*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub i wesele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub i wesele. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

Dobra decyzja

Być może zdziwi Was nieco tematyka tej notki, bo jest trochę przeterminowana :P Ale prawda jest taka, że do dzisiaj bardzo się cieszę z pewnej decyzji, którą podjęliśmy podczas przygotowań do ślubu i wiele razy na ten temat już myślałam, choć nigdy się tymi przemyśleniami nie podzieliłam tutaj a myślę, że warto.

Nie wiem, czy pamiętacie, moje notki przedślubne, w których poruszałam różne tematy dotyczące przygotowań do ślubu i wesela. Wspominałam parę razy o tym, że na pewno chcemy fotografa, ale co do kamerzysty nie byłam przekonana. Prawda jest taka, że zwyczajnie go nie chciałam - twierdziłam, że nie będę się czuła swobodnie ze świadomością, że jakiś facet z kamerą łazi za mną jak cień i że to niepotrzebny wydatek, bo później i tak się nie będzie chciało wcale takiego filmu oglądać. Jednak to nie był tylko mój ślub, ale również Franka a on także miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Ponieważ zdecydowanie chciał mieć film z wesela, ustąpiłam bez specjalnego upierania się.
I wiecie co? To była naprawdę mądra decyzja! Dość szybko się  przekonałam, że bardzo żałowałabym, gdybym nie zgodziła się na filmowanie tamtego dnia! Zacznę od tego, że wbrew moim obawom nie czułam żadnego skrępowania, mimo, że grałam główną rolę w tym filmie. Naprawdę czułam się bardzo swobodnie nawet pomimo tego, że kamera rzeczywiście chodziła za nami krok w krok. Przyznać muszę, że tę swobodę nawet widać na filmie i wyszłam na nim dużo lepiej niż się spodziewałam, bo byłam naturalna i radosna.

Perspektywa otrzymania filmu z wesela cieszyła mnie bardzo już parę dni po ślubie. Nie myślałam o tym wcześniej, a kiedy było już po okazało się, że odczuwam przemożną potrzebę, żeby przeżyć to jeszcze raz - choćby nawet na ekranie. Wtedy po raz pierwszy doceniłam to, że Franek mnie przekonał do tej inwestycji. Nie mogłam się doczekać aż film będzie zmontowany i go otrzymamy. Wreszcie nadszedł ten dzień i później w ciągu roku od jego otrzymania oglądaliśmy go przynajmniej z dziesięć razy! Nie przesadzam. Oglądaliśmy sami i w towarzystwie - okazało się zresztą, że kiedy oglądamy z kimś, to za każdym razem na coś innego zwracaliśmy uwagę i zauważaliśmy kolejny nowy szczegół. Nie sprawdziły się więc zupełnie moje przepowiednie, że taki film obejrzymy w najlepszym wypadku pięć razy przez całe życie i że będzie nudny jak flaki z olejem. Oglądaliśmy za każdym razem z taką samą fascynacją i zainteresowaniem. Jeszcze raz przeżywaliśmy tamte emocje, wspominaliśmy i delektowaliśmy się każdą chwilą.
Oczywiście dla nas ten film był wyjątkowo interesujący - choć wcześniej wydawało mi się, że fakt, iż będziemy jego głównymi bohaterami nie będzie miał większego znaczenia. Myliłam się :) Nie bez znaczenia było też to, że film był naprawdę profesjonalnie i oryginalnie zrobiony. Obawiałam się, że będzie to po prostu taniec za tańcem i oglądanie śmiesznych min naszych oraz naszych gości. A tymczasem są przerywniki w postaci "wywiadów" z gośćmi, są żartobliwe wstawki, niektóre momenty są przyspieszone, inne mniej ciekawe fragmenty wycięte. Tak naprawdę ciągle coś się na tym filmie dzieje i to powoduje, że naprawdę da się go oglądać.

Dzięki tej płycie mogliśmy dopatrzeć się kilku interesujących szczegółów, które umknęły nam podczas ślubu i wesela. Możemy przeżyć to wszystko w jakiś sposób jeszcze raz. A ja stwierdziłam, że jestem bardziej fotogeniczna niż myślałam, że moje gesty, które nieświadomie wykonuję, do złudzenia przypominają gesty mojej mamy oraz że mam naprawdę zgrabne plecy :D
Teraz cieszę się z tego filmu z jeszcze jednego powodu - za jakiś czas będziemy mogli pokazać tamto wydarzenie Wikingowi ;)

W tym roku na rocznicę ślubu co prawda nie puściliśmy sobie płyty wzorem lat poprzednich, bo trochę nam nie starczyło czasu. Ale dobrze mieć świadomość, że w każdej chwili możemy sobie ją włączyć. To prawda, że już troszkę straciła mimo wszystko swój urok i nie jesteśmy aż tak podekscytowani oglądając ten film, jak to było jeszcze dwa lata temu, ale i tak cieszy. I na pewno jeszcze nie raz sobie ten film obejrzymy.
Naprawdę ogromnie się cieszę, że Franek mnie przekonał do tego, żeby zdecydować się na wynajem kamerzysty. To była bardzo dobra decyzja. Oczywiście nie twierdzę, że każdy obowiązkowo powinien mieć płytę z wesela, bo jak mało kto rozumiem obiekcje. Ale gdyby ktoś mnie teraz zapytał o zdanie, powiedziałabym, żeby się jeszcze raz zastanowił i opowiedziałabym o wszystkich wymienionych wyżej korzyściach.


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Przeżyliśmy, wróciliśmy, jesteśmy :)

Jak w tytule. Wróciliśmy już do Podwarszawia. Wczoraj po 20. Wesele za nami. I jak było? Trudne pytanie :) Z jednej strony dużo lepiej niż się spodziewałam, z drugiej... dużo gorzej! 
Kiedy teściowie zgodzili się zaopiekować Wikingiem w czasie wesela, wpadli na pomysł, że pojadą z nami i sobie wynajmą tam pokój. Gdy para młoda się o tym dowiedziała, to nie dość, że powiedzieli, że ten pokój dla nich opłacą, to oficjalnie zaprosili ich na wesele. W tym miejscu muszę podkreślić, że młodzi - a w szczególności pan młody, który od lat koleguje się z Frankiem, a ze mną również od jakichś ośmiu - sprawiali wrażenie, jakby im bardzo zależało na naszej obecności tego dnia. Marcin kilka razy do nas dzwonił, żeby się dopytać o to i owo, aby mieć pewność, że nic nam tego dnia nie zakłóci i że będziemy mieli co zrobić z Wikingiem. W czasie wesela wiele razy podchodził do nas, tańczył ze mną kilka razy i to właśnie z Frankiem jako ostatnim gościem siedział już po zabawie i rozmawiał. Wczoraj wieczorem, mimo, że był padnięty po poprawinach, zadzwonił do nas, żeby zapytać, czy spokojnie dojechaliśmy i czy wszystko jest w porządku. Gdybym miała określić Marcina jednym słowem, to powiedziałabym, że jest najbardziej poczciwą osobą, jaką znam :) Bardzo go lubiłam od samego początku - a początki były takie, że zaczął mi mówić "cześć", kiedy się mijaliśmy na osiedlu, tylko dlatego, że wiedział, że jestem dziewczyną Franka. Bo oficjalnie jeszcze nie zostaliśmy sobie przedstawieni :) 
O kolegach Franka pisałam już wiele razy i wspominałam, że wobec mnie byli i są zawsze bardzo życzliwi i pełni szacunku. Nie raz było tak, że Franek mnie pozostawiał pod ich opieką :) Zawsze świetnie się czułam w ich towarzystwie - również w towarzystwie Marcina, z którym spotykaliśmy się stosunkowo często. Początkowo byłam jedyną dziewczyną w tej paczce, dopiero jakieś dwa lata temu pojawiła się dziewczyna, a dziś żona Marcina, a rok temu dziewczyna Ediego (i już spodziewają się dziecka, więc to raczej coś poważnego :P). Singli więc w paczce coraz mniej, ale przyznać trzeba, że każda nowo pojawiająca się dziewczyna jest traktowana z taką samą estymą, co ja :)
W każdym razie, jeszcze raz - o kolegach Franka pisałam już wiele razy, więc dzisiaj już temat skończę i wrócę do wesela. Kiedy para młoda dowiedziała się, że rodzice będą z nami na weselu, postanowili zaprosić ich oficjalnie również do stołu. To było bardzo miłe z ich strony i w sumie skoro teściowie i tak zdecydowali, że z nami przyjadą (co oczywiście miało swoje dobre strony, choć początkowo zdziwiło mnie to bardzo i nie powiem, że skakałam z radości :)) stwierdziliśmy, że nawet dobrze wyszło. Choć chwilami wydawało mi się, że Marcin wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę, bo bałam się trochę, że skończy się tak, że to ja będę się stresować, że Wiking płacze w kościele, że to ja będę go musiała nakarmić i uśpić...
Ale na szczęście się pomyliłam! Początki były faktycznie trudne, bo rzeczywiście w kościele Wiking był trochę niespokojny (choć nie zawsze tak jest, ale tego dnia akurat kościół mu nie pasował:)) a teściowie trochę zwlekali z wyjściem na zewnątrz. Później jeszcze przy obiedzie trochę marudził, bo miał już po prostu dość siedzenia w foteliku, wózku albo krzesełku do karmienia - chciał sobie pohasać (żebyście widziały jego minę, jak w końcu został puszczony na "wybieg" w postaci dwóch złączonych łóżek :P), ale generalnie mniej więcej o 19 mogłam zapomnieć, że mam dziecko... A na początku w ogóle było fajnie, bo Wiking jako najmłodszy gość robił furorę wśród innych zaproszonych, a zresztą z kolegów tylko Marcin i Edi mieli już okazję go zobaczyć, więc reszta teraz chętnie przywitała się z nowym członkiem naszej paczki :P
Teściowie po obiedzie poszli z Wikingiem do pokoju i tam się nim zajmowali przychodząc tylko od czasu do czasu po coś do picia. Kiedy ten zasnął, na zmianę przychodzili na salę coś zjeść i porobić jakieś zdjęcia. Nie stresowałam się niczym i naprawdę nie myślałam o Wikingu, bo wiedziałam, że teściowie jakoś sobie poradzą. Dopiero kiedy się położyłam przed trzecią, zaczęłam myśleć o tym, że dziecka przy mnie nie ma. Generalnie to choć bardzo się starałam, nie mogłam zasnąć - i nie wiem, co było tego przyczyną, ale przypuszczam, że po prostu oduczyłam się tak późnego chodzenia spać i mój organizm, choć wykończony, po prostu stwierdził, że pora na zasypianie już minęła :/
Kiedy więc o szóstej usłyszałam płacz Wikinga, który mieszkał kilka pokoi dalej, poszłam go normalnie nakarmić, bo pełne piersi już zaczęły mi dokuczać a nie chciało mi się odciągać pokarmu - w takim upale i tak musiałabym go wylać, a szkoda by było. 
Cały poranek byłam bardzo zmęczona i pomimo kilku podejmowanych prób nie udało mi się już zasnąć. Czekałam z niecierpliwością na śniadanie i na moment, kiedy pojedziemy do Poznania. W samochodzie faktycznie udało mi się trochę przysnąć, a potem jeszcze miałam 1,5h drzemki, podczas gdy teściowie rzeczywiście zajmowali się Wikingiem - a mnie po tym naprawdę zrobiło się wreszcie lepiej i czułam się już prawie wypoczęta :)

W czym więc problem i dlaczego napisałam, że było też dużo gorzej? Bo niestety Franek, pomimo zarzekania się wypił za dużo. Przez większość czasu bawił się ze mną, kilka razy tańczyliśmy. Był wobec mnie bardzo szarmancki i przymilny, chociaż momentami znikał z kolegami (ale rozumiem, w końcu długo się z nimi nie widział, a dawno nie mieli okazji się spotkać w tym gronie) - ale zawsze sobie wtedy jakoś radziłam, bo albo jadłam, albo tańczyłam z teściem lub jakimś kolegą pozostałym przy stole. Kiedy wreszcie nad ranem przyszedł do pokoju też nie było najgorzej, ale potem pokazał różki i niestety zaczął się zachowywać tak, jak kiedyś, gdy za dużo wypił. Te z Was, które nas znają od dawna, pewnie pamiętają, że prawie zawsze, kiedy Franek popłynął z alkoholem, kończyło się to jakimiś zaczepkami wobec mnie i ostatecznie poważną kłótnią. On po prostu nie był sobą, ale to nie zmienia faktu, że bardzo mi się to nie podobało i ogólnie skwasiło mój nastrój na długi czas. Do tego byłam zła, bo Franek wiedząc, że następnego dnia musi prowadzić samochód miał nie pić za dużo (a było z tego tylko tyle, że po prostu nie pił wódki a jedynie piwo, które niestety zdaniem Franka praktycznie nie jest alkoholem :/) i nie wiedziałam, jak wrócimy do domu. Był już nawet pomysł teścia, że nas zawiezie i sam wróci pociągiem! Na szczęście o 16tej Franek się obudził w lepszym nastroju i z lepszym samopoczuciem, zachowywał się w stosunku do mnie, jakby nic się nie wydarzyło. Zbadał się alkomatem i wyszło, że nie ma już alkoholu w wydychanym powietrzu, więc przed 18 wyruszyliśmy w drogę. Ja nadal byłam zła, a może nawet bardziej smutna. Trochę mi przeszło dopiero wieczorem, kiedy Franek przeprosił za swoje zachowanie. 

Wiking wymęczony wakacjami, kolejną zmianą miejsca (na Poznań i na hotel) oraz weselem, spał całą drogę. Kiedy przyjechaliśmy o 20:30 do domu, nie chciał nawet jeść, tylko od razu podraczkował do swoich ulubionych zabawek, za którymi się stęsknił. Byliśmy zmęczeni, więc chcieliśmy się jak najszybciej położyć i obawialiśmy się, że Wiking się z nami nie zgodzi w tej materii ;) I rzeczywiście, włożony do łóżeczka, co chwilę wstawał i uwieszony na szczebelkach cieszył do nas, leżących na łóżku obok, swoją mordkę :) W końcu o 22 zarządziłam spanie i po prostu zgasiłam światło! Wiking jeszcze chwilę się powiercił, ale zasnął - zresztą nawet nie jestem pewna kiedy, bo ja chyba zasnęłam wcześniej (jak przez mgłę pamiętam, że Franek powiedział, że chyba już mały zasypia, bo jego wiercenie się zmieniło formę), dopiero o północy wybudziłam się na chwilę, żeby sprawdzić, co tam w łóżeczku słychać.
Spaliśmy do szóstej, potem Franek pojechał do pracy a my się jeszcze dosypialiśmy do ósmej. Później Wiking się bawił podczas gdy ja jadłam śniadanie, a teraz od godziny już zażywa swojej pierwszej drzemki i pewnie zaraz się obudzi i nie zdążę już odpowiedzieć na komentarze pod poprzednią notką :P

Podsumowując, poza tym przykrym porannym incydentem, było całkiem fajnie. Miło było spotkać się ze znajomymi, trochę się powygłupiać, zjeść coś dobrego i potańczyć. Przyjemnie było posłuchać męża szepczącego mi do ucha, że ładnie wyglądam i wyznającego swoje uczucia i cieszyć się tym, że coraz bardziej zgrani jesteśmy we wspólnym tańcu (co potwierdziła teściowa, która obiektywnym okiem obserwatora mogła porównać nasz tanieć z tym na pierwszym weselu, na które poszliśmy razem w 2007 roku).
Ale teraz już wróciliśmy po trzytygodniowej labie i musimy sobie na nowo wypracować codzienność i rutynę. Pewnie będzie już inaczej wyglądała, bo kiedy wyjeżdżaliśmy w połowie lipca, Wiking jeszcze nie był aż tak mobilny.

poniedziałek, 15 września 2014

Papierowa*

Mimo, że dopiero dziś jest piętnasty, część świętowania mamy już za sobą. Prawdę mówiąc trochę się obawiałam, że nie do konca się nam uda ta sobota, a jednak bardzo się pomyliłam :) Okazuje się jednak, że czasami naprawdę nie trzeba za dużo planować, żeby i tak było odświętnie i romantycznie :) A w tym roku, wzorem ubiegłego, świętowanie znowu trochę się nam przeciągnie, bo ciąg dalszy mamy zaplanowany na czwartek, a ciąg najdalszy nawet na październik :P A wszystko przez to, że choć wcześniej mieliśmy takie plany, z różnych przyczyn nie udało nam się wziąć urlopu w połowie tego miesiąca, a w weekend wyjechaliśmy, owszem, ale do Miasteczka. Ale o tym, jak świętowaliśmy przedwczoraj, będzie następnym razem :)

Pomimo, że w sobotę mieliśmy 13go września, to jednak właśnie wtedy znowu dużo rozmyślałam o tym, jak wyglądał ten dzień dwa lata temu. Porównywałam pogodę, zastanawiałam się, na jakim etapie przygotowań byliśmy o danej godzinie i po prostu wspominałam... Jednak to dopiero dziś obchodzimy naszą drugą rocznicę ślubu - choć niestety osobno, bo oboje pracujemy, w dodatku Franek do późnej nocy. Ale rano złożyliśmy sobie życzenia, zjedliśmy razem śniadanie i korzystaliśmy trochę z tego czasu, który mieliśmy zanim musiałam wychodzić z domu.

Życie po ślubie naprawdę nas nie rozpieszcza - niestety nie było nam dane długo cieszyć się sielskim pożyciem, bo już po czterech miesiącach musieliśmy stawić czoła pierwszym wspólnym dylematom i podjąć naprawdę trudne decyzje. I właściwie do dzisiaj cały czas musimy się mierzyć z przeciwnościami losu i nie możemy po prostu cieszyć się stabilizacją, bo ciągle coś się dzieje - niekoniecznie dobrego niestety :( 
Ale podczas sobotniej kolacji we dwoje doszliśmy do wniosku, że mimo wszystko - mimo świeżego problemu z moją pracą w tym roku i kilku innych zmartwień i tak jest trochę lepiej niż rok temu. Być może pamiętacie, że w ubiegłym roku pisałam o tym, że mam w sobie dużo żalu, że teraz jest inaczej i nie mogę być tak szczęśliwa, jak w roku 2012. Jak bardzo nie mogłam pogodzić się z tym, że tamto nie wróci, a teraz jest mi po prostu źle... :( Na szczęście dziś nie towarzyszą mi takie przemyślenia. Owszem, chciałabym bardzo wrócić do tamtego czasu - gdybym miała mieć swój własny Dzień Świstaka, to chciałabym, aby był nim właśnie dzień naszego ślubu, bo był wręcz idealny i mogłabym go przeżywać w nieskończoność. I dziś też tęsknię do tamtego czasu, ale pogodziłam się już z upływem czasu a nawet z tym, że dziś prawie nic nie jest takie samo jak wtedy.
Pomimo tego, że praca Franka w Nie-Zielonej firmie jest zdecydowanie bardziej stresująca niż ta w poznańskiej Zielonej Firmie, to poziom tego stresu nawet nie umywa się temu, z którym mierzył się jeszcze rok temu. To były okropne dni, kiedy to w nowej firmie skończył się chyba jakiś okres ochronny i jedna baba (znana zresztą ze swojej wredoty również osobom z mojej pracy, które miały nieszczęście z nią współpracować) wręcz znęcała się nad Frankiem - nigdy nie widziałam go w tak złym stanie psychicznym, jak wtedy :( Poza tym ja cały czas martwiłam się sytuacją u mnie w firmie - jak już dziś wiadomo, nie ma happy endu i za dwa tygodnie zostanę bezrobotna, ale i tak psychicznie czuję się już lepiej. Staram się powtarzać sobie, że nasza sytuacja i tak nie jest taka zła. Zdecydowanie nastroje rocznicowe mamy lepsze w tym roku i pomimo wszystkich problemów chyba jesteśmy po prostu mniej smutni. 
Jest oczywiście jeszcze jedna znacząca różnica - rok temu naszego dziecka jeszcze nawet nie mieliśmy w planach, a teraz świętowało poniekąd razem z nami, podkopując mnie od czasu do czasu od środka :)

Na szczęście te wszystkie ciemne chmury, które czasami są nad naszymi głowami, a innym razem po prostu majaczą na horyzoncie - ale jednak niezmiennie od kilkunastu miesięcy nam towarzyszą, dotyczą raczej naszego wspólnego życia niż naszego związku. Jeszcze sobie ze wszystkim potrafimy radzić razem :) Jeśli chodzi o NAS, to raczej nic się nie zmieniło. Owszem, te trudne czasy bywają trochę sprawdzianem dla naszego małżeństwa - ale nie na takiej zasadzie, że zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens, a po prostu musimy się cały czas uczyć, jak radzić sobie z kolejnymi zmartwieniami, jak się nawzajem pocieszać, jak dodawać sobie siły i co najważniejsze - jak pogodzić różne czasami poglądy dotyczące naszej przyszłości, bo niestety w sytuacji, kiedy o stabilizacji to my chyba już nawet pomarzyć nie możemy, rozbieżności w tej kwestii bywają całkiem spore. 

Ale cały czas trzymamy się siebie i to bardziej kurczowo, niż kiedykolwiek. Właściwie od roku jesteśmy tutaj razem, odcięci trochę od całej reszty- od rodziny i znajomych. To powoduje, że poczucie, że jesteśmy "skazani" na siebie jest dużo silniejsze, choć jednocześnie przychodzi taka refleksja, że to nasz świadomy wybór. W trudnych chwilach możemy liczyć tylko na siebie, z codziennością musimy sobie radzić sami, ale to oznacza też, że wolny czas spędzamy ze sobą a i chwile radości najpierw przeżywamy tylko we dwoje. Myślę, że to wszystko daje takie poczucie, że naprawdę choć jest nas dwoje, w jakiś sposób jesteśmy jednością. I chyba tak właśnie powinno być.
Nie twierdzę, że cały czas jest idealnie, bo nie jest. Tak naprawdę całkiem niedawno miałam wrażenie, że się od siebie oddaliliśmy i nie potrafimy znaleźć wspólnego języka, ale udało nam się te gorsze dni jakoś przezwyciężyć i jest znowu tak, jak powinno być. 
Cóż, zawsze będę powtarzać, że nie sztuką jest być razem, kiedy wszystko idzie jak po maśle, bo tak naprawdę ważne jest to, jak sobie radzimy z sytuacją, gdy coś sprawia, że na chwilę się zapominamy...

*tak wiem, w większości źródeł podaje się, że bawełniana, ale ja konsekwentnie korzystam z innych i bawełnianą obchodziliśmy rok temu ;)

środa, 7 maja 2014

Déjà vu

Na szczęście wczoraj sytuacja została trochę załagodzona. Franek osobiście, z własnej inicjatywy pojechał wyjaśnić oko w oko, bo wiadomo, że tak lepiej, niż telefonicznie i wygląda na to, że wszystko będzie w porządku.
Ja tam uważam, że czasami warto przeprosić "na zapas" - nawet jeśli wina leży nie do końca lub nie tylko po naszej stronie, a jak wiadomo, nieporozumienia polegają na wzajemnym niezrozumieniu, więc trudno powiedzieć, kto kogo nie zrozumiał pierwszy. Dlatego też Franek na wszelki wypadek to "przepraszam" powiedział  i poszedł wyjaśnić swój punkt widzenia, nawet pomimo tego, że go nikt nie wzywał i przynajmniej wyszedł na osobę, która jest w porządku i której zależy. Nie chodzi oczywiście o to, żeby robić z siebie ofiarę losu i chłopca do bicia, ale uważam, że lepiej wygląda, gdy ktoś potrafi się przyznać, że coś poszło nie tak jak powinno i zareagować z wyprzedzeniem. Sam Franek stwierdził, że cieszy się, że poszedł (muszę się pochwalić, że mam w tym swój duży udział, bo go do tego namawiałam - ale że Franka nie da się za żadne skarby namówić na coś, na co nie ma ochoty, to jest to tylko udział a nie wpływ :P), bo przynajmniej jest spokojny, gdy widzi, że nic takiego się nie stało. No i dzisiaj już normalnie w pracy był.
Niewiadoma niewiadomą nadal pozostaje, ale jakoś łatwiej jest czekać, gdy inne sprawy są wględnie wyprostowane. Może jutro czegoś się dowiemy? Ale może nie...

***

A tymczasem chciałam wspomnieć jeszcze o małym, malutkim, symbolicznym wręcz, ale jednak powrocie do dnia naszego ślubu :)
2 maja, z racji pierwszego piątku miesiąca wybrałam się do kościoła na mszę. W Miasteczku jest tylko jedna parafia, ale za to dwa kościoły - Duży i Mały. Niedzielne msze i ważniejsze uroczystości odprawiane są zawsze w Dużym, ale nabożeństwa w tygodniu oraz śluby w Małym (który jest moim zdaniem zresztą dużo ładniejszy). W piątki bywa różnie. Ale akurat w ten piątek msza była w kościele Małym. Franek nie chodzi ze mną co miesiąc na pierwszopiątkową mszę, ale tym razem postanowił to zrobić, a juz szczególnego entuzjazmu nabrał gdy usłyszał, gdzie będzie odprawiana. Chętnie szliśmy do tego miejsca, w którym po raz ostatni byliśmy właśnie 15 września 2012 roku :) Kiedy msza się rozpoczęła, aż się z wrażenia szturchnęliśmy, bo okazało się, że jest koncelebrowana i jednym z księży jest właśnie ten, który udzielał nam ślubu :)
No i mało tego! Okazało się, że msza jest w intencji pewnego małżeństwa, które obchodziło swoją 65 tą (!) rocznicę ślubu, więc nawet krótkie kazanie było w kontekście miłości małżeńskiej i sakramentu małżeństwa. 
Przyjemnie było się pomodlić (oczywiście między innymi o tę sześćdziesiątą piątą rocznicę dla nas, ale to chyba mało realne :P), przypominając sobie tamten ważny dzień. Siedzieliśmy co prawda trochę dalej niż przy samym ołtarzu, ale i tak wspomnienia nas otuliły. Serce rosło :) A kiedy ksiądz już udzielił wiernym błogosławieństwa i skończyła się pieśń na wyjście, organista zagrał Marsz Mendelsona! Wychodziliśmy więc przy jego dźwiękach dokładnie tak, jak wtedy, w dzień naszego ślubu! :) 
Tylko nikt nas nie obsypał grosikami :P No i jedna rzecz mi doskwierała - bo od razu jak weszliśmy do kościoła coś mi wpadło do oka i przeszkadzało mi to aż do samego wieczora. Niemniej jednak i tak wczułam się w magię chwili...
Zwykły zbieg okoliczności, ale miło myśleć, że to jakiś znak. Jeszcze nie wiem czego, ale może czas pokaże :)

piątek, 20 września 2013

Rocznicowy tydzień

Jak na złość, kiedy tak zajęci jesteśmy świętowaniem, w pracy porządnie się ruszyło i nie wiem w co ręce włożyć. Przychodzę rano i ani się obejrzę, mija osiem godzin.
A przecież tyle mam ostatnio do napisania i nie nadążam:)

Wczoraj wieczorem oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień :P Nie mogliśmy nigdzie na weekend wyjechać (w sensie na przedłużony weekend, bo tak sobie planowaliśmy jeszcze gdy nie wiedzieliśmy, że Franek będzie miał nową pracę),nie mogliśmy się całkowicie w tym świętowaniu zatracić ze względu na szarą rzeczywistość, ale zrobiliśmy co mogliśmy, żeby mimo wszystko stworzyć nastrój i celebrować ten ważny dla nas czas. Udało się :)

Zaczęliśmy od soboty. W weekend w ogóle postanowiliśmy świętować w gronie najbliższych. Najchętniej zrobilibyśmy drugie wesele w tym samym składzie :P Ale wiadomo, nic dwa razy się nie zdarza... Dlatego zaprosiliśmy tylko rodziców, moją siostrę ze szwagrem, dziadka i wujka. Zarezerwowaliśmy stolik w restauracji w Miasteczku. Nie dało się w tej samej, w której mieliśmy wesele, bo odbywało się tam inne wesele, ale zorganizowaliśmy sobie miejsce w innej restauracji z tej sieci w naszej okolicy.
Całą sobotę od rana wspominaliśmy chwila, po chwili, co się działo rok temu :) Uczucie nie do opisania... O 14, czyli godzinie, o której zaczynał się nasz ślub przyjechali z Poznania rodzice Franka. Usiedliśmy sobie przy stole i łyknęliśmy po kieliszku naleweczki :) Później wszyscy się odświętnie ubraliśmy i pojechaliśmy do knajpki, w której w odosobnionym miejscu czekał na nas pięknie nakryty stół.
Posiedzieliśmy sobie tam jedząc, pijąc i rozmawiając ładnych kilka godzin :) Było naprawdę bardzo przyjemnie. Fajna była ta świadomość, że zebraliśmy się w konkretnym celu i że ten dzień nie tylko dla nas jest ważny, a nasi bliscy chcą świętować razem z nami. Na koniec Franek poszedł zapłacić, a na ciekawskie pytanie kelnera, cóż to za okazja, z dumą odpowiedział, że rocznica ślubu! :) Jak fajnie jest móc się tym pochwalić ;)
W niedzielę rano poszliśmy do kościoła i od razu na początku spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, bo traf chciał, że mszę odprawiał nie kto inny, jak ksiądz, który udzielał nam ślubu! Ten drobiazg sprawił, że i tak szczególna dla nas msza nabrała jeszcze bardziej symbolicznego znaczenia :)
Rocznicowy dzień spędziliśmy w dość oryginalny sposób, bo... w Juraparku w Krasiejowie! :D Taki był pomysł, żebyśmy wraz z rodzicami wybrali się na jakąś przyjemną, ciekawą wycieczkę gdzieś niedaleko i padło właśnie na to miejsce :) Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać, bo różne opinie słyszałam na temat takich miejsc, ale Krasiejów naprawdę pozytywnie nas zaskoczył. Wbrew naszym oczekiwaniom, wycieczka nie polegała tylko na spacerze pośród większych i mniejszych sztucznych dinozaurów. Była cała masa dodatkowych atrakcji! W tunelu czasu - do którego wjeżdżało się wagonikami, a który okazał się trójwymiarowym kinem - usłyszeliśmy naukowe wyjaśnienie procesów które zachodziły na naszej planecie miliony lat temu. W innym miejscu widzieliśmy prawdziwe kości dinozaurów znalezione właśnie na tamtym terenie oraz zobaczyliśmy rekonstrukcję codziennego żywota tamtych zwierząt. Największą atrakcją jednak było chyba oceanarium :) Być może ktoś z Was wybierze się tam kiedyś, więc nie chcę zdradzać niespodzianek, ale naprawdę było tam co oglądać! Wszystko było w trójwymiarze i w zasadzie trudno uwierzyć, że to były tylko ruchome obrazy, a nie prawdziwe zwierzęta. W dodatku wszystko było zorganizowane bardzo pomysłowo i w taki sposób, żeby zaskoczyć zwiedzającego. Chętnie wybiorę się tam ponownie! Zwłaszcza, że były tam jeszcze inne atrakcje, jak np. wesołe miasteczko, plaża i kino 5D których nie zaliczyliśmy z różnych mniej lub bardziej oczywistych powodów.
Spędziliśmy tam kilka godzin i musieliśmy wracać - po drodze jeszcze obiad w restauracji, a potem pakowanie i rozjechaliśmy się w dwie różne strony :P Rodzice Franka na północny zachód, my na północny wschód. Moi rodzice zostali na miejscu ;)
W samochodzie trochę sobie z Frankiem pogawędziliśmy, jak to zwykle bywa. Lubimy jeździć samochodem w dłuższe trasy, choćby dlatego, że jest okazja, żeby porozmawiać, a w dodatku, jak już kiedyś wspominałam, nie wiedzieć czemu, Franek w aucie staje się bardzo wylewny :) Zachwycaliśmy się trochę minionymi dniami i nietypowym trochę, ale jednak udanym świętowaniem. Cieszyliśmy się, że wszystko nam wyszło. Na miejsce dojechaliśmy późno, więc w ekspresowym tempie umyliśmy się i poszliśmy spać ;)

Zgodnie z umową, przed nami były jeszcze trzy dni obchodów :P Niestety w poniedziałek i środę kończyłam pracę dopiero o 19, więc za wiele czasu nie mieliśmy, ale wystarczyło. Te dni spędziliśmy w domu. Po pracy zjadaliśmy obiad, a później odcinaliśmy się od wszystkiego i przy kieliszku wina, oglądaliśmy zdjęcia i film z wesela :) Miło było tak siedzieć trzymając się za ręce i przytulając w ciemnym pokoju i wspominać jeszcze raz to wszystko - tym razem za pomocą dodatkowego bodźca, jakim był film...
W środę oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień  wspólną kąpielą :) 

Ostatnie dni były trochę zabiegane ze względu na naszą pracę. Poza tym dość ponure - ze względu na aurę na dworze. A jednak świętowanie bardzo nam się udało. Nie robiliśmy nic nadzwyczajnego i musieliśmy nasze obchody połączyć z przyziemną rzeczywistością dnia codziennego, ale i tak było magicznie. Wiedzieliśmy po co to robimy i z jakiego powodu i to nam wystarczyło, żeby było niezwykle ;)

Ps. Notkę pisałam przez dwa dni, stąd ewentualne nieścisłości czasowe ;)


poniedziałek, 16 września 2013

Otwarcie rocznicowego tygodnia :)


Rok temu w czwartek załatwialiśmy ostatnie ważne sprawy. Omówiliśmy z zespołem przebieg wesela, poszliśmy do księdza, pojechaliśmy do kamerzysty i sprawdziliśmy noclegi. Wieczorem moja siostra (która przecież nam śpiewała na ślubie) miała w kościele próbę z organistą i chciała, żebyśmy z nią poszli. Przystaliśmy na to chętnie...
W tym roku przybiegliśmy po pracy do domu, zjedliśmy szybki obiad i zaczęliśmy się szykować. Jest coś dostojnego w ubieraniu się, goleniu (to Franek) i malowaniu (to ja :P) z myślą o wizycie w teatrze. Może to tylko złudzenie, ale bardzo przyjemne :) Franek włożył eleganckie spodnie, koszulę i marynarkę. Ja sukienkę i szpilki. Zrobiłam makijaż, fryzurę i już mieliśmy wychodzić, gdy – ach, jakie to typowe – zauważyłam, że poszło mi oczko w rajstopach. W momencie, gdy je zdjęłam, zadzwonił mój służbowy telefon. Jedną ręką próbowałam włożyć nowe rajstopy, drugą podtrzymywałam telefon przy uchu i próbowałam się skupić na pewnym zagadnieniu z pracy. Drugie rajstopy również okazały się podarte, zaczęłam wkładać trzecie, kończąc rozmowę, bo już, już dzwonił mój drugi telefon, który z zajętego służbowego przekierował mi koleją rozmowę z pracy. Ostatecznie udało mi się ugasić pożar w pracy, włożyć rajstopy i wyjść z domu, ale przekonałam się, że wszelkie tego rodzaju sceny w filmach i serialach są z życia wzięte! :)
Na Ochotę przyjechaliśmy ze sporym wyprzedzeniem, ale po drodze był jeszcze kościół, do ktorego planowaliśmy na chwilę wstąpić. Franek poszedł do spowiedzi, a ja poszłam pogadać z Panem Bogiem. Modląc się myślałam właśnie o tamtych chwilach, o których wspomniałam na początku tej notki – zwłaszcza wieczór. Organista, moja siostra i my wdrapaliśmy się na wieżyczkę. Oni rozpoczęli próbę, my usiedliśmy w ławce. To było niesamowiete: pusty, ciemny kościół, głos mojej siostry niosący się echem po całej świątyni i nasze podekscytowane myśli, kiedy wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie za dwa dni. Pamiętam to jak dziś! To jedno z tych magicznych, krótkich wspomnień, które zostają na zawsze...
Ale wracam do teraźniejszości. Spektakl rozpoczynał się o 19:30, zajęliśmy swoje miejsca jakieś dziesięć minut wcześniej i chłonęliśmy atmosferę małego Och Teatru. O swoich teatralnych wrażeniach napiszę kiedy indziej, bo to temat na osobną notkę. Teraz skupię się na tym, że byliśmy na spektaklu razem - po raz pierwszy. Spędziliśmy wspólnie naprawdę uroczy wieczór! Zupełnie inny niż wszystkie, więc w jakiś sposób magiczny - i o to chodziło, bo w ten sposób właśnie rozpoczęliśmy świętowanie naszej rocznicy :)
Kiedy wracaliśmy było już późno. Dzieliliśmy się wrażeniami chłonąc jednocześnie atmosferę Warszawy nocą. Chłonęlibyśmy dłużej, ale piątek to dla nas normalny dzień pracy i tak się poświęciliśmy, bo położyliśmy się spać prawie dwie godziny później niż zazwyczaj. Ale warto było! :)  

Piątek w pracy minął nam szybko - zwłaszcza, że Franek skończył szybciej, a u mnie zaczął się gorący okres, więc nie wiedziałam w co ręce włożyć. Ale o siedemnastej udało nam się wyjechać w kierunku Miasteczka. Po drodze zatrzymaliśmy się w przyjemnej restauracji, gdzie zamówiliśmy obiad, który stanowił kolejną część naszego świętowania :) Jadąc samochodem, a później jedząc wspominaliśmy ostatnie zeszłoroczne przygotowania: moją wizytę u kosmetyczki, frankowe pucowanie samochodu, ostatnie roszady przy weselnym stole, słowem dopinanie wszystkiego na ostatni guzik... 
Na koniec zamówiliśmy sobie deser w jednym pucharku i zjedliśmy go razem dwiema łyżeczkami. To było naprawdę słodkie - i nie mam na myśli samego deseru :) 
A potem wyruszyliśmy w dalszą trasę, bo w Miasteczku od następnego dnia zaczynała się część główna naszych obchodów ;)

sobota, 14 września 2013

Kto chętny? :)

Dziś od rana wspominam. Wspominam tamtą sobotę. Minutę po minucie. Pamiętam co robiłam niemal w każdej sekundzie tamtego dnia. Tamte uczucia są prawie namacalne również dziś, prawie je czuję. Jestem w tym samym miejscum, więc chwilami mam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie, jakbym mijała się ze wszystkimi osobami, które kręciły się wtedy po domu, a nawet z samą sobą, ubraną w białą suknię...

Na delektowanie się chwilami ślubu i wesela przyjdzie czas jutro, w dokładną rocznicę. Dziś pławię się w emocjach związanych z przygotowaniami. 
Chcecie powspominać ze mną? Chętnych zapraszam TU :)

środa, 11 września 2013

Słodko-gorzkie przemyślenia.

Dopadło mnie wczoraj - i tak jak rok temu nie mogłam zasnąć jeden jedyny raz z powodu zbliżającego się ślubu - tak wczoraj  nie mogłam zasnąć z powodu wspomnień o tamtym czasie.
Rok temu zaśnięcie uniemożliwiała mi ekscytacja i adrenalina. Tego dnia odebrałam suknię ślubną i dopinaliśmy ostatnie szczegóły. Myślałam o tym, jak będę wyglądała i w ogóle jak to będzie. Wyobrażałam sobie siebie, Franka, gości i każdą chwilę zbliżającego się dnia.
Wczoraj wspominałam - jeszcze nie ślub, ale właśnie te ostatnie dni przed. 
Nie spodziewałam się tego, wiedziałam, że będę odczuwać ogromny sentyment, ale nie sądziłam, że będzie to również smutek - wręcz bolesny.
Chwilami sobie myślę, że szkoda, że było tak idealnie, bo naprawdę mam wrażenie, że już nigdy nie będę czuła takiego szczęścia i błogości! Wczoraj to właśnie była przyczyna mojego smutku. Wprost nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo różni się moje życie od tego, które wiodłam rok temu. Jak bardzo inne emocje mi towarzyszą. Wtedy była radość, szczęście, ekscytacja, nadzieja. Dziś królują niepokój i lekki (czasami cięższy) żal, a przede wszystkim ogromna tęsknota. Nawet nadziei już czasem brakuje. 

Dokładnie pamiętam, jak w środowy wieczór przed ślubem jechaliśmy do Miasteczka samochodem. Było ciemno, dość zimno i deszczowo. Siedzieliśmy w aucie, które wypełnione było po brzegi motylami, które po prostu nie zmieściły się w naszych brzuchach! Przez większość podróży nawet nie rozmawialiśmy - byliśmy zbyt oszołomieni faktem, że to już! Rozmyślaliśmy więc o tym osobno a chwilami dzieliliśmy się tymi przemyśleniami, głównie na temat tego, jak szybko minął ten czas oraz jakie to trudne do uwierzenia, że spotkanie kilka lat temu doprowadziło nas do tego momentu i przed ołtarz. Mówiliśmy o tym, jak bardzo się z tego cieszymy.

Nie chciałam, żeby tak to wyglądało! Ten wrzesień też miał być dla nas świętem, a wygląda na to, że właśnie na czas świętowania przypada dość trudny, niepewny i bardzo stresujący czas w naszym życiu. Chciałam się temu nie poddawać, ale okazuje się, że to bardzo trudne. Teraźniejszość niestety trochę nam psuje radość świętowania.
Nie chciałam brzmieć gorzko. Mimo wszystko to są piękne wspomnienia, związane z radością. Zaskoczyło mnie po prostu, że właśnie fakt, że tamte wydarzenia związane były z ogromnym szczęściem, wywołuje we mnie teraz smutek. Chyba jeszcze nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Naprawdę bolą te przemyślenia. Paradoksalnie, chyba właśnie dlatego jest mi teraz trudniej i bardziej smutno - w tym momencie kontrast staje się po prostu bardziej wyrazisty.
Co ciekawe, jeszcze dwa miesiące temu byłam naprawdę dobrej myśli. W lipcu, sierpniu moje nastawienie było bardzo pozytywne. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku dobremu, że teraz już musi być lepiej. Zaczęłam znowu czuć się dobrze, nawet miałam wrażenie, że jednak czuję się szczęśliwa, wbrew temu, co myślałam na ten temat jeszcze zimą. Nie mogłam się doczekać tego września i naszego świętowania. 

Nie lubię siebie takiej. Nie lubię smucić się wtedy, gdy są powody do radości. Ale stres i poczucie zagubienia naprawdę wypompowują ze mnie pozytywne emocje. Staram się trzymać, staram się nie myśleć, staram się mieć nadzieję.
Wiem, że mimo wszystko świętować będziemy - zaczniemy już jutro. Wiem, że będziemy wspominać i cieszyć się z tego co było. Ale żal mi, że to wszystko będzie miało lekko gorzki posmak spowodowany brakiem beztroski.

środa, 4 września 2013

Nieudana ucieczka do tamtych dni

Śnił mi się dzisiaj ślub. Mój i Franka. To znaczy, to nie był ten ślub, który faktycznie się odbył, ale śniło mi się, że właśnie się do niego przygotowywaliśmy. Wszystko było inaczej niż w rzeczywistości, można więc powiedzieć, że to był taki przedślubny sen po ślubie.

Zapewne spowodowane było to tym, że ostatnio bardzo dużo o tym myślę i sporo na temat naszego ślubu, wesela i zbliżającej się wielkimi krokami rocznicy rozmawiamy.
W miniony weekend minął właśnie dokładnie rok od jednej z najlepszych imprez na jakich w życiu byłam - mojego wieczoru panieńskiego. Przypominam sobie ten wesoły, całkowicie beztroski wieczór, kiedy mogłam być w centrum uwagi. Pamiętam niemal każdy szczegół. I wiem, że to się nigdy nie powtórzy, co wywołuje u mnie żal...

I w ogóle myślę o tamtym czasie - tak od połowy sierpnia, kiedy ślub i wesele miały być już nie w jakimś tam odległym czasie tylko lada moment. Ten ostatni miesiąc miał być czasem najbardziej intensywnych przygotowań. I był, ale cały czas było spokojnie. Powoli, dzień po dniu załatwiałam sprawy, które jeszcze mi pozostały. Bez pośpiechu. Nie bałam się, że nie zdążę - nie było w ogóle takiej opcji. To był piękny czas, kiedy obok codziennego życia pojawiły się te typowo ślubno-weselne szczegóły. Kiedy można było myśleć, że to już za chwilę i zastanawiać się, jak blisko mojej wymarzonej wizji będzie ten dzień w rzeczywistości. Niby wszystko było tak, jak co dzień, a jednak wiedziałam, że oczekujemy... Nie tylko my zresztą, wszystkie osoby z najbliższego nam otoczenia już żyły myślą o naszym dniu.
Trudno powiedzieć, dlaczego ten czas był taki piękny. Wiele się nasłuchałam/naczytałam o zżerającym stresie i nerwach, które psują wszystko. Ja czekałam, aż przyjdą i... nie doczekałam się. Teraz, gdy mam to wszystko już za sobą, zastanawiam się, skąd to się bierze?
Bo przecież my też chcieliśmy, żeby wszystko wyszło, też chcieliśmy, aby ten dzień był piękny. Też załatwialiśmy orkiestrę, fotografa, fryzjera i kwiaty. Ale nie było ani jednego dnia - podkreślam ani jednego - kiedy bylibyśmy naprawdę zdenerwowani z powodu jakiejś ślubnej sprawy. Mogliśmy się w pełni tymi przygotowaniami delektować - a jednocześnie one biegły sobie spokojnie jakby obok naszego "normalnego" życia. Życie nie zakłócało nam przygotowań, i na odwrót. 
Czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa. I przede wszystkim pewna. Kiedyś - dawno - miałam obawy, że nigdy nie będę pewna. Okazało się jednak, że nie miałam żadnych wątpliwości. I cieszyłam się, że nasza uroczystość będzie taka, jak chcemy. Bo mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy (no, może trenu moja suknia tylko nie miała, bo jej nie pasował :P ale szybko okazało się że to marzenie można zmodyfikować ;)), a jednocześnie nie przeżywaliśmy jakichś wielkich dylematów z tym związanych. Nie oglądaliśmy tysiąca sal, nie słuchaliśmy miliona płyt demo ani nie chodziliśmy od kwiaciarni, do kwiaciarni :) Po prostu braliśmy, co było i byliśmy z tego zadowoleni. Jak się później okazało - to było bardzo słuszne podejście, bo dla wielu osób, które wypowiadały się zupełnie bezinteresownie i nie pod wpływem emocji, to było jedno z najlepszych wesel (lub najlepsze) na jakich byli. Może właśnie ten luz nam w tym pomógł?

W ogóle jak sobie o tym myślę, to mam wrażenie, że nam się wszystko samo załatwiało ;) Wszystko było jakby mimochodem i przy okazji - a jednocześnie przecież przemyślane i trafione. Sama nie wiem po prostu skąd się bierze tyle szumu wokół organizacji ślubu i wesela :P
Ja zdecydowanie bardziej pamiętam te wszystkie przyjemne emocje związane z oczekiwaniem, ekscytacją, niedowierzaniem, że to już. I tą naszą radość, która pojawiała się cały czas w rozmowach, że za chwilę sami się przekonamy jak to będzie. 
To był błogi czas słodkiego oczekiwania - tak, to są chyba słowa, które najlepiej obrazują nastrój, w którym wtedy się znajdowaliśmy i atmosferę, która nas otaczała. Bardzo chciałabym cofnąć się w czasie dokładnie o rok.. Nawet już przeżyję to, że już po panieńskim ;) Bardzo chciałabym przeżywać to wszystko jeszcze raz (zwłaszcza, że ja nie byłam niecierpliwa, nie myślałam, że tak bardzo chcę, żeby to było już!:)), delektować się tym, odczuwać to szczęście i spokój.
Uciekam teraz do tych wspomnień, ale niestety w takim trudnym czasie jaki teraz mamy nawet ta ucieczka nie pomaga. Aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo inaczej czuję się teraz, zwłaszcza dziś, kiedy nachodzą mnie czarne myśli i szczególne zwątpienie.

sobota, 13 października 2012

Poprawiny!

Nigdy nie byliśmy mocni w odsypianiu, więc w niedzielę obudziliśmy się jednocześnie o 9. Uśmiechnęliśmy się do siebie i przytuliliśmy. Czuliśmy się jeszcze niewyspani, choć nie zmęczeni. Postanowiliśmy, że jednak wstaniemy i wyszliśmy na spacer. Poszliśmy do kościoła, ale okazało się, że w tej parafii akurat były dożynki i musieliśmy wyjść, bo nie dość, że spóźnilibyśmy na swoje własne poprawiny, to jeszcze w dodatku nie zdążylibyśmy się wymeldować z pokoju :) Wróciliśmy więc do restauracji, która już się obudziła, bo oprócz kelnerów, kręcili się po sali nasi goście :) 
Kolacja w postaci grilla była strzałem w dziesiątkę nie tylko na weselu, ale także dlatego, że zostało po niej sporo rzeczy, które zostały wystawione podczas poprawin (wędliny, kiełbasy, pajdy chleba ze smalcem, ogórki i wiele innych rzeczy, których nawet już nie pamiętam). Tak właśnie planowaliśmy, bo wiemy, że zazwyczaj obiad podawany jest trochę później, niż jest to planowane (nasze poprawiny zaczynały się o 12), ze względu na to, że goście się spóźniają, a ci, którzy już są, są głodni. A dzięki temu zaspokoili pierwszy głód. My też :) A ja uwielbiam chleb ze smalcem!
U Franka w rodzinie w ogóle nie ma takiego zwyczaju i nigdy po żadnym weselu nie było poprawin. U nas z kolei nie było wesela bez poprawin, chociaż też nie wyglądają one tak całkiem typowo, bo goście są zawsze z daleka, więc to jest czas, kiedy wyjeżdżają. Początkowo nie planowaliśmy imprezy, a po prostu obiad, bo zakładaliśmy, że wiele osób zacznie się szybko zbierać. Ale później coraz więcej gości wspominało, że zostaną trochę dłużej, niektórzy pytali o możliwość noclegu z niedzieli na poniedziałek, więc pomyśleliśmy, że jakoś tak głupio zostawiać ich bez rozrywki, bo to tak jakbyśmy dawali do zrozumienia, ze się mają szybko zmywać :) Stwierdziliśmy, że jeśli będzie muzyka to i goście zostaną dłużej - no i w zasadzie mieliśmy rację :) W każdym razie ostatecznie przekonał nas argument mojej cioci, która powiedziała, że poprawiny to ma być przedłużenie wesela a nie jakaś stypa, żeby wszyscy tylko przy stole siedzieli i gadali :) Początkowo myśleliśmy o jakimś DJu, ale ostatecznie, kiedy tydzień przed weselem rozmawiałam z zespołem, żeby się umówić na spotkanie, zapytałam, czy mają może wolne. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo akurat nie mieli żadnych planów i zgodzili się u nas zagrać jeszcze na poprawinach :)
Nie było już niestety Karoliny i Ani, które o siódmej rano już wyjechały oraz Doroty, która poprosiła mnie już jakiś czas wcześniej o zwolnienie z poprawin :) Powiedziała, ze to mój dzień i że jeśli mi zależy to zrobi to dla mnie i przyjdzie, ale chociaż mi zależało, to doskonale znam Dorotę i wiem, jak nie znosi poprawin ;) Nic na siłę, wystarczyło mnie, że na weselu bawiła się do końca. 
Zespół tego drugiego dnia grał nieco inaczej, bo trochę bardziej biesiadnie, ale nadal świetnie. I uznaliśmy, że to naprawdę był bardzo dobry pomysł, bo goście się bawili! My oczywiście jako pierwsi wyszliśmy na parkiet, żeby pokazać, co będziemy dzisiaj robić ;)


 Co prawda Poznaniacy zaczęli się zbierać prawie od razu po obiedzie, ale tego się spodziewaliśmy - wiedzieliśmy, że część rodziny Franka ma jeszcze zahaczyć o jakieś inne poprawiny u swoich znajomych, bo z wiadomych względów nie mogli uczestniczyć w ich weselu. Chociaż kuzynostwo Franka lekko nas rozczarowało, że tak szybko chcieli uciekać, ale stęsknili się za dziećmi, które zostały w Poznaniu, a przede wszystkim oni naprawdę nie są obeznani z tym zwyczajem i chyba nie wiedzą, do czego to służy :P Szybko zwinęli się też koledzy - mimo, że oni jako pierwsi przymierzali się do tego, żeby zostać dłużej. Ale jechali jednym samochodem, a niektórzy z nich w poniedziałek szli do pracy z samego rana, więc nie wyszło. 
Razem z Frankiem cały czas tańczyliśmy, chyba, że widzieliśmy, że ktoś się zbiera. Wtedy wychodziliśmy go pożegnać. Na tarasie robiliśmy sobie zdjęcia, a każdy z gości dostawał butelkę wódki oraz pudełko z ciasteczkami.


Goście wyjeżdżali o bardzo różnych porach, więc musieliśmy być w gotowości cały czas :) Chociaż tak naprawdę część wyjeżdżała w godzinach 14-16 i później było trochę spokojniej. Część osób z Poznania została do późnego popołudnia: Ala z Rafałem, Daga ze swoim chłopakiem, kuzyn Franka, ale najbardziej zaskoczyła nas piątka naszych znajomych: Mietkowa z Mietkiem, Karola z chłopakiem i Edi, którzy zostali niemal do samego końca. Bawili się z moją rodziną,  a na koniec zaśpiewali nam jeszcze sto lat i gorzko więc wszyscy ich dobrze zapamiętali. A chłopak Karoli to w ogóle nie miał ochoty wyjeżdżać :) Później zostało jeszcze całkiem sporo osób i ta orkiestra to był naprawdę świetny pomysł! Przyznaję, że nie myślałam, że ludzie będą jeszcze tacy chętni do zabawy, a oni tańczyli do samiutkiego końca - nawet jak orkiestra już się z nami pożegnała i pakowała swój sprzęt, goście bawili się do muzyki z płyt. 




Najdłużej zostało moje kuzynostwo. Co ciekawe, wśród nich była kuzynka i kuzyn, którzy mieszkają za granicą i kiedy robiliśmy listę gości, zakładałam, ze w ogóle nie przyjadą - zwłaszcza, że w czerwcu ten kuzyn miał swój ślub. Byłam przekonana, że nie będą dwa razy do Polski przyjeżdżać. Okazało się, że bardzo się pomyliłam! Nie wyobrażali sobie, że miałoby ich nie być, a kuzyn wręcz powiedział, że już jak planował z żoną swoje wesele, to brał pod uwagę, że muszą przyjechać jeszcze we wrześniu. Stwierdził, że nie mógł tego odpuścić, bo przecież na weselu jego siostry cztery lata temu to właśnie my złapaliśmy welon i krawat :) To my byliśmy pooczepinową parą młodą, a teraz tak się złożyło, że braliśmy ślub w tym samym roku :) Kuzyn stwierdził, że to jakiś znak i że absolutnie nie mógłby tego przegapić, nawet kosztem braku urlopu po swoim weselu :)
Zabawa poprawinowa skończyła się mniej więcej tak, jak planowaliśmy - około 20. Wraz z najbliższą rodziną zostaliśmy jeszcze, żeby popakować wszystko, co braliśmy ze sobą - a było tego naprawdę sporo. I wtedy poczułam się już naprawdę zmęczona. Nóg to wręcz nie czułam! Bolały mnie zresztą jeszcze przez następne dwa dni, ale naprawdę przez całe wesele i poprawiny nie mogłam narzekać, a stopy zawsze mam bardzo wrażliwe i każde buty mnie obcierają :) Widocznie byłam znieczulona emocjami ;)

Bardzo dobrze zrobiliśmy, że zdecydowaliśmy się na poprawiny i to w takiej formie! Mieliśmy czas, żeby porozmawiać jeszcze z gośćmi, pobawić się z nimi, wypić :) Każdemu z osobna podziękowaliśmy za przybycie, każdy dostał od nas poczęstunek i z każdym mamy pamiątkowe zdjęcie. 
To były piękne dni i naprawdę nie mogło być lepiej. Żal było, że wszystko się już kończy. Ale chociaż skończyłam już opisywać to, co działo się w te dwa najważniejsze dni (a to było już cztery tygodnie temu! nie do wiary!), temat ślubno-weselny na pewno jeszcze nie zniknie na dobre z mojego bloga :) Mam jeszcze sporo przemyśleń związanych z tym co się działo albo z jakimiś kwestiami organizacyjnymi, więc jeśli ktoś ma dość to... trudno ;)))





środa, 10 października 2012

Wesele! Nasze w dodatku ;)

Zanim zaczniecie czytać... :) Tak, wiem, że notka jest bardzo długa, umówmy się, że już nie musicie mi tego uświadamiać w komentarzach :) Ale chciałam, żeby właśnie tak to moje opisywanie tamtych wydarzeń wyglądało. Skupiam się na całym mnóstwie szczegółów, bo sprawia mi to przyjemność i pomaga posegregować moje wspomnienia - w celu lepszego ich przechowywania. Chyba rozumiecie, że to dla mnie bardzo ważne :) Dzielę się z radością z Wami tym, co się działo, więc chętnych zapraszam do lektury :) Pisałam tę notkę z przerwami dwa dni, więc Wy też możecie sobie czytanie rozłożyć:)

W notce sierpniowej pisałam o tym, że nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, która piosenka będzie naszym akompaniamentem w pierwszym weselnym tańcu, ale ostatecznie postawiliśmy na walca! Niestety, nie ma nigdzie w internecie dokładnie tej wersji, do której tańczyliśmy, ale TA jest najbardziej zbliżona. Nasz walc był nieco szybszy, ale cała reszta się zgadza - łącznie z podkładem i głosem (bo piosenka ta miała całe mnóstwo wykonawców).



Nawet teraz, gdy słyszę tego walca mam dreszcze :) I to nawet nie dlatego, że przypomina mi się wesele, ale dlatego, że jak żywe stają mi przed oczami wszystkie nasze próby :) Myślę, że to był świetny pomysł, żeby jednak coś sobie przygotować, ten czas, który spędziliśmy na ćwiczeniach (choć wcale nie było go tak dużo) był naprawdę wspaniały - pomijając krew (podeptałam Franka obcasami - ale mówiłam mu, żeby też założył buty), pot (w sierpniu ćwiczyliśmy, za oknem bywały upały) i łzy (wywołane śmiechem), to naprawdę nas do siebie jeszcze bardziej zbliżyło. I opłaciło się, bo walc wyszedł nam świetnie! Dopracowaliśmy każdy szczegół, choć jeszcze w poniedziałek przed weselem Daga miała kilka uwag: "Franek, ale stawiasz Margolkę, jak worek ziemniaków! A ty Margolka nie wystawiaj tak tych rąk, nie jesteś samolotem!" :D Nasza nauczycielka (załapała się zresztą na zdjęciu - niebieska sukienka za Frankiem) denerwowała się zresztą przed naszym występem, ale później była z nas bardzo zadowolona i stwierdziła, że to była najlepsza z naszych prób ;)) Jej chłopak też był zachwycony i powiedział, że on też chce tak tańczyć i dlaczego jego tak nie nauczyła :) Wyszły nam nawet obydwa podnoszenia - nie przeszkodziła suknia ani halka! Franek wręcz stwierdził, że dużo lepiej mu się chwytało niż tą suknię studniówkową, w której ćwiczyłam ;)

Zrobiliśmy wrażenie tymi podnoszeniami :) Nikt się tego (poza Dagą i kilkoma osobami, które widziały naszą próbę w domu;)) nie spodziewał. I moglibyśmy tak tańczyć całą noc. Ale walc trwał tylko niecałe dwie minuty, więc musieliśmy zakończyć...

Sądząc po gromkich brawach i uśmiechach na twarzach naszych gości, naprawdę udał nam się ten pierwszy taniec! Najbardziej zaskakujące dla mnie było to, że w ogóle nie czułam tremy! Franek też się nie denerwował. Nie przeszkadzało nam ani trochę, że jesteśmy w centrum uwagi i że wszyscy na nas patrzą.

A później zaczęła się zabawa!




 My jednak w pierwszej przerwie "wymknęliśmy się" na zdjęcia. Daleko nie musieliśmy iść, bo otoczenie restauracji było piękne. W dodatku jak na zamówienie wyszło nam słoneczko - akurat na naszą sesję :) 


 
Dzięki temu, że byliśmy przy restauracji, goście cały czas mieli nas na oku, a więc nie zniknęliśmy nagle wszystkim z pola widzenia na parę godzin, jak to się zdarzało na niektórych weselach, na których byłam - nie podobało mi się to. I sama też nie chciałam, żeby jako pannę młodą omijała mnie cała zabawa ;) Od razu też odrzuciliśmy pomysł, żeby sesję zdjęciową robić innego dnia - nie przemawia do mnie taki zwyczaj. To jest dzień niepowtarzalny pod każdym względem, a pomijając nawet same emocje, to żadnego innego dnia tak ładnie się już nie wygląda, jak w dniu ślubu ;) Poza tym na każdym weselu, na którym byłam, goście zawsze, dosłownie zawsze (oczywiście gdy nie padało) po obiedzie wychodzili na spacer, jeśli tylko było gdzie wyjść. Byliśmy przekonani, że i u nas tak będzie i nie pomyliliśmy się. Goście więc spacerowali w tym samym czasie i w tym samym miejscu, w którym mieliśmy sesję. Dzięki temu mieliśmy też kilka zdjęć z nimi :)

Kiedy wróciliśmy, zabawa trwała. Wyglądało na to, że goście bawili się bardzo dobrze. Nie miało znaczenia, czy przyszli z osobą towarzyszącą, czy bez albo czy pary są mieszane, czy nie. Podeszła do mnie nawet dziewczyna naszego kolegi (jedyna osoba, którą poznaliśmy dopiero w dniu wesela - wydaje się bardzo sympatyczna) i powiedziała, że bardzo podoba jej się to, że jest tyle osób bez pary a mimo to nie siedzą przy stoliku tylko tańczą i na przykład "samotne" dziewczyny wymieszały się z "samotnymi" chłopakami. Albo trzy dziewczyny obtańcowywały jednego faceta lub na odwrót ;)
Na parkiecie praktycznie cały czas ktoś był, co jest w dużej mierze zasługą naszego zespołu. Naprawdę nam się udał, słyszałam ich wcześniej, więc wiedziałam, że kompromitacji nie będzie, ale nie spodziewałam się, że tak fajnie poprowadzą zabawę. Goście wręcz do nas podchodzili i mówili, że zespół jest naprawdę świetny.
Na spotkaniu w przededniu wesela ustalaliśmy kilka szczegółów. Między innymi zastrzegliśmy sobie, że nie chcemy żadnych zabaw z podtekstem seksualnym albo takich, które ośmieszałyby w jakiś sposób uczestników. Ale lider zespołu od razu nam powiedział, że to w ogóle nie jest w ich stylu i że nie musimy sie o to martwić. Dodał jeszcze, że w ogóle z zabawami nie chcą przesadzać, bo to jest ciekawe dla uczestników, a dla otoczenia już niekoniecznie, jeśli jest ich za dużo. Ustaliliśmy więc, że zobaczy jaki będzie klimat, jacy goście itd. Ostatecznie myślę, że wszystko wyszło tak, jak powinno. Była jedna, bardzo krótka taneczna zabawa i dwie trochę dłuższe. W jednej z nich goście dostawali jakieś elementy przebrania (maski, czapki itp.), które mieli na siebie założyć i prawdę mówiąc zaskoczona byłam, jak wszyscy chętnie brali w tym udział! Wręcz się bili o peruki, czy czapeczki :) Część osób, która nie była na parkiecie od razu przybiegła, jak zobaczyła, co się dzieje i ostatecznie tańczyli prawie wszyscy. Nie spodziewałam się tego, bo myślałam, że niektórzy nie będą chcieli sie  wygłupiać. Chcieli - i to niezależnie od wieku :)

Kolejna zabawa wymagała odrobiny sprawności fizycznej :) Uczestnicy w rytmie Lambady przechodzili pod liną trzymaną przeze mnie i Franka, która z każdą rundą była coraz bliżej ziemi. Prowadzący byli zaskoczeni ilością chętnych a przede wszystkim ich zawziętością i wolą walki :) Technika była dowolna - trzeba było tylko pod liną przejść tak, żeby jej nie dotknąć a przechodziło się parami i para musiała się trzymać za rękę - albo za jakąkolwiek inną część ciała :) Chodziło o stały kontakt fizyczny. Nooo, ja też byłam zdumiona tym, że tyle osób chciało wygrać (do wygrania było tysiąc złotych.... kropelek :P, czyli wódka weselna). Nogi już mnie później zaczęły boleć, bo kucałam w dość niewygodnej pozycji. A w ogóle to okazało się, że zupełnie podświadomie dawałam fory uczestnikom - niechcąc wcale tego robić unosiłam lekko linę (naprawdę nie miałam pojęcia, kiedy to robię, ale kilka razy korygowałam linę, bo widziałam, że jest wyżej niż po stronie Franka) Obserwatorzy później mówili, że kto zauważył, że u mnie jest łatwiej, przechodził po mojej stronie :)) No naprawdę nie chciałam nikomu ułatwiać! :)
Tu już jedna z ostatnich rund, (na drugim zdjęciu Dorota :))







Myślę, że taka ilość zabaw na całe wesele była wystarczająca! Zwłaszcza, że były jeszcze inne atrakcje :)
W pewnym momencie na przykład wodzirej zapowiedział występ zespołu, który podobno występuje bardzo rzadko i tylko w wyjątkowych okolicznościach. Goście myśleli, że to jakaś niespodzianka z naszej strony, my nie wiedzieliśmy o co chodzi, przyszło nam do głowy, że może to goście coś takiego wymyślili. Ustawiliśmy się wszyscy w kółeczku i nagle na miejsce zespołu wkroczyło trzech facetów w ciemnych okularach! Po kilku sekundach dotarło do nas, że to... kelnerzy, którzy nas obsługiwali! Rozbawili nas między innymi piosenką "Jesteś szalona"! Naprawdę oszaleliśmy, bo ten ich występ był niesamowity :) A jaka niespodzianka!
Myśleliśmy na początku, że oni to zawsze robią, ale okazało się, że taki występ jest tylko dla wybranych :) Na poprawinach Franek rozmawiał z jednym z kelnerów, mój dziadek też zagadał innego i okazało się, że kelnerzy występują tylko na weselach, na których jest dobry klimat do zabawy, kiedy widzą, że para młoda jest w porządku i że wszyscy się fajnie bawią. Mieli kiedyś przypadek, kiedy zrobili taki występ a później para młoda przyszła ze skargą i stwierdziła, że chce obniżenia kosztów jako rekompensaty za zepsute wesele i oskarżyła kelnerów o pijaństwo. Przeżyłam szok, jak to usłyszałam, bo u nas nikt nie miał takich odczuć, wszystkim się bardzo ta niespodzianka podobała :)) Umiemy się bawić! :) I czujemy się wyróżnieni, że dla nas wystąpili :) Nie wyglądamy na snobów czy innych sztywniaków :P W każdym razie atmosfera naprawdę była wspaniała. Nasi goście chwalili zespół i obsługę, ale my podobne pochwały słyszeliśmy właśnie ze strony obsługi. Kamerzystka wychodząc powiedziała nam, że rzadko się zdarza, żeby goście byli tacy chętni do zabawy, tacy weseli i że klimat wesela był naprawdę niepowtarzalny. Podobne słowa usłyszeliśmy od zespołu: powiedzieli nam, że to była dla nich przyjemność, że mogli zagrać dla nas i dla takich fajnych ludzi, jakimi są nasi goście. Wielokrotnie tego wieczoru słyszeliśmy zdania: "Świetny zespół" "Fajnych macie gości" a także "Zajebiste jedzenie" :)
  
Jedzenie naprawdę robiło furorę. Mnie i mojej najbliższej rodzinie te smaki nie były obce - sieć tych restauracji jest dość znana na naszym terenie, zajmują się też cateringiem i na przykład obsługiwali naszą studniówkę. Poza tym to było nasze swojskie jedzenie. Ale goście przyjezdni, zwłaszcza Poznaniacy nie mogli się nachwalić (ha! zawsze twierdziłam, że jedzenie na poznańskich weselach jest takie se :P przynajmniej dla mnie zawsze takie było, bo miałam porównanie do wesel odbywających się w wielu innych regionach).
Nie chcieliśmy eksperymentów. Na pierwsze danie oczywiście rosół :) Żadne tam kremy z borowików, rosół i już. Mięs do wyboru było trochę więcej i tu już akurat zrezygnowaliśmy z tradycyjnego schabowego. Ale były oczywiście kluski :) Chociaż ja nie jestem Ślązaczką, ani moje Miasteczko nie jest śląskie, to już niektóre okolice takowe są, a więc kluski i w ogóle kuchnia śląska nie są nam obce :) Musiałam Poznaniakom pokazać, co się jada na weselach :) Oprócz tego oczywiście był deser w postaci ciasta i lodów, później zimne przekąski. Kolację zamieniliśmy na kolację w postaci grilla, czym znowu zachwyciliśmy gości :) Zajadali się, oj tak :) Poza tym było trochę sałatek, w okolicach północy tradycyjny barszczyk z krokietem a później miała być jeszcze gulaszowa i flaki, ale już nie było komu podawać, więc przenieśliśmy to na poprawiny. Bo naprawdę jedzenia był ogrom i to prawie wszystko w standardzie, bo dodatkowo zamówiliśmy tylko wędzone ryby (rodzina frankowa jest bardzo rybna, więc to był ukłon w ich stronę, ale moja też nie pogardziła) oraz indyka. Nie spodziewaliśmy się jednak, że tego jedzenia standardowego będzie aż tyle - bo podawali jeszcze jeden mały posiłek w gratisie. Więc jedyne na co goście narzekali to ilość tego jedzenia - a właściwie na fakt, że wszystko takie dobre i trzeba spróbować a potem się nie mogą ruszać :)
No i był oczywiście tort. Ten słynny tort, z powodu którego pani z cukierni dzwoniła do mnie niemal z płaczem :P


 No i ładnie  tymi różyczkami, co za różnica, czy byłyby na nim storczyki, czy nie :) A tylko zapłacilibyśmy jakieś 200 zł więcej. Biedna pani niepotrzebnie się przejęła, że będziemy kręcić nosem. A dla nas najważniejsze było, że tort był dobry.
A to wspomniany indyk:


Kurczę, ja specjalnie mięsożerna nie jestem, ale na wspomnienie mięs weselnych ślinka mi cieknie (bo chociaż na weselu za dużo tego nie zjadłam, to mnóstwo zostało i mieliśmy potem obiady przez cały tydzień zapewnione :))
Oczywiście były również oczepiny - w nieco innej formie niż na weselach w Poznaniu, więc to też przyciągnęło uwagę gości (między innymi dlatego tak bardzo zależało mi, żeby robić wesele w moich stronach, chciałam, żeby zobaczyli coś innego, moją okolicę i moje tradycje). Welon złapała moja kuzynka i nie podlegało to dyskusji, bo dosłownie wpadł jej w ręce, ale z muszką już taka prosta sprawa nie była :) Dawno nie widziałam, żeby się kawalerzy tak bili o tę muchę :) A tu trzeba było powtarzać, bo muszka wpadła w ręce kolegi Franka i chłopaka mojej siostry. Żaden nie chciał puścić i ostatecznie ją... rozerwali :P Więc wodzirej zarządził powtórkę. Ostatecznie potwierdziło się, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta, bo tym razem mucha dostała się w rękę trzech nieustępliwych kawalerów, ale narzeczony kuzynki od welonu wykazał się sprytem i tak to jakoś zrobił, że tych dwóch zostawił z niczym :)
Później Franek miał do obtańcowania wszystkie panny, a ja wszystkich kawalerów. No i pozostało jeszcze przeprowadzenie testu zgodności małżeńskiej :) Nie wiem, czy znacie tę zabawę oczepinową - w każdym razie w moich stronach jest bardzo popularna, w Poznaniu spotkałam się z nią tylko raz. Młodzi siadają na krzesełkach tyłem do siebie i ściągają buty, każde z nich trzyma  buta swojego i swojego współmałżonka. Prowadzący zadaje pytania w stylu: "Kto pierwszy powiedział kocham cię" (Franek :)) A my odpowiadamy podnosząc buta jej lub jego :) Nie widziałam odpowiedzi Franka ani on moich, ale goście co chwilę wybuchali śmiechem. Myślałam, że to dlatego, że ciągle odpowiadamy inaczej, a tymczasem później okazało się, że byliśmy wyjątkowo zgodni :) Chyba tylko w dwóch czy trzech kwestiach udzieliliśmy innej odpowiedzi :) Niektórzy goście nie mogli wyjść z szoku, że się tak we wszystkim zgadzamy, łącznie z kwestiami - kto bałagani, kto sprząta, kto trzyma kasę, kto rządzi w sypialni, kto jest większym zazdrośnikiem :P No cóż, my to wszystko mamy już od dawna ustalone, pod tym względem rzeczywiście lepiej nie mogliśmy się dobrać ;)

Przy okazji oczepin często jest również podziękowanie dla rodziców, ale na naszym weselu zrobiliśmy to wcześniej, głównie ze względu na mojego dziadka i babcię Franka - nie mieliśmy pewności, że będą chcieli zostać aż do północy, a dla nich również mieliśmy upominki. To właśnie wtedy zatańczyliśmy nasz drugi taniec, dedykowany rodzicom i dziadkom, tym razem do piosenki "Chcę tu zostać". Fajnie się złożyło, bo nasz zespół miał ten kawałek w swoim repertuarze, więc tańczyliśmy do muzyki na żywo. Teraz to już w ogóle był luzik i zero stresu :) A później zatańczyliśmy wszyscy razem: my, nasi rodzice i dziadkowie, oczywiście do piosenki "Cudownych rodziców mam". Tak, wiem, że niektórzy twierdzą, że to oklepane, ale uważam, że nie ma żadnej innej piosenki pasującej tak bardzo na tę okazję. 
Naprawdę piękne to wszystko było... I my też bawiliśmy się wspaniale, teraz to już zupełnie nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że w ogóle nie bawił się na swoim weselu, bo albo nie miał czasu, albo był zbyt zestresowany :) My w zasadzie cały czas byliśmy na parkiecie! W przerwach "na jednego" staraliśmy się podejść do każdego i trochę pogadać, ale nic na siłę, bo nie zawsze się dało. Ale byliśmy :) Dla siebie i dla innych. Siedząc przy stole, czasami patrzyliśmy na siebie i wymienialiśmy swoje spostrzeżenia. Przede wszystkim nie mogliśmy uwierzyć, że to już się dzieje i obiecywaliśmy sobie, że będziemy cieszyć się każdą chwilą i korzystać z każdego momentu na całego. 
Czas rzeczywiście płynął bardzo szybko, ale też nie było tak, że w ogóle nie wiem, kiedy to minęło :) Byłam bardzo świadoma wszystkiego, wiedziałam, że to się właśnie dzieje, a ja jestem w centrum wydarzeń i odczuwałam to całą sobą.
I jak zwykle dodam, że tego się nie da opisać... :) Chociaż być może do tego, jak się czułam i co myślałam jeszcze wrócę, dzisiaj staram się skupić na konkretach.
W zasadzie nie wiem kiedy impreza zaczęła się kończyć :) Tu jeszcze trwała na całego:
Ale to chyba było niedługo po naszym babskim występie - bo ten widzieli jeszcze niemal wszyscy goście. Aa właśnie, bo o babskim występie nie było prawda? :)) A więc to był taki zaplanowany spontan :) Zaplanowany, bo brałyśmy pod uwagę możliwość, że zatańczymy, spontan, bo decyzję podjęłyśmy pod wpływem chwili i tak naprawdę w ogóle nie byłyśmy do tego przygotowane :)
Wystąpiłam ja, moja siostra oraz wszystkie nasze koleżanki! 
Dawno temu, na pierwszym roku studiów, kiedy miałam coś w rodzaju WFu nauczyłyśmy się z dziewczynami układu tanecznego do tego:
Pokazałam to też Dorocie i Jusce i swego czasu tańczyłyśmy sobie to na domówkach, no ale od tego czasu to też już minęło dobre pięć lat :)
Próbowałam też nauczyć dziewczyny tego układu podczas panieńskiego, ale za późno się za to zabrałam, bo flaszki już na stole stały puste i tylko moja siostra cokolwiek załapała :) Mimo to nie zniechęciłyśmy się. Kiedy tylko stwierdziłyśmy, że tak - zatańczymy, przećwiczyłyśmy z Karoliną, Anią i Alą  na szybko gdzieś w jakimś przedsionku podstawowe ruchy. Potem pokazałam jeszcze co i jak Dadze. Reszta poszła na żywioł i robiła to, co my :)
Nie powiem, że byłyśmy mistrzyniami synchronizacji :) Na pewno nie. Nie powiem też, że wszystko wyszło nam pięknie - bo oczywiście, że chwilami się myliłyśmy i obracałyśmy każda w inną stronę, ale nie o to chodziło :) Chodziło o ten żywioł! O to, żeby zrobić coś razem! Skoro zawsze się tak dobrze razem bawimy, to dlaczego nie na moim weselu? :) I co z tego, że było nierówno, myślę, ze większość osób, która na nas patrzyła, widziała zupełnie coś innego - i to właśnie to chciałam pokazać :)
To chyba było moim marzeniem, żeby zorganizować coś takiego na własnym weselu z bliskimi koleżankami i jestem im bardzo wdzięczna, że się na to zgodziły. Niektóre aż się do tego paliły, inne trochę się obawiały, ale żadna nie protestowała, żadna nie była niechętna. Nie obawiały się kompromitacji, nie przeszkadzało im, ze nie znają układu - ani nawet to, że przecież 'występowały' w większości przed ludźmi zupełnie sobie obcymi. Wiem, że zrobiły to też dla mnie i bardzo to doceniam :) Ale jestem też pewna, że niczego nie robiły na siłę. Wiele było pięknych momentów na weselu, a to był jeden z nich...
Chyba po drugiej gości zrobiło się jakoś mniej i powoli każdy dojadał to, co miał na talerzu i dopijał zawartość kieliszka :) Nie mam pojęcia, o której zwinęła się orkiestra - z zapowiedzią, że wrócą jutro, ale chyba jakoś po trzeciej?? Wiem, że ostatni goście - to znaczy nasi rodzice, siostra, ciocia, Karolina, Ania, Dorota i Juska wychodzili po czwartej. Zostaliśmy z Frankiem oraz z Alą i R. którzy pomagali nam jeszcze ogarnąć kilka spraw. 
A później poszliśmy już na górę do naszego "apartamentu nowożeńców" Ach, jakże żal było zdejmować tę moją suknię, o której wiedziałam, że więcej jej już nigdy nie włożę (chociaż... moja mama włożyła swoją na 25tą rocznicę więc kto wie:)) Kiedy ostatni raz patrzyłam na zegarek było po piątej, a to oznacza, że spaliśmy tylko cztery godziny, jednak mimo tego, obudziliśmy się radośni i wcale nie zmęczeni. Ale to już znowu inna historia :)




Ps. Link do piosenki już chyba działa :)