Mój blog i moje kredki. Margolka bez koloryzowania :)
*OGŁOSZENIE*
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
środa, 6 stycznia 2016
Początek i koniec w jednej notce.
sobota, 15 sierpnia 2015
15 sierpnia przez 10 lat
piątek, 19 czerwca 2015
Wspomnienie ciąg dalszy... - nazajutrz
czwartek, 3 lipca 2014
Miało być romantycznie! A u nas jak zwykle :)
wtorek, 27 sierpnia 2013
Babski weekend część I ;)
czwartek, 26 lipca 2012
Świętujemy
Zaczęłam od środka i naszych zaręczyn, a tak naprawdę powinnam zacząć od tego, że Franek oszalał :) I wcale nie dlatego, że chciał mi podarować płyn do kibelka, gdyż jak słusznie podejrzewałyście - i ja zresztą również - to była tylko zasłona dymna :) Ale dlatego, że w ostatnim czasie dosłownie zasypał mnie prezentami!
W ogóle nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię dostawać od niego prezenty. I to wcale nie dlatego, że w ogóle lubię je dostawać :P Ale dlatego, że są one niezwykle przemyślane (nawet, gdy kupowane na szybko! nie wiem, jak on to robi) i zawsze trafione (poza jedną wpadką, ale to było dawno :)) Tym razem też tak było... Zresztą tytuł książki, którą Wam wczoraj pokazałam mówi sam za siebie :)
Ponad tydzień temu - 17 lipca upłynęło sześć lat, odkąd jesteśmy razem. Nie spodziewałam się ani trochę tego, że z tej okazji coś od Franka dostanę. A dostałam książkę i paczkę żelków. Do tego zrobił obiad i wielki deser. Żeby nie było, że ja nic dla niego nie miałam - Franek kupił sobie grę komputerową, o której już od dawna marzył, więc umówiliśmy się, że to prezent ode mnie :P Nie świętowaliśmy jednak tego dnia szczególnie długo, bo jak zapewne pamiętacie, byłam nieco zmęczona :) Ale dzień był bardzo miły i naprawdę zrobiło mi się bardzo przyjemnie, że Franek miał ochotę w jakiś sposób uczcić tę datę. A przecież okazało się, że to dopiero przedsmak tego, co naprawdę mnie czekało :)
Później była zaręczynowa powtórka, a w sobotę jeden z moich ulubionych dni roku! Pogoda z samego rana sobie ze mnie trochę zażartowała i pokropiło, ale okazało się, że to była zmyłka i dostałam w prezencie urodzinowym piękną pogodę :) Mimo, że wiatr był dość chłodny, kiedy zasłoniliśmy się parawanem można było całkiem przyjemnie wygrzewać się na słoneczku. Leżałam sobie na plaży czytając smsy i odbierając telefony od tych, którzy o mnie pamiętali :) Bardzo się cieszę, że choć może nie dostałam tyle życzeń, co jeszcze trzy, dwa lata temu, to ci najważniejsi dla mnie o mnie pamiętali.
Od Franka prezent dostałam już rano - srebrny łańcuszek oraz myszkę do komputera :P Ostatnio mi się zepsuła i się strasznie męczyłam pracując na moim laptopie. Nie pomyślałam, że Franek zauważył to na tyle, żeby wpaść na pomysł prezentu :) Aaa, i to właśnie ta myszka była płynem do kibelka :)) Po prostu zadzwoniłam do niego w momencie, kiedy szukał konkretnego modelu, no i wymyślił na odczepnego ten płyn :) Myszka ładna, we wzorek, chociaż podobno nie było takiej, jakiej szukał. Ale mnie sie i tak podoba - a najważniejsze, że działa!
Ale oficjalne świętowanie zaczęliśmy pod wieczór - znowu wybraliśmy się z kocem i winem na plażę i podziwialiśmy zachód słońca. Siedzieliśmy na plaży obserwując statki wpływające i wypływające z portu w Kołobrzegu, rozmawiając, wygłupiając się... Siedzieliśmy do momentu, aż niebo zrobiło się zupełnie ciemne - a nad morzem to trwa naprawdę długo i strasznie mi się to podoba. Po północy owinęliśmy się kocem i poszliśmy brzegiem morza z powrotem. Piękny wieczór, choć zdarzyło się nam małe nieporozumienie, ale to była bzdura i uczciwie przyznaję, że ja trochę bez sensu zareagowałam, ale szybko puściliśmy to w niepamięć :)
A podczas tego naszego plażowania dostałam fantastyczny prezent od dziewczyn z Hiszpanii - Ani i Karoliny! Zadzwoniły do mnie z Gibraltaru, gdzie właśnie spędzały weekend i powiedziały, że przyjeżdżają na nasze wesele! Ogromnie się ucieszyłam, bo nie wiedzieliśmy, czy sie uda! Ania bilet już ma, a Karolina powiedziała, że nadal szuka połączeń lotniczych do Wrocławia lub Katowic, ale przyjedzie choćby na koniu! :D
A potem dzień się skończył i po urodzinach :( Jak zawsze minęły zbyt szybko, chociaż w tym roku trochę inaczej to wszystko odczuwałam. Nie wiem, czy dlatego, że byłam na urlopie, czy się jednak zestarzałam, ale te urodziny były jakby odrobinę mniej zauważalne niż zwykle. Najważniejsze jednak, że się odbyły, a w dodatku to jeszcze nie koniec, bo do Miasteczka pojadę dopiero za półtora tygodnia i wtedy będziemy świętować w gronie rodzinnym :)
I jak tu nie lubić lipca, skoro tyle się dzieje w tym miesiącu? :)) W zasadzie ustaliliśmy, że każdego między 17 a 23 lipca czeka nas jedno wielkie świętowanie :) To taki nasz długi weekend, choćby nawet miał być spędzony w pracy. Ślubu co prawda w tym miesiącu nie wzięliśmy, ale za to dojdzie nam kolejny dzień do świętowania, a takich okazji nigdy za wiele :P
wtorek, 24 lipca 2012
Nic dwa razy się nie zdarza ?
Pisałam niejednokrotnie, że gdybym miała okazję przeżyć jakiś dzień jeszcze raz, byłby to dzień zaręczyn. Zaręczyliśmy się dokładnie rok i jeden dzień temu :) Ale z różnych względów Franek postanowił, że przeniesiemy świętowanie na piątek. Nad morze pojechaliśmy do Grzybowa - tak jak w zeszłym roku. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu. I w piątek, tak samo jak w zeszłym roku, wzięliśmy koc, butelkę wina i poszliśmy wieczorem na plażę. W dzień pogoda nie była zbyt obiecująca, ale po południu już się rozpogodziło i wieczór był naprawdę bardzo ładny i dość ciepły. Usiedliśmy obok siebie na kocu i otworzyliśmy wino. I wtedy Franek z okazji rocznicy naszych zaręczyn podarował mi książkę o bardzo osobliwym tytule:
Byłam naprawdę w szoku, to kolejny dowód na to, jak bardzo prezenty Franka są zawsze przemyślane i dobrane. Całkowicie mnie zaskoczył. Ale okazało się, że to jeszcze nie koniec!
Powoli opróżnialiśmy butelkę białego wytrawnego wina, wspominając, jak to było rok wcześniej. Franek zastanawiał się o czym rozmawialiśmy i o czym myśleliśmy na chwilę przed... Później przypomniałam, że kazał mi zamknąć oczy. I teraz poprosił, żebym to zrobiła. A kiedy je ponownie otworzyłam, Franek trzymał w ręku... pudełeczko z pierścionkiem! Wyobrażacie sobie?? :)) Teraz to dopiero byłam kompletnie zaskoczona. Jak mogłabym się spodziewać czegoś takiego? Pierścionek tym razem srebrny z cyrkoniami i, jak Franek zaznaczył, niezaręczynowy, ale za to pasujący jak ulał, więc zgubić go w tym roku nie mogłam :) I także piękny! Franek powtórzył pytanie, które zadał mi w zeszłym roku, choć oczywiście zrobił to dla czystej formalności :) Bo jednak było coś, co odróżniało ten dzień od zeszłorocznego - teraz mieliśmy już konkretne daty, plany, założenia... Nie rozmawialiśmy już czysto hipotetycznie, ale dopracowywaliśmy listę rzeczy do załatwienia na 58 dni przed ślubem. To samo w sobie było magiczne - siedzieliśmy w tym samym miejscu, na tej samej plaży. Na chwilę cofnęliśmy się w czasie, ale z drugiej strony mieliśmy świadomość, jak wiele się zmieniło przez rok. A jednocześnie nie zmieniło się nic w kwestiach najistotniejszych.
Późnym wieczorem poszliśmy jeszcze do tej samej knajpy, w której byliśmy rok temu. Podobnie jak wtedy odbywał się jakiś dancing. Tak samo jak wtedy zamówiliśmy po piwie (choć nie było już tego samego niestety) - i tak samo jak rok temu rozmawialiśmy o liście gości na naszym weselu. Z tą różnicą, że wtedy rozmowa była hipotetyczna, zastanawialiśmy się, kogo zaprosimy. Teraz mieliśmy listę i konkretne liczby :) Niesamowite.
Zanim położyliśmy się spać, spojrzałam w niebo. Tak samo jak rok temu było czyste i pełne gwiazd...
Oczywiście, że "żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy..." Zawsze będą jakieś odróżniające szczegóły. Ale okazuje się, że można chociaż spróbować odtworzyć to, co było. Dzięki Frankowi miałam szansę przeżyć jeden z najpiękniejszych dni mojego życia ponownie. I nigdy mu tego nie zapomnę.
Ps. A to była tylko jedna ze świętowanych okazji! Tak w ogóle to Franek oszalał z tymi prezentami:))
piątek, 4 maja 2012
W podróży służbowej
Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)
Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.
Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.
Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)
Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.
Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.
I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)
