*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza miłość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 lutego 2011

Dawno temu…

„Dawno, dawno temu młode dziewczęta spotykały się z młodymi chłopcami, gdy na granatowym niebie lśnił księżyc w pełni, wszyscy śpiewali i tańczyli przy ognisku, było wino i tańce, grała muzyka i rozbrzmiewał głośny śmiech. Kiedy jedna para oczu napotkała drugą, dziewczyna zaczęła szybciej oddychać, a chłopiec podszedł bliżej. Nagle ona podniosła wzrok, on spojrzał w dół i…
Dawno temu była pierwsza miłość. (…)
Pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, pierwsze wszystko.
Kiedy wszyscy byli jeszcze tacy młodzi.
A potem się postarzeli.
Czas przeminął wraz z fazami księżyca, ucichła muzyka, dziewczyna zdjęła sukienkę z tafty, zgasło ognisko i przestali się śmiać. Aż kiedyś przed dziewczyną stanął inny mężczyzna i uśmiechnął się. Ona podniosła na niego wzrok, a on spojrzał na nią czule.
To nie była pierwsza miłość.
Nie był to pierwszy pocałunek.
Ale mimo wszystko była to miłość.
A pocałunek smakował słodko.
I serce nadal biło bardzo mocno.
Dziewczyna ruszyła przed siebie. Chciała żyć i być szczęśliwa. Pragnęła znów kochać. Nie chciała siedzieć samotnie przy oknie i spoglądać na przepastne morze. Nie chciała pamiętać. Pragnęła zapomnieć tego pierwszego mężczyznę. I tylko zapamiętać to pierwsze uczucie.
Zapamiętać je i obdarować nim innego mężczyznę. I znów się śmiać, bo jej serce było zbyt pełnie miłości i zbyt radosne, by nie kochać już nigdy więcej. Bo jej serce musiało czuć i chciało wzbić się w obłoki.
Bo życie było takie długie.
Dziewczyna przestała się smucić, uśmiechnęła się, założyła inną sukienkę i stanęła przed innym mężczyzną. Znów śpiewała, żartowała, przecież nie umarła, nadal chodziła po świecie i nadal była tą samą osobą. Osobą, która od czasu do czasu musiała się śmiać, nawet jeśli wiedziała, że  wciągu tych wszystkich lat, które ma przed sobą, już nigdy nie będzie tak, jak kochała, kiedy jej serce miało siedemnaście lat (…)”

Chyba po raz pierwszy spotkałam się z tekstem, który tak precyzyjnie odzwierciedla to, co myślę, w co głęboko wierzę i przede wszystkim, co czuję…  Nigdy nie potrafiłabym tego lepiej ubrać w słowa. Zrobiła to za mnie Paulina Simmons w Tatianie i Aleksandrze.

Wiem, że są osoby, które uważają, że kochać można tylko raz w życiu. Ale zazwyczaj są to ci, którzy mieli to szczęście, że ich pierwszą miłością była osoba, z którą się związały na całe życie. Nie każdy ma takie szczęście, a ludzie rozstają się z najróżniejszych powodów. Jakie to byłoby smutne, gdyby każdy miał w życiu tylko jedną szansę na przeżycie miłości… Przecież czasami to nie my jesteśmy stroną, która przestaje kochać, czy naprawdę los miałby nas karać brakiem miłości do końca życia, tylko dlatego, że się pomyliliśmy i oddaliśmy serce komuś, kto nie potrafił go docenić? Albo dlatego, że się pomyliliśmy i pokochaliśmy za szybko, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czasami sama miłość nie wystarcza?

I ja uważam, że owszem, można kochać tylko raz w życiu. I z nikim, kto tak twierdzi, nie będę się spierać. Ale wierzę też, nie, ja wiem to na pewno, że można też kochać po raz kolejny. I można kochać tak samo szczerze wiele razy. Na pewno każda miłość jest inna, ale kiedy się zapamięta to pierwsze uczucie i obdaruje nim kogoś innego, jestem pewna, że jest ono tak samo mocne i szczere. Być może czasami trwalsze, bo oparte na innych fundamentach.
Wiem to na pewno. Przeżyłam to. I mogłabym powiedzieć, że każdy, kto mówi, że to nieprawda depcze uczucie, które dla mnie i dla kogoś jeszcze, mogło być lub nadal jest świętością. Bo każdy może odpowiadać tylko za siebie i za swoje uczucia, nie może natomiast wiedzieć co czułam ja i nie może wiedzieć, że byłam gotowa oddać życie za kogoś, kto dziś jest tylko wspomnieniem… Bo różnie się dzieje.

Kiedy kogoś kocham, kocham całym sercem, całym umysłem i całą sobą, nawet jeśli wiem, że to nie jest pierwsza miłość i że już nigdy nie będę kochała tak samo jak dziesięć lat temu…
Chociaż… myślę, że ktoś jeszcze kiedyś powiedział coś, czego nie potrafiłabym ubrać w słowa, mimo, że potrafię to odczuwać:
„Bo nigdy nie wiadomo, mówiąc o miłości, czy pierwsza jest ostatnią, czy ostatnia pierwszą…”

niedziela, 9 stycznia 2011

Z Margolkowej szuflady III.

Dokładnie jedenaście lat temu oddałam po raz pierwszy moje serce… A zaczęło się trzy dni wcześniej… Odkopałam swoje dawne zapiski i niniejszym wyrywkowo je tu zamieszczę. Śmiać się można, ale proszę zachować jednak wyrozumiałość, gdyż pisaninka miała miejsce, gdy nie miałam jeszcze nawet piętnastu lat :) Do mentalnej dojrzałości jeszcze mi sporo brakowało ;)) czwartek, 6 stycznia 2000
Znalazłam sobie nowy obiekt westchnień! Jest to ktoś, kto mi się podoba, ale nie myślę o  nim na poważnie, ale nie lubię nie mieć do kogo wzdychać! A ten ktoś to Krzysiek. Wiem, że nigdy o nim nie wspominałam, ale to właśnie dlatego, że nie myślałam o nim na poważnie. Mieszka na tym samym podwórku co Marta i kiedyś jak z nią siedziałam to do nas podszedł i zaczął ze mną gadać, chociaż się nie znaliśmy. A jakiś rok temu byłam w kawiarence z Beatą i Anką i grałyśmy w karty a on z kolegą do nas dołączyli i usiadł koło mnie. I wydawało mi się, że mnie podrywa. Przystojny jest, ale zawsze podobał mi się ktoś inny. Ale dzisiaj…
Poszłam z Anką do kościoła. Usiadłyśmy na chórze, a on siedział naprzeciwko. Zerkałam na niego czasami, ale nie widziałam, żeby się na mnie patrzył, tylko czasami „ale to na pewno dlatego, że siedzę naprzeciwko niego – gdzie niby ma się patrzeć?” – myślałam sobie. A kiedy było „przekażcie sobie znak pokoju”, to na mnie patrzył, no to skinęłam głową i przekazałam mu ten znak pokoju. On mi też i zaczęłam się śmiać, a on do mnie. Potem do końca mszy się do siebie śmialiśmy. Dzisiaj wieczorem kręciłam się trochę pod jego oknami, ale go nie było. A poza tym powiedziałam Olce, żeby się tak dyskretnie wypytała swojego chłopaka o Krzyśka, bo oni mieszkają w tej samej klatce i się kolegują.

niedziela, 9 stycznia 2000
Dzisiaj był VIII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Byłam wolontariuszką i zbierałam pieniądze do puszki. Było naprawdę fajnie, tylko miałam trochę zły humor. Kasę zbierałam z Anką – ona też  była wolontariuszką. Łaziłyśmy po Miasteczku od 9:00, wkurzałam się trochę z tego powodu, że nie widziałam nigdzie Krzyśka, a była już 19:00. (…) Spotkałyśmy Kubę, szlajałyśmy się trochę z nim i było fajnie (na mieści były różne atrakcje), ale Anka musiała iść do domu, Kuba też, więc zostałam sama. Spotkałam Agatę i Monikę. Agacie podoba się Krecik, więc jak go zobaczyłyśmy, to stanęłyśmy niedaleko, a tu patrzę, idzie Krzysiek  z kolegą! Pociągnęłam dziewczyny za nimi. Na początku szłyśmy wolno, bo Agata nie chciała oddalać się od Krecika, ale potem przyspieszyłyśmy i wyprzedziłyśmy chłopaków. Jak się mijaliśmy, to powiedzieliśmy sobie z Krzyśkiem „cześć”. Szłyśmy przed nimi, aż w pewnym momencie wydawało mi się, że chłopaki nas wołają. Odwróciłam się i powiedziałam do Krzyśka

- Wydawało mi się, czy coś do nas mówiłeś?
- No, pytałem się, czy macie jeszcze serduszka?
- Oddałam już swoją puszkę do sztabu razem z serduszkami. Mam tylko swoje.
- To oddaj mi.
- Ok, jeśli chcesz używane…” – odkleiłam serduszko ze swojej kurtki i przykleiłam jemu. A on na to:
- O, właśnie poczułem, jak zaczęło bić.
Zrobiło mi się głupio i chyba byłam czerwona (dobrze, że było ciemno), więc szybko pociągnęłam dziewczyny i poszłyśmy na rynek. Krzyśka już do końca wieczoru nie widziałam. O 20:00 wróciłam do domu, bo muszę uczyć się do kartkówki z chemii, ale nie mam głowy do tego, cały czas myślę o Krzyśku… Zobaczymy co z tego będzie (i z chemią i z Krzyśkiem…)

Z kartkówki z chemii dostałam w końcu piątkę, natomiast ta chemia między nami  rozkręciła się na całego :) Pamiętacie może moje zapiski z roku 1996 (i tu)? I Marcina (i tu:)? Kiedy kończyłam o nim opowieść, napisałam, że nie był on moją pierwszą miłością i wspomniałam też wtedy o Krzyśku. Bo to właśnie Krzysiek był moją pierwszą prawdziwą miłością i był dla mnie najważniejszą osobą przez spory kawałek mojego nastoletniego życia. To z nim przeżyłam pierwszy pocałunek, od niego usłyszałam pierwsze wyznania miłości, to on był chłopakiem, z którym po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji intymnej. I to przez niego po raz pierwszy miałam złamane serce… To o nim nie mogłam zapomnieć przez kilka ładnych lat.
A wszystko zaczęło się dokładnie 9 stycznia 2000 roku..

niedziela, 8 listopada 2009

Marcina ciąg dalszy

Tak jak napisałam w poprzedniej notce,nie rozmawiałam z Marcinem do czasu. Przewrotny los zetknął nas na przełomie2001 i 2002 roku. Spotkaliśmy się na imprezie Sylwestrowej u kolegi mojego ówczesnego chłopaka Niebieskookiego. Wtedy po raz pierwszy od kilku lat porozmawialiśmy o tym, co działo się przez kilka ostatnich lat… Na początku miałam obawy, jak to będzie – ja w jednym miejscu z byłym i obecnym. Ale okazało się, że Niebieskooki był dość wyrozumiały. Potem nawet pytał dlaczego właściwie nie jesteśmy razem(choć po chwili się zreflektował i powiedział „no, chociaż to dobrze, bo inaczej ja nie mógłbym być z Tobą” :)
Jak na ironię dość szybko Niebieskooki bardzo skumplował się z Marcinem. Kolegowali się jeszcze długo po tym jak Niebieskooki i ja rozstaliśmy się. Kochałam Niebieskookiego i nie mogłam pogodzić się z naszym rozstaniem. Pewnego razu na jakiejś wspólnej imprezie wyszłam z pomieszczenia i słyszałam pod drzwiami jak chłopaki rozmawiali na mój temat. Marcin pytał dlaczego Niebieskooki nie chce być ze mną. Nie wiem już co odpowiedział, ale nie było to chyba bardzo przykre, bo pewnie zapamiętałabym coś takiego. Ale usłyszałam wtedy, że nie ma szans, żebyśmy do siebie wrócili. Rozpłakałam się i wtedy Marcin wyszedł. Przytulił mnie i zaczął mnie pocieszać. I to nie jak kolega Niebieskookiego, tylko jak mój przyjaciel. Powiedział mi wtedy coś, co mnie bardzo poruszyło i czego nie zapomnę…  Mówił, że Niebieskooki mnie kochał i choć ten rozdział w życiu się skończył, będzie mnie na pewno zawsze ciepło wspominał.Powiedział, że jestem osobą, której łatwo się nie zapomina i że wie to z własnego doświadczenia. I potem wyznał, że byłam jego pierwszą miłością i że był we mnie bardzo zakochany.
Nie spodziewałam się tego. Ja tego o nim nie mogłam powiedzieć. Owszem, napisałam w 1998 roku, ze na pewno będę mówić,że to była moja pierwsza miłość, ale nie… Pierwszym chłopakiem, którego pokochałam był Niebieskooki. Marcin był moim pierwszym zauroczeniem, odczuwałam motyle w brzuchu i często o nim myślałam, ale to na pewno nie była miłość z mojej strony. Jednak 13 lat to było dla mnie za mało na takie uczucie.Myślałam, że dla niego to też tak wyglądało. A jednak on się we mnie naprawdę zakochał. Cieszę się, że mi to powiedział, bo nie podejrzewałam, że tyle dla niego znaczyłam
I to była właściwie nasza przedostatnia rozmowa…Dojrzałam powoli w końcu do tego, żeby odciąć się od Niebieskookiego. Zerwałam z całym towarzystwem. Marcin był w tym czasie z dziewczyną, którą z racji jej uczesania nazywałyśmy Pudlem :) Kilka miesięcy później jeszcze od Kaśki dowiedziałam się,że Marcin  zachował się bardzo w porządku wobec mnie. Nie będę pisać o szczegółach, bo to bardziej dotyczyło mnie i Niebieskookiego, tylko Marcin wiedział co między nami zaszło, ale jego zachowanie pokazało, że bardzo mnie szanuje i że mogę na niego liczyć. Nikomu o tym nie powiedział, wiem że nawet z Pudlem się kłócili o to, bo ona była zazdrosna, że on dochowuje mojej tajemnicy. To wszystko działo się ponad siedem lat temu.
Dzisiaj nie mam kontaktu Marcinem. Od czasu do czasu jeszcze zdarzy nam się sporadycznie spotkać z Kasią. Myślę, że na dobre wyszło mi odcięcie się od tamtego świata, bo może źle bym skończyła…Kasia wpadła w towarzystwo gdzie alkohol był na porządku dziennym a prawdopodobnie również eksperymentowali z narkotykami. Na szczęście się z tego wygrzebała. Potem związała się z facetem dużo od niej starszym i po przejściach bardzo burzliwych… Zaliczyli klasyczną wpadkę. Do dziś żyją razem i wychowują synka, z tego co wiem Kasia jest szczęśliwa. Od czasu do czasu jeszcze się dziś kontaktujemy, choć rzadko.
Marcin po burzliwym okresie młodzieńczego buntu trochę się ustatkował i zamieszkał u Pudla. Żyli razem z jej rodzicami,kiedy zaszła w ciążę, pobrali się – chyba w zeszłym roku. Niewiele o nich wiedziałam, bo niestety przez Pudla Marcin pokłócił się z Kasią. Z tego co wiem dopiero kiedy zaprosili ją na wesele nastąpiło pojednanie. Z Kasią nie widziałam się już ponad rok… Planujemy spotkanie w grudniu, może dowiem się czegoś więcej;)
I tak kończy się nasza historia.Historia, którą wspominam bardzo ciepło. Tak samo jak Marcina, który okazał się dla mnie tak życzliwy… A jego słowa, które usłyszałam po kilku latach od zakończenia naszego związku do dziś mają dla mnie ogromną wartość.

piątek, 6 listopada 2009

Z cyklu "Faceci mojego życia" : Marcin

Rzecz będzie o Marcinie. Trochę już czasu upłynęło od mojej pierwszej wzmianki o nim, więc jeśli ktoś nie wie lub nie pamięta co i jak odsyłam do notek Z Margolkowej szuflady część pierwsza i druga :)

Marcin był bratem mojej najlepszej koleżanki Kasi. Właściwie kojarzyłam go wcześniej. Pierwszy raz zauważyłam go kiedy byłam w czwartej klasie (on był w szóstej), kiedy rzucił mnie śnieżką i trafił w oko. Nic mi się nie stało. Nawet nie bolało za bardzo, ale byłam wściekła. Rok później poznałam Kasię, która była w klasie wyżej. A potem dowiedziałam się, że „ten głupek z VII a” to jej brat. Ale jak to się stało, że stwierdziłam, że Marcin mi się podoba, nie pamiętam. Nie pamiętam też jak to się stało, że on przyznał, że ja podobam się jemu. A być może to Kasia maczała w tym palce. W każdym razie ona chyba pierwsza zorientowała się co jest grane i że mamy się ku sobie. Oczywiście ja na początku do niczego się nie chciałam przyznać, ale ona zauważała chociażby to, w jaki sposób o  nim mówiłam – miała czterech braci i o wszystkich mówiłam po imieniu, a w odniesieniu do niego zawsze używałam zwrotu „ten twój brat” :)

W każdym razie w końcu wyszło szydło z worka i ja wiedziałam, że się jemu podobam, a on wiedział, że ja – jak to się kiedyś mówiło – też chciałabym z nim kręcić. Ale mieliśmy 12 i 14 lat… Więc do tego kręcenia łatwo się zabrać nie było. Ja się krępowałam, on chyba też. Tak naprawdę przez pół roku nawet „cześć” sobie nie mówiliśmy i tylko patrzyliśmy na siebie na szkolnym korytarzu… Aż jestem pełna podziwu dla swojej cierpliwości w tamtym czasie :) Marzyłam o nim codziennie, chodziłam, tam, gdzie mogę go spotkać, wypatrywałam go w szkole i… nic więcej. Aha, no i oczywiście rozmawiałam na jego temat z Kasią.

Potem przyszły pamiętne wakacje, o których pisałam w cytowanym dzienniku. No i Marcinowi w końcu znudziła się zabawa w kotka i myszkę. Mi się też nudziła, ale nie miałam śmiałości do niego pierwsza podejść. A teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, dlaczego on tego pierwszego kroku nie zrobił. W każdym razie podczas tamtych wakacji zaczęły się koło niego kręcić Hipki (znowu odsyłam do notki :)) no i w końcu z jedną z nich zaczął chodzić. Oj, pamiętam ten dzień jak dziś. To było moje pierwsze rozczarowanie miłosne. Strasznie się wtedy czułam i myślałam, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej. Oczywiście nie nazywałam niczego po imieniu, może dlatego, ze sama nie wiedziałam, co to za dziwne uczucie mnie gryzie… Jednak zaskakująco szybko doszłam do siebie, chociaż obawiałam się, jak to będzie kiedy znowu zacznie się szkoła… Przecież nie miałam już prawa gapić się na niego na przerwach.

Los okazał się dla mnie przychylny i Marcinowi nie spodobało się chodzenie z Hipką. Jak tylko z nią zerwał, przypomniał sobie o mnie. I kolejne pół roku bawiliśmy się w podchody na szkolnym korytarzu. Chociaż, nasza znajomość przeszła na wyższy poziom, gdyż teraz już „byliśmy na cześć” :)

Aż nadeszła pewna styczni0wa noc. Nie mogłam spać i rozmyślałam o tym, że przecież Marcin jest już w ósmej klasie i zaraz skończy szkołę. I co będzie dalej? Miałam już dość tego stania w miejscu. Oświeciło mnie. Napiszę do niego liścik! Serce biło jak oszalałe na samą myśl tego szaleństwa, ale jak postanowiłam, tak zrobiłam. Liścik składał się z dwóch zdań, ale zanim powstał, wyrzuciłam chyba z dziesięć wersji ;) W końcu na trzęsących się nogach, z bijącym sercem podałam mu na korytarzu tę karteczkę i uciekłam… Napisałam tam, żeby przyszedł do mnie wieczorem, bo chcę go o coś poprosić i zapytać o coś… Możecie sobie wyobrazić, że cały dzień siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się: przyjdzie, czy nie przyjdzie… Przyszedł. Z obstawą oczywiście w osobach Kasi i psa :) Zapytałam, czy mu się podobam, a on powiedział, że tak….

Jeśli ktoś myśli, że od tego momentu wydarzenia potoczyły się w tempie błyskawicznym, to się myli :) Owszem, nastąpił postęp w relacjach między nami, ale generalnie strasznie się to ślimaczyło :) Nie będę tu wszystkiego opisywać. Przejdę od razu do naszej pierwszej randki, która miała miejsce 1 maja 1998 roku. Przyszedł po mnie wieczorem i poszliśmy na spacer. Od tamtej pory zaczęliśmy ze sobą chodzić ;) Parę dni później już nawet trzymaliśmy się za rękę. Oczywiście jak nikt nie widział :P I tak chodziliśmy ze sobą kilka miesięcy. Spacerowaliśmy, okupowaliśmy ławki na boisku szkolnym, chodziliśmy po działkach – takie mam wspomnienia z tamtego okresu. Czasami przychodził do mnie do domu, ale nie lubiłam tego, bo miałam wrażenie, ze nie przychodzi do mnie, tylko pograć na moim komputerze ;) I pewnie tak było hi hi. Raz prawie mnie pocałował. W szyję. Ale tak prawie, bo tylko przytknął swoje usta do mojej szyi, dalej nigdy się nie posunęliśmy.

Nasz „związek” umarł śmiercią naturalną w październiku 1998 roku. Marcin poszedł do szkoły średniej i mi wydawało się, że się zmienił. Przychodził po mnie nadal, ale ja coraz rzadziej miałam ochotę na spotkania z nim. Nie wiem co on sobie myślał i czy to przeżywał, ale nigdy się nie żalił. W końcu przestaliśmy się spotykać… Wkrótce z Kasią też urwał mi się kontakt. Spotykaliśmy się od czasu do czasu sporadycznie na ulicy, ale poza słowem „cześć” nie powiedzieliśmy sobie nic więcej.

Do czasu… Ale o tym w następnym odcinku :))

wtorek, 13 października 2009

Z Margolkowej szuflady II

poniedziałek 3 listopada 1997
Nie do wiary! Podobam się Marcinowi. Tzn, nie powiedział tego wprost, ale Kasia pytała się go czy jeszcze mu się podobam. On powiedział „może”. Kaśka: „Może, czy na pewno?” Marcin: „Może na pewno” Super!

wtorek 4 listopada 1997
Mi się trochę wydawało, że może dalej mu się podobam, bo na przerwach gapi się na mnie tak, jak kiedyś. Aha, on powiedział coś o Hipce. Powiedział „ale ja jeszcze z Hipką nie skończyłem…” A po chwili: „tak ją wykorzystam, że popamięta!” Hurra! Jak Kaśka mi to mówiła, to myślałam, że wszystko skończone, a po chwili się ucieszyłam

niedziela 4 stycznia 1998
Nie chcę iść jutro do szkoły, ale nie mogę się doczekać aż wreszcie zobaczę Marcina. To jedyna dobra strona końca świąt!

poniedziałek 5 stycznia 1998
Widziałam go, ale strasznie się wstydziłam na niego popatrzeć, naprawdę nie wiem dlaczego. Uhh.

niedziela 25 stycznia 1998
Właśnie napisałam do Marcina list… czuję, że zrobię z siebie idiotkę, ale co będzie, to będzie. Jak on przyjmie ten liścik?! Naprawdę trochę się boję. Trochę to chyba za mało powiedziane! Żeby się udało!

poniedziałek 26 stycznia 1998
Jestem durna, durna, durna!
PÓŹNIEJ:
Przyszedł z Gosią do mnie i gadałam z nim, a właściwie tylko poprosiłam go, żeby narysował mi rysunek na plastykę (bo on ładnie rysuje) a potem zapytałam czy mu się podobam, a on powiedział: Nooooo

środa 28 stycznia 1998
Przed chwilą był tu Marcin! Tzn przyszedł, żeby się zapytać jakimi kredkami ma mi namalować rysunek. Odpowiedziałam mu. I dopiero teraz przypomniałam sobie, że to ma być farbami. Jestem zdenerwowana, naprawdę! Cała się trzęsę. Super. On był u mnie!

Tak więc jak widzicie, to jednak nie był koniec. Następnym razem napiszę kim właściwie był ten Marcin i co się dalej wydarzyło :) Wspomnienia wróciły. Ale to są miłe wspomnienia, choć wbrew temu co pisałam w sierpniu 1997 roku, to nie była moja pierwsza miłość…

niedziela, 11 października 2009

Z Margolkowej szuflady.

Zawsze wydawało mi się, że wszystkie moje skarby, typu zasuszone liście, listy miłosne i wiersze trzymam w Miasteczku, w moim pokoju, w mojej szafce. Myliłam się. Byłam na weekend w Miasteczku. Przez przypadek znalazłam parę skarbów w szufladzie w pokoju mojej siostry… Natknęłam się na różne zapiski. Ależ się uśmiałam :) Jeśli macie ochotę poznać Margolkę w wieku dwunastu lat, zapraszam do lektury :) 
 
niedziela 20 lipca 1997
Dzisiaj nie było nic ciekawego. Jutro mam urodziny. Ale chciałabym dostać jakieś wiadomości od Marcina. Kasia była w domu, ale jego nie było. Kończę, bo nie ma o czym pisać.

poniedziałek 21 lipca 1997
Dzisiaj moje urodziny. Dostałam od mamy i taty jeansy a od siostry płytę. Wujek kupił mi fajny dezodorant a dziadziu bombonierkę. Ale najlepsze jest to, że dzwoniła Kasia, powiedziała, że kupiła mi prezent i powiedziała Marcinowi, że mam dzisiaj urodziny. On powiedział, że jeszcze nie wie co, ale coś skombinuje i mi kupi. Trochę w to  nie wierzę, ale może…

wtorek 22 lipca 1997
Nie mam o czym pisać. Jutro pojadę do Miasteczka. Naprawdę niezbyt wierzę w to, że Marcin mi coś da. Ja na jego miejscu też bym nic nie dawała.

środa 23 lipca 1997
Byłam w Miasteczku. Kasia dała mi ładny prezent. Marcin nie dał mi nic, ale nie pytałam się czemu, nawet nic o tym nie wspominałam, bo mi trochę głupio było. Przyznaję, miło by mi było gdybym coś dostała, ale go rozumiem.

środa 13 sierpnia 1997
Wczoraj wyszłam z Kaśką (…) Wieczorem poszłyśmy nad jezioro, a tam był Marcin i jego kolega (ma aż 17 lat!) Czułam się trochę głupio. I potem Kasia powiedziała mi, że Marcin może się trochę mną znudził i tak dalej. Próbowała mi to powiedzieć delikatnie i ja to doceniam. A tak naprawdę to mi się zdawało, że on się mną znudził. Jakaś intuicja czy co? Potem Kasia poszła do nich, a ja nie chciałam. Jak szłam do domu, to mi się zdawało, że ktoś mnie woła, ale jak się odwracałam, widziałam tylko jakieś dziewczyny i kogoś na rowerze i poszłam. Dzisiaj Kasia powiedziała mi jak to było! Jak poszłam i Marcin powiedział „Idzie! Ale sama?” I za mną pojechał, wołał „Margolka, Margolka!” Ale ja nie słyszałam, więc on pojechał i powiedział „Eee, poszła” Ale zmarnowałam szansę! JESTEM GŁUPIA! Stuknięta itd.

wtorek 19 sierpnia 1997
Wczoraj dzwoniłam do Kasi, jej nie było, a telefon odebrał Marcin (oczywiście mnie zatkało) Jednak zdaje mi się, że Marcin się mną znudził. Zwłaszcza ze zapomniał, kto dzwonił – to znaczy nie zapomniał, tylko zrozumiał nie „Jest Kasia? Mówi Margolka”, tylko „Jest Kasia? A może jest u Margolki?” Oprócz tego kręcą się koło niego Hipki (takie dziewczyny, które wyglądają jak hipopotamy)

czwartek 21 sierpnia 1997
To koniec! Oczywiście ze mną i z Marcinem. Gosia mi to powiedziała, tzn powiedziała mi, że on powiedział, żebym się odczepiła. To przez to, że było mi tak głupio we wszystkim. A ta Hipka to jest bardzo śmiała (chociaż młodsza ode mnie o rok). Naprawdę żałuję. Ale to wszystko przeze mnie – niestety. Najbardziej żal mi nie tego, że „z nim koniec”, ale żal mi miłości. Bo naprawdę myślę, że to była taka miłość – młodzieńcza. Na pewno będę w przyszłości mówiła, że była to moja „pierwsza miłość” !
cdn.

środa, 5 sierpnia 2009

Principe azul

Principe azul, to w dosłownym tłumaczeniu z hiszpańskiego „niebieski książę”. Tak w Hiszpanii określa się naszego „księcia z bajki”, najlepiej na białym koniu :) 
Nigdy nie twierdziłam, że Franek jest ideałem. Że jest moim księciem na białym koniu. Księcia to ja miałam w podstawówce. W wyobraźni rzecz jasna. Potem poznałam mojego pierwszego chłopaka. Kochałam go bardzo, ale niestety pierwsza miłość rzadko się dobrze kończy :) Później był jeszcze ktoś, a później Franek. Związek z Frankiem jest zupełnie inny niż moje wcześniejsze. Chyba po prostu chodzi o to, ze dorosłam. Nie w tym rzecz, że byłam za młoda, bo kocha się tak samo mocno w każdym wieku, ale po prostu ja się zmieniłam, moje życie się zmieniło, okoliczności się zmieniły i siłą rzeczy ten związek nie może być taki sam, jak wtedy, kiedy miałam siedemnaście lat…W każdym razie wiem, że nie ma księcia na białym koniu. Z tego prostego powodu, że nie ma także księżniczek. Żadna z nas nie jest idealna. Ale czy to źle? 

„Jak kochać to księcia, jak kraść to miliony…” Zdanie jest świetne i lubię je powtarzać, ale… czy to prawda? Ja nie chciałabym mieć księcia. Nie chciałabym być z ideałem. Jestem na to zbyt ambitna. Brzmi paradoksalnie? Ale właśnie tak jest. Za bardzo chciałabym mu dorównać, może w końcu zaczęłabym z nim rywalizować. A tak wiem, że osoba, z którą jestem ma swoje wady. Nad niektórymi można trochę popracować, inne trzeba po prostu zaakceptować. Kocham Franka takiego, jaki jest. I on dla mnie jest tą osobą, z którą chcę być. I nie przeszkadza mi, że nie ma białego konia ;)
Znam kilka par, tak zwanych, „idealnych”. A właściwie znałam, bo często to nie są już pary. Ich miłość była bardzo widowiskowa i dużo się o niej mówiło. Człowiek ich widział, to zazdrościł… I zastanawiał się, dlaczego on nie ma takiego szczęścia. Dlaczego jego druga połówka nie jest taka idealna, dlaczego się z nią kłóci…? I tak sobie rozmyślał do czasu, kiedy otrzymał zwalającą z nóg wiadomość. Że Oni, Ci Idealni, nie są już razem. Rozstania są różne i są różne powody. Absolutnie nie chcę tutaj generalizować, ale czasami wydaje mi się, że w przypadkach tych idealnych par, następuje coś w rodzaju twardego lądowania. Osoby w takim związku nie są przyzwyczajone do kompromisu i do tego, że należy zaakceptować słabe strony drugiej połówki – bo nie musiały tego nigdy robić. Zawsze wszystko było świetnie i samo się układało. A potem jakiś drobny problem, jakaś malutka rysa na czyimś charakterze urastają do rangi bariery nie do pokonania. Jeszcze raz poskreślam, że nie zawsze tak jest. To sa moje subiektywne przemyślenia, poparte moimi obserwacjami kilku par, które miałam okazję poznać.
Kiedy rozstaje się taka idealna para, innych nachodzą myśli typu: „Jak to tak? Skoro Oni się rozstali, to czy miłość w ogóle istnieje?” I to jest właśnie podstawowy błąd w rozumowaniu. Nie można porównywać się do innych. Spójrz na siebie, na osobę, którą kochasz i poszukaj rzeczy, które najbardziej Ci się w Was podobają. Na pewno znajdziesz coś, czego zazdrościć będą inni. Przecież z jakiegoś ważnego powodu jesteście razem prawda? 
 Nie twierdzę, że Franek jest ideałem, bo w nie nie wierzę. Nawet jeśli istnieją, to podobnie jak ten książę, rozmyją się szybko. Inn sprawa, że znam siebie i związek bez zwirowań nie jest dla mnie. Mam wybuchowy charakter i sielanki  bym nie zniosła :) A chyba najważniejsze, że jest mi po prostu dobrze w moim związku prawda?

wtorek, 7 lipca 2009

Zagadka

Przeczytałam ostatnio taką typowo babską książkę z serii „Literatura w spódnicy”. Takie mało wymagające czytadełko. Opowiada o lasce, z którą po dwóch latach związku zerwał  facet.  No i oczywiście bohaterka za wszelką cenę stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. Najlepiej nowym facetem. A jednocześnie cały czas wierzy, ze tamten jednak ją kocha i wróci. Skądś to znamy? Typowe, co? :) W każdym razie, dziewczyna umówiła się na kilka randek.Ale nic z nich nie wynikło. Raz koleś nie odpowiadał jej wizualnie i do tego trochę przynudzał. Innym razem niby wszystko ok a jednak czegoś brakowało… I w trakcie czytania pomyślałam sobie, że to bardzo prawdziwe.
Ja to już dawno nie byłam singielką :) a poza tym między jednym a drugim związkiem przerwę miałam tylko półroczną, ale pamiętam trochę jak to jest. Poza tym mam mnóstwo koleżanek bez facetów. I widzę jak jest. A jest dokładnie tak jak w książce.Potencjalnych partnerów wcale nie brakuje. Poszłam na imprezę i już poznałam trzech. Przez Internet kilku następnych. Tu jakiś znajomy koleżanki, kuzyn kolegi… Okazji niby mnóstwo. Parę spotkań. I nic. Nie klei się. No i na czym polega właściwie ta miłość? Od czego zależy to, że chłopak fajny, wizualnie nam odpowiada, szarmancki, inteligentny, ale jakoś chęci nie mamy, żeby traktować go inaczej niż jako dobrego kolegę… A z kolei innego prawie nie znamy, a wystarczy, ze raz spojrzymy w jego oczy i wpadłyśmy jak śliwka w kompot…
Przynajmniej u mnie zawsze tak było. Nigdy nie było tak, że spotykałam się z chłopakiem, rozmawiałam z nim i potem od słowa do słowa zostawaliśmy parą.Przeważnie było tak, że poznaliśmy się, zwykle spędziliśmy trochę czasu razem –i to nawet nie sami, tylko w gronie znajomych, a następnego dnia już byliśmy razem… Szybko? Może, ale potem byliśmy ze sobą bardzo długo, więc po co odwlekać to, co nieuniknione.
Ja wierzę, że zadziałało to „coś”. Oczywiście nikt nie wie co to jest.Może chemia po prostu, jak to się często mówi. Może feromony. Zagadkowa sprawa.Nie wiem co sprawia, że akurat z Frankiem jest mi dobrze. Co sprawiło, że podwóch latach mijania się obojętnie na osiedlu nagle spotkaliśmy się ipoczuliśmy, że to jest to? Przecież nie chodziło tylko o to, że oboje jesteśmywolni. Tak naprawdę nikt nie pomyślałby, że moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę,że będziemy do siebie pasować. A jednak.  Może to prawda z tymi połówkami jabłka. Ale ta teoria mnie jednak nie do końca przekonuje, bo wierzę, że można kochać tak samo szczerze kilka razy w życiu. Może ta miłość jest inna, ale tak samo szczera. Chyba najbardziej przemawia do mnie teoria magnetyzmu serc. I podobnie jak Fredro wierzę w bliźniacze dusze (ale nie w miłość od pierwszego wejrzenia). Musi istnieć coś takiego, co sprawia, że między dwiema osobami zaczyna iskrzyć. Co wywołuje motyle w brzuchu i miękkie kolana. A później, powoduje, że nawet bez tych motyli chce się spędzić z tą drugą osobą życie. Przecież zwykle to nie rozsądek o tym decyduje. W ogóle myślę, że gdyby rozum się zaczął za dużo wtrącać, nie byłoby połowy związków.  No chyba, że ktoś mi racjonalnie wytłumaczy o co chodzi w miłości, wtedy rozumowi zwracam honor :)

sobota, 21 czerwca 2008

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia...

Odebrałam samochodzik i jutro wyruszamy w drogę. A tymczasem korzystam z dobrodziejstw rodzinnego miasteczka. Wzięłam mojego pieska i poszłam na działkę. Pozrywałam truskawek, groszków i różnych takich i jak poczułam, że plecy mnie bolą zaczęłam się zbierać. Puściłam mojego Rokusia bez smyczy a tu jakaś malutka dziewczynka idzie. Pobiegłam za psem, żeby go na smycz przypiąć, bo nigdy  nie wiadomo jak pies zareaguje na obce dziecko, albo na odwrót :) A tu się wyłania tatuś dziewczynki… Moja pierwsza miłość. Moja pierwsza miłość, nie tylko platoniczna :)
Ekhm… Nie wiedziałam jak się zachować. Rozstaliśmy się sześć lat temu, a potem się między nami tak skomplikowało, że nawet na zwykłą znajomość nie było szans, nie mówiąc nawet o przyjaźni… Ubolewałam nad tym bardzo. Zresztą długo serce po nim leczyłam. Dodam, że stosunki między nami były takie, jakie były nie z mojej winy. On się na mnie obraził i nie chciał ze mną rozmawiać.
Ciężko mi było przez parę lat. Po ulicach starałam się tak przemykać, żeby przypadkiem nie spotkać jego ani jego nowej dziewczyny. To była masakra. Miasteczko jest małe, więc niestety nieraz musiałam w ostatniej chwili skręcać w boczną uliczkę, żeby uniknąć spotkania twarzą w twarz. Cierpiałam bardzo z tego powodu, bo nigdy nie chciałam mieć takich stosunków z osobą, którą tak bardzo kochałam i z którą byłam ponad dwa lata. Ale to był jego wybór.
Jakieś dwa lata temu przyjechałam razem z moim Frankiem i szliśmy ulicą, kiedy nagle ktoś powiedział mi „cześć”. Odpowiedziałam zanim zdążyłam się zorientować komu… Obejrzałam się i to był On. Byłam w szoku, bo nie odezwał się do mnie przez cztery lata. Ale jakiś czas potem szedł ze swoją dziewczyną i odwrócił głowę w drugą stronę. Poczułam się jakby mnie ktoś w łeb walnął, bo myślałam, zę teraz będzie normalnie. Ale zdaje się, że ona go krótko trzyma… tak słyszałam i może to przez to. W każdym razie dzisiaj mnie zatkało. Ale zobaczyłam, że przystanął. Więc ja też przystanęłam i gadaliśmy z pół godziny. Po sześciu latach…
W końcu musieliśmy się pożegnać, bo jego córeczka i mój Rokuś się niecierpliwili. On podszedł do mnie podał mi rękę przytrzymał ją, spojrzał mi w oczy i powiedział „Bardzo miło było Cię widzieć Gosiu” i tak patrzył, jakby chciał mi jeszcze coś powiedzieć. Kurde wiem, że to brzmi melodramatycznie, ale naprawdę tak było. Nie chodzi mi, że nagle wyznałby mi miłość albo coś takiego. Ale do jasnej anielki, byliśmy ze sobą dwa lata. Między nami było prawdziwe uczucie i zdążyłam go trochę poznać przez ten czas. Zdążyłam poznać to spojrzenie. Patrzył na mnie w ten sposób, kiedy czymś mu zaimponowałam albo kiedy brakowało mu słów, żeby wyrazić to co czuł. Nie wiem czym zrobiłam na nim wrażenie dzisiaj, ale bez wątpienia właśnie tak na mnie patrzył.
No tak, to są te tak zwane demony przeszłości… Ale cieszę się, że porozmawialiśmy. Teraz mogę uznać tamten rozdział za zakończony, bo przez to jak się rozstaliśmy zawsze miałam wrażenie, że nie ma kropki na ostatniej stronie. Był moją pierwszą miłością i na pewno „gdzieś tam na dnie został twój ślad”, ale to już na pewno skończone. Wiem, że nie byłabym z nim szczęśliwa, ja zawsze miałam inne ambicje niż on. Zmienił się, kiedyś mi się bardziej podobał. A może to mnie się gust zmienił. W każdym razie emocje niesamowite. Wspomnienia wracają. Zastanawiam się tylko, czy on też myśli teraz o naszym spotkaniu. W końcu ja też byłam jego pierwszą… pierwszym wszystkim :)
Dodam tylko, że oglądał się za mną kilka razy. Wiem, bo mój pies zatrzymał się przy jakimś krzaku i obejrzałam się, żeby go zawołać. 
A ja rozmawiałam już z Frankiem przez telefon…