*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez chronologii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez chronologii. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

Początek i koniec w jednej notce.

Znalazłam w szkicach jeszcze jedną notkę, którą napisałam krótko po tym, jak dowiedziałam się o ciąży.  Pisałam pod wpływem emocji, choć już byłam trochę spokojniejsza. Te notki są dla mnie ważne, bo to niesamowite czytać o tym, jak się czułam i co myślałam wtedy, kiedy Wiking był tylko abstrakcją...

 ***
 Nareszcie przestał mnie boleć brzuch! Do środy codziennie odczuwałam jakieś kłucie w podbrzuszu, szczególnie po południu. Wczoraj mi przeszło i dzisiaj też jak na razie jest ok.
Swoją drogą to niesamowicie, jak zmienia się myślenie :P Do niedzieli nie wiedzieliśmy przecież jeszcze, że Ktoś postanowił sobie u mnie zamieszkać  - a dolegliwości miałam takie same i w ogóle na to nie zwracałam uwagi, poza tym, że mnie irytowały. Jak tylko się dowiedzieliśmy, zaczęłam weryfikować swoje zachowania - nie sprzątam już takim zapałem, w pracy uważam, żeby darować sobie jednak dźwiganie kartonów z 12 butelkami wina i nawet na rowerze jeżdżę wolniej! :P Zupełnie inaczej było jeszcze w sobotę, a przecież Ktoś już sobie siedział na miejscu. (BA! Przecież w ubiegły wtorek wnosiliśmy winem toast za Franka nową pracę!, ech, żebym ja wiedziała, że to moje ostatnie winko na dłuugi czas... nawet mojej Fortuny-Mirabelki nie zdążyłam wypić, ale Franek obiecał, ze ją dla mnie zostawi, bo to edycja limitowana!)
Ale spokojnie, nie dam się zwariować :) To znaczy - teraz trudniej jest mi trochę zignorować ból brzucha i po powrocie do domu z pracy wolę usiąść w pozycji półleżącej zamiast biegać ze szmatą i szorować szafki w kuchni, bo jednak mam świadomość, że przecież nie wiem, czy wszystko jest w porządku i lepiej losu nie kusić. Ale tak poza tym to bardzo pilnuję się, żeby nie tłumaczyć wszystkiego, że "przecież ciąża" i jak nie chce mi się czegoś zrobić to racjonalnie analizuję sytuację, żeby stwierdzić, czy to dlatego, że czuję się senna i osłabiona, czy może po prostu mam lenia :D
I jednak stwierdzam, że mam lenia! I biorę się za robotę. Ale wczoraj jak ten brzuch mnie nie bolał, to zdecydowanie mi się bardziej chciało - i wyprałam, i wyprasowałam, i ugotowałam zupę, i zrobiłam sałatkę, i posprzątałam...
Tak ogólnie rzecz biorąc, to boję się, że wręcz przegnę w drugą stronę :) I będę wymagać od siebie jeszcze więcej, niż zwykle, nie pozwalając sobie na chwilę słabości - bo taki już mam charakter. Zwłaszcza, że Franek za mną teraz cały czas łazi pytając jak się czuję i mówiąc, że tego mi nie wolno, a tamto powinnam :P

A tak serio - stwierdzam, że jednak się da oswoić tę myśl! Szybko mi poszło, prawda? :) Teraz już trochę inaczej o tym myślę. Nadal jestem podekscytowana, ale przestałam myśleć o tym, jaka to rewolucja. Jasne, że tak jest. Ale póki co wszystko jest po staremu, a zmiany będą postępowały stopniowo, więc myślę, że będę miała czas się nad nimi zastanowić.
Teraz mamy już za sobą etap szoku. Co prawda nadal trochę trudno nam uwierzyć, że to się tak po prostu stało :) Chyba nie spodziewaliśmy się, że pójdzie nam tak szybko, ale zdecydowanie już nie jesteśmy tak oszołomieni tą wiadomością.
Podchodzimy do tego spokojnie i oczekujemy z powściągliwą radością :) Oczekujemy na to, co się wydarzy, bo jesteśmy po prostu ciekawi, jak będę wyglądały nasze następne dni, tygodnie i miesiące. Nie zmieniło się jedno - nadal trudno ubrać te uczucia w słowa :)
***
 
Właśnie dzisiaj postanowiłam tę ostatnią wartą utrwalenia notkę wydobyć z archiwum, bo trudno, żebyśmy w tych dniach nie myśleli o tym, co się działo dokładnie rok temu. Każdego dnia niemal co chwilę łapię się na tym, że przypominam sobie, co robiłam rok temu o danej porze albo może raczej, co się ze mną działo, bo za wiele nie robiłam :) Trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu Wikusia nie było z nami, a dzisiaj chodzi po całym domu podrygując sobie w rytm muzyki albo bawiąc się w zamykanie i otwieranie drzwi. Jeszcze bardziej niewiarygodne wydaje mi się, że to jest ten sam Ktoś, o którym wspomniałam 23 maja 2014 roku. Tamten Ktoś nie miał imienia, nie miał twarzy, jeszcze płci nawet nie miał. Wiadomość o jego pojawieniu się była dla mnie szokiem, ale z drugiej strony przez długi czas nie potrafiłam myśleć o nim jak o dziecku. Byłam po prostu w ciąży. Jakoś nie potrafiłam do końca połączyć tego momentu z tym, co miało nastąpić na początku stycznia :) I prawdę mówiąc cały czas jest to dla mnie taka abstrakcja, że nadal trudno mi ogarnąć to umysłem. W tym sensie zdecydowanie wierzę w cud narodzin.

6 stycznia pamiętam doskonale. Za oknem świeciło piękne słońce, niebo było błękitne i w ogóle pogoda była przepięknie zimowa. Przy porannym obchodzie lekarz powiedział, żebym przyszła za chwilę do jego gabinetu i tam dowiedziałam się, że prawdopodobnie będą robić wszystko, żebym tego dnia urodziła. Myślałam sobie, że to dobry dzień. Fajna data, będzie czwarty królewicz. Już widziałam tytuł tej notki oczami wyobraźni ;) Ale z godziny na godzinę mój entuzjazm opadał. Prawdę mówiąc tamtego dnia zaliczyłam poważny kryzys. Do tego stopnia, że aż się popłakałam Frankowi. Miałam wrażenie, że wszyscy dookoła rodzą, tylko nie ja, ja ciągle stoję w miejscu. W dodatku stresował mnie lekarz (bardzo sympatyczny zresztą), który gdy tylko mijał mnie na korytarzu, pytał mnie, czy coś się dzieje i czy coś czuję. Miałam wyrzuty sumienia, że nic się nie dzieje :) Pojęcia nie mam, dlaczego ja tak to przeżywałam, bo przecież wiadomo było, że prędzej, czy później urodzę. Ale wtedy naprawdę czułam się tak, jakby to miało nie nastąpić. Dopiero kiedy poszłam na mszę do kaplicy i zaczęłam się modlić to mi przeszło. Oświeciło mnie wtedy, że przecież muszę być cierpliwa, bo będzie, co ma być. Naprawdę wyszłam odmieniona, miałam już zupełnie inne nastawienie i humor zdecydowanie mi się poprawił. 
I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, kiedy odpuściłam, zaczęło się. Mniej więcej dokładnie o tej porze rok temu odeszły mi wody. Nie jestem pewna, o której, ale było to podczas wieczornego KTG, które miałam podłączane w okolicach godziny 21. Sprawdziłam sobie nawet połączenia z ubiegłego roku i widzę, że o 20:25 rozmawiałam z Frankiem - prawdopodobnie mówiłam mu wtedy dobranoc, bo wiedziałam, że za moment nie będę mogła rozmawiać podłączona pod aparaturę. Następne połączenie jest o 21:03, potem 21:27 i 21:54. Przypuszczam, że kolejno dzwoniłam do Franka, żeby mu powiedzieć, że odeszły mi wody, że czekam na badanie lekarskie i że ma przyjeżdżać, bo jednak rodzę. 
Uwielbiam takie retrospekcje :) Jestem teraz prawie tak samo podekscytowana, jak rok temu, tyle, że wtedy nie spodziewałam się, że tak długo to będzie trwało. Wiecie, co jest najciekawsze? Że wróciłabym do tamtego momentu, nawet pomimo tego koszmarnego bólu. W końcu skoro przeżyłam raz, to przeżyłabym i drugi :) Choć wtedy (i jeszcze parę dni po) wydawało mi się, że to jest po prostu niemożliwe. 

sobota, 15 sierpnia 2015

15 sierpnia przez 10 lat



Zastanawiałam się dzisiaj nad tym, co robiłam lub też jak wyglądał 15 sierpnia  (albo jego „okolice”) rok temu. A potem dwa i trzy lata temu… I okazało się, że pamiętam niemal dokładnie środek każdego sierpnia na przestrzeni minionych dziesięciu lat! Nie wiem dlaczego, bo mimo tego, że jest to święto, nie jest ono jakieś bardzo znamienne. Jest to trochę zasługa bloga, bo zauważyłam, że jak coś zapiszę, to potem o tym pamiętam, nawet jeśli nie czytam. 

15 sierpnia 2014 – przyjechali do nas w odwiedziny Wojtek i Aneta z dziećmi, czyli kuzyn Franka z rodziną; ja w piątym miesiącu ledwo zauważalnej ciąży, jeszcze nieświadoma tego, że za cztery dni otrzyma przykrą wiadomość w pracy; bardzo miło spędziliśmy tamten długi weekend; na tę okoliczność zadzwoniłam dzisiaj do Anety i pogadałyśmy sobie przez godzinę

15 sierpnia 2013 – ostatni dzień pracy Franka w Zielonej Firmie w Poznaniu, dlatego też nie mógł do mnie przyjechać, bo już dwa dni później miał przyjechać do Podwarszawia na stałe; ja sama jeszcze w mieszkaniu w Podwarszawie Dalszym, trochę smutna – ale w taki nostalgiczny sposób – zastanawiam się, jak dalej potoczą się nasze losy, co z Franka pracą i myślę o tym, że szkoda Zielonej Firmy…; nagle nachodzi mnie ochota na kanapkę z Subwaya, wsiadam więc na rower, jadę na pierwszą warszawską stację SKMki, wsiadam w pociąg i szukam otwartego lokalu; w międzyczasie wymieniam się smsami z Dortą, która na głowi e ma jakiegoś uciążliwego absztyfikanta

15 sierpnia 2012 – Franek pracuje, więc nigdzie się nie wybieramy, gotuję za to "niedzielny obiad" (jakieś kluski, czy kopytka, aż tak dobrze nie pamiętam), rozmawiamy o ślubnych sprawach, ustalamy kilka kwestii na miesiąc przed wybiciem godziny zero

15 sierpnia 2011 – gościmy u siebie naszych rodziców, trzy tygodnie po zaręczynach ustalamy pierwsze najważniejsze kwestie związane z naszym ślubem i weselem

15 sierpnia 2010 – razem z moim wujkiem, który przyjechał do nas w odwiedziny, zwiedzamy Wielkopolskę

15 sierpnia 2009 – jedziemy (znowu z moim wujkiem) do wrocławskiego zoo

15 sierpnia 2008 – chwilowo osobno, ja w Miasteczku, spędzam miło czas z rodziną, Franek dojeżdża później i wyruszamy w Tatry

15 sierpnia 2007 – tu mam zagwozdkę… tylko tego czasu nie jestem pewna, ale wiem,  że miałam wtedy urlop, byłam w Zakopanem z moim wujkiem i siostrą oraz że byliśmy na weselu, nie pamiętam tylko dokładnych terminów )

15 sierpnia 2006 – jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, spędzamy z Frankiem niemal pół dnia w łóżku i oglądamy bajkę Toy Story, znamy się dopiero niecały miesiąc, ale wydaje nam się, że jest to o wiele dłużej, to były upalne wakacje (może tak samo upalne, jak w tym roku?), które wspominam jako czas na wiecznym kacu :), popołudniami pracowałam, wieczorami i nocami balangowałam, rano próbowałam odsypiać i pozbyć się kaca, tamten dzień też był spędzony w takim klimacie, tyle, ze po południu zamiast do pracy, pojechaliśmy z Frankiem na poznańską Ławicę, nie pamiętam w jakim celu :)

15 sierpnia 2005 – po raz pierwszy od wielu lat uczestniczę w weselu mojej dalszej kuzynki, w dodatku jest to pierwsze wesele, na które jestem zaproszona oddzielnie, a nie jako dodatek do moich rodziców :), nawet z osobą towarzyszącą, ale takowej nie mam, więc jadę sama; to wesele zapoczątkowało cały cykl wesel, bo od tamtego czasu, aż do dziś, właściwie nie ma roku, w którym nie byłabym PRZYNAJMNIEJ na jednym; mam ich za sobą dziś czternaście, a łącznie z moim piętnaście, na szesnaste (mojej koleżanki z byłej pracy – Kasi), które odbędzie się za dwa tygodnie niestety nie możemy pójść…

Dalej trop mi się urywa. Nie pamiętam. Nic. Kompletnie :) Tak, jakby wcześniej nie było dnia 15 sierpnia :P

Niemal każdy dzień z opisanych wspominam z nostalgią, choć nie zawsze działo się coś ciekawego i wartego uwagi. Ciekawa jestem, jak będę za jakiś czas wspominać ten dzisiejszy, który jest już wybitnie zwyczajny – Franek poszedł do pracy na siódmą (co niestety oznacza, że wróci do domu dopiero przed 17 :(), my z Wikingiem też wstaliśmy, ja zajęłam się swoimi sprawami Dzieciak swoimi :), potem udał się na krótką drzemkę, a o 9:30 postanowiłam, ze wyjdziemy na spacer. To była dobra decyzja, bo na dworze było jeszcze bardzo, choć po półgodzinie było już czuć wysoką temperaturę. Wikuś nie spał, tylko wszystko uważnie obserwował. Ale fajnie chodzi się z nim teraz na spacery! :) W dodatku po powrocie jest tak stęskniony za swoimi zabawkami, że przez dłuższy czas bawi się spokojnie na macie i nawet niespecjalnie wspina się na meble.

Tak, dobrze Wam się wydaje, dzisiaj mam się trochę lepiej. Już wczoraj popołudniu się trochę poprawiło. Nie pojechaliśmy co prawda nigdzie, ale wyszliśmy na spacer. Poszliśmy na lody, a potem Franek mnie przekonał do porcji frytek na późny obiad(doprawdy, przeszłam wczoraj samą siebie jeśli chodzi o zdrowe odżywianie się…, na kolację był melon). Zaliczyliśmy też parkową siłownię na świeżym powietrzu i połowę Harrego Pottera w telewizji. Nawet to nieszczęsne pranie jednak zrobiłam. Dzisiaj więc jest ok, chociaż i tak mam obawy, czy jeszcze mnie za jakiś czas dołek  nie dopadnie, bo ostatnio tak się zdarza.

A co do 15 sierpnia - chciałabym kiedyś zobaczyć na żywo defiladę. Ciekawe, czy mi się to uda...

piątek, 19 czerwca 2015

Wspomnienie ciąg dalszy... - nazajutrz


W szkicach znalazłam jeszcze trzy notki, które napisałam tuż po tym, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zabawnie mi się teraz to czyta :) Niemal czuję te emocje, które zawładnęły mną wtedy. Przypominam sobie wszystko.. Gdyby nie te wpisy, to chyba nie potrafiłabym aż tak dobrze odtworzyć tamtych uczuć, były tak nietypowe dla mnie, że prędzej wydawałoby mi się, że ich nigdy nie doświadczyłam :) Ale proszę, oto dowód! (kontynuacja notki z 20 maja)

Nie mogliśmy wczoraj z Frankiem zasnąć. Te emocje i myśli nas przytłoczyły. Położyliśmy się z obietnicą, że idziemy spać i nie będziemy rozmawiać ani rozmyślać. Ale się nie dało. Najpierw rozmyślaliśmy każde w swojej głowie, a później rozmawialiśmy... Po 1:00 Franka oddech się zmienił, więc chyba wreszcie udało mu się zasnąć. Ja miałam gonitwę myśli jeszcze przynajmniej do 2:00, kiedy to ostatni raz spojrzałam na zegarek :)
Nie ogarniam tego, co się dzieje, naprawdę :) Czy w ogóle da się uwierzyć w to wszystko? Czy można do tego po prostu przywyknąć i ot tak przyjąć, że oto rozpoczęła się dla nas nowa rzeczywistość? Bo jak na razie to jest dla mnie niewyobrażalne. Choć na razie przecież teoretycznie nic się nie zmieniło, to tak naprawdę zmieniło się wszystko i jakoś nie potrafię sobie miejsca znaleźć.
Pewnie wydaję się Wam jakimś dziwadłem, że to właśnie takie emocje mi towarzyszą :) Ale ja zawsze powtarzałam, że jeśli chodzi o dzieci, to mam podejście zdecydowanie bardziej racjonalne niż emocjonalne. Chciałam dzieci, ale ich nie planowałam - być może dla kogoś zabrzmi to jak sprzeczność, ale tak nie jest :) Ja po prostu czekałam, wiedziałam, że ten moment pewnie po prostu przyjdzie.I przyszedł.
Jednak to racjonalne "chcenie" nie stało się nigdy u mnie emocjonalną tęsknotą. Na dzieci obcych ludzi spoglądałam bez większego zainteresowania, na dzieci w rodzinie patrzyłam z uśmiechem i lubiłam się z nimi pobawić. Ale to nie były moje dzieci, więc nie miałam w stosunku do nich jakichś głębszych uczuć.
Dlatego też teraz nie jestem w euforii, moja radość jest - znowu - racjonalna :) Przede wszystkim jestem nadal oszołomiona i nie dociera do mnie, że to już :) A poza tym jestem strasznie podekscytowana! Myślę, że to słowo chyba najtrafniej odzwierciedla to, co się dzieje wewnątrz mnie.

Jakbym nie kombinowała, nie potrafię tego opisać... Chyba muszę poczekać, aż emocje opadną i wtedy będę mogła odnaleźć tę radość, którą znam :) Nie tę szaloną, której nie potrafię ogarnąć - której nie rozumiem, która mnie męczy biegając po moim ciele w te i we wte. Ale tę wyważoną, rozsądną, niosącą nadzieję, dającą pozytywną energię... :) Czekam na nią, bo te aktualne emocje mnie po prostu rozerwą na strzępy. Ja tego nie wytrzymam jeśli to będzie trwało przez kolejne osiem miesięcy :P No i dobrze by było jednak się wyspać przez ten czas ;)

c.d.n.

czwartek, 3 lipca 2014

Miało być romantycznie! A u nas jak zwykle :)

Niedyskretna zapytała, jak się dowiedziałam i jak dowiedział się Franek. No to dzisiaj właśnie o tym :)

Wiedziałam już od kilku dni. Ale czekałam na dobry moment. W końcu nadszedł - Franek wrócił z pracy. Podałam więc uroczysty obiad (tylko obrusa i świeczek nie mogłam znaleźć) a potem wręczyłam Frankowi małe zawiniątko z dziecięcymi bucikami w środku.



Nie no, żartuję, niczego nie wręczałam.
Po prostu powiedziałam. Popłakaliśmy się ze szczęścia a potem dostałam od Franka kwiaty. Też żartuję :)

Tak to pewnie powinno wyglądać? A w każdym razie tak to najczęściej wygląda na filmach, prawda? :) Ale nie u nas :P My na to jesteśmy zbyt pospolici :D

***
Wspomniałam niektórym z Was, że pomimo naszego "przegadania", to jednak było dla nas - a chyba szczególnie dla mnie zaskoczenie :) Niby nie powinno, bo przecież wiem, skąd się biorą dzieci, a jako, że stosowaliśmy zawsze tylko NPR (swoją drogą nie zawiodła mnie ta metoda w żadnej kwestii póki co i wiele się dowiedziałam o swoim organizmie), to doskonale znam swój cykl i wiedziałam z czym może się wiązać podjęcie przez nas decyzji, że "zobaczymy". Ale jednak traktowałam to trochę jak trafienie - powiedzmy - piątki w totka - niby realne, ale rzadko się zdarza. Chwilami myślałam sobie, że fajnie gdyby się udało, ale chyba znacznie częściej się tego bałam, a ostatecznie moje rozterki kończyłam modlitwą , żeby Bóg zadecydował za mnie :P Jednym słowem tę decyzję przerzuciłam na Siłę Wyższą!

Pamiętacie, że w połowie maja bardzo się stresowałam tym, co dzieje się u mnie i u Franka w pracy. To było jakieś apogeum moich nerwów i chodziłam roztrzęsiona przez kilka lub nawet kilkanaście dni. A później wszystko dobrze się skończyło i napisałam Wam notkę o tym, jak napięcie ze mnie schodzi i jak się w związku z tym czuję. Młoda Kobieta i Robertowa zasugerowały, że jestem w ciąży, a ja to wykluczyłam. Po prostu byłam pewna, że te wszystkie objawy to po prostu efekt ostatnich nerwowych dni (i właściwie nadal tak uważam, bo generalnie przez kolejne tygodnie czułam się dobrze, ale o tym będzie kiedy indziej). No cóż, tym razem dziewczyny wiedziały lepiej :P Ale o tym miałam się przekonać dopiero parę dni później.

Dzięki NPR wiedziałam, że chodzę jak w zegarku i wiedziałam, kiedy spodziewać się comiesięcznej przypadłości - ale tym razem było trochę dziwnie, bo ze względu na podwójny skok temperatury, nie byłam pewna od kiedy liczyć fazę lutealną - a więc kiedy nie dostałam okresu w spodziewanym terminie, po prostu stwierdziłam, że pewnie muszę liczyć od tego drugiego skoku, a że długie cykle już mi się zdarzały, to nie zdziwiło mnie to specjalnie - znowu byłam pewna, że przyczyną jest stres.
Ale w pewnym momencie zaczęło mnie irytować, że tak długo czekam, w dodatku cały czas bolał mnie brzuch. Franek to się nawet śmiał, wskazując na mój brzuch, że "może Ktoś tam zamieszkał". Ale jakoś nie miałam parcia, żeby to sprawdzić.
Aż w końcu, pewnej niedzieli wyszliśmy sobie na spacer i zachciało nam się lodów. Najbliżej mieliśmy Tesco - poszliśmy więc po te lody. A po drodze do kasy coś mnie tknęło i zatrzymałam się na stoisku z testami ciążowymi. Już miałam zrezygnować, ale Franek powiedział, żebym wzięła - "ee tylko, pięć złotych, to może być". No to zakupiliśmy nasz pierwszy test. Przyszliśmy do domu i go schowałam. Ale Franek zapytał, czy nie będę go wypróbowywać. Przeczytałam w ulotce, że trzeba go robić rano, (a była 19), ale znowu Franek powiedział, żebym zrobiła teraz, bo rano to on będzie w pracy.
No jak kazał, to poszłam do łazienki.

Franek teraz mówi, że nigdy nie zapomni, jak po bardzo krótkiej chwili zajrzał do łazienki, a ja siedzę i ryczę. Pomyślał, że to dlatego, że nie wyszło. Pyta się:
F: I co?
M: (z płaczem) Ile kresek widzisz?
F: Dwie... A co to znaczy?
M: (z jeszcze większym płaczem) Przeczytaj sobie w instrukcji!
F: czyta, czyta, spogląda na mnie z ukosa, czyta jeszcze raz, patrzy na test i wreszcze z uśmieszkiem mówi: Znaczy, że jesteś w ciąży?? To czemu płaczesz?? - i mnie przytulił
M: (nadal z płaczem) Bo nie pójdziemy w przyszłym roku na Noc Muzeów!!
(zdjęcie zrobiłam dopiero dzisiaj - zostawiłam sobie na pamiątkę, a co :P - dlatego trochę już wyblakło)
 
I tak to właśnie było :) Wcale nie romantycznie, wcale nie podniośle. Wręcz przeciwnie - bardzo zwyczajnie. Ale cieszę się z tego, bo wiecie, że nie lubię przerostu formy nad treścią w pewnych sytuacjach życiowych i choć u innych to się może pięknie sprawdzać, to mi to zaczyna groteską pachnieć :)
I tak długo będziemy ten wieczór pamiętać, bo zwykły to on mimo wszystko nie był.

O tym, jak się czułam później, jak nam minęła noc, do kogo zadzwoniłam i czym moja mama potrafi postawić mnie do pionu będzie innym razem :) Przez pierwsze dni byłam w ogromnym szoku i co nieco sobie tu zapisywałam. Przejrzę szkice i zastanowię się, czy coś z tego nadaje się do publikacji :)

 A ten obiad naprawdę się wydarzył, tylko, że to ja wróciłam z pracy i to Franek przygotował obiad. Nawet niespecjalnie uroczysty, ale za to taki, jak bardzo lubię i postarał się o ładną oprawę (choć nie umiał znaleźć obrusa i świeczek, bo dwa dni wcześniej robiłam porządki) . Później jeszcze przygotował pyszny, kolorowy deser i podarował mi kwiaty "z okazji tego, że jestem w ciąży" :)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Babski weekend część I ;)

Dziś notka nieco wyjątkowa i całkowicie archiwalna... To opis weekendu czerwcowego.
 
***
Mój gorszy nastrój na szczęście był chwilowy - już następnego dnia było dobrze. Chociaż muszę przyznać, że ostatnio wyjątkowo często miewam nastrojowe huśtawki. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Dobrze, że już dzisiaj środa, bo to oznacza, że jesteśmy już bliżej niż dalej weekendu - zwłaszcza, że Franek będzie już w piątek rano. To łagodzi mi trochę żal za minionym dopiero co weekendzie, który był niezwykle udany! Wiedziałam, że będzie fajnie, ale że aż tak, to się chyba nie spodziewałam.

Dorota miała kiepską podróż od samego początku, bo pociąg, którym miała jechać już do Poznania miał przyjechać z 55 minutowym opóźnieniem - które oczywiście potem uległo zmianie i ostatecznie do Warszawy przyjechał zamiast o 16:52 około 19:00. Ale to już nie było nasze zmartwienie, bo wymieniła sobie bilet i pojechała trochę późniejszym pociągiem, który i tak przyjechał na miejsce przed tym wcześniejszym opóźnionym :P Później miała małe przeboje z dojazdem już bezpośrednio do mnie, ale się udało :) Informowała mnie na bieżąco, więc po prostu zostałam sobie trochę dłużej w pracy, bo stamtąd mam na stację blisko, więc nie musiałam czekać zbyt długo na peronie.
Już smsem zakomunikowała mi, że potrzeba jej zimnego piwa! Zdecydowanie to było to, czego potrzebowałam również ja, więc od razu poszłyśmy się zaopatrzyć do sklepu. W drodze do domu naprawdę miałyśmy o czym gadać. A później zasiadłyśmy już z tym piwkiem na sofie i był czysty relaks. Dorota stwierdziła, że bardzo podoba jej się nasze nowe mieszkanie i w zasadzie już się czuje jak u siebie :P I słusznie :) Siedziałyśmy tak dość długo i czułyśmy się prawie, jakbyśmy się cofnęły w czasie o te sześć, siedem lat... Ale potem stwierdziłyśmy, że pora się kłaść, bo rano wstawałyśmy przed siódmą.
Oczywiście komu by się chciało specjalnie ubierać pościel na te dwie noce? Zdecydowanie łatwiej było nam spać razem w jednym łóżku :) Dorota potwierdziła opinię Franka, że wyjątkowo dobrze się śpi w tym pokoju i na tym łóżku. Ja się z tym zgadzam, aczkolwiek przyznać muszę, że jak śpię sama, to jest to sen zdecydowanie mniej spokojny. Za to z kimś (jak się okazuje w tym wypadku akurat większej różnicy nie ma, czy jest to Franek, czy Dorota :P:P) śpię jak zabita do samego rana i budzę się całkowicie wypoczęta.

Z Dorotą zawsze mi się dobrze spało (choć oczywiście za czasów studenckich miałyśmy dwa łóżka, mimo, że jeden pokój, jakby ktoś nie pamiętał:)), przede wszystkim dlatego, że obie budzimy się wcześnie! Tym razem urządziłyśmy sobie "wyścigi budzików", ale okazało się, że nie potrzebnie, bo obudziłyśmy się przed nimi.
Pojechałyśmy rano do Warszawy - Dorota na zajęcia, ja... bez celu :) Myślałam sobie, że może pójdę do kina, ale pogoda była tak ładna, że zawędrowałam do Łazienek i tam spędziłam większość dnia. Niestety, kompletnie nie wzięłam pod uwagę tego, że słońce będzie grzało aż tak mocno, że się opalę :( Posmarowałabym się czymś lub usiadłabym w cieniu. A tymczasem spędziłam błogie chwile na ławeczce przy pomniku Chopina w pełnym słońcu, a kiedy z niego zeszłam było już za późno :( Wyglądam jak skrzyżowanie buraka z pomidorem. Najgorsze jest to, że w ogóle nie czułam, że słońce tak przypieka! Nie było mi gorąco, skóra mnie nie piekła. A potem okazało się, że spieczony mam dekolt, twarz (oczywiście głownie nos) i przedramiona, ale.. wewnętrzną ich część, bo cały czas trzymałam w rękach książkę.
Niemniej jednak czułam się świetnie. Uwielbiam takie okoliczności przyrody. Przez część czasu nawet nie czytałam, tylko rozmyślałam o różnych sprawach. Wtedy mój nastrój był całkiem dobry :) Potem zrobiłam jeszcze sobie dłuugi spacer, aż spotkałyśmy się znowu z Dorotą, która skończyła już zajęcia. Przeszłyśmy się na Piknik Naukowy na Stadionie Narodowym, ale byłyśmy obie już dość mocno zmęczone, więc długo tam nie zabawiłyśmy i skierowałyśmy się do domu. Zaopatrując się po drodze oczywiście w odpowiednie gazowane napoje :) Sobotni wieczór wyjątkowo sprzyjał - zarówno piciu (nawet frankowe zapasy wykorzystałyśmy) jak i pogaduchom - tym drugim nawet bardziej... Najpierw wspominałyśmy nasze pierwsze wspólne wakacje naście lat temu. Potem pogadałyśmy o studiach, o życiu, o oczekiwaniach... Języki nam się całkowicie porozwiązywały. To było prawdziwe oczyszczenie :)
A Dorota powiedziała, że jest ze mnie dumna! Bo była przekonana, że się załamię (albo chociaż prawie) jak tu wyląduję sama w zupełnie nowych okolicznościach. A tymczasem nie tylko trzymam się całkiem nieźle, ale wręcz dobrze mi się wiedzie i samotność nie doskwiera. I w ogóle pozytywna jestem :)
To jak Dorota tak mówi, to tak musi być ;))
Poszłyśmy spać usatysfakcjonowane, a w niedzielę rozstałyśmy się już dość wcześnie. 
To spotkanie zdecydowanie było mi potrzebne!

***

Napisałam wtedy prawie całą notkę, chciałam tylko dopisać jakąś końcówkę, ale przerwałam. I notki już nie opublikowałam, bo właśnie wtedy dowiedziałam się o Rokusiu i nie miałam ochoty na żaden inny temat :(
Ale teraz, po czasie, kiedy ten post wpadł mi "w ręce" stwierdziłam, że szkoda, żeby zaginął w archiwum, zwłaszcza, że tamten weekend naprawdę bardzo dużo dla mnie znaczył. A poza tym, chciałam też pisać o naszym drugim wspólnym weekendzie, a bez tego pierwszego opisu, jakoś tak łyso było mi zaczynać o powtórce :)

czwartek, 26 lipca 2012

Świętujemy

Jak juz wspominałam, rocznica zaręczyn była tylko jedną z kilku okazji do świętowania. Lipiec w ogóle w nie obfituje u nas, bo nie dość, że w tym miesiącu minęły dwa lata odkąd zamieszkaliśmy razem, to jeszcze siedemnastego świętowaliśmy sześć wspólnych lat, a dwudziestego pierwszego moje urodziny.
Zaczęłam od środka i naszych zaręczyn, a tak naprawdę powinnam zacząć od tego, że Franek oszalał :) I wcale nie dlatego, że chciał mi podarować płyn do kibelka, gdyż jak słusznie podejrzewałyście - i ja zresztą również - to była tylko zasłona dymna :) Ale dlatego, że w ostatnim czasie dosłownie zasypał mnie prezentami!
W ogóle nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię dostawać od niego prezenty. I to wcale nie dlatego, że w ogóle lubię je dostawać :P Ale dlatego, że są one niezwykle przemyślane (nawet, gdy kupowane na szybko! nie wiem, jak on to robi) i zawsze trafione (poza jedną wpadką, ale to było dawno :)) Tym razem też tak było... Zresztą tytuł książki, którą Wam wczoraj pokazałam mówi sam za siebie :)
Ponad tydzień temu - 17 lipca upłynęło sześć lat, odkąd jesteśmy razem. Nie spodziewałam się ani trochę tego, że z tej okazji coś od Franka dostanę. A dostałam książkę i paczkę żelków. Do tego zrobił obiad i wielki deser. Żeby nie było, że ja nic dla niego nie miałam - Franek kupił sobie grę komputerową, o której już od dawna marzył, więc umówiliśmy się, że to prezent ode mnie :P Nie świętowaliśmy jednak tego dnia szczególnie długo, bo jak zapewne pamiętacie, byłam nieco zmęczona :) Ale dzień był bardzo miły i naprawdę zrobiło mi się bardzo przyjemnie, że Franek miał ochotę w jakiś sposób uczcić tę datę. A przecież okazało się, że to dopiero przedsmak tego, co naprawdę mnie czekało :)

Później była zaręczynowa powtórka, a w sobotę jeden z moich ulubionych dni roku! Pogoda z samego rana sobie ze mnie trochę zażartowała i pokropiło, ale okazało się, że to była zmyłka i dostałam w prezencie urodzinowym piękną pogodę :) Mimo, że wiatr był dość chłodny, kiedy zasłoniliśmy się parawanem można było całkiem przyjemnie wygrzewać się na słoneczku. Leżałam sobie na plaży czytając smsy i odbierając telefony od tych, którzy o mnie pamiętali :) Bardzo się cieszę, że choć może nie dostałam tyle życzeń, co jeszcze trzy, dwa lata temu, to ci najważniejsi dla mnie o mnie pamiętali.
Od Franka prezent dostałam już rano - srebrny łańcuszek oraz myszkę do komputera :P Ostatnio mi się zepsuła i się strasznie męczyłam pracując na moim laptopie. Nie pomyślałam, że Franek zauważył to na tyle, żeby wpaść na pomysł prezentu :) Aaa, i to właśnie ta myszka była płynem do kibelka :)) Po prostu zadzwoniłam do niego w momencie, kiedy szukał konkretnego modelu, no i wymyślił na odczepnego ten płyn :) Myszka ładna, we wzorek, chociaż podobno nie było takiej, jakiej szukał. Ale mnie sie i tak podoba - a najważniejsze, że działa!
Ale oficjalne świętowanie zaczęliśmy pod wieczór - znowu wybraliśmy się z kocem i winem na plażę i podziwialiśmy zachód słońca. Siedzieliśmy na plaży obserwując statki wpływające i wypływające z portu w Kołobrzegu, rozmawiając, wygłupiając się... Siedzieliśmy do momentu, aż niebo zrobiło się zupełnie ciemne - a nad morzem to trwa naprawdę długo i strasznie mi się to podoba. Po północy owinęliśmy się kocem i poszliśmy brzegiem morza z powrotem. Piękny wieczór, choć zdarzyło się nam małe nieporozumienie, ale to była bzdura i uczciwie przyznaję, że ja trochę bez sensu zareagowałam, ale szybko puściliśmy to w niepamięć :)

A podczas tego naszego plażowania dostałam fantastyczny prezent od dziewczyn z Hiszpanii - Ani i Karoliny! Zadzwoniły do mnie z Gibraltaru, gdzie właśnie spędzały weekend i powiedziały, że przyjeżdżają na nasze wesele! Ogromnie się ucieszyłam, bo nie wiedzieliśmy, czy sie uda! Ania bilet już ma, a Karolina powiedziała, że nadal szuka połączeń lotniczych do Wrocławia lub Katowic, ale przyjedzie choćby na koniu! :D

A potem dzień się skończył i po urodzinach :( Jak zawsze minęły zbyt szybko, chociaż w tym roku trochę inaczej to wszystko odczuwałam. Nie wiem, czy dlatego, że byłam na urlopie, czy się jednak zestarzałam, ale te urodziny były jakby odrobinę mniej zauważalne niż zwykle. Najważniejsze jednak, że się odbyły, a w dodatku to jeszcze nie koniec, bo do Miasteczka pojadę dopiero za półtora tygodnia i wtedy będziemy świętować w gronie rodzinnym :)

I jak tu nie lubić lipca, skoro tyle się dzieje w tym miesiącu? :)) W zasadzie ustaliliśmy, że każdego między 17 a 23 lipca czeka nas jedno wielkie świętowanie :) To taki nasz długi weekend, choćby nawet miał być spędzony w pracy. Ślubu co prawda w tym miesiącu nie wzięliśmy, ale za to dojdzie nam kolejny dzień do świętowania, a takich okazji nigdy za wiele :P

wtorek, 24 lipca 2012

Nic dwa razy się nie zdarza ?

Trzeci raz zaczynam pisać tę notkę, bo mam tyle do opowiedzenia, że nie wiem od czego zacząć. Ostatecznie postanowiłam zacząć od środka :)

Pisałam niejednokrotnie, że gdybym miała okazję przeżyć jakiś dzień jeszcze raz, byłby to dzień zaręczyn. Zaręczyliśmy się dokładnie rok i jeden dzień temu :) Ale z różnych względów Franek postanowił, że przeniesiemy świętowanie na piątek. Nad morze pojechaliśmy do Grzybowa - tak jak w zeszłym roku. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu. I w piątek, tak samo jak w zeszłym roku, wzięliśmy koc, butelkę wina i poszliśmy wieczorem na plażę. W dzień pogoda nie była zbyt obiecująca, ale po południu już się rozpogodziło i wieczór był naprawdę bardzo ładny i dość ciepły. Usiedliśmy obok siebie na kocu i otworzyliśmy wino. I wtedy Franek z okazji rocznicy naszych zaręczyn podarował mi książkę o bardzo osobliwym tytule:



Byłam naprawdę w szoku, to kolejny dowód na to, jak bardzo prezenty Franka są zawsze przemyślane i dobrane. Całkowicie mnie zaskoczył. Ale okazało się, że to jeszcze nie koniec!

Powoli opróżnialiśmy butelkę białego wytrawnego wina, wspominając, jak to było rok wcześniej. Franek zastanawiał się o czym rozmawialiśmy i o czym myśleliśmy na chwilę przed... Później przypomniałam, że kazał mi zamknąć oczy. I teraz poprosił, żebym to zrobiła. A kiedy je ponownie otworzyłam, Franek trzymał w ręku... pudełeczko z pierścionkiem! Wyobrażacie sobie?? :)) Teraz to dopiero byłam kompletnie zaskoczona. Jak mogłabym się spodziewać czegoś takiego? Pierścionek tym razem srebrny z cyrkoniami i, jak Franek zaznaczył, niezaręczynowy, ale za to pasujący jak ulał, więc zgubić go w tym roku nie mogłam :) I także piękny! Franek powtórzył pytanie, które zadał mi w zeszłym roku, choć oczywiście zrobił to dla czystej formalności :) Bo jednak było coś, co odróżniało ten dzień od zeszłorocznego - teraz mieliśmy już konkretne daty, plany, założenia... Nie rozmawialiśmy już czysto hipotetycznie, ale dopracowywaliśmy listę rzeczy do załatwienia na 58 dni przed ślubem. To samo w sobie było magiczne - siedzieliśmy w tym samym miejscu, na tej samej plaży. Na chwilę cofnęliśmy się w czasie, ale z drugiej strony mieliśmy świadomość, jak wiele się zmieniło przez rok. A jednocześnie nie zmieniło się nic w kwestiach najistotniejszych.

Późnym wieczorem poszliśmy jeszcze do tej samej knajpy, w której byliśmy rok temu. Podobnie jak wtedy odbywał się jakiś dancing. Tak samo jak wtedy zamówiliśmy po piwie (choć nie było już tego samego niestety) - i tak samo jak rok temu rozmawialiśmy o liście gości na naszym weselu. Z tą różnicą, że wtedy rozmowa była hipotetyczna, zastanawialiśmy się, kogo zaprosimy. Teraz mieliśmy listę i konkretne liczby :) Niesamowite.

Zanim położyliśmy się spać, spojrzałam w niebo. Tak samo jak rok temu było czyste i pełne gwiazd...
Oczywiście, że "żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy..." Zawsze będą jakieś odróżniające szczegóły. Ale okazuje się, że można chociaż spróbować odtworzyć to, co było. Dzięki Frankowi miałam szansę przeżyć jeden z najpiękniejszych dni mojego życia ponownie. I nigdy mu tego nie zapomnę.

Ps. A to była tylko jedna ze świętowanych okazji! Tak w ogóle to Franek oszalał z tymi prezentami:))

piątek, 4 maja 2012

W podróży służbowej

Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)

Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.

Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.

Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)

Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.

Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.

I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)