*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

O wszystkim trochę.

Wróciliśmy już na dobre, teraz się już nigdzie nie wybieramy przez najbliższy miesiąc :) Wczoraj już mi się nie chciało pisać, położyliśmy się z Frankiem wcześniej spać, bo noc z poniedziałku na wtorek była bardzo ciężka dla całej naszej trójki. Jeszcze nigdy od urodzenia Wikinga nie mieliśmy tak nieprzespanej nocy, Wikuś budził się dosłownie co chwilę. Nawet co 10 minut. Dopiero nad ranem zasnął na trochę dłużej. Coś mu dolegało, choć nie jesteśmy pewni co. 
Ale dzięki temu spał całą drogę z Poznania do Warszawy. Ja sobie też troszkę odespałam, zdrzemnęłam się raptem na 20 minut, ale zregenerowałam dzięki temu siły. Franek nie mógł, bo prowadził, ale trzymał się dzielnie. Po powrocie przeszliśmy się do lekarza, bo Wiking od poniedziałku nie miał już stanu podgorączkowego, za to pojawił się brzydki kaszel. A lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej jakaś choroba próbowała złapać Wikinga, ale jego układ odpornościowy był na tyle silny, żeby się obronić (podwyższona temperatura przez parę dni) i teraz została już tylko jakaś końcówka, nie ma więc powodów do obaw ani nawet do tego, żeby leczyć to farmakologicznie.
Wczoraj nareszcie się wyspaliśmy. Wikingowi pewnie było lepiej we własnym łóżeczku i na starych śmieciach. No i już go nic nie męczyło. Oby tylko tak dalej :)

Czas w Poznaniu oczywiście też minął nam bardzo szybko, ale udało nam się zaliczyć wszystkie zaplanowane wizyty, a przynajmniej te z pakietu podstawowego ;) Wczoraj, kiedy siedziałam w samochodzie uświadomiłam sobie, że przez ten ostatni tydzień prawie wcale nie zajmowałam się Wikingiem! Oczywiście nie mam na myśli takich podstawowych czynności jak ubieranie, przewijanie, czy karmienie (choć już naprawdę coraz mniej karmię piersią, może jednak uda się w miarę naturalnie z tego zrezygnować), ale przez pozostały czas to teściowie albo Franek bawili się z Wikusiem, czytali mu, nosili go, czy nawet usypiali. Ja w tym czasie siedziałam przy komputerze, szydełkowałam, a najczęściej wychodziłam z domu po prostu. Teściowie kiedyś chyba trochę bali się Wikinga :) Teraz już się do niego przekonali i nie mają oporów przed zajmowaniem się nim, odkąd stał się bardziej kontaktowy i można się z nim bawić. Mieliśmy więc z Frankiem sporo czasu dla siebie. Ale kiedy jesteśmy tylko we trójkę i tak jestem bardzo odciążona, bo naprawdę jest tak, że kiedy Franek ma wolne to i ja mam wolne :)  Nie wiem, jak ja się przyzwyczaję później do "starych porządków", bo przecież nie było ich już od ponad miesiąca. Ale na pewno damy radę.

A tymczasem przed nami jeszcze tydzień wolnego. Mamy sporo spraw do pozałatwiania i wzięliśmy się do roboty - przede wszystkim jeśli chodzi o planowanie. Bo wiadomo, że grunt to dobry plan :) Doskonale funkcjonujemy, jeśli sobie wcześniej wszystko przemyślimy i opracujemy. I tak, spisaliśmy sobie wszystko, co mamy do załatwienia. Rozpisaliśmy to mniej więcej na dni. Rozplanowaliśmy też sprawy jedzeniowe, czyli głównie obiady nasze i Wikinga i zrobiliśmy zakupy. Już dawno zauważyliśmy, że kiedy sobie nie przemyślimy tej sprawy to jemy zdecydowanie mniej zdrowo i w ogóle jakoś tak byle jak, bo albo nie mamy czegoś w lodówce, albo nie mamy czasu żeby coś przygotować, bo za późno o tym pomyśleliśmy. Dlatego staramy się mieć wstępny jadłospis na tydzień. Oczywiście nie jesteśmy niewolnikami naszych planów i przewidujemy jakieś odstępstwa a także pozostawiamy jakiś margines błędu. No i jakaś rozrywka i czas wolny też są oczywiście przewidziane - właśnie o to chodziło, żeby sobie ustalić to, co mamy do zrobienia na dany dzień, bo dzięki temu wiemy, kiedy można sobie pozwolić na jakiś odpoczynek.

Pojechaliśmy dzisiaj na zajęcia z Wikingiem, po pięciu tygodniach przerwy. Był zachwycony i znowu brylował ;) Prowadząca określiła go mianem gwiazdy dzisiejszego spotkania, bo po prostu było go najwięcej widać. Inne dzieciaki też były super - znowu była wyjątkowo fajna grupa - z tym, że Wikuś był po prostu najbardziej ekspresywny w swoich zachwytach i na wszystkim robiło to wrażenie. Uczestniczył w zabawach, powtarzał gesty, śmiał się na głos i był asystentem prowadzącej, która demonstrowała na nim różne ćwiczenia i zabawy. Naprawdę pojęcia nie mam, co sprawia, że on się w taki sposób zachowuje - czy chodzi o znajome otoczenie, czy tak bardzo lubi muzykę, czy może po prostu taką ma osobowość. W domu też się taki często jest, dużo się śmieje, radośnie zwiedza całe mieszkanie i nas zaczepia, jednak im więcej bodźców, tym lepiej. Chwalę się tym naszym Wikingiem, wiem, ale widocznie każda matka musi czasami wejść w taką rolę :) W każdym razie tak bardzo mnie to cieszy, że aż muszę się tą radością podzielić :)

piątek, 6 listopada 2015

Wyjeżdżamy :(

I nadszedł ten dzień. Jutro wyjeżdżamy... :( Dziwnie się czuję - normalnie, jakbym się stąd wyprowadzała na dobre, choć przecież od lat już nie mieszkam w Miasteczku. Myślę, że to dlatego, że zdaję sobie sprawę z tego, że powoli dobiega końca jakiś kolejny etap w moim życiu i znowu nadejdzie czas, kiedy nie będę mogła sobie powtarzać "pomyślę o tym później".

Spędziliśmy tutaj trzy tygodnie. Tak długo w Miasteczku to ja nie siedziałam chyba od roku 2007, kiedy to wróciłam z Hiszpanii, na studiach miałam akurat przerwę semestralną. Później już zawsze wpadałam maksymalnie na tydzień, no i w minione wakacje siedziałam tu przez dwa tygodnie. Kiedy tu jechaliśmy wydawało mi się, że to tyyyle czasu... I oczywiście jak zwykle minęło zbyt szybko, choć prawda jest taka, że od początku wiedziałam, że tak będzie :)

Cóż mogę powiedzieć? W Miasteczku jest mi po prostu bardzo dobrze! Czuję się tu jak u siebie, nadal mam swój pokój (którym musiałam się podzielić z Wikingiem i Frankiem ;)), często mam wrażenie, że tutaj jestem w jakiś magiczny sposób odgrodzona od problemów dnia codziennego. Myślę, że właśnie w tym tkwi sekret... Bo naprawdę czuję się tu wspaniale, ale przede wszystkim dlatego, że mam świadomość, że jestem tu na wakacjach, myślę, że inne odczucia miałabym, gdybym mieszkała tu na stałe. Jestem wręcz tego pewna... Ale o tym może innym razem, bo to chyba dłuższe rozważania.

Wczoraj jeszcze mnie to nie ruszało, dzisiaj od rana też nie. Ale po południu już poczułam ogromny żal, że to ostatni spacer w Miasteczku, że po raz ostatni Wikuś szaleje po całym mieszkaniu, że ostatni raz się kąpie w wannie. Już czuję żal za tą naszą codziennością miasteczkową. Pierwszy tydzień był taki sobie, przyznaję. Pisałam Wam zresztą o tej kumulacji. Ale później wszystko wróciło do normy i było naprawdę fajnie. A nawet lepiej niż w Podwarszawie. Nie wiem dlaczego, ale jakoś inaczej mi tutaj dni mijają, mimo, że przecież tyle samo czasu spędzam sama z Wikingiem. Nie umiem tego w żaden sposób wytłumaczyć, nie potrafię za bardzo znaleźć różnicy - a szkoda, bo wtedy mogłabym poprawić to, co szwankuje w domu. Nie wiem, może to po prostu cały czas chodzi o magię wakacji...
Oj będzie mi jutro smutno, będzie. I obawiam się poważnego syndromu przedszkolaka.
 W sumie to planowałam więcej napisać, ale jakoś mi się odechciało:)

Godzinę później:
W sumie to się zastanowiłam i chyba trochę wiem o co chodzi. Ja tutaj spędzam więcej czasu z Wikingiem i jest on bardziej intensywny! Daje mi to dużo radości. Jednocześnie wydaje mi się, że mam też więcej czasu na swoje szydełkowanie (prawie skończyłam śpiworek dla Wikinga) albo czytanie (przeczytałam cztery książki) Jakoś lepiej godzę tutaj jedno z drugim. Wczoraj na przykład siedziałam i czytałam książkę, a książeczkę Wikinga trzymałam na kolanach i on przez 20 minut (!) przewracał w niej strony w te i wewte. Tym samym jednocześnie się z nim bawiłam i czytałam :) Poza tym jakoś się tu więcej wygłupiamy i przytulamy. W domu po prostu ciągle wynajduję sobie coś do roboty i kiedy Wiking bawi się sam, to ja wykonuję codzienne obowiązki, a tutaj nadal jestem obok niego i od czasu do czasu coś do niego zagadam, przytulę go, połaskoczę... Mam wrażenie, jakbym w Podwarszawie funkcjonowała w innym trybie, coś w rodzaju "na przetrwanie", brakuje mi takiej radości dniem codziennym. Chociaż oczywiście nie zawsze. Hmm, złożony temat chyba sama sobie dałam do myślenia i będę musiała się nad tym wszystkim zastanowić.

czwartek, 29 października 2015

Powiew beztroski.

Dokładnie rok temu pisałam notkę z krótkim sprawozdaniem z naszych wakacji. Ostatnich takich wakacji. Słowo "ostatnie" spowodowało, że pojawiły się pewne protesty ze strony kilku osób, ale dziś wiem, że nie pomyliłam się . Wtedy mogłam sobie wszystko tylko wyobrażać, ale dzisiaj już mam pewność, że to naprawdę był ostatni urlop w takiej formie i nie ma co udawać, że jest inaczej...

Znowu więc będzie dzisiaj sentymentalnie (chyba cały cykl takich notek się szykuje, bo jeszcze przecież o duchach nie skończyłam :)), bo wspominam te ostatnie dni października 2014 z ogromną nostalgią. Pojechaliśmy z Frankiem do Wisły, po sezonie, ale jednak i tak wakacje mieliśmy jak najbardziej udane. To był cudowny czas i tak naprawdę radość z tamtych chwil zakłócała mi tylko cukrzyca i fakt, że musiałam zastanawiać się, co mogę zjeść na obiad. Dziś tamto wydaje mi się tylko drobnym zmartwieniem i nawet myślę o tym z lekkim rozrzewnieniem...
To był ostatni raz, kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje. Kiedy mogliśmy myśleć tylko o sobie i nie zastanawiać się nad tym, jak rozplanować wycieczkę, żeby nie było problemu z karmieniem, przewinięciem, spaniem... (to tylko takie przykłady, chodzi o sam fakt). Kiedy w ogóle mogliśmy się skupić tylko na sobie i bliskości między nami. To się już nie powtórzy przez wiele, wiele lat. A przypuszczam, że nawet jak już będziemy urządzać sobie wycieczki na emeryturze, to nie jest wykluczone, że będziemy myśleć o naszym dorosłym dziecku ;) Ale któż to teraz wie? :)

Rzecz w tym, że przez najbliższe lata nigdzie się na dłużej tylko we dwoje nie wybierzemy. Nie będzie możliwości, żeby na parę dni zapomnieć o dziecku i skupić się tylko na sobie. Z tego powodu tęsknię trochę za tym zeszłorocznym wypoczynkiem, kiedy mimo wszystko człowiek był trochę bardziej beztroski. Jednak poczucie odpowiedzialności za jeszcze jedną osobę - w dodatku tak bezbronną na razie - odciska się zdecydowanie na naszej świadomości. I podświadomości. Tak naprawdę trochę trudno mi to opisać. I myślę, że to dlatego, że paradoksalnie już nie wyobrażam sobie jakby to było bez Wikinga :)
Brak mi trochę tamtych chwil. Kiedy mogliśmy sobie wyjść wieczorem, potrzymać się za rękę w pizzerii, pograć w bilarda, zrobić sobie długą wycieczkę nie zastanawiając się nad tym, żeby zabierać ze sobą akcesoria niezbędne do nakarmienia malucha na przykład. Albo po prostu pograć w karty lub poczytać na ławce w parku ;) Brak mi tego, żeby budzić się samemu i mieć możliwość poleżenia w łóżku i pogapienia się w sufit - nawet jeśli dziś budzę się o tej samej porze, co rok temu, to jednak jest inaczej.
Brak mi tego, ale jednocześnie cieszę się na kolejne lata, kiedy to będziemy wyjeżdżać we trójkę. Na razie Wiking ma za sobą dopiero jedne "prawdziwe" wakacje, kiedy to byliśmy w Kampinosie, ale to też nie były wakacje we trójkę, bo Franek nie miał urlopu. Nie żałujemy jednak, bo wiemy, że najlepsze przyjdzie dopiero, kiedy Wikuś będzie już więcej rozumiał. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy razem spacerować brzegiem morza albo jakąś górską doliną... Kiedy pokażemy Wikingowi jakiś piękny krajobraz albo majestatyczny zamek. Wszystko jeszcze przed nami i naprawdę bardzo się na to cieszę, mimo, że jednocześnie mam w sobie tę tęsknotę za tym co było rok temu. Kiedy próbuję te swoje uczucia jakoś przeanalizować i zracjonalizować stwierdzam, że po prostu w życiu chyba na wszystko po prostu przychodzi czas i tak jak trudno było mi się pożegnać ze studenckim życiem, chociaż jednocześnie już go nie chciałam, tak teraz trudno jest mi tak zupełnie zapomnieć o beztroskich chwilach pierwszych lat małżeńskich. Przy tej okazji muszę powiedzieć, że ogromnie się cieszę, że mieliśmy ten czas dla siebie. Wiem, że niektórzy na dziecko decydują się od razu po ślubie i chociaż absolutnie szanuję ten wybór, to muszę powiedzieć, że nigdy tego nie rozumiałam - a teraz jestem wręcz pewna, że na pewno bym tego nie chciała. Ale podkreślam, że każdy ma swój sposób na życie i najważniejsze jest, żeby czuł się szczęśliwy i spełniony a są przecież pary, dla którego dziecko jest dopełnieniem szczęścia małżeńskiego i ja to szanuję.

Przy okazji tych wspomnieć, włącza mi się projekcja jeszcze jednego filmu z przeszłości. Końcówka października 2012... Wtedy tak podejrzewałam, dziś już jestem pewna- to były wakacje mojego życia! Nasza podróż poślubna na Fuerteventurę była wspaniała. Jeszcze dziś widzę nas siedzących na tarasie w hotelu - Franek w koszuli w kratkę, ja w czerwonej sukience. Sączyliśmy drinki i spoglądaliśmy w stronę oceanu a chłodna bryza rozwiewała nam włosy. Byliśmy szczęśliwi, pełni nadziei na przyszłość i zwyczajnie zadowoleni ze swojego życia. I to wtedy byliśmy chyba najbardziej beztroscy w życiu. Nie wiem, czy tamto uczucie kiedykolwiek wróci... Trochę inaczej poukładało nam się życie od tego, jak je sobie wtedy planowaliśmy, choć nie mogę powiedzieć, że wyszliśmy na tym bardzo źle. A liczę, że będzie jeszcze lepiej. Niemniej jednak do tamtego hotelu i tamtego czasu wróciłabym jeszcze chętniej... :) To była podróż mojego życia, można nawet powiedzieć, że spełnienie moich marzeń, choć chyba nawet nieuświadomionych :) A nawet tego porządnie nie opisałam tu na blogu, bo zbiegło się to z jakimś kryzysem twórczym. Być może jak wrócę do Podwarszawia otworzę na komputerze folder ze zdjęciami z tamtych wakacji i trochę powspominam. Może nawet się tymi wspomnieniami z Wami podzielę.

***
Przełom października i listopada może być jednak pięknym czasem. Zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje i jest taka, jak w ostatnich dniach :) 
A dziś dzień szczególny, bo nasza kochana Dorotka obchodzi trzydzieste urodziny :) Jeszcze jej nie wysłałam życzeń, bo zastanawiam się, jak ubrać w słowa to wszystko, co o niej myślę i czego jej życzę. Oczywiście poza jednym wyznaniem, które jest zawsze obowiązkowym przy takich okazjach. W końcu gdyby ona któregoś razu w moje urodziny nie napisała mi, że mnie kocha, to bym się bardzo zaniepokoiła ;))

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Przeżyliśmy, wróciliśmy, jesteśmy :)

Jak w tytule. Wróciliśmy już do Podwarszawia. Wczoraj po 20. Wesele za nami. I jak było? Trudne pytanie :) Z jednej strony dużo lepiej niż się spodziewałam, z drugiej... dużo gorzej! 
Kiedy teściowie zgodzili się zaopiekować Wikingiem w czasie wesela, wpadli na pomysł, że pojadą z nami i sobie wynajmą tam pokój. Gdy para młoda się o tym dowiedziała, to nie dość, że powiedzieli, że ten pokój dla nich opłacą, to oficjalnie zaprosili ich na wesele. W tym miejscu muszę podkreślić, że młodzi - a w szczególności pan młody, który od lat koleguje się z Frankiem, a ze mną również od jakichś ośmiu - sprawiali wrażenie, jakby im bardzo zależało na naszej obecności tego dnia. Marcin kilka razy do nas dzwonił, żeby się dopytać o to i owo, aby mieć pewność, że nic nam tego dnia nie zakłóci i że będziemy mieli co zrobić z Wikingiem. W czasie wesela wiele razy podchodził do nas, tańczył ze mną kilka razy i to właśnie z Frankiem jako ostatnim gościem siedział już po zabawie i rozmawiał. Wczoraj wieczorem, mimo, że był padnięty po poprawinach, zadzwonił do nas, żeby zapytać, czy spokojnie dojechaliśmy i czy wszystko jest w porządku. Gdybym miała określić Marcina jednym słowem, to powiedziałabym, że jest najbardziej poczciwą osobą, jaką znam :) Bardzo go lubiłam od samego początku - a początki były takie, że zaczął mi mówić "cześć", kiedy się mijaliśmy na osiedlu, tylko dlatego, że wiedział, że jestem dziewczyną Franka. Bo oficjalnie jeszcze nie zostaliśmy sobie przedstawieni :) 
O kolegach Franka pisałam już wiele razy i wspominałam, że wobec mnie byli i są zawsze bardzo życzliwi i pełni szacunku. Nie raz było tak, że Franek mnie pozostawiał pod ich opieką :) Zawsze świetnie się czułam w ich towarzystwie - również w towarzystwie Marcina, z którym spotykaliśmy się stosunkowo często. Początkowo byłam jedyną dziewczyną w tej paczce, dopiero jakieś dwa lata temu pojawiła się dziewczyna, a dziś żona Marcina, a rok temu dziewczyna Ediego (i już spodziewają się dziecka, więc to raczej coś poważnego :P). Singli więc w paczce coraz mniej, ale przyznać trzeba, że każda nowo pojawiająca się dziewczyna jest traktowana z taką samą estymą, co ja :)
W każdym razie, jeszcze raz - o kolegach Franka pisałam już wiele razy, więc dzisiaj już temat skończę i wrócę do wesela. Kiedy para młoda dowiedziała się, że rodzice będą z nami na weselu, postanowili zaprosić ich oficjalnie również do stołu. To było bardzo miłe z ich strony i w sumie skoro teściowie i tak zdecydowali, że z nami przyjadą (co oczywiście miało swoje dobre strony, choć początkowo zdziwiło mnie to bardzo i nie powiem, że skakałam z radości :)) stwierdziliśmy, że nawet dobrze wyszło. Choć chwilami wydawało mi się, że Marcin wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę, bo bałam się trochę, że skończy się tak, że to ja będę się stresować, że Wiking płacze w kościele, że to ja będę go musiała nakarmić i uśpić...
Ale na szczęście się pomyliłam! Początki były faktycznie trudne, bo rzeczywiście w kościele Wiking był trochę niespokojny (choć nie zawsze tak jest, ale tego dnia akurat kościół mu nie pasował:)) a teściowie trochę zwlekali z wyjściem na zewnątrz. Później jeszcze przy obiedzie trochę marudził, bo miał już po prostu dość siedzenia w foteliku, wózku albo krzesełku do karmienia - chciał sobie pohasać (żebyście widziały jego minę, jak w końcu został puszczony na "wybieg" w postaci dwóch złączonych łóżek :P), ale generalnie mniej więcej o 19 mogłam zapomnieć, że mam dziecko... A na początku w ogóle było fajnie, bo Wiking jako najmłodszy gość robił furorę wśród innych zaproszonych, a zresztą z kolegów tylko Marcin i Edi mieli już okazję go zobaczyć, więc reszta teraz chętnie przywitała się z nowym członkiem naszej paczki :P
Teściowie po obiedzie poszli z Wikingiem do pokoju i tam się nim zajmowali przychodząc tylko od czasu do czasu po coś do picia. Kiedy ten zasnął, na zmianę przychodzili na salę coś zjeść i porobić jakieś zdjęcia. Nie stresowałam się niczym i naprawdę nie myślałam o Wikingu, bo wiedziałam, że teściowie jakoś sobie poradzą. Dopiero kiedy się położyłam przed trzecią, zaczęłam myśleć o tym, że dziecka przy mnie nie ma. Generalnie to choć bardzo się starałam, nie mogłam zasnąć - i nie wiem, co było tego przyczyną, ale przypuszczam, że po prostu oduczyłam się tak późnego chodzenia spać i mój organizm, choć wykończony, po prostu stwierdził, że pora na zasypianie już minęła :/
Kiedy więc o szóstej usłyszałam płacz Wikinga, który mieszkał kilka pokoi dalej, poszłam go normalnie nakarmić, bo pełne piersi już zaczęły mi dokuczać a nie chciało mi się odciągać pokarmu - w takim upale i tak musiałabym go wylać, a szkoda by było. 
Cały poranek byłam bardzo zmęczona i pomimo kilku podejmowanych prób nie udało mi się już zasnąć. Czekałam z niecierpliwością na śniadanie i na moment, kiedy pojedziemy do Poznania. W samochodzie faktycznie udało mi się trochę przysnąć, a potem jeszcze miałam 1,5h drzemki, podczas gdy teściowie rzeczywiście zajmowali się Wikingiem - a mnie po tym naprawdę zrobiło się wreszcie lepiej i czułam się już prawie wypoczęta :)

W czym więc problem i dlaczego napisałam, że było też dużo gorzej? Bo niestety Franek, pomimo zarzekania się wypił za dużo. Przez większość czasu bawił się ze mną, kilka razy tańczyliśmy. Był wobec mnie bardzo szarmancki i przymilny, chociaż momentami znikał z kolegami (ale rozumiem, w końcu długo się z nimi nie widział, a dawno nie mieli okazji się spotkać w tym gronie) - ale zawsze sobie wtedy jakoś radziłam, bo albo jadłam, albo tańczyłam z teściem lub jakimś kolegą pozostałym przy stole. Kiedy wreszcie nad ranem przyszedł do pokoju też nie było najgorzej, ale potem pokazał różki i niestety zaczął się zachowywać tak, jak kiedyś, gdy za dużo wypił. Te z Was, które nas znają od dawna, pewnie pamiętają, że prawie zawsze, kiedy Franek popłynął z alkoholem, kończyło się to jakimiś zaczepkami wobec mnie i ostatecznie poważną kłótnią. On po prostu nie był sobą, ale to nie zmienia faktu, że bardzo mi się to nie podobało i ogólnie skwasiło mój nastrój na długi czas. Do tego byłam zła, bo Franek wiedząc, że następnego dnia musi prowadzić samochód miał nie pić za dużo (a było z tego tylko tyle, że po prostu nie pił wódki a jedynie piwo, które niestety zdaniem Franka praktycznie nie jest alkoholem :/) i nie wiedziałam, jak wrócimy do domu. Był już nawet pomysł teścia, że nas zawiezie i sam wróci pociągiem! Na szczęście o 16tej Franek się obudził w lepszym nastroju i z lepszym samopoczuciem, zachowywał się w stosunku do mnie, jakby nic się nie wydarzyło. Zbadał się alkomatem i wyszło, że nie ma już alkoholu w wydychanym powietrzu, więc przed 18 wyruszyliśmy w drogę. Ja nadal byłam zła, a może nawet bardziej smutna. Trochę mi przeszło dopiero wieczorem, kiedy Franek przeprosił za swoje zachowanie. 

Wiking wymęczony wakacjami, kolejną zmianą miejsca (na Poznań i na hotel) oraz weselem, spał całą drogę. Kiedy przyjechaliśmy o 20:30 do domu, nie chciał nawet jeść, tylko od razu podraczkował do swoich ulubionych zabawek, za którymi się stęsknił. Byliśmy zmęczeni, więc chcieliśmy się jak najszybciej położyć i obawialiśmy się, że Wiking się z nami nie zgodzi w tej materii ;) I rzeczywiście, włożony do łóżeczka, co chwilę wstawał i uwieszony na szczebelkach cieszył do nas, leżących na łóżku obok, swoją mordkę :) W końcu o 22 zarządziłam spanie i po prostu zgasiłam światło! Wiking jeszcze chwilę się powiercił, ale zasnął - zresztą nawet nie jestem pewna kiedy, bo ja chyba zasnęłam wcześniej (jak przez mgłę pamiętam, że Franek powiedział, że chyba już mały zasypia, bo jego wiercenie się zmieniło formę), dopiero o północy wybudziłam się na chwilę, żeby sprawdzić, co tam w łóżeczku słychać.
Spaliśmy do szóstej, potem Franek pojechał do pracy a my się jeszcze dosypialiśmy do ósmej. Później Wiking się bawił podczas gdy ja jadłam śniadanie, a teraz od godziny już zażywa swojej pierwszej drzemki i pewnie zaraz się obudzi i nie zdążę już odpowiedzieć na komentarze pod poprzednią notką :P

Podsumowując, poza tym przykrym porannym incydentem, było całkiem fajnie. Miło było spotkać się ze znajomymi, trochę się powygłupiać, zjeść coś dobrego i potańczyć. Przyjemnie było posłuchać męża szepczącego mi do ucha, że ładnie wyglądam i wyznającego swoje uczucia i cieszyć się tym, że coraz bardziej zgrani jesteśmy we wspólnym tańcu (co potwierdziła teściowa, która obiektywnym okiem obserwatora mogła porównać nasz tanieć z tym na pierwszym weselu, na które poszliśmy razem w 2007 roku).
Ale teraz już wróciliśmy po trzytygodniowej labie i musimy sobie na nowo wypracować codzienność i rutynę. Pewnie będzie już inaczej wyglądała, bo kiedy wyjeżdżaliśmy w połowie lipca, Wiking jeszcze nie był aż tak mobilny.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Pakowania nadszedł czas.

To zdanie musi tutaj paść, mimo, że jest tak banalne i oklepane - niestety wszystko, co dobre szybko się kończy! :( I moje wakacje również dobiegają właśnie końca. Teraz Wikuś zażywa sobie drzemki (wiecie, że zasypia już niemal wyłącznie w łóżeczku od jakiegoś czasu? :) Uważam to za swój osobisty sukces pedagogiczny :P), a jak się obudzi, to zorganizuję mu plac zabaw na moim łóżku a sama zacznę już nas powoli pakować. Na szczęście się trochę wycwaniłam i przygotowawszy sobie rzeczy do zabrania, połowę odrzuciłam, nauczona doświadczeniem, że i tak nigdy nie zakładam tych rzeczy zabranych "na wszelki wypadek". Dlatego nie mam tego za dużo. Poza tym kupiliśmy niedawno z Frankiem gigantyczną torbę - ale naprawdę gigantyczną :P - żeby nie nosić dziesięć różnych mniejszych lub większych bagaży, tylko mieć wszystko w jednym i bardzo się to sprawdza. Dlatego myślę, że szybko mi to pakowanie pójdzie. Jeszcze dzisiaj mam umówioną wizytę u fryzjera popołudniu, wieczorem zaliczę pożegnalny spacerek ulicami Miasteczka i jutro wyjeżdzamy :( Chlip, chlip ;(

Zapytacie, dlaczego wyjeżdżamy już jutro a nie w niedzielę. A może nie zapytacie, ale i tak Wam odpowiem :P Ano dlatego, że zahaczamy jeszcze po drodze o Poznań. Jesteśmy zaproszeni na wesele kolegi Franka (na właściwie mojego już też), który zresztą u nas też był na weselu, choć jeszcze bez pary :) Zawozi nas mój wujek, jutro wieczorem spotykamy się z Frankiem w Poznaniu, w sobotę jesteśmy na weselu, w niedzielę rano przez chwilę na poprawinach, potem obiad jemy u teściów i wracamy do Podwarszawia a moje wakacje dobiegają końca. Taki jest plan. 

Będę szczera - chociaż z jednej strony mam ochotę pobawić się trochę na weselu i zjeść coś dobrego, to jakoś mi ta impreza nie do końca pasowała... Po pierwsze właśnie dlatego, że skracała mi wakacje przynajmniej o trzy dni (a może i zostałabym nieco dłużej - kto wie?). Po drugie jestem pełna obaw. Wikingiem będą się zajmować teściowie. Oczywiście tego się nie obawiam - jakoś sobie na pewno dadzą radę, choć moim rodzicom pewnie byłoby nieco łatwiej, bo mieli okazję przebywać ostatnio z Wikingiem na bieżąco. Moje obawy natomiast dotyczą dnia następnego... Wiadomo, że z wesela nie wypada wyjść za wcześnie i chociaż do tych oczepin dotrwać. Zresztą nawet nie chciałabym uczestniczyć w takiej imprezie połowicznie i wychodzić zanim się jeszcze ściemni. A tak musiałabym zrobić, gdybym chciała się wyspać. Wikinga natomiast mało będzie obchodziło, że mama jest po imprezie i poszła spać grubo po północy (bo zakładam, że jednak przesadzać nie będę i do białego rana nie poszaleję) i tak się obudzi tak jak zawsze, czyli między piątą a siódmą (wczoraj była 6:30, ale dziś już 5:15). Franek spotka się z całą swoją paczką, więc oczywistym będzie, że sobie popije i rano tym bardziej wstać mu się nie będzie chciało. Kto więc będzie musiał zająć się od rana dzieckiem? Oczywiście mama. Niewyspana mama. Kiedy dzieliłam się obawami z moimi teściami, zapewniali mnie, że przecież oni się w niedzielę zajmą wnuczkiem. Ale jak będzie, to się okaże. Na razie okazało się tyle, że Franek nie dostał wolnego na poniedziałek, więc będziemy musieli wracać już w niedzielę, a to oznacza, że nie będzie mógł aż tak zaszaleć z alkoholem, co mnie akurat cieszy ;)

No nic, zobaczymy jak to będzie i jak nam minie pierwsze "zwikingowane" wesele. Powiem szczerze, że na pewno cieszyłabym się na nie bardziej, gdyby było na przykład za tydzień ;) Teraz nie dość, że muszę wyjeżdżać szybciej, to jeszcze mają być straszne upały. Ale tak już wyszło i nic na to nie poradzę. A nawet gdyby nie to wesele, to i tak w końcu musiałabym stąd wyjechać i zakończyć urlopowanie, więc pewnie byłoby mi tak samo trudno. Bardzo możliwe, że syndrom przedszkolaka dopiero mnie dopadnie...

A tymczasem czekam na narodziny Emmy u hiszpańskiej Ani. Miała się urodzić za tydzień, ale dzisiaj Ania napisała mi, że jest w szpitalu i wywołują jej poród ze względu na zbyt wysokie ciśnienie i białko w moczu. Ciekawa jestem, czy uda się, żeby między Emmą i Wikusiem było dokładnie 7 miesięcy różnicy :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W ogrodzie i w puszczy.

Jak już wspomniałam, pierwszy tydzień wakacji spędziłam razem z Wikingiem i moimi rodzicami w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Chcieliśmy znaleźć jakieś gospodarstwo agroturystyczne, które będzie się nadawało na pobyt z niemowlakiem i które jednocześnie będzie stosunkowo niedaleko, bo myśleliśmy, że dwa razy w tygodniu trzeba będzie jechać na rehabilitację. 
Znalazłam więc kwaterę niecałe 40 km od Podwarszawia, która spełniała nasze oczekiwania - miała jeden pokój trzyosobowy, ale z dużym łóżkiem, tak, że mogłam spać z Wikingiem. Poza tym było tam też miejsce na wózek, łóżeczko turystyczne, był aneks kuchenny a w łazience oprócz prysznica była wanna, co jest naprawdę rzadko spotykane, a nam bardzo ułatwiło kwestię kąpieli Wikinga. W porównaniu do innych miejsc, o które się pytałam, było tam bardzo tanio - za nas troje plus dziecko zapłaciliśmy tylko 100 zł za dobę. Ta cena początkowo wydawała nam się nieco podejrzana, trochę się z mamą bałyśmy o warunki, ale zdjęcia źle nie wyglądały... Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia - nie wpłacaliśmy żadnej zaliczki ani nic, więc mogliśmy tam pojechać, a jakby się okazało, że coś jest nie tak, to się ewakuować gdzieś indziej.
Jednak nie mamy szczególnie dużych wymagań - najważniejsze jest dla nas, aby było czysto, a tak naprawdę ja zawsze zwracam uwagę na łazienkę. Jeśli jest czysta, schludna, zadbana i w miarę nowoczesna (czyli raczej kafelki i ceramika, a nie linoleum i plastik), to już jest ok. Od razu po przyjeździe więc zlustrowałyśmy łazienkę, która nas w pełni zadowoliła :) Pokój też był w porządku - był wspomniany aneks, lodówka, kilka naczyń, mały telewizor, stół, krzesła, szafa, półeczki i lampki nad łóżkami oraz wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić łóżeczko dla Wikinga, które służyło nam także za kojec.
Standard nie był powalający, ale rzeczywistość była zgodna z tym, co widzieliśmy na zdjęciach - ot, lata 70-80te powiedzmy :) Ale akurat nam to nie przeszkadzało. Było czysto i to wystarczyło, wyposażenie nie musiało już być dla nas super nowoczesne. 
Pokój był w takiej przybudówce, wychodziło się z niego od razu na podwórko. Tam jedliśmy przy stole ogrodowym większość posiłków i spędzaliśmy większość czasu w ogrodzie na tyłach domu. Ogród był przepiękny - rosło w nim mnóstwo kolorowych kwiatów, na które nie mogłam się napatrzeć.W ramach atrakcji mieliśmy do dyspozycji miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, niewielki basen i huśtawkę ogrodową, która była świetnym patentem na marudzącego Wikinga :) Uwielbiał się huśtać. Była tam też zjeżdżalnia, piaskownica i trampolina, ale to akurat nie do końca trafiło w naszą kategorię wiekową :)
Jak na gospodarstwo agroturystyczne przystało, po obejściu kręciły się dwa psy, kot i kury. Co chwilę słychać było pianie koguta albo muczenie krów sąsiadów. Było tak, jak powinno być na wsi! Przypomniały mi się wakacje u mojej babci! Tak naprawdę jedynym mankamentem były kurze odchody na podwórku, ale przecież się z tym liczyłam. Jako miastowa pańcia uważałam bardzo, żeby w nic nie wdepnąć, ale generalnie aż tak mi to nie przeszkadzało. Za to kury to było coś, co Wiking lubił najbardziej, chyba nawet bardziej niż huśtawka. Bo kiedy ta zawodziła np. wieczorem tuż przed kąpielą, kiedy Dzieciak najbardziej jęczy, to zawsze można było podejść do kurek, na które Wikuś mógł się gapić i gapić. Zresztą jeśli o dziecko chodzi, to ten kontakt z naturą zdecydowanie przypadł mu do gustu. Lubił, kiedy trawa łaskotała go w nóżki, delikatnie dotykał kwiatów, miętosił trawę i liście. Takie wakacje to był raj dla jego zmysłów. A dla nas możliwość oddania się lenistwu totalnemu, bo naszym jedynym obowiązkiem było doglądanie Wikinga kiedy bawił się sam, bądź zapewnianie mu rozrywki, kiedy nie był samowystarczalny.

Mieliśmy tam również możliwość wykupienia obiadów, co też uczyniliśmy. Obiady kosztowały 17 złotych i składały się z zupy i drugiego dania, czyli tak, jak u nas w domu :) Smakowały zresztą też po domowemu - robiła je sama gospodyni ze swoją mamą. Trochę się obawialiśmy, czy nie będzie za tłusto, bo my w domu jadamy raczej lekko i stosunkowo zdrowo, a tak "po ludziach" to różnie bywa. Zresztą przecież "domowe obiady" często kojarzą się (uważam, że niepotrzebnie) z tłustą zupą zagęszczaną śmietaną z mąką, kopcem ziemniaków i schabowym smażonym na głębokim tłuszczu. A tymczasem to było miłe zaskoczenie. Zupy były raczej lekkie i nawet nie zawsze gotowane na mięsie. Mięso było co drugi dzień i nie tylko smażone a także pieczone i duszone. Oprócz tego gospodyni zrobiła również pierogi (ruskie i z jagodami) oraz naleśniki z serem. Jako dodatek zawsze była jakaś surówka, ogórek kiszony bądź cukinia po obróbce termicznej. Pani pytała nas o preferencje a czasami dorzucała coś "w gratisie" na śniadanie lub kolację - jakieś ogórki albo kawałek świeżo upieczonego ciasta z wiśniami. Naprawdę bardzo sobie te posiłki, jak i samo rozwiązanie chwaliliśmy - bo co to za wakacje, kiedy trzeba się zastanawiać, co zjeść, a potem sterczeć dwie godziny nad garami? :)                                                                                                                        

Jak już wspomniałam, wakacje były ukierunkowane na relaks i lenistwo. Wikingiem zajmowaliśmy się na zmianę (chodziliśmy z nim na huśtawkę, oglądaliśmy kurki, bawiliśmy się klockami bądź po prostu służyliśmy za sprzęt wspinaczkowy lub pilnowaliśmy, żeby Wiking nie szedł tam, gdzie nie wolno), a w czasie wolnym, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami - czytaliśmy książki, zajmowaliśmy się obliczeniami (to ja i tata - wszak po kimś to zamiłowanie do buchalterii odziedziczyłam ;)), drzemaliśmy, szydełkowaliśmy (no, to tylko ja) i rozwiązywaliśmy krzyżówki. Tak wyglądała jedna połowa naszego dnia - do lub po obiedzie. Druga połowa to był czas na wycieczki i spacery.

Spacerowaliśmy po okolicy, robiliśmy piesze wycieczki do sklepu na lody a także wyjeżdżaliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy na przykład do Żelazowej Woli, gdzie obok dworku (naszym zdaniem niespecjalnie wartego obejrzenia, a już na pewno nie za 20 zł, na szczęście byliśmy tam w środę, gdy wstęp jest bezpłatny) jest przepiękny park, po którym można spacerować i spacerować. Obowiązkowo podjechaliśmy też na jeden z parkingów przy Puszczy Kampinoskiej, skąd ruszyliśmy pieszo szlakiem turystyczno-edukacyjnym w głąb puszczy. Wspaniale się maszerowało, pogoda sprzyjała i brak innych ludzi również :) Byliśmy także w Sochaczewie i choć z możliwych obiektów do zwiedzenia było więcej, poszliśmy zobaczyć tylko odrestaurowane ruiny zamku książąt mazowieckich. Jednak to miasteczko bardzo nas ujęło swoim trudnym do opisania uroczym klimatem. Większość czasu spędziliśmy w kawiarni na rynku racząc się słodkościami (Wiking jabłkiem z marchewką na przykład :P) i popijając je kawą mrożoną oraz kontemplując sielską atmosferę - mimo, że było to środek dnia a wokół toczył się normalny ruch samochodowo-pieszy. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze pojechać. Podobnie zresztą, jak do puszczy. Być może uda nam się zrobić choć jednodniową wycieczkę, wszak to tak blisko...

Zresztą dzięki tej małej odległości, Franek, który miał środę wolną, przyjechał do nas w dniu moich urodzin, to jest we wtorek popołudniu. Świętowaliśmy trochę przy grillu, a potem gdy najmłodsi i najstarsi poszli spać, poszliśmy posiedzieć trochę we dwójkę na huśtawce . Środę Franek spędził z nami - pojechaliśmy do Żelazowej Woli a później korzystaliśmy z ładnej pogody chlapiąc się chwilę z Wikingiem w basenie i wystawiając się na słońce. Późnym popołudniem Franek musiał nas niestety opuścić.

Podsumowując, to były prawdziwe wakacje! Naprawdę je odczuliśmy - zwłaszcza moi rodzice, bo po przyjeździe do Miasteczka, mimo, że ich urlop jeszcze trwał, było zupełnie inaczej. Mieliśmy sporo różnych spraw do załatwienia, poza tym, jak już pisałam, Wiking się nam troszkę rozchorował, więc ten tydzień minął nam w oka mgnieniu. Ale najważniejsze, że urlop z prawdziwego zdarzenia też jednak był :) A jak z prawdziwego zdarzenia, to i pamiątki musiały być :P Ja sobie kupiłam piórnik... Myślę, że jak zobaczycie zdjęcie, to zrozumiecie, dlaczego nie mogłam się mu oprzeć ;) Franek zawiózł do domu podkładkę pod myszkę w podobnej kolorystyce, a dla Wikinga - choć tak po prawdzie, to dla całej naszej trójki sprawiliśmy sobie płytę, którą się teraz codziennie delektujemy.



Moi rodzice:


Pamiątki :)


niedziela, 2 sierpnia 2015

Skrótowo o wszystkim.

Oo, jak mnie dawno tu nie było :) Czuję się, jakbym wracała z dalekiej podróży! Dziwnie tak pisać prawie codziennie a potem mieć dwutygodniową przerwę. Chociaż w gruncie rzeczy jeszcze nie wróciłam, bo moje wakacje trwają jeszcze przez tydzień. Ale chyba powoli czas się ogarnąć, bo się potem nie pozbieram z pisaniem tego wszystkiego, co mi po głowie chodzi. A chodzi dużo! Ale postanowiłam sobie, że to będą wakacje absolutne i że odcinam się od internetu, nie przeszkodził mi w tym nawet smartfon!
Najpierw byliśmy w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Ależ tam są wspaniałe tereny! Na pewno będziemy musieli się z Frankiem jeszcze wybrać tu i ówdzie, wszak to niedaleko, będzie można wyskoczyć na jednodniową wycieczkę nawet. Ale i na weekend być może kiedyś odwiedzilibyśmy znowu to samo gospodarstwo agroturystyczne. Pewnie jeszcze opiszę dokładniej jak było.
Wiele się zmieniło w czasie tych dwóch tygodni - między innymi postarzałam się o rok :). Ale przede wszystkim Wiking znowu robi postępy z dnia na dzień. Sam siada i siedzi zupełnie stabilnie, raczkuje, wspina się na wszystko, co możliwe i staje przy meblach. Do tego jasno pokazuje, że chce jeść albo się przytulić. Franek nie widział go przez tydzień i jak wczoraj wysłałam mu zdjęcie Wikinga, to był w szoku, że się już tak zmienił. Coraz lepsze to nasze dziecko jest. Ale były też trudne dni, bo zaliczyliśmy "trzydniówkę", a wtedy co prawda Dzieciak bywał momentami wyjątkowo cichy i mało ruchliwy (nawet zasnął na macie podczas zabawy), ale przez większość czasu dość mocno marudził, bo męczyła do gorączka. Na szczęście mu przeszło i w ostatnich dniach jest już znowu bardzo pogodny i zaabsorbowany otaczającym go światem.

Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie sobie wypoczęłam. Ale znacie mnie chyba na tyle, że wiecie, iż najlepiej odpoczywam coś robiąc :) Coś, co sprawia mi przyjemność. A przyjemność sprawia mi na przykład wykonywanie różnego rodzaju obliczeń i udało mi się w ostatnim czasie nadrobić wszystkie zaległości w tej materii :) Znowu mam absolutną kontrolę nad naszymi wydatkami, bo chwilowo mi się wymknęły, a sterta paragonów do przejrzenia rosła z dnia na dzień. Ale już jest dobrze, a tata pomógł mi opracować nieco lepszy system rozliczeń. Czuję ogromną satysfakcję i zadowolenie z siebie - a to z kolei wywołuje u mnie błogie uczucie relaksu. Ponadto trochę poczytałam i pokrzyżówkowałam :) Aa, no i jeszcze zrobiłam porządki w moim pokoju w Miasteczku - musieliśmy zrobić małe przemeblowanie, żeby wstawić tam łóżeczko. To skłoniło mnie do przejrzenia wszystkich szuflad i szafek. Pisałam wielokrotnie, że mam naturę chomika, więc mam masę szpargałów, pamiątek, świstków i rzeczy, będącymi dla innych śmieciami. Na szczęście z czasem część drobiazgów traci swe znaczenie sentymentalne, więc mogłam je wyrzucić. Pozbyłam się też sporej ilości przeterminowanych dokumentów. Nie dojrzałam jeszcze do tego, żeby wyrzucić na przykład notatki ze studiów albo stare numery "Filipinki" i "Cogito". Ostatni taki remanent robiłam przed ślubem (wtedy też było przemeblowanie, bo w miejsce mojego panieńskiego łóżka, wchodziło dwuosobowe :P), ciekawe kiedy kolejny! Być może za parę lat znowu się zrobi nieco luźniej.

Odpoczywam więc na różne sposoby - psychicznie i fizycznie. Jeszcze przez tydzień będę się cieszyć mentalnymi wakacjami, a potem wrócę do szarej rzeczywistości, która będzie też w pewien sposób nowa, bo nieco inne dziecko już do domu przywiozę :) A moim rodzicom urlop kończy się już jutro, więc po raz pierwszy od dłuższego czasu zostanę sama z Wikingiem. Czas się zacząć powoli przestawiać :)

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wybywamy...

Proszę, mamy dwudziesty dzień lipca, a ja mam napisaną już czternastą notkę... Czas może się trochę opanować ;) Będziecie więc mogły sobie troszkę teraz ode mnie i moich opowieści odpocząć - przynajmniej przez tydzień, a może i nieco dłużej! Odsapniecie nieco :)
Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem po powrocie do sieci, bo się już dzisiaj nie wyrobiłam. Wyjeżdżamy! Ja i Wiking. Mam nadzieję, że się Franuś trochę stęskni za rodzinką ;)
Bywajcie!

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Plany na wakacje

Ojej, chyba się za bardzo w to blogowanie wciągnęłam w ostatnich tygodniach, pisząc notki codziennie bądź co drugi dzień, bo teraz nie było mnie tu pięć dni i mam wrażenie, że wieki całe minęły :) Co dziwniejsze - wybiło mnie to z rytmu i teraz muszę się trochę pozbierać.
Przyczyna mojej nieobecności jest bardzo zwyczajna - wkręciłam się w robienie pewnych porządków, a już tak mam, że w takich wypadkach zależy mi, żeby uporać się ze wszystkim jak najszybciej (co zazwyczaj i tak oznacza długo ;)), więc każdą wolną chwilę poświęcam właśnie temu. A że wolnych chwil za wiele nie mam, no to... wiadomo.

A tak poza tym, to przyjechali do nas w ten weekend rodzice Franka i chociaż zajęli się Wikingiem, to z komputerem mi było nie po drodze - jak to u mnie zwykle bywa, kiedy mamy gości. Bardzo możliwe, że w lipcu będę blogować mniej, właśnie ze względu na gości. Tylko kiedy ja wreszcie napiszę o tym wszystkim, o czym ciąglę planuję? ;)
W każdym razie, już się nie mogę doczekać wakacji! Nie będą to oczywiście dla mnie takie typowe wakacje, ale z drugiej strony, skoro nie pracuję, to chociaż trochę sobie skorzystam. Nie pisałam jeszcze o moich planach wakacyjnych, prawda?
Jeden "gościnny" weekend już za nami. Teściowie byli nad morzem i wracając wstąpili do nas, mimo, że nie bardzo im było po drodze :) Teraz czekamy na Dorotę! Przyjedzie w piątek, ale niestety zostanie tylko na weekend, w poniedziałek rano będzie musiała już wyjeżdżać. Nie udało się zaplanować na razie dłuższych odwiedzin, bo jeszcze w czwartek musi być w Szczecinie na obronach, a z kolei w następnym tygodniu leci na wycieczkę do Moskwy. 
Ale już parę dni później przyjedzie do nas mój wujek i zostanie niecały tydzień. Następna w kolejce jest Ala. Chociaż dopóki już u nas nie będzie, to nie uwierzę, że dojedzie ;)) Tak naprawdę to już ostatni dzwonek na jej przyjazd, bo później nie będzie mi za bardzo pasowało, a we wrześniu to już się nie będzie się raczej na takie wycieczki wybierała tuż przed porodem. Plan jest taki, żeby przyjechała z R., ale taki pracoholik z niego, że nie wiadomo, czy się uda. A co gorsza, trudno cokolwiek z nim zaplanować (o tak, tak, pamiętam doskonale, jak to było, kiedy z nim pracowałam!). Dwa terminy już nam nie wyszły, więc ostatecznie jesteśmy umówione tak, że najwyżej przyjedzie około 15go sama na dzień lub dwa. Zobaczymy. 
Później przyjeżdżają moi rodzice i zaczynamy urlop właściwy! To znaczy ja i Wiking, bo Franek swój urlop miał już w maju... A my z rodzicami chcemy się wybrać na parę dni na jakieś wczasy - niedaleko i żeby nie było za dużo ludzi. Chodzi nam po głowie Kampinos, bo przy okazji moglibyśmy podjechać na rehabilitację, którą Wiking będzie akurat miał. Tylko muszę znaleźć jakąś kwaterę, która się będzie nadawała dla półrocznego dziecka. Potem pojedziemy do Miasteczka i zostaniemy tam prawie dwa tygodnie. Stamtąd w weekend trzeba będzie pojechać do Poznania, bo jesteśmy zaproszeni na wesele. 
Później wrócimy już do Podwarszawia, gdzie pewnie będę zmagać się z syndromem przedszkolaka... Niestety. Ale może na pocieszenie znowu wpadnie do nas jeszcze wujek, któremu będą się kończyć wakacje, a potem jeszcze Dorota. 
I tak upłyną nam dwa miesiące i nadejdzie wrzesień. Co będzie wtedy, jeszcze nie planuję. Wiem tylko, że będziemy mieć już w domu ośmiomiesięcznego brzdąca. To się dopiero okaże, jakich rozrywek będzie nam dostarczał :)

A tymczasem Wikuś się nam trochę przeziębił niestety i od sobotniej nocy męczy go lekki katarek. Mam nadzieję, że szybko mu przejdzie, bo kto lubi mieć katar? A takiemu maluszkowi, który oddycha wyłącznie przez nos to już w ogóle bardzo przeszkadza. Ale na szczęście i tak wydaje mi się, że nie jest aż tak bardzo marudny, jak mógłby być. Odpukać! ;)

piątek, 1 maja 2015

Mamy nie biorą zwolnienia...

Mamy urlop! Od dzisiaj. To znaczy Franek ma, ale obiecał mi, że i ja będę miała urlop. Jak będzie oraz czym będzie się on objawiał, to się dopiero okaże.
No właśnie, bo prawda jest taka, że pomimo całej pomocy, którą od Franka otrzymuję - mimo tego, że on gotuje, przygotowuje mi śniadania, kolacje, że robi zakupy, sprząta i że zazwyczaj nie ma problemu z tym, żeby się zająć Wikusiem po południu - to jednak często mam wrażenie, że dla niego sam fakt tego, że siedzę w domu jest równoznaczny z tym, że mam mnóstwo czasu dla siebie i że w ogóle nie jestem zmęczona.
Naprawdę nie chodzi mi o to, żeby się tu na niego skarżyć, bo w domu zawsze robił bardzo dużo i teraz się to nie zmieniło, a jeśli już to właśnie w drugą stronę - no bo śniadań kiedyś mi przecież nie robił (kolacji też nie, bo ich nie jadałam). Mieliśmy też co prawda lekki kryzys, który trwał nawet parę tygodni, kiedy to miałam wrażenie, że Wikuś jest tylko na mojej głowie - bo Franek przychodził z pracy zmęczony, chciał się wyspać, a ja miałam nadzieję, że posiedzimy trochę razem albo, że on po prostu się zajmie dzieckiem. Teraz na szczęście już jest ok i chociaż Franek zawsze po pracy odsypia wczesne pobudki, to te późne popołudnia zazwyczaj poświęca na zabawę z Wikusiem i łagodzenie efektów jego marudzenia (bo krótko przed kąpielą jest już bardzo marudny - Wiking, nie Franek:)). Rzecz w tym, że wtedy ja rzadko zajmuję się sobą tylko na przykład prasuję, odciągam pokarm albo idę się kąpać. No tak, wiem, że kąpiel to jest zajmowanie się sobą, ale chodzi mi o to, że i tak przecież muszę to zrobić :) A ja chciałabym mieć chwilę czasu, który poświęcę na coś, co mogłoby być nawet jego marnotrawstwem :) Wiecie, co mam na myśli? ;) Ogólnie nie narzekam, bo w zasadzie można powiedzieć, że ze wszystkim się wyrabiam - mieszkanie ogarniam na bieżąco, pranie, prasowanie, wszystko jest zrobione. Oprócz tego nie mam większych zaległości w ulubionych serialach, codziennie trochę szydełkuję, czytam, bloguję itp. Ale to wszystko udaje mi się zrobić, bo udaje mi się w miarę dobrze zorganizować. 
Franek natomiast, mając wolny dzień, mówi mi, że chciałby sobie dzisiaj posiedzieć przy komputerze na przykład, co oznacza, że ja będę usypiać Wikinga. Prawie codziennie przypada na mnie, bo w tym czasie Franek robi kolację, zmywa albo szykuje się już do spania (kładzie się często nawet tuż po ósmej). Nie jest to jakoś szczególnie uciążliwe, bo zazwyczaj synek zasypia szybko (odpukać! bo on nie lubi jak się go chwali :P), chodzi jednak o sam fakt - Franek ma wolne, więc chciałby ten wieczór/dzień spędzić inaczej niż zwykle. A co ze mną? Kiedy ja będę miała wolne? :)
Rozumiecie o co mi chodzi? :) Jak najbardziej uważam, że taka chwila na własne przyjemności się Frankowi absolutnie należy. I że zasługuje również na to, żeby odpocząć, skoro codziennie chodzi do pracy, która jest jednak pracą bardzo ciężką i wyczerpującą nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Tylko chciałabym, żeby Franek rozumiał, że ja też pragnęłabym mieć czasami dzień wolny - czyli taki, który będzie wyglądał inaczej niż zwykle :) Bo jednak to, co robię w domu, opieka nad dzieckiem itp jest trochę takim etatem - tyle, że z ciągłymi nadgodzinami :P To jest trochę jak w tej reklamie - "Alicjo, poradzisz sobie?" :) i "mamy nie biorą zwolnienia" :) Nie czuję potrzeby, żeby wyrwać się z domu, pójść na imprezę albo zakupy. Nawet to, to ja w nocy muszę się budzić (Franek też się zwykle budzi, ale co innego jest się obudzić i móc zasnąć a co innego obudzić i zajmować dzieckiem, nawet jeśli to zajmowanie polega po prostu na przytuleniu albo podaniu smoczka - świadomość umysłu jest wtedy na pewno inna) nie jest dla mnie straszne.  Ale dobrze byłoby mieć poczucie, że mam teraz trochę wolnego czasu i tylko ode mnie zależy, jak go wykorzystam.

Także zobaczymy, jak to będzie z tym moim urlopem :) Czy rzeczywiście go odczuję :) Bo tak sobie myślę, że naprawdę to nie jest kwestia tego, ile tego czasu mam i jak długo Franek się Wikingiem zajmuje (generalnie jest to czas wystarczający), tylko zrozumienia :) Zrozumienia, że tak, jak Franek ma dzień wolny i chciałby odpocząć, tak i ja chcę mieć wolny i sobie odpocząć. Myślę, że jest mi i tak trudniej, bo siłą rzeczy tak się już zaprogramowałam, że jestem na każde zawołanie swojego dziecka. Przez to wszystko, czasami jest tak, że chociaż Franek się z Wikusiem bawi i mam chwilę tego czasu, to ja ciągle mam wrażenie, że muszę się spieszyć, bo Franek mnie tylko "zastępuje" :)) Co ciekawe, nie miałam tego uczucia w pierwszych tygodniach życia Wikinga, to się pojawiło chyba dopiero po 1,5 miesiąca. Co jeszcze ciekawsze, nie czuję się tak, kiedy towarzyszą mi moi rodzice :) Jakoś wtedy bez większych wyrzutów sumienia zajmuję się sobą. Nawet płaczący Wikuś mnie tak nie rusza wtedy. Cóż, powtórzę się - każda codzienna sytuacja wygląda zupełnie inaczej - o niebo lepiej i łatwiej - gdy ma się dziadków na stanie :)

Podczas urlopu będziemy więc ich mieli - bo najpierw jedziemy do Poznania a później do Miasteczka. Chociaż akurat co do dziadkowania ze strony teściów mam poważne obawy i trochę się boję jak to będzie...  Niestety mam wrażenie, że teściowa jest zdania, że dziecko nie powinno w ogóle płakać, a jak płacze to znaczy, że na pewno coś je boli :) i ma wtedy taką strasznie zbolałą minę, jakby to ją bolało - co poniekąd rozumiem, bo przecież komu, jak nie mnie, najtrudniej jest słuchać płaczu Wikinga? Ale wtedy z kolei mamy z Frankiem wrażenie, jakby to była nasza wina, że on płacze i że nie umiemy go uspokoić. No i jeszcze spanie - kiedy teściowa u nas była, ciągle próbowała tylko usypiać małego (a on generalnie z tych mało śpiących), nie pozostawiając mu czasu na nic innego, co oczywiście rodziło w nim bunt :) Ale wtedy miał raptem miesiąc, więc może teraz będzie inaczej.
W każdym razie będę musiała - poprawka, - będziemy musieli pewnie parę razy zacisnąć zęby :)Pewnie tak całkiem swobodnie poczuję się dopiero jak już będziemy w Miasteczku. Ale i teściowa na pewno mnie w kilku rzeczach odciąży (teść to się jednak boi małego na ręce wziąć, więc dopóki to małe nasze nie zacznie chodzić i gadać, pewnie za wiele nam nie pomoże :)). Bo pomimo tego, co tu przed chwilą napisałam, to i tak uważam, że to naprawdę niebywale dobroduszni ludzie i bardzo fajni teściowie. Tyle, że mentalność mają trochę inną niż ja. I na szczęście niż Franek :)

A tymczasem łyso mi trochę, bo jeszcze chyba nigdy Majówki (jak nazywam pierwsze trzy dni maja) nie spędzałam poza Miasteczkiem. A póki co jeszcze w Podwarszawie jesteśmy.

czwartek, 30 października 2014

Góry w obrazkach

Obiecałam zdjęcia, więc są :) Najlepsze jest to, że zabrałam aparat i ładowarkę do akumulatorka, a potem się okazało, że zapomniałam o kablu :/ Nie mogliśmy więc naładować baterii, a padła nam zanim jeszcze zdążyliśmy wyjąć aparat (nie mam pojęcia dlaczego). Na szczęście mieliśmy tableta i nim robiliśmy zdjęcia, tylko trochę to trwało zanim się zorientowałam, jak przekopiować je na komputer :)
Oczywiście tradycyjnie buźka będzie blogowa, uprzedzam lojalnie, więc proszę nie marudzić :) W tej kwestii jestem konsekwentna i choć w anonimowość w sieci nie bardzo wierzę, to w ochronę wizerunku już tak :P Ale i tak macie podziwiać piękno przyrody a nie przyglądać się margolce :)
a okazało się, że niestety jestem prawie na każdym zdjęciu, więc nie mam takich typowych pejzaży.
I jakoś nie umiem się zakolegować z żadnym programem do obróbki zdjęć, więc niestety będzie zwyczajnie, jedno po drugim :)

Na początek moja ulubiona rozrywka, czyli wjazd wyciągiem! Gdybym mogła to jeździłabym w te i wewte :P

 I wjechaliśmy...
 

 A później jeszcze trochę pod górkę i już tylko w dół. Zwróćcie uwagę na to, jakiego miałam towarzysza podróży. Franuś mi zorganizował takiego kijaszka, żebym się miała na czym podeprzeć, kiedy czułam, że bolą mnie plecy i muszę je trochę rozciągnąć. O dziwo, pomagał nawet przy samym chodzeniu! Dopiero kiedy zeszliśmy na asfaltówkę, nagle stwierdziłam, że mi przeszkadza.
Taka byłam zakapturzona, bo na szczycie było naprawdę chłodno :) Ale za to można było się powygrzewać na słoneczku.



 A tutaj już kolejny dzień, czyli ten w wersji lżejszej "dojeżdżającej", a nie "dochodzącej". Przejechaliśmy się na zaporę na Jeziorze Czerniańskim.

 



 

 Tu mamy skocznię. Byłam niepocieszona, bo wyciąg niestety nie działał.Popatrzyliśmy więc sobie na nią z dołu. Ale przynajmniej będzie pretekst, żeby pojechać jeszcze raz :P

 A taką mieliśmy pogodę:
 


 Wspominałam też, że w wolnych chwilach naszą rozrywką była między innymi gra w bilarda. Udało mi się nawet ze dwa razy wygrać z Frankiem :P A wierzcie mi, że to jest coś! :) Ten to potrafi za jednym zamachem trafić dwiema bilami w łuzę. 
Kurczę, gdybym miała dom i nie miała co robić z kasą, to na pewno kupiłabym sobie taki stół bilardowy :) Bardzo mi się to spodobało.

A na koniec coś z zupełnie innej beczki. Zaliczyliśmy też małe romantyczne wyjście (wszak przecież pisałam we wrześniu, że będziemy jeszcze świętować rocznicę). To zdjęcie zrobiłam pod wpływem chwili. Siedzieliśmy czekając na jedzenie. Trochę sobie rozmawialiśmy. W tym momencie nawet o niczym romantycznym, bo Franek zastanawiał się jaki będzie jego grafik i czy będzie miał wolny weekend 1-2 listopada (dzisiaj się okazało, że tak, hura! o dwa dni dłuższy urlop :)) Ale snując te rozmyślania chwycił mnie za rękę. I tak mówił, i mówił, a ja... przestałam go słuchać (o ja niedobra!) i zaczęłam myśleć o tym, jak to fajnie, że to był z jego strony taki odruch bezwarunkowy. Nie musiał mówić o niczym podniosłym, nie musiał wyznawać mi miłości, bo ten gest znaczył dla mnie dużo więcej. Zerknęłam na te nasze dłonie i zwróciłam uwagę na to, jak ważnym symbolem są dla mnie nasze obrączki. Jak ogromną mają wartość - i wcale nie chodzi o pieniądze. Jak wiele mówi taki kawałek kruszcu na palcu...

 I tym nieco romantycznym akcentem, tak trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, kończę tę fotorelację :) Mam nadzieję, że nacieszyłyście oczy pięknymi widokami, bo ja jestem nimi zachwycona!