*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

środa, 30 grudnia 2015

Co robiłam w tym roku, czyli wstęp do podsumowania :)

Wiecie, bo wiele razy o tym wspominałam, że nie znosiłam (i nie znoszę) kiedy ktoś wmawiał mi, jak będzie wyglądała moja przyszłość - na przykład jako matki. Kiedy byłam w ciąży, ciągle słyszałam, że zobaczę, jak wszystko się zmieni, jak na nic nie będę miała czasu, jak będę musiała zapomnieć o swoich przyjemnościach i tak dalej...
Nie zamierzam ściemniać, że kiedy pojawia się dziecko, to życie się nie zmienia. Owszem, zmienia się i to bardzo. Jest to rewolucja, której zresztą byłam świadoma od samego początku. Ale jeśli chodzi o resztę to jest już przede wszystkim kwestia organizacji. To prawda, że nie mam już tyle czasu, ile miałam kiedyś, bo przecież nie jest on z gumy, a logiczne jest, że dochodzi całe mnóstwo innych, czasochłonnych czynności a przez większość dnia zajmuję się Wikingiem, choćby bawiąc się z nim. Ale pojawienie się Wikusia nie oznaczało dla mnie automatycznie rezygnacji z robienia wszystkiego co lubię i poświęcania się temu, co sprawia mi przyjemność. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dość szybko doszłam do perfekcji jeśli chodzi o wielozadaniowość i jeszcze lepszą organizację czasu.

To fakt, że na początku trochę miałam problem z tym, że nie mogę w dalszym ciągu stosować się do mojego planu dnia i grafiku, który sama sobie rozpisałam. Nie umiałam się początkowo odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie potrafiłam kilku rzeczy odpuścić i cały czas miałam wrażenie, że niepotrzebnie tracę czas. Wiedziałam jednak, że to jest błędne myślenie i wyleczyłam się z niego, a potem opracowałam sobie nowe grafiki i nowe plany dnia :) Zresztą wiecie, że początki mojego macierzyństwa w ogóle były dziwne i trudne, ale grunt, że udało mi się dość szybko wszystko sobie poukładać. W gruncie rzeczy, kiedy jakiś czas temu o tym myślałam, stwierdziłam, że przez ten rok miałam całkiem sporo czasu dla siebie. Ok, może nie tyle, ile bym miała bez Wikinga, ale jednak dużo udało mi się zdziałać, a poza tym, byłam bardziej efektywna, bo wiedziałam, że czasu nie mogę marnować, tak, jak to czasami bywało w moim innym życiu :P czyli w życiu przed dzieckiem.

Dzisiaj chciałam zrobić taki wstęp do podsumowania tego roku i skupić się na tym, co mi się udało jeśli chodzi o moje plany i czynności, których wykonywanie sprawia mi przyjemność - choć nie wiem, czy słowo pasje albo nawet hobby by pasowało :) Po raz kolejny cieszę się, że Wikuś urodził się na początku roku, bo dzięki temu można sobie tak fajnie wszystko podsumowywać :D
Wspominałam ostatnio o kilku sprawach, które chciałam pozamykać. Założyłam sobie, że do 31 grudnia skończę parę rzeczy. Na przykład śpiworek dla Wikinga, który robiłam na szydełku. Zabrałam się za niego dokładnie rok temu - w grudniu 2014. Późno, wiedziałam, że nie zdążę przed jego narodzinami, ale początkowo tempo miałam całkiem niezłe. Jeszcze w szpitalu trochę dziergałam, ale kiedy Wikuś się urodził, na jakiś czas szydełko poszło w odstawkę. Potem wróciło do łask - mniej więcej w kwietniu, kiedy to Wikuś potrafił się już bawić sam na macie. Ja wtedy siadałam obok  niego i szydełkowałam. Ale wtedy kończyłam swój sweter. Udało mi się to zrobić, ale ostatecznie trochę mi tam parę rzeczy nie wyszło, jak najdzie mnie natchnienie, to popracuję nad poprawkami, ale na jakiś czas szydełko odstawiłam. Wróciłam do niego jesienią, kiedy przypomniałam sobie o tym śpiworku i za punkt honoru sobie wzięłam, żeby Wiking jeszcze tej zimy z niego skorzystał. I proszę, oto i on! W całości zrobiony przeze mnie. Nie jest bez felerów, bo szyć nie bardzo już umiem i zamek jest wszyty niezbyt efektownym ściegiem, poza tym jak widać, zabrakło mi włóczki na końcówkę, a w sklepie był tylko inny odcień, ale powiedzmy, że tak miało być :P W gruncie rzeczy i tak uważam, że najważniejsze jest to, że robiłam to własnoręcznie specjalnie dla Wikusia.


Oprócz szydełkowania zajmowałam się także rejestrowaniem i analizą naszych wydatków, o czym Wam już parę razy wspominałam. Miałam sporo do nadrabiania, bo na początku tego roku okazało się, że trochę to zaniedbałam i że mam stosy paragonów od maja (!) 2014. Szkoda mi było je wyrzucić, więc nadrabiałam zaległości przez parę miesięcy. Wpisywałam po kolei paragony, analizowałam wyciągi bankowe i w lipcu byłam już na bieżąco. Wyobraźcie sobie, że jak sobie przeliczyłam wszystkie wpływy i wydatki, to nawet się okazało, że niewiele rzeczy mi umknęło, mimo tego, że przez tyle miesięcy nie zapisywałam wszystkiego, ale jednak udało się odtworzyć większość :) W lipcu tata pomógł mi dopracować moje excelowskie tabelki i od tamtej pory szło mi trochę sprawniej. Starałam się też już nie dopuszczać do zbyt dużych zaległości. Każdy miesiąc sumiennie analizowałam pod kątem wpływów, wydatków i oszczędności. To co udało się odłożyć, inwestowałam. Trochę czasu zajmuje mi zawsze przeanalizowanie tego wszystkiego i znalezienie najbardziej korzystnej opcji na ulokowanie pieniędzy w danym momencie, ale daję radę. W naszym małżeństwie można powiedzieć, że to ja trzymam kasę i to do mnie należy zarządzanie naszymi finansami :) Teraz pozostaje mi jeszcze podsumowanie roczne i o tym również pisałam wczoraj wspominając o zamykaniu projektów :P, ale stwierdziłam, że jednak muszę poczekać na początek roku, bo dopiero wtedy wpływa większość odsetek na rachunkach oszczędnościowych. Ale grunt, że wszystkie paragony mam zanotowane.

W tym roku miałam też sporo czasu na czytanie książek. Łącznie przeczytałam ich 29, do 30 brakuje mi jeszcze 200 stron książki Grocholi "Houston, mamy problem", ale szybko się ją czyta, więc myślę, że uda mi się do jutra sfinalizować również to :) Wiem, że na prawdziwych molach książkowych ilość pozycji nie robi wrażenia, ale chciałabym podkreślić, że jednak w wolnym czasie nie tylko czytałam. Gdybym każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie, to spokojnie przeczytałabym przynajmniej dwa razy więcej. Ale jak już wspominałam, lubię multitasking i robienie na raz wielu rzeczy sprawia mi przyjemność. Dodam jeszcze, że wszystkie książki były dość potężne jeśli chodzi o objętość. Rzadko miały mniej niż 500 stron i zdarzyło się tylko kilka pozycji, które liczyły ich 300. Najwięcej czytałam na początku podczas długich karmień. Bardzo miło wspominam ten czas :) Potem trochę rzadziej, ale kiedy zrobiło się ciepło, to często czytałam na dworze, kiedy Wiking spał ja przysiadałam sobie na ławeczce i praktykowałam ten sposób jeszcze w pierwszych dniach listopada. Później zrobiło się za zimno. Ale często czytam siedząc na podłodze z Wikingiem. On się bawi, a ja obok czytam i od czasu do czasu podam mu jakiegoś klocka, powygłupiam się z nim albo się poprzytulamy.

Nie da się ukryć, że moje blogowanie, wbrew temu, co myślałam także nie ucierpiało :) Prawdę mówiąc kredki margaretki rozkwitły w tym roku i dawno nie byłam tak płodna jeśli chodzi o nowe wpisy. Gdyby nie stosunkowo mała ilość notek w lutym, marcu i kwietniu (poniżej 10) to może nawet udałoby mi się dorównać rekordom z pierwszych lat blogowania :D Fakt, że nie komentuję u Was każdej notki, ale za to czytam i jestem na bieżąco u większości osób - a przynajmniej u tej części, która do mnie również zagląda regularnie.
Jeśli chodzi o blogowanie, to udało mi się zrealizować także inne przedsięwzięcie. Postanowiłam sobie bowiem, że do końca tego roku przekopiuję całe archiwum z bloga onetowskiego! Udało się to, a była to czynność bardzo czasochłonna, bo każdą notkę czytałam. Mało tego, czytałam również komentarze pod nią. A tych notek do przeniesienia było grubo ponad pięćset. Sporo więc czasu mi to zajęło, ale cieszę się, że zamknęłam tę sprawę. Pewnie jeszcze kiedyś pokuszę się o refleksję na ten temat, która mnie naszła podczas tych przenosin.

Zrobiłam też sporo porządków w domu. To jest akurat często syzyfowa praca, bo w domu często tak jest, że jak się skończy jedno, to drugie już czeka, potem trzecie, a jak się uda wszystko, to w pierwszym często już się zrobił bałagan albo porządek się zdezaktualizował :P Ale tak już chyba jest urządzony ten świat ;) Niemniej jednak zrobiłam porządki w dokumentach i w ubraniach. Przewertowałam nasze szuflady i przeorganizowałam kuchnię oraz łazienkę. Zabrałam się też za stare gazety i artykuły, choć to wymaga już sprecyzowania :) Otóż kiedy się przeprowadzałam z Poznania, miałam całkiem spory stosik kolejnych numerów jedynej babskiej gazety, którą czytuję w miarę regularnie (również teraz). Zostawiałam sobie je, bo czasami znajdowałam tam jakieś ciekawostki. Ale ponieważ ważyło to dość dużo, stwierdziłam, ze bez sensu to wszystko przewozić i po prostu przejrzałam każdy numer, wyrywając strony, które mnie interesowały z zamiarem późniejszego przeczytania i posegregowania tego. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabrałam się za to w innym życiu, tylko dopiero przy Wikingu, kiedy miałam już dużo mniej czasu :) Nie dałam rady jeszcze przejrzeć wszystkiego, ale jednak już całkiem sporo. Będę nad tym pracować dalej, choć pewnie teraz będzie jeszcze trudniej.

W ostatnim czasie sporo czasu zajęło mi też to, o czym pisałam niedawno. Czyli szukanie niani i szukanie pracy, a także to co się z tym wiązało, czyli pisanie CV i listów motywacyjnych, bo jednak nie poszłam na łatwiznę i nie wysyłałam do wszystkich tego samego szablonu :) Całe szczęście, że trwało to tylko przez część listopada i pierwszy tydzień grudnia.

Poza tym zajmowałam się oczywiście również domem. Gotowałam, prałam, prasowałam. Ogarniałam bieżące sprawy domowe. Oczywiście w tej kwestii miałam ogromną pomoc Franka. Wiem, że teraz nie jest modne używanie słowa "pomoc" w tym kontekście, ale zwał jak zwał ;) mnie to słowo nie bulwersuje, bo ja cały czas uważam, że my sobie po prostu pomagamy wzajemnie - Franek mi, a ja jemu. Faktem jest, że ja praktycznie wcale w domu nie odkurzam, nie myję podłóg ani łazienki i nie wykonuję jeszcze paru innych domowych czynności, bo zajmuje się tym Franek. Poza tym on często gotuje i sprząta w kuchni. Nie mam mu nic do zarzucenia jeśli o to chodzi, bo robi więcej, niż większość znanych mi facetów. Ale sobie też nie mam, bo też nie siedzę i nie pachnę, tylko dbam o to, żeby mieszkało nam się przyjemnie.

To są chyba sprawy, którym (oprócz rzecz jasna opieki nad Wikingiem :)) poświęcałam w tym roku najwięcej czasu. Ale to i tak nie wszystko, bo przecież jeszcze znajdowałam czas na spotkania ze znajomymi, na uczestnictwo w zajęciach dla maluchów, na rozwiązywanie krzyżówek albo czytanie czasopism w językach obcych. Jasne, że się nie rozdwoję (albo nawet i nie roztroję :P), więc świadoma byłam, że niektóre rzeczy muszę odpuścić. Nie wszystkim zajmowałam się tak samo intensywnie. Chyba jedyną rzeczą, której naprawdę zaczęło mi brakować, zwłaszcza w ostatnich miesiącach była aktywność fizyczna. Rzecz jasna w połogu nie ćwiczyłam, potem byłam na to trochę za chuda :P Powróciłam do ćwiczeń od czasu do czasu późną wiosną, ale potem stwierdziłam, że noszenie Wikinga, chodzenie z nim na długie spacery i ganianie za nim jest wystarczającą gimnastyką dla moich mięśni :) Odpuściłam więc. Chodziliśmy też na basen, ale późną jesienią poczułam, że brak mi trochę moich dawnych ćwiczeń. Niestety wtedy akurat trudno było mi jeszcze coś wcisnąć w mój grafik, bo zajęłam się wspomnianą wcześniej organizacją spraw zawodowo-rodzinnych :) Pomyślę, jak to zrobić w przyszłości...

Jak widać, nie próżnowałam jednak w tym roku, a moje życie nie ograniczało się do zabawy z Wikingiem i zmieniania mu pieluch :) Oczywiście, że mam o wiele mniej czasu, niż rok temu, ale też nie jest tak, że wcale go nie mam. A w ogóle to stwierdziłam, że jeśli na coś mi tego czasu nie wystarczyło i jeśli się z czymś nie wyrabiałam, to tylko dlatego, że jest tyle rzeczy, których nie umiem i nie chcę odpuszczać :) Gdyby nie to, tego czasu miałabym jeszcze więcej. Albo... mniej, bo przecież nie od dziś wiadomo, że im więcej jest do zrobienia, tym mniej czasu to zajmuje :D

Nie wiem, czy uda mi się wrócić jutro z podsumowaniem właściwym całego roku, ale może zajrzę choć na chwilę ;)

czwartek, 3 grudnia 2015

Jak mama mamie.


Środowe spotkania są głównie dla Wikinga (choć nie powiem, że nie czerpię z nich żadnych korzyści), ale czwartkowe przede wszystkim dla mnie :) Początkowo chodziłam na nie regularnie - co tydzień. Latem trochę się to zmieniło, bo najpierw mnie nie było, potem przez miesiąc spotkania się nie odbywały. Od września przestałam jeździć regularnie, wpadałam tylko od czasu do czasu. Myślę, że po prostu te czwartkowe spotkania wypełniły swoją funkcję i przestałam ich aż tak potrzebować. Nadal je lubiłam, tylko czasami po prostu nie chciało mi się zbierać (zwłaszcza, że zmieniła się godzina) i odpuszczałam. Jednak fakt, że dotarcie na miejsce zajmuje mi czasami ponad godzinę nie pozostaje bez znaczenia.
Dzisiaj miałam przez chwilę dylemat - jechać, czy nie? Chciałam, miałam ochotę na to spotkanie, ale właśnie jak zawsze, zniechęcała mnie trochę myśl o długiej podróży komunikacją miejską. Tym razem jednak zwyciężyła żądza towarzystwa. I jak zawsze nie pożałowałam :) Różnie bywa, czasami naprawdę nie chciało mi się jechać, ale później zawsze byłam zadowolona, że jednak się zdecydowałam, bo te spotkania z innymi mamami to naprawdę świetna sprawa. Zawsze wychodzę z kawiarni uskrzydlona i naładowana pozytywną energią :) 

Tak było od samego początku. Od pierwszego razu...
Dla świeżo upieczonej matki nie ma chyba nic gorszego niż inna matka twierdząca, że wszystko jest pięknie, a macierzyństwo to cud miód i rodzynki. Opowiadająca, że jej dziecko nigdy nie płacze, co Ty odbierasz jako sugestię (nawet jeśli takowej nie było) że Twoje dziecko jest niegrzeczne albo Ty jesteś beznadziejna, że nie umiesz go uspokoić. Kiedy samemu nie jest się w najlepszej formie psychicznej coś takiego naprawdę potrafi dobić nawet osobę, która normalnie nie przejmuje się tym, co robią i mówią inni.

Na szczęście niewiele takich mam spotkałam, wręcz przeciwnie. Od pierwszej chwili, kiedy przekroczyłam próg sali, miałam okazję porozmawiać z dziewczynami, które były wobec mnie bardzo ciepłe, życzliwe i które często czuły się podobnie jak ja albo które podobne uczucia miały już za sobą. Podnosiły mnie na duchu, mimo, że wcale nie próbowały nawet mnie pocieszać. Po prostu zobaczyłam, że nie jestem jedyna, a także zobaczyłam mamy starszych dzieci, które wspierały mnie mówiąc, że będzie lepiej. A potem znów gorzej. I lepiej :) Utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jestem jakimś dziwadłem i że nie ma matek, które nie mają żadnych problemów, gorszych chwil, złych dni, które nigdy nie czują się sfrustrowane i nie mają poczucia beznadziei. Nawet jeśli trwa to tyle, ile oka mgnienie.
Kiedy sięgam pamięcią wstecz do marca, mam wrażenie, że decyzja o tym, żeby pojechać na spotkanie była ogromnym przełomem. Prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie bym była dzisiaj gdyby nie to :) Kto wie, może nadal borykałabym się z depresją poporodową? :D W każdym razie, te wypady bardzo dobrze mi zrobiły nie tylko dlatego, że mogłam się wyrwać z domu i że Wikuś fajnie się na nich zachowywał, ale także ze względu na to, że dowiedziałam się, że nie jestem sama.

Teraz, jako niemal weteranka i mama prawie rocznego Wikinga, przekazuję pałeczkę dalej :) Przychodzi taka mama z cztero, siedmio lub dziewięciotygodniowym zawiniątkiem i ja widzę, że ona przechodzi dokładnie przez to samo, co ja w styczniu i lutym! Wiem, że szuka rady i pociechy. Że na pewno nie potrzebuje tego, abym ją teraz dobiła podchodząc do niej i mówiąc: „aa, że często płacze? No mój Wikuś teraz nie płacze. A w dodatku jest taki fajny, raczkuje, stawia pierwsze kroki, sam sobą się zajmuje i jeszcze się uśmiecha, jak na niego popatrzę – o zobacz!, właśnie tak!” Albo co gorsza, gdybym zaczęła pouczać jej metody i sposoby na radzenie sobie z trudnościami: „No ale dlaczego go karmisz, przecież widać, że nie chce jeść! On chce spać!” (Spotkałam się raz z taką sytuacją, na własnej skórze przekonałam się, jak to boli, opiszę to przy najbliższej okazji)
Kiedy ja widzę taką smutną i bezradną matkę, przede wszystkim mówię jej to, czego nauczyłam się na własnych błędach – nie przejmuj się, tym, że noworodek się do czegoś przyzwyczai! Wyrośnie z większości zachowań, a tymczasem daj mu to, czego potrzebuje, a potrzebuje zapewne Twojej bliskości. Pamiętacie, jak pisałyście to do mnie? :) Ja pamiętam i wiem, że to były trafne słowa. Poza tym opowiadam o tym, że Wiking był dokładnie lub prawie taki sam. Opowiadam o tych najgorszych chwilach i najtrudniejszych momentach, a przede wszystkim zapewniam, że to minie i że już niedługo będzie dużo lepiej. Wiem to na pewno, bo sama przez to przechodziłam.

Muszę Wam powiedzieć, że Kangurzyca sama często się śmieje ze mnie i mówi, że mnie powinno się pokazywać jako przykład metamorfozy, jaką może przejść matka :) No i Wikinga jako przykład metamorfozy dziecięcej z kolei :) Ona nas widuje raptem dwa, trzy razy w miesiącu, czasami rzadziej, więc dostrzega to bardzo wyraźnie. Mówi, że czasami nadziwić się nie może temu, jak bardzo się zmieniłam, z tej przestraszonej matki ze smutnym uśmiechem na twarzy i płaczącym dzieckiem w ramionach (choć Wiking i tak na tych spotkaniach wcale tak dużo nie płakał) w matkę pewną siebie, podrzucającą z radością swoje piszczące z uciechy dziecko. W dziewczynę, która promienieje i bije od niej pozytywne nastawienie do życia (takie słowa usłyszałam między innymi dziś). I mówi tym dziewczynom – zobaczcie, ona była taka, jak Wy, ani się obejrzycie i też będziecie tak szalały za swoim dzieckiem. Słyszałam też, jak mówiła do kogoś, że jestem przykładem matki, która niesamowicie wnikliwie obserwuje swoje dziecko i uczy się odczytywać jego potrzeby. Owszem, tak jest. Ale musiałam się tego nauczyć.
Dlatego też teraz, kiedy widzę taką mamę, jaką byłam ja jakiś czas temu, staram się pocieszyć ją przekazując jej to wszystko, czego ja się przez ten czas nauczyłam. Ale i tak wiem, że swoje musi przejść i tylko w ten sposób zazna tej radości – kiedy przepracuje swój smutek, niepokój i dojdzie do siebie po tej ogromnej zmianie w życiu. 
Gdy widzę matkę, która radzi sobie od pierwszych dni bez trudu.. Cóż... myślę sobie, że fajnie ma :) Choć z drugiej strony czasami się zastanawiam, czy frustracja i zmęczenie nie dopadnie jej  innym momencie, bo niestety wydaje mi się, ze w przyrodzie nic nie ginie ;)
I żeby było jasne. Nie uważam się za ekspertkę. Oo, co to to nie.  Na pewno nią nie jestem. Poza tym przecież dzisiaj także zdarzają mi się gorsze dni i bywam smutna lub zmęczona z powodu Dnia Marudy, który urządził sobie Wiking :) Chodzi tylko o to, że naprawdę między innymi tym spotkaniom i osobom, które na nich spotkałam zawdzięczam bardzo dużo. Z tej wdzięczności teraz ja chcę dać coś od siebie - chcę przekazać pozytywną energię tym, które tego potrzebują, bo wiem, że to potrafi zdziałać cuda. Naprawdę często zastanawiam się, co by ze mną było, gdybym była mniej odważna i nie podjęła decyzji o przejechaniu komunikacją miejską połowy Warszawy z dwumiesięcznym dzieckiem w wózku :) 
Te zajęcia i spotkania weszły na stałe w nasze życie. Nawet Frankowi, bo od paru miesięcy w środy jeździ z nami :) Dziwnie mi się robi, kiedy uświadamiam sobie, że przyjdzie czas, kiedy to się skończy - no bo jak to? :))

poniedziałek, 30 listopada 2015

Trochę o margolce - matce.


Kiedy ktoś nas odwiedza lub kiedy my odwiedzamy naszych bliskich, zawsze skwapliwie korzystamy z tego, że osoby te chcą się zajmować Wikingiem :) Nie mamy z tym najmniejszego problemu. Właściwie od samego początku nie miałam oporów przed tym, żeby zostawić Wikinga, chociaż oczywiście na początku było to raczej na krótko. Ale pierwszy raz wyszłam sama z domu bez dziecka już po trzech tygodniach od porodu - poszłam do fryzjera, a Wikuś został z Frankiem. Za to kiedy synek miał 1,5 miesiąca, po raz pierwszy został sam z moją mamą. Później bywały jeszcze różne sytuacje - moje wieczorne wyjście ze znajomymi z pracy, wypad na zakupy z Frankiem, wesele, kino, kameralna impreza u znajomych... Nawet nie pamiętam wszystkich sytuacji, a trochę ich było. Oczywiście im Wiking starszy, tym łatwiej jest go zostawiać, bo jest prostszy w obsłudze. 
Wychodziliśmy z domu bez dziecka głównie z dwóch powodów. Przede wszystkim po prostu tego potrzebowaliśmy - dla zdrowia psychicznego albo ze względów logistycznych, gdy trzeba było coś załatwić. Ale po drugie ważne jest dla nas, żeby Wiking wiedział, że wokół niego jest więcej bliskich mu osób oprócz mamy i taty (choć wiadomo, że rodzice to zupełnie osobna kategoria) i żeby nie trzymał się nas kurczowo. Przyznam, że od początku nie miałam problemu z tym, żeby zostawić z kimś synka. Oczywiście, że kiedy gdzieś wychodzę - zwłaszcza na dłużej, to myślę o nim, ale nie w takim sensie, że zastanawiam się jak sobie radzi beze mnie i nie wydzwaniam co chwilę do osoby, która z nim została. Jest to raczej taka myśl z tyłu głowy. Bardziej chodzi chyba nawet o to, że o Wikingu po prostu pamiętam, niż o nim myślę. Nie zdarzyła mi się jeszcze tęsknota za dzieckiem, nawet kiedy spędziliśmy bez niego popołudnie i noc, chociaż myślę, że na ten moment, gdyby moje rozstanie z Wikingiem trwało na przykład dłużej niż dobę, to już bym jednak czuła dyskomfort, bo mimo wszystko przecież czuję się z nim bardzo związana.
Nie obawiam się, że ktoś, kto z Wikusiem zostaje sobie nie poradzi. Zostawiamy przecież dokładne instrukcje, nie znikamy z powierzchni ziemi a poza tym po prostu mamy zaufanie do tej osoby. Moje ewentualne opory dotyczą raczej tego, że nie chcę nadużywać czyjejś uprzejmości, obawiam się, czy Wiking swoich tymczasowych opiekunów zanadto nie zmęczy lub czy nie przysporzy im jakichś problemów. Ale szybko daję się przekonać, że nie ma o czym mówić i spokojnie mogę wychodzić :) 

Jeszcze inaczej przedstawia się sytuacja, kiedy w domu jest więcej osób i znajdują się chętni do tego, żeby się Wikingiem  zająć. Wtedy spokojnie zaszywam się w jakimś kącie ze swoimi sprawami. Nie patrzę na ręce dziadkom/babciom/wujkom/ciociom. Po pierwsze dlatego, że wiem, jakie to jest denerwujące (rodzice Chrześniaczki zawsze tak patrzą na ręce osobom, które się zajmują ich dziećmi, ale o podejściu szwagrów już pisałam parę razy, więc teraz odpuszczę), ale przede wszystkim dlatego, że po prostu nie czuję, że powinnam. Wiem, że zostawiam dziecko pod opieką odpowiedzialnych osób i że Wikingowi świetnie robi towarzystwo innych. Przez długi czas wydawało mi się to zupełnie normalne, ale z czasem przekonałam się, że nie wszyscy rodzice tak mają. 
Cóż, przyznaję - nie jestem matką, która się jakoś szczególnie trzęsie nad swoim dzieckiem. Różnie to może być odbierane, wiem, ale ja akurat myślę, że to dobrze i dla mnie, i dla Wikinga. Mnie wystarczy świadomość, że kocham swoje dziecko, troszczę się o nie, chcę dla niego jak najlepiej i dbam, żeby nie stała mu się krzywda i nie muszę tego udowadniać swoją nadopiekuńczością. Już kilka osób z mojego otoczenia powiedziało mi, że podoba im się to, że jestem matką zaangażowaną, ale jednocześnie zdystansowaną i że nie zmieniłam się za bardzo odkąd zostałam matką. Zawsze miło mi, kiedy słyszę coś takiego, a najprzyjemniej mi się zrobiło jakiś czas temu za sprawą narzeczonego mojej siostry. Otwarcie powiedział, że woli się bawić z Wikingiem niż ze swoją własną siostrzenicą (która jest tylko o dwa tygodnie młodsza od Wikusia), bo jego siostra prawie nikogo nie dopuszcza do dziecka na dłużej niż kilka minut. Kiedy ktoś inny bierze małą na ręce, jej mama z niepokojem patrzy, czy aby na pewno dziewczynka jest w odpowiedni sposób noszona, trzymana, czy nic jej się nie stanie itp. Jarkowi podoba się, że z Wikingiem może się swobodnie bawić i nie czuje przez cały ten czas mojego wzroku na sobie, za to czuje, że mam do niego zaufanie, skoro nawet (o zgrozo dla siostry Jarka :)) wychodzę wtedy z pokoju.

Muszę też przyznać, że daję Wikingowi dość dużą swobodę. Oczywiście nie chodzi o to, że pozwalam mu na wszystko. Ale nie mam problemu z tym, że na przykład otworzy sobie szufladę (ale zabezpieczam ją wtedy, żeby sobie nie przytrzasnął paluszków) i wywali z niej absolutnie wszystko. Nie przeszkadza mi, kiedy wyciąga z szafki wszystkie akcesoria kuchenne (rzecz jasna wcześniej odłożyłam wszelkie noże, tarki i inne ostre przybory), oblizuje wałek albo rzuca na podłogę wszystkie deski do krojenia. Trudno, umyje się. Pozwalam mu eksplorować wszystkie pomieszczenia, łącznie z łazienką. Codziennie mam w związku z tym trochę sprzątania, bo Wiking uwielbia wyciągać z szafki wszystkie moje szczotki i końcówki od suszarek i wrzucać je do swojej wanienki albo do brodzika :) Albo wywalać na podłogę wszystkie torebki z przyprawami. Ale lubię obserwować go w akcji. Pozwalałabym nawet na więcej, gdyby nie to, że Wikuś jeszcze z tej swobody nie umie za bardzo korzystać :) Na przykład pozwoliłabym mu nawet na grzebanie w tych kwiatkach, o których kiedyś wspominałam, gdyby nie to, że od razu zabiera się za jedzenie ziemi :) Ogólnie rzecz biorąc pozwalam Wikingowi dotknąć wszystkiego i zajrzeć wszędzie, jeśli tylko wiem, że nie zrobi sobie krzywdy*. Przy czym nabicie sobie małego guza jeszcze nie oznacza dla mnie wielkiej krzywdy. Moim zdaniem to po prostu kwestia zdrowego rozsądku. Oczywiście, że jest mi szkoda kiedy Wikuś się uderzy i płacze i staram się takie sytuacje ograniczać do minimum, ale jestem świadoma tego, że takie dziecko - szczególnie tak ruchliwe jak Wiking - po prostu się nie uchowa bez guzów i siniaków. Poza tym inaczej się nie nauczy. Na przykład kiedy dopiero uczył się wstawać, ciągle upadał na głowę. Ale uderzył się raz i drugi i za chwilę już wiedział, że jak leci, to musi pupę wypiąć albo podeprzeć się rączką. Naprawdę to była kwestia dwóch, trzech dni.Teraz już coraz rzadziej zdarza mu się porządnie uderzyć (i zwykle jest to wtedy, kiedy stoimy tuż obok - po prostu nie da się niektórych rzeczy przewidzieć i dopilnować) - mimo, że przewraca się dość często. Po prostu już wie, że nie zawsze warto robić raban :) Za to wie, że jak się uderzy, to ja go zawsze przytulę i pocałuję. Dzisiaj na przykład bawił się na podłodze z Frankiem, w pewnym momencie poślizgnął się i przewrócił. Nie uderzył się mocno, ale trochę się przestraszył, więc się rozpłakał i mimo, że miał obok tatę, odwrócił się i przyszedł do mnie, żebym go przytuliła :) Kiedy już zaspokoiłam jego potrzebę bliskości, dosłownie wyrwał mi się i wrócił na podłogę do Franka. Wie chłopak, czego chce :P 

Ale z naszej dwójki, to Franek jest bardziej przewrażliwiony na punkcie tego, że Wiking sobie coś zrobi :) Myślę, że ma to w genach, bo szwagier i teściowa na tym punkcie mają po prostu hopla. Czasami mnie to strasznie wkurza (w sensie zachowanie teściowej, bo Franek aż tak nie przegina) - na przykład oglądanie z każdej strony certyfikowanych zabawek i zastanawianie się, czy aby na pewno sobie Wiking nie wsadzi tego frędzelka w oko? :P Albo chodzenie tuż za Wikingiem i pilnowanie, żeby się przypadkiem nie poślizgnął (i tak się poślizgnie - choćby go nawet za rękę trzymać - sprawdzone :P) W każdym razie to ja jestem pierwsza do tego, żeby Wikinga wytarmosić i podrzucić, a przecież  zwykle uznaje się, że to domena tatusiów ;) Ale Franek cały czas się uczy i jest na dobrej drodze :)

Ta notka nie ma na celu skrytykowania rodziców, którzy postępują inaczej. Nie uważam, że postawa inna niż moja jest zła (chociaż  przewrażliwienie i nadopiekuńczość rodziców uważam za cechy, które mogą dziecku raczej zaszkodzić, ale nie wszystko przecież jest od razu przewrażliwieniem) Poza tym zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z kolei moje zachowanie jest godne potępienia. Ale mnie jest póki co dobrze z tym, jaka jestem. Cieszę się, że mimo wszystko zachowałam jakiś dystans do macierzyństwa, nie straciłam głowy i potrafię spojrzeć na wiele rzeczy trzeźwym okiem, bez niepotrzebnych emocji. Nie chodzi o to, że uważam, że taka postawa rodzicielska jest najlepsza itp - nic z tych rzeczy. Każdy powinien chować swoje dzieci tak, żeby było to zgodne z jego przekonaniami i osobowością. Mnie się na razie to udaje i dzięki temu mogę mówić, że nie rozczarowałam siebie póki co :)

*Sobie i rzeczom, którymi się bawi :) Kiedyś pozwoliłam mu u rodziców na wywalenie wszystkich garnków z szuflady, ale kiedy zobaczyłam, że jeden garnek sie mocno obił, zamknęłam niestety ten przybytek. Na szczęście Wiking dość szybko zapomniał o tej krzywdzie :)

piątek, 27 listopada 2015

Matczyna intuicja.



Wiele razy zastanawiałam się, czy istnieje coś takiego, jak instynkt macierzyński, bo ja takowego u siebie nie zauważyłam. Ani przed, ani w czasie ani po ciąży :) Nie obudziło się we mnie nic takiego. Ale dzisiaj wiem, że jednak ten instynkt istnieje. Tylko w moim odczuciu, ma on inną formę niż ta powszechnie uznawana. 

Bo zazwyczaj to sformułowanie pojawia się wtedy, kiedy na przykład kobieta nagle czuje, że oto nadszedł czas na dziecko Mówi się, ze obudził się w niej instynkt macierzyński lub, że słyszy jego wołanie. A ja uważam, że to po prostu swego rodzaju dojrzałość do tego, żeby zostać rodzicem. Oczywiście możliwe, że u kogoś ten instynkt przybiera potrzebę posiadania dzieci i głębokie tego pragnienie. Ale ja piszę o sobie i u mnie coś takiego nie miało miejsca.
Nie doświadczyłam też instynktu w postaci dużego zainteresowania obcymi dziećmi. Interesowałam się nimi zawsze w sposób umiarkowany – jak trzeba było to potrafiłam się trochę nimi zająć i z nimi pobawić, ale nie czułam się przy tym jakoś szczególnie dobrze. Ot, zwyczajnie :) Kiedy już byłam w ciąży, nadal nie czułam żadnych nawoływań :) Wiecie, że nie zaczęłam nagle rozmawiać z brzuchem, nie zaczęłam snuć wizji z dzieckiem w roli głównej.  Rozmawiałam z Wami w komentarzach na ten temat i pisałam, że się o to nie martwię, bo wierzę, że wszystko przyjdzie. 

I faktycznie, przyszło - w sposób jak najbardziej naturalny.
 Przyszły też uczucia- nie jakaś wszechogarniająca miłość tuż po tym, jak Wiking pojawił się na świecie, ale stopniowa świadomość, że pojawił się ktoś bardzo ważny.  Miłość nie spłynęła na mnie ogromną, przytłaczającą falą ani nie objawiła mi się żadna prawda :D Przez chwilę nawet niespecjalnie kontaktowałam, co tak naprawdę się wydarzyło i że to dziecko które popłakuje obok jest moje :)
A jednak uważam, że ten instynkt jest. W moim przypadku może po prostu przybrał jakąś bardziej subtelną formę. Polegało to na tym, że już dotarło do mnie, że urodziłam, zdecydowanie poczułam więź z tym małym człowieczkiem. Mimo, że jak kiedyś wspomniałam, początkowo wydawał mi się obcy :) Niemniej jednak czułam się już z nim nierozerwalnie związana, czułam ogromną odpowiedzialność (ale nie przytłaczającą mnie) za tę małą istotę i miałam poczucie, że Wiking jest mój i tylko mój :) I mimo tego początkowego braku we własne siły, czułam, że to właśnie ja muszę się nim zająć, bo nikt tak o niego nie zadba, nikomu nie będzie tak bardzo zależało na tym,  żeby było mu dobrze, jak mnie. Nie bałam się, że sobie nie poradzę, że nie sprostam, (nie biorę teraz pod uwagę psychiki, bo o tym pisałam już parę razy), po prostu skądś wiedziałam co robić. To nie było coś, co mnie uderzyło całą swoją mocą. To były takie podświadome uczucia, które dopiero dziś, z perspektywy czasu potrafię jakoś nazwać.

To wszystko przybrało bardzo prozaiczną formę – na przykład mimo, że nigdy w życiu wcześniej nie miałam na rękach dziecka młodszego niż półtoraroczne, już pięć godzin po porodzie, kiedy Wiking zapłakał, wiedziałam, jak go podnieść i nie bałam się tego. Do dzisiaj pamiętam kształt jego ciałka w moich dłoniach, świadomość tego słodkiego (acz niewielkiego) ciężaru i ciepło synka. Co prawda nie wiedziałam za bardzo, jak się zabrać za założenie czapeczki, która mu spadła, ale już wkrótce całkowicie opuściły mnie obawy, że mogłabym jakkolwiek zrobić mu krzywdę. Bardzo szybko zapamiętałam jego głos i już wkrótce bezbłędnie rozpoznawałam, że to właśnie on płacze.
Później zauważyłam, że instynkt ujawnia się w rozmaitych codziennych sytuacjach, które są ledwo zauważalne. Na przykład taki impuls, żeby poprawić kocyk, żeby lepiej go przykryć, przekręcić czapeczkę… To drobiazgi, wydaje się, że oczywiste. Ale właśnie w takich momentach czułam, że to sprawka czegoś więcej – bo coś kazało mi to zrobić.
Instynkt może się nazywać instynktem. Ale mnie się wydaje, że w dużej mierze jest to po prostu intuicja. Trzeba się nauczyć jej słuchać, ale ona na pewno się pojawia wraz z dzieckiem. Odczułam to na własnej skórze. Myślę też, że ta intuicja jeszcze cały czas się kształtuje, a ja ciągle się uczę. Dziecka oraz wsłuchiwania się w siebie i w to, co mówi mi intuicja – czy też, jak kto woli, co podpowiada mi instynkt macierzyński ;)  Wiem jednak, że odkąd się na ten wewnętrzny głos otworzyłam, moja współpraca z Wikingiem zaczęła się lepiej układać.

wtorek, 24 listopada 2015

"Trudne" dziecko?

Wspominałam ostatnio, że kiedy odwiedziliśmy ostatnio dwie pary, którym niedawno urodziły się dzieci, oboje z Frankiem stwierdziliśmy, że jednak Wiking był dzieckiem "wyjątkowym" :) W tym sensie, że zdecydowanie nie był noworodkiem typowym, tylko jakimś takim bardziej wrażliwym i wymagającym. 

Hania miała co prawda tylko 10 dni, ale przez całą naszą wizytę trwającą ponad dwie godziny ani razu nie zapłakała i ani razu się porządnie nie rozbudziła. Po prostu trochę się zaczynała kręcić, a wtedy tata lub mama brali ją na ręce, chwilę trzymali (tylko trzymali, nic więcej) a ona zasypiała z powrotem i odkładali ją do łóżeczka. Coś niemożliwego w przypadku dziesięciodniowego (i nie tylko) Wikinga! :) Tylko przez dwie, może trzy doby leżał spokojnie i przez większość czasu spał. Potem już tylko przysypiał na krótkie okresy, dość często się budził - co oznajmiał głośnym płaczem i tylko na rękach się uspokajał, choć też nie zawsze. Jeśli już gdzieś zasnął, to raczej nie można było go przenosić :) Poza tym tak długo jednym ciągiem to spał tylko w wózku po spacerze, w każdym innym przypadku się przebudzał dużo częściej. A w ogóle to najczęściej sypiał w jakichś dziwnych miejscach obok mnie (na przykład w poprzek kanapy, na moich kolanach, na bujaczku) :)
Jeśli chodzi o Helenkę z kolei, to Ala też przeszła z nią bardzo trudny psychicznie pierwszy miesiąc i myślę, że faktycznie pod względem temperamentu ta mała może być trochę podobna do Wikinga, ale jednak też spała grzecznie w łóżeczku przez całą naszą wizytę :) Ala mówiła, że nie zdarza jej się tak długo spać, ale tego dnia akurat nie spała od rana, więc pewnie nadrabiała. Niemniej jednak nawet takie odsypianie się Wikingowi nie zdarzyło nigdy :)

Kiedy porównujemy nasze doświadczenia z pierwszych miesięcy z Wikingiem z doświadczeniami innych rodziców, ewidentnie utwierdzamy się w przekonaniu, które nam wtedy towarzyszyło - mieliśmy przechlapane :) Oczywiście chyba wszyscy rodzice (i ich dzieci) mają gorsze dni, trudniejsze chwile i problemy różnego rodzaju, ale jednak rzadko spotykamy osoby, które miały podobne doświadczenie do naszego (choć na szczęście jednak się to zdarza! :) dobrze jest wtedy ze świadomością, że jednak nie jesteśmy jedyni:))- które opowiadałyby, że ich nowo narodzone dzieci bardzo mało spały i dużo płakały. Ala co prawda początki też wspomina źle i teraz też często opowiada o tym, że Helenka mało śpi, ale jednak jest już lepiej i z tego co wiem, nie płacze tak dużo.
Nie mam pojęcia z czego to może wynikać, możliwych przyczyn zapewne może być i sto :) Być może coś jest również w tym, że dziewczynki są jednak spokojniejsze od chłopców i trochę mniej z nimi problemów. Może w grę wchodzą jakieś problemy Wikinga z brzuszkiem na przykład. Może trudno było mu się przystosować do rzeczywistości poza moim brzuchem, może był nerwowy, bo ja przez większą część ciąży jednak bardzo się stresowałam naszą sytuacją życiową (zwłaszcza w pierwszych miesiącach, a to przecież bardzo ważny czas dla układu nerwowego płodu). A może najzwyczajniej w świecie my z Frankiem kiepsko sobie radziliśmy w nowej sytuacji, nie wiedzieliśmy co robić, nie zaspokajaliśmy potrzeb Wikinga tak, jak on sobie tego życzył? Ja mam nawet swoją własną teorię - że Wikuś się po prostu nudził jako takie małe niemowlątko i wkurzało go, że ani się ruszyć nie może, ani chwycić niczego, ani odezwać, ani popatrzeć porządnie :D W każdym razie, dziś się już tego nie dowiemy - takie dziecko nam się urodziło i nawet w najtrudniejszych chwilach nie pomyśleliśmy "dlaczego on taki jest??, dlaczego nie jest spokojniejszy*??", bo nie chcieliśmy innego :) Ale teraz ze zdumieniem przyglądamy się tym malutkim dzieciom, potem patrzymy na siebie i pytamy - to dzieci w pierwszych miesiącach życia naprawdę mogą się tak zachowywać?? :))
Przy czym muszę zaznaczyć, że wcale nie uważam, że Wiking należy do kategorii tak zwanych high-need baby. W ogóle jestem przeciwniczką takiego szufladkowania, ale już nawet nie o to chodzi, po prostu nie doszukuję się żadnych fachowych teorii :) Coś Wikingowi doskwierało w pierwszym okresie jego życia i już. Teraz za to jest bardzo fajnym, pogodnym dzieckiem i chociaż nadal jest niesamowicie ruchliwy, głośny, i energiczny (a jaki niby ma być po takich rodzicach? :P), to nie wydaje mi się, żeby sprawiał nam jakieś większe problemy. Prawdę mówiąc wydaje mi się, że jego zachowanie teraz w porównaniu z tym z pierwszych trzech miesięcy to istna sielanka! Jasne, że nadal mamy trudniejsze momenty i pojawiają się problemy, ale wydaje mi się, że Wikuś jest mimo wszystko dość ułożony i już nie taki trudny w obsłudze. Znam za to historie rodziców nieco starszych dzieci, kiedy to w pierwszych miesiącach niemowlaka jakby nie było a tatuś z mamusią nie wiedzieli co robić z wolnym czasem, za to kiedy się już do tego stanu rzeczy przyzwyczaili, to się dziecko opamiętało i postanowiło przypomnieć o swoim istnieniu bardzo dobitnie :) I już tak zostało przez następny rok na przykład. Wolę więc już chyba w tę stronę, jak to się u nas potoczyło :)

Oczywiście na pewno nie bez znaczenia jest to, o czym pisałam niedawno - że także my się zmieniliśmy i po prostu zupełnie inaczej odbieramy wiele rzeczy. Teraz mamy w sobie większy spokój a także więcej uczuć do Wikinga, którego już całkiem dobrze znamy, więc jest nam po prostu łatwiej radzić sobie i z nim i z naszymi emocjami rodzicielskimi. Koszmar pierwszych tygodni i miesięcy trochę się zaciera i może nawet kiedyś jednak pomyślimy jeszcze o drugim dziecku :D Bo muszę Wam powiedzieć, że wcześniej zawsze zakładaliśmy, że będziemy mieli dwójkę dzieci, a po narodzinach Wikinga nadszedł taki moment, że ja zapytałam Franka ze łzami w oczach - jak my będziemy mieli drugie dziecko? przecież ja nie dam rady drugi raz przez to wszystko przechodzić???. Franek natomiast stanowczo powiedział - jakie drugie dziecko? Nie ma szans :) Na naszą wyobraźnię dodatkowo jeszcze działały historie znajomych "podwójnych" rodziców - w każdym przypadku było tak, że to drugie dziecko było mniej spokojne, bardziej wymagające i trudniejsze od tego pierwszego! No więc jak niby mielibyśmy sobie poradzić z jeszcze trudniejszym?? :D Ale jak ostatnio mamie o tym mówiłam, to powiedziała mi, że u niej akurat było na odwrót i to pierwsze dziecko było zdecydowanie trudniejsze. Ha! Zgadnijcie, kto był tym pierwszym dzieckiem? :P Nie wyprę się Dzieciaka, nie ma co, nawet charakterek ma po mnie :) 

Ale żarty na bok - na razie o drugim dziecku jeszcze nie myślimy :) Póki co cieszymy się naszym Wikingiem, który raz jest spokojny i wesoły, innym razem urządza sobie (i nam przy okazji) Dzień Marudy. Zdaję sobie sprawę z tego, że przed nami jeszcze wiele etapów, pewnie będziemy musieli przeżyć niejeden bunt, niejedną zmianę zachowania i wiem dobrze, że jeszcze będzie nieciekawie :) Mam tylko nadzieję, że jakoś sobie z tym będziemy cały czas dawać radę, a co nas nie zabije, to nas wzmocni, tak jak w przypadku tych pierwszych trudnych miesięcy, bo naprawdę uważam, że jesteśmy teraz silniejsi dzięki tym trudnym chwilom na początku.

*Celowo nie używam słowa grzeczniejszy i w ogóle grzeczny w takim kontekście. Po prostu uważam, że przypadku niemowląt jeszcze nie może być mowy o grzecznych i niegrzecznych dzieciach, bo to sugerowałoby jakiś rodzaj świadomego zachowania, a takie maluchy przecież jeszcze wszystko robią raczej instynktownie.