu samochód pędzący prosto na niego, bo jego kierowca bez wyobraźni postanowił wyprzedzić na zakręcie…
I żeby nie było, że się uwzięłam na młodych, niedoświadczonych kierowców… Jakiś miesiąc temu R. jechał i był świadkiem wypadku, w którym mężczyzna w średnim wieku wyprzedzał i zderzył się czołowo z tico w którym jechały dwie siostry – 19 i 20 lat. Jechały prawidłowo. W ciężkim stanie odwieziono je do szpitala. Nie wiemy nawet czy przeżyły. A dupkowi nic się nie stało. Więc nie chodzi tu kuźwa o wiek, tylko o tę bezradność!!!  Ktoś jedzie dobrze a nigdy nie wie z jakim idiotami się spotka na drodze. Przeraża mnie to. A kierowca citroena miał w gruncie rzeczy szczęście, że zginął. Bo jak żyłby ze świadomością, ze zabił siedem osób? Powtarzam, gdyby ktoś z moich bliskich (odpukać, wypluć itd.) zginął w wypadku, bo jakiś kretyn nie potrafi się dostosować do warunków na drodze, to ten kretyn byłby dla mnie mordercą i gdyby przeżył, osobiście poszłabym mu powiedzieć to prosto w twarz.

piątek, 6 czerwca 2008

W oczekiwaniu na weekend

Kiepski tydzień miałam. Od poniedziałku jestem rozbita i nic mi się nie chce – a w pracy tyle roboty. Ale dzisiaj ostatni dzień, a przede mną dwa dni nicnierobienia. Nie jadę na weekend do domu i wreszcie nie mam szkoły. Cudnie. Może się wybierzemy na jakąś wycieczkę rowerową? Chociaż nie wiadomo jak będzie z pogodą. Zobaczymy. 

Pracuje u nas jeden koleś, którego nie mogę zdzierżyć. Od samego początku zresztą, bo wziął się nie wiadomo  skąd i nagle wskoczył na stanowisko, które miało być przeznaczone dla mnie. Już go nie lubiłam – miałam powód. Ale przełknęłam to i robiłam dalej swoje. On przychodzi tylko w weekendy i popołudniami, siłą rzeczy część jego obowiązków i tak wykonuję ja.  Na szczęście nie siedzę z nim w biurze, bo przychodzi wtedy, kiedy mnie nie ma – chyba bym nie zniosła widoku jego gęby. Rzadko się zdarzają ludzie, których tak nie lubię. Na chwilę obecną on jest jedyny. Taki przydupas szefa na dodatek, szpieguje wszystkich i wszędzie szuka winnych, nawet kiedy zepsuł się dziurkacz on już wyskoczył z tekstem, że przydałaby się kamera, bo byłoby wiadomo kto to zrobił. Na moją uwagę, że pewnie komuś spadło i się złamało spojrzał takim wzrokiem, że wolałam się nie odzywać więcej, bo już pewnie znalazłam się w kręgu podejrzeń.

Ostatnio zrobił coś, po czym bomba wybuchła. A konkretnie okazało się, że nie tylko ja go nie lubię. Po jego wybryku nagle wszyscy zaczęli mówić o tym jakie mieli doświadczenia z naszym „kolegą”. Jak na razie koleś ma przechlapane, wszyscy mają go za kapusia i przemądrzałego typka. I dobrze. A swoją drogą skąd się biorą tacy ludzie?? Przecież robi na złość kolegom z pracy i nie ma z tego absolutnie NIC!!! No może w niektórych przypadkach uznanie szefa… Ale czy naprawdę warto? No cóż, na pewno nie warto zaprzątać sobie głowę takim kimś. Ale pewnie jeszcze nie raz napsuje mi krwi. W każdym razie do wtorku mam spokój -  w poniedziałki i piątki pracuję w innym miejscu:)

niedziela, 25 maja 2008

Najlepsze scenariusze pisze życie?

Wczoraj naszła mnie taka refleksja, że czas się dla mnie zatrzymał dwa lata temu…  Zawsze miałam jakąś wizję przed sobą – widziałam mniej więcej swoją przyszłość, wiedziałam co będę robić – tak mniej więcej chociaż. A od dwóch lat – zero planu. Życie jakoś samo mi się układa. A najlepsze jest to, że jak się ktoś mnie pyta ile mam lat, to odpowiadam, autentycznie w to wierząc, że 21!! I dopiero po chwili sobie liczę, że przecież ja jestem rocznik 85…
Jak się lepiej żyje? Z planem czy bez? Kto więcej osiągnie – Ci, którzy konsekwentnie realizują swoje założenia, czy osoby wyznające zasadę Carpe Diem, nie wahające się ryzykować, kiedy z zakrętu wyłania się okazja do tego, aby zmienić swoje życie o 180 stopni?
Dwa lata temu byłam na drugim roku studiów, przede mną była sesja, potem beztroskie wakacje. Ale wszystko się zmieniło w maju, kiedy okazało się, że jadę do Hiszpanii na stypendium. Żal było mi zostawiać mieszkanko i moją współlokatorkę, więc postanowiłam, że sobie je zaklepię – właściciele byli wspaniałomyślni i miałam płacić nawet nie połowę raty miesięcznej. Ale zarobić musiałam na to mieszkanko, więc poszłam do pracy, nie pojechałam na wakacje do domu. I poznałam Franka, który wcale Frankiem nie jest, ale ponieważ tak mi się przedstawił, to tak już zostało;) Mieszkaliśmy dwa lata naprzeciwko siebie, ale ani on mnie, ani ja jego nie kojarzyłam. Widocznie było nam pisane poznać się właśnie 17 lipca 2006 roku :) We wrześniu wyjechałam do Hiszpanii, ale nasz związek przetrwał półroczną rozłąkę i jesteśmy razem do dziś. Po powrocie okazało się,  że na uczelni nie jest wcale tak różowo, i cały semestr musiałam pisać pracę licencjacką, uczyć się na bieżąco do egzaminów i jeszcze sama nadrobić cały pierwszy semestr… I tu znowu wtrąciło mi się życie i pierwszy raz nie zdałam egzaminu. To spowodowało, że obrona przeniosła mi się na wrzesień, a więc nie mogłam snuć żadnych planów w związku z moją magisterką. Kiedy patrzyłam w przyszłość widziałam tylko czarną plamę  - wiedziałam że muszę się obronić, a co dalej? I problem sam mi się rozwiązał, bo przez cały ten czas studiów dziennych pracowałam popołudniami, na wakacje również, a w sierpniu zaproponowano mi, no niezupełnie etat, bo ze względu na to że jestem studentką, mam umowę zlecenie, ale chodziło o to, że miałam chodzić do pracy nie od 16 do 19, tylko normalnie od 8 do 16. Postanowiłam, że magisterkę zrobię zaocznie i pójdę do pracy.
I w ten właśnie sposób, życie samo napisało dla mnie scenariusz. Nie jest mi z tym źle, daję się porwać prądowi i płynę wraz z nim. Oczywiście wiem, że chcę skończyć studia, założyć rodzinę, ale na razie to żadne konkrety. Pracuję jako księgowa i jest mi z tym dobrze, chyba jestem powołana do cyferek:) Ale studiuję coś z zupełnie innej beczki. Co zrobię jak już będę miała trzy magiczne literki przed nazwiskiem? Zmienię pracę na jakąś związaną bardziej z moim zawodem? A może jakieś studia podyplomowe?  Z Frankiem jest raz lepiej, raz gorzej, ale raczej oboje nie widzimy innej opcji, jak tą że będziemy razem. Na razie czekam jakie niespodzianki przyniesie mi życie, a  jak będzie zbyt leniwie się do tego zabierało, na pewno zadziałam:)
No więc jak to jest z tym życiem bez planu? A może to lenistwo? Bo się człowiekowi nie chce zastanowić nad tym, co chce dalej robić?
Wiem jedno – jestem szczęśliwa. Na razie życie jest dla mnie łaskawe… Widocznie stwierdziło, że ma dla mnie ciekawsze propozycje, od tych, które sama sobie mogłam zaoferować.