*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

Sto lat, Dzieciaku!



Kochany Wiktosiu!
Patrzę dziś na Ciebie i nie mogę uwierzyć, że minął rok, odkąd po raz pierwszy Cię zobaczyliśmy. Z jednej strony, trudno uwierzyć mi w to, że to maleństwo, które mi podano rok temu o 19:45, to jesteś Ty – ten sam, który teraz chodzi, niemal biega, po całym mieszkaniu, który śmieje się do rozpuku chowając się za zasłoną albo który potrafi głośno okazywać swoją złość, gdy coś idzie nie po jego myśli. Z drugiej jednak strony, trudno mi uwierzyć w to, że to dopiero rok, bo mam wrażenie, jakby to wszystko, co działo się przed Twoimi narodzinami, działo się w jakimś zupełnie innym, odległym o lata świetlne życiu. Tak bardzo wpasowałeś się już w życie naszej małej rodziny, że trudno mi sobie czasami przypomnieć, jak to było bez Ciebie.
Za to bardzo dokładnie pamiętam moment, kiedy pojawiłeś się na tym świecie. Czekaliśmy na niego prawie całą dobę, a ta konkretna chwila była krótka, jak mgnienie oka. Nagle się pojawiłeś, a ja byłam zaskoczona, a jednocześnie szczęśliwa, że to już. Nie jestem pewna, co wtedy powiedziałam, ani co zrobiłam, ale Twój tata mówi, że jeszcze nigdy mnie takiej nie widział i że to było coś niezwykłego, ta radość, którą zareagowałam na Twój widok. Nie jestem pewna, czy płakałeś, ale jeśli tak, to bardzo krótko… Pamiętam, że od razu zostałeś położony na moim brzuchu i leżeliśmy tak przez ponad dwie godziny. Nie spałeś. Zaglądałam w Twoją maleńką buźkę, a Ty patrzyłeś na mnie i na tatę. Ciekawe, co sobie wtedy myślałeś :)
Pierwsza noc z Tobą była niesamowita, bo na granicy jawy i snu. Byłam wykończona i zasnęłam niemal od razu, ale przebudzałam się kilka razy i wtedy dziwiłam się temu, że Ty już jesteś i leżysz w łóżeczku tuż obok. Prawie nie spałeś, bo ile razy na Ciebie spojrzałam, leżałeś z szeroko otwartymi oczami. Mówią, że poród jest mistycznym przeżyciem. Ja tak nie twierdzę, ale jeśli w tym całym procesie zawiera się jakiś mistycyzm, to ja doszukiwałabym się go właśnie w tych kilku godzinach po Twoim urodzeniu i w pierwszej wspólnej nocy.

Wiktorku, wiele się przez ten rok nauczyłeś, zrobiłeś niesamowite postępy i bardzo się zmieniłeś. Ale nie wiem, czy przypadkiem ja nie zmieniłam się nawet bardziej… Też się wiele nauczyłam – od Ciebie. Sprawiłeś, że poznałam siebie trochę lepiej. Przede wszystkim, dowiedziałam się, że jednak potrafię kochać takie maleństwo. Od pierwszej chwili byłeś dla mnie bardzo ważny, wiedziałam, że jestem za Ciebie odpowiedzialna i że chcę dla Ciebie wszystkiego, co najlepsze. Ale najpiękniejsze przyszło później, kiedy już kochałam Cię bardziej świadomie. Z każdym dniem odczuwam to bardziej. Codziennie dajesz nam dużo radości i rozczulasz nas swoim zachowaniem lub spojrzeniem.

Z okazji tych pierwszych urodzin, chciałabym życzyć Ci, żebyś zawsze w życiu był tak szczęśliwy, jak wtedy, kiedy uda Ci się wdrapać na wersalkę przy której stoi stół z laptopem! :) Mam nadzieję, że w swoim życiu będziesz tak samo wytrwały i konsekwentny w dążeniu do celów, jak teraz, kiedy każdego dnia próbujesz osiągnąć coś, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemożliwe do zdobycia. I oby sukcesy smakowały tak samo. Życzę Ci, żebyś był otaczany przez kochających Cię ludzi, którzy będą chcieli dla Ciebie jak najlepiej, ale którzy jednocześnie nie zepsują Cię, tylko nauczą Cię, jak radzić sobie również wtedy, kiedy nie wszystko dzieje się tak, jak byś chciał. Mam nadzieję, że na nas będziesz mógł liczyć w tej kwestii. Najczęściej słyszymy o Tobie od osób postronnych, że jesteś pogodny i bystry – skoro powtarza to tyle osób, niezależnie od siebie, coś w tym musi być. Życzę Ci więc, aby tak już pozostało. Niech pogoda ducha towarzyszy Ci codziennie, aby żadne trudne momenty nie były Ci straszne. A bystrość umysły niech pomaga Ci w pokonywaniu kolejnych życiowych etapów i w dążeniu do osiągnięcia spełnienia.
To są życzenia bardzo długofalowe, na wszystko jeszcze masz czas, ale chcę, żebyś wiedział, że już teraz myślę o tym, żeby wiodło Ci się zawsze jak najlepiej.
Dziś Twoje pierwsze urodziny. Rozwijaj się pięknie i chowaj zdrowo. Bądź naszą radością i pociechą w każdej chwili. Chcę, żebyś pamiętał, wiedział i przede wszystkim czuł, że jesteś dla nas bardzo ważny, że jesteś przez nas kochany i że jesteś nieodłączną częścią naszej rodziny.
Sto lat, kochany synku!

wtorek, 15 grudnia 2015

Długa notka, ale nie dało się inaczej.

Nie miałam czasu wczoraj pisać nic więcej, więc aby nie zostawiać tylko krótkiej sensacyjnej wiadomości, zamieściłam tylko ten horoskop, bo to akurat niesamowity zbieg okoliczności :)
A sensacyjną wiadomością jest to, że dostałam pracę. Associate Sales Executive (nie pytajcie mnie jak to się tłumaczy :)) w firmie specjalizującej się w branży IT to będę ja od 11 stycznia. Jest to wiadomość o tyle sensacyjna dla mnie, że znalezienie tej pracy zajęło mi niecałe dwa tygodnie (od momentu samego wysłania CV, ale wcześniej się do całego procesu musiałam przygotować, o czym napiszę później) i że zdążyłam pójść raptem na jedną rozmowę kwalifikacyjną i od razu mnie chcą :P Nie zdążyłam za to tego jeszcze przyjąć do wiadomości, absolutnie! Ogólnie to dziwnie mi jest, bo tak obiektywnie to się oczywiście bardzo cieszę, subiektywnie jest dużo gorzej, ale o emocjach pewnie jeszcze teraz będzie nie raz.

Nie zdążyłam się jeszcze pochwalić tym, że zaczęłam szukać pracy, nie dlatego, że to była jakaś wielka tajemnica (jaka to tajemnica, skoro to było w jakiś sposób oczywiste :P), tylko najpierw był to dla mnie bardzo trudny temat, a potem jak się już za to zabrałam, to nie miałam czasu, żeby opisać wszystko od początku. Myślałam, że na spokojnie przez święta nadrobię, a tu się okazuje, że moje poszukiwania właściwie się skończyły.

No to od początku, przynajmniej pokrótce... 
Jeszcze kiedy byłam w ciąży, wyobrażałam sobie, że będę musiała szukać pracy najpóźniej na początku drugiego półrocza urlopu macierzyńskiego, czyli w okolicach lipca. Niepojęte było dla mnie, że będę bez pracy i w dodatku będę w stanie siedzieć w domu stresując się tą myślą, bo przecież pracy można szukać nawet kilka miesięcy. Wyobrażałam sobie to wszystko, ale tak naprawdę bez konkretów, bo te odsuwałam na później. Nie chciałam się przejmować tym za wcześnie i dodawać sobie zmartwień, o czym Wam parę razy wspominałam. Potem przyszedł lipiec i wakacje z rodzicami, wtedy zaczęłam rozmyślać o tym, że po powrocie zacznę działać w kierunku szukania pracy, ale muszę przyznać, że sama myśl na ten temat wręcz nie paraliżowała. Bałam się tego wszystkiego, nie wiedziałam od czego zacząć (to znaczy wiedziałam, że trzeba zacząć od zastanowienia się, co z Wikingiem, ale nadal nie wiedziałam, jak to zrobić), nie wiedziałam, co robić. To naprawdę były dla mnie przykre myśli i odsuwałam je tak długo, jak mogłam. Nie mogłam dłużej niż do drugiej połowy września, bo wtedy już bardziej przerażająca stała się świadomość, że nic w tym kierunku nie robię :) Zadzwoniłam więc do mojej byłej szefowej, bo potrzebna była mi pewna informacja. Trochę pogadałyśmy o różnych sprawach a szefowa powiedziała, że jak już się stwierdzę, że w ciągu miesiąca będę w stanie znaleźć pracę, to żebym do niej zadzwoniła, to ona może akurat będzie miała coś u siebie (założyła działalność) albo komuś mnie poleci. Wtedy chyba po raz pierwszy usiedliśmy z Frankiem i zastanowiliśmy się nad konkretnymi terminami. Doszliśmy do wniosku, że aż tak nam się nie spieszy - kwota, którą dostawałam z ZUSu była na tyle wysoka, że stwierdziliśmy, że skoro miałabym pracować za podobne pieniądze, to lepiej jeszcze poczekać i pobyć z Wikingiem, a potem ewentualnie pojechać na rezerwie. Poza tym wtedy też pomyśleliśmy o tych moich drugich wakacjach w Miasteczku - wiedzieliśmy, że taka okazja się już raczej nie powtórzy i nie ma sensu dobrowolnie z tego rezygnować. Postanowiliśmy więc, że w połowie października wyjeżdżam, a w Miasteczku poszukam w internecie informacji o opiekunkach, zorientuję się trochę na rynku pracy i przede wszystkim skompletuję porządnie dokumenty, które będą mi potrzebne później. Podeszłam do tego na luzie, ale lepiej mi się już zrobiło, kiedy miałam konkretny cel. Udało mi się zrealizować, to, co było najważniejsze i poczułam się lepiej, choć jeszcze jednak nie byłam gotowa na konkretne działania. To był czas, kiedy naprawdę dobrze było mi z Wikingiem i nie chciałam myśleć o zostawianiu go. Poza tym okazało się jeszcze, że Franek ma wziąć ten zaległy urlop w listopadzie, więc wszystko nam się przesunęło w czasie. Nie ukrywam też, że po cichu chyba cały czas liczyłam na to, że jakoś to będzie i na to, że szefowa gdzieś się za mną wstawi. Znam ją, znam jej metody działania i wiem, że lubi zatrudniać ludzi sobie znajomych, więc ta myśl podnosiła mnie na duchu.

Konkretnie zaczęliśmy działać zgodnie z ostatecznym postanowieniem w połowie listopada, kiedy to wróciliśmy z urlopu w Poznaniu, a Frankowi jeszcze został tydzień wolnego.  Zaczęliśmy od przeanalizowania rozkładu naszych wydatków w ostatnim czasie. Potem wzięliśmy się za szukanie niani. Na pewno będę jeszcze o tym pisać, więc proszę, na razie nie zadawajcie za dużo pytań na ten temat, żebym nie musiała pisać dwa razy :))
 Teraz tylko napiszę: dlaczego nie żłobek, przeciwko któremu generalnie nic nie mam? Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej Wiking zacząłby łapać infekcje i chorować. Nie mogłabym iść do pracy, a potem zaraz na początku brać zwolnienia, żeby opiekować się dzieckiem. U Franka też byłoby to trudne, a jak wiadomo, dziadków nie mamy na podorędziu. Poza tym mimo wszystko wydawało mi się, że na dobry początek lepiej, żeby taki mały Wiking miał do dyspozycji jakąś dochodzącą ciocię "w całości", niż musiałby się nią dzielić z innymi dziećmi. A inna sprawa, że nie orientuję się, jak to jest, ale nabór do żłobków chyba jest od września i nie da się tak od połowy roku? No, ale to już i tak było na tyle nieistotne, że nawet tego nie sprawdzałam.
Zaczęłam się więc orientować skąd wziąć nianię i ostatecznie stwierdziłam, że najwygodniej, najpewniej i najszybciej - mimo, że nie najtaniej (choć czas to pieniądz, więc kto tam wie?:)) będzie skorzystać z pomocy agencji. Zadzwoniłam na początku do paru, żeby się zorientować, jak to w ogóle wygląda i jedna z nich (w dodatku najtańsza, ale moim zdaniem najlepiej wiedząca, jak pozyskać klienta :)) od razu zapytała mnie o nasze oczekiwania i sytuację. Bez podpisania umowy wysłała nam niezobowiązująco profile kilku kandydatek i dzięki temu ostatecznie się zdecydowaliśmy, bo to już był konkretny konkret, że tak to nazwę :D
Mniej więcej wtedy też wzięłam się już tak porządnie za odświeżenie CV, zadzwoniłam do byłej szefowej, i wysłałam jej je (wiedziałam już, że ona sama nie ma akurat nic dla mnie, ale mówiła, że komuś mnie poleci). Poza tym rozpuszczałam wici, że szukam pracy i zostawiłam CV u koleżanki, którą poznałam na zajęciach Wikinga, a która pracuje w agencji pośrednictwa pracy.
Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o samą operacją "margolka wraca do pracy" coś się zaczęło dziać mniej więcej od listopada. Zaczęłam luźno przeglądać ogłoszenia, zalogowałam się na kilku portalach, zaznaczyłam sobie niektóre oferty itd. Czas płynął szybko, mieliśmy jeszcze kilka spraw do załatwienia, dopóki jestem w domu, więc ostatecznie postanowiliśmy, że do 1 grudnia będziemy mieli wszystko podomykane na tyle, że spokojnie będę mogła wysłać pierwszą aplikację. 
Tak naprawdę najdłużej największym moim dylematem było - czego szukać najpierw, pracy, czy niani? Pani w agencji poleciła mi, żeby jednak pracy, bo o nianię będzie łatwiej. Dlatego też z zaproszeniem pań do nas do domu na rozmowę kwalifikacyjną wstrzymaliśmy się do momentu, kiedy trochę ogłoszeń już powysyłam. Castingi odbyły się w ubiegłym tygodniu, odczucia mieliśmy pozytywne i dość szybko, trochę chyba intuicyjnie, zdecydowaliśmy się na jedną dziewczynę, chociaż od razu wszystkim zapowiadaliśmy, że dopóki  nie mam pracy, nie ma mowy o zatrudnieniu. 
Również w ubiegłym tygodniu zadzwoniono do mnie z jednej firmy, do której wysłałam aplikację i zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Rozmowa była w piątek i to właśnie wtedy Dorota musiała się zająć Wikingiem - nie pisałam Wam, po co jadę, bo same widzicie, ile miałabym przy tej okazji wyjaśnień :) Jak już coś piszę to wolę konkretnie, a ciągle nie miałam czasu, żeby tak porządnie usiąść, zebrać myśli i opisać wszystko tak, jak teraz. Poza tym, nie spodziewałam się, że w ogóle coś z tego wyjdzie - no bo jak to? Pierwsza rozmowa i od razu sukces? Mimo, że odczucia po spotkaniu miałam pozytywne i wydawało mi się, że zrobiłam dobre wrażenie, to przecież sama doskonale wiedziałam, że raptem parę dni wcześniej zdecydowaliśmy się na jedną nianię, a nie na drugą, tylko dlatego, że tak czuliśmy :) 

Wczoraj wieczorem okazało się, że to ze mną firma chce współpracować i zostałam o tym poinformowana telefonicznie. Wszystko brzmi pięknie, że tak nam się udało ze wszystkim zgrać w czasie (bo przecież jeszcze musi być czas na to, żeby Wiking oswoił się z nianią i go mamy) i ogólnie to naprawdę niesamowity zbieg sprzyjających okoliczności. Gdzie jest haczyk? No, haczyk jest, choć chyba jednak niewielki. Wynagrodzenie, które proponują mi na początek (bo niby jest szansa na więcej w późniejszym okresie) jest nieco niższe niż to, które podałam na rozmowie jako minimum. To jest i tak trochę więcej, niż dostawałam  przez ostatnie pół roku z ZUSu i więcej, niż dostaje Franek. Znowu więc obiektywnie rzecz biorąc, nie mogę narzekać. Po prostu punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) To jest sporo mniej, niż dostawałam w poprzedniej pracy po przeprowadzce (ale to było do przewidzenia, że tyle to nigdzie nie dostanę:)) i chyba też jednak stosunkowo niewiele, jak na standardy warszawskie. Z drugiej jednak strony, gdyby złożono mi taką ofertę na przykład po pół roku bezowocnego szukania pracy, to wzięłabym z pocałowaniem ręki :P Generalnie więc pomyślałam, że trzeba mieć trochę pokory wobec życia, lepiej mieć nieco mniej, niż zakładałam, niż nie mieć wcale :) A jak mi się nie spodoba, to przecież lepiej szukać nowej pracy z perspektywy osoby pracującej niż bezrobotnej. 
Pozytywnie na pewno nastraja to, że tak szybko udało się znaleźć pracę oraz to, że stanowisko będzie dopiero tworzone. Po raz kolejny więc będę od podstaw uczestniczyć w organizacji pracy biura od podstaw, a bardzo to lubię, bo myślę, że to zdecydowanie lepsze, niż przejmować po kimś obowiązki i niejako wskakiwać w biegu do jadącego pociągu. Poza tym moje nowe miejsce pracy będzie miało całkiem przyjemną lokalizację, biurowiec znajduje się w centrum Warszawy, dzięki czemu będę mogła tam swobodnie dojechać komunikacją miejską w jakieś 30-40 minut. Jak na dojazd z Podwarszawia to rewelacja, lepiej nawet niż moje dojazdy za czasów poznańskich. Idealnie też się złożyło, że zacznę pracę dokładnie wtedy, kiedy kończy się mój urlop macierzyński (no niemal dokładnie, ale po prostu utarło się, żeby zaczynać w poniedziałek a nie piątek ;))

Tak, jak już wspomniałam, ta informacja mnie trochę odurzyła. Z jednej strony mi ulżyło i cieszę się, z drugiej, jak to zwykle bywa ze mną, bardzo boję się tych zmian. W tym wypadku nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo przecież chodzi nie tylko o mnie. Co tu dużo mówić, pewnie doświadczam tego, co pewnie większość matek wracających do pracy po urlopie macierzyńskim i jest mi po prostu żal. Byłam z Wikingiem niemal non stop od jego urodzenia (a wcześniej to nawet non stop :P), a teraz muszę go zostawić :( Taka jest jednak kolej rzeczy i choć zawsze wyobrażałam sobie, że to musi być trudne (nawet pomimo tego, że zawsze angażowałam się w moją pracę, a może właśnie dlatego, zawsze widziałam ogrom tego dylematu), to jednak te uczucia trochę mnie przerastają teraz, bo wyobrażać sobie coś, a tego doświadczać to co innego. Ale o tym na pewno będę jeszcze pisać nie raz.

Wracając do notki wczorajszej. Śmiałyśmy się z Dorotą, że to dobry znak, ale wczoraj naprawdę dziwnie mi było, kiedy stwierdziłam, że to był horoskop zdecydowanie dla mnie. W dodatku tekst o tych negocjacjach we wtorek (powiedziano mi, że to we wtorek się dowiem o rezultacie rozmowy) - może powinnam tam dzisiaj zadzwonić i zapytać, czy nie zdecydują się jednak na 300 zł podwyżki? :P Eee, lepiej nie kusić losu :)

czwartek, 3 lipca 2014

Miało być romantycznie! A u nas jak zwykle :)

Niedyskretna zapytała, jak się dowiedziałam i jak dowiedział się Franek. No to dzisiaj właśnie o tym :)

Wiedziałam już od kilku dni. Ale czekałam na dobry moment. W końcu nadszedł - Franek wrócił z pracy. Podałam więc uroczysty obiad (tylko obrusa i świeczek nie mogłam znaleźć) a potem wręczyłam Frankowi małe zawiniątko z dziecięcymi bucikami w środku.



Nie no, żartuję, niczego nie wręczałam.
Po prostu powiedziałam. Popłakaliśmy się ze szczęścia a potem dostałam od Franka kwiaty. Też żartuję :)

Tak to pewnie powinno wyglądać? A w każdym razie tak to najczęściej wygląda na filmach, prawda? :) Ale nie u nas :P My na to jesteśmy zbyt pospolici :D

***
Wspomniałam niektórym z Was, że pomimo naszego "przegadania", to jednak było dla nas - a chyba szczególnie dla mnie zaskoczenie :) Niby nie powinno, bo przecież wiem, skąd się biorą dzieci, a jako, że stosowaliśmy zawsze tylko NPR (swoją drogą nie zawiodła mnie ta metoda w żadnej kwestii póki co i wiele się dowiedziałam o swoim organizmie), to doskonale znam swój cykl i wiedziałam z czym może się wiązać podjęcie przez nas decyzji, że "zobaczymy". Ale jednak traktowałam to trochę jak trafienie - powiedzmy - piątki w totka - niby realne, ale rzadko się zdarza. Chwilami myślałam sobie, że fajnie gdyby się udało, ale chyba znacznie częściej się tego bałam, a ostatecznie moje rozterki kończyłam modlitwą , żeby Bóg zadecydował za mnie :P Jednym słowem tę decyzję przerzuciłam na Siłę Wyższą!

Pamiętacie, że w połowie maja bardzo się stresowałam tym, co dzieje się u mnie i u Franka w pracy. To było jakieś apogeum moich nerwów i chodziłam roztrzęsiona przez kilka lub nawet kilkanaście dni. A później wszystko dobrze się skończyło i napisałam Wam notkę o tym, jak napięcie ze mnie schodzi i jak się w związku z tym czuję. Młoda Kobieta i Robertowa zasugerowały, że jestem w ciąży, a ja to wykluczyłam. Po prostu byłam pewna, że te wszystkie objawy to po prostu efekt ostatnich nerwowych dni (i właściwie nadal tak uważam, bo generalnie przez kolejne tygodnie czułam się dobrze, ale o tym będzie kiedy indziej). No cóż, tym razem dziewczyny wiedziały lepiej :P Ale o tym miałam się przekonać dopiero parę dni później.

Dzięki NPR wiedziałam, że chodzę jak w zegarku i wiedziałam, kiedy spodziewać się comiesięcznej przypadłości - ale tym razem było trochę dziwnie, bo ze względu na podwójny skok temperatury, nie byłam pewna od kiedy liczyć fazę lutealną - a więc kiedy nie dostałam okresu w spodziewanym terminie, po prostu stwierdziłam, że pewnie muszę liczyć od tego drugiego skoku, a że długie cykle już mi się zdarzały, to nie zdziwiło mnie to specjalnie - znowu byłam pewna, że przyczyną jest stres.
Ale w pewnym momencie zaczęło mnie irytować, że tak długo czekam, w dodatku cały czas bolał mnie brzuch. Franek to się nawet śmiał, wskazując na mój brzuch, że "może Ktoś tam zamieszkał". Ale jakoś nie miałam parcia, żeby to sprawdzić.
Aż w końcu, pewnej niedzieli wyszliśmy sobie na spacer i zachciało nam się lodów. Najbliżej mieliśmy Tesco - poszliśmy więc po te lody. A po drodze do kasy coś mnie tknęło i zatrzymałam się na stoisku z testami ciążowymi. Już miałam zrezygnować, ale Franek powiedział, żebym wzięła - "ee tylko, pięć złotych, to może być". No to zakupiliśmy nasz pierwszy test. Przyszliśmy do domu i go schowałam. Ale Franek zapytał, czy nie będę go wypróbowywać. Przeczytałam w ulotce, że trzeba go robić rano, (a była 19), ale znowu Franek powiedział, żebym zrobiła teraz, bo rano to on będzie w pracy.
No jak kazał, to poszłam do łazienki.

Franek teraz mówi, że nigdy nie zapomni, jak po bardzo krótkiej chwili zajrzał do łazienki, a ja siedzę i ryczę. Pomyślał, że to dlatego, że nie wyszło. Pyta się:
F: I co?
M: (z płaczem) Ile kresek widzisz?
F: Dwie... A co to znaczy?
M: (z jeszcze większym płaczem) Przeczytaj sobie w instrukcji!
F: czyta, czyta, spogląda na mnie z ukosa, czyta jeszcze raz, patrzy na test i wreszcze z uśmieszkiem mówi: Znaczy, że jesteś w ciąży?? To czemu płaczesz?? - i mnie przytulił
M: (nadal z płaczem) Bo nie pójdziemy w przyszłym roku na Noc Muzeów!!
(zdjęcie zrobiłam dopiero dzisiaj - zostawiłam sobie na pamiątkę, a co :P - dlatego trochę już wyblakło)
 
I tak to właśnie było :) Wcale nie romantycznie, wcale nie podniośle. Wręcz przeciwnie - bardzo zwyczajnie. Ale cieszę się z tego, bo wiecie, że nie lubię przerostu formy nad treścią w pewnych sytuacjach życiowych i choć u innych to się może pięknie sprawdzać, to mi to zaczyna groteską pachnieć :)
I tak długo będziemy ten wieczór pamiętać, bo zwykły to on mimo wszystko nie był.

O tym, jak się czułam później, jak nam minęła noc, do kogo zadzwoniłam i czym moja mama potrafi postawić mnie do pionu będzie innym razem :) Przez pierwsze dni byłam w ogromnym szoku i co nieco sobie tu zapisywałam. Przejrzę szkice i zastanowię się, czy coś z tego nadaje się do publikacji :)

 A ten obiad naprawdę się wydarzył, tylko, że to ja wróciłam z pracy i to Franek przygotował obiad. Nawet niespecjalnie uroczysty, ale za to taki, jak bardzo lubię i postarał się o ładną oprawę (choć nie umiał znaleźć obrusa i świeczek, bo dwa dni wcześniej robiłam porządki) . Później jeszcze przygotował pyszny, kolorowy deser i podarował mi kwiaty "z okazji tego, że jestem w ciąży" :)

czwartek, 27 lutego 2014

Entuzjazm bez euforii

Zrobiliśmy krok do przodu. Tym razem nadzieja nie okazała się całkowicie płonna. Po dwóch tygodniach oczekiwania już wiemy - Franek od poniedziałku zaczyna pracę.
Dwa tygodnie temu był umówiony na rozmowę do jednej z warszawskich - "Zielonych" firm - niech już tak zostanie, mimo, że w Warszawie zielone nie są :) Ostatecznie go nie przyjęli, a kiedy zapytał jaki jest powód, otwarcie mu powiedzieli, że zasugerowali się tym, że w poprzednim miejscu pracy przez długi czas był na zwolnieniu. Na nic zdał się dowód w postaci świadectwa pracy z poznańskiej Zielonej Firmy, że ta nieobecność wynikała ze specyfiki pracy i wcześniej Frankowi nie zdarzało się dużo chorować. To by było na tyle jeśli chodzi o korzystanie z L4, które przecież się należy nie dla własnego widzimisię, tylko dlatego, że naprawdę jest ono konieczne. Osoby, które dziwiły się, gdy martwiłam się, że Franek będzie długo na zwolnieniu, chyba są w stanie zrozumieć teraz, dlaczego podtrzymuję swoją opinię, że pracodawcy patrzą krzywo na chorujących pracowników - niezależnie od tego, czy chorują naprawdę, czy kombinują?
Na ten temat jednak jeszcze być może kiedyś będzie okazja, żeby się trochę rozpisać. Teraz wracam do sedna.

Byliśmy nieco rozczarowani, ale o dziwo Franek przyjął tę sytuację bardzo dobrze. Wręcz zadowolony był, że miał taką rozmowę za sobą i chyba dodało mu to trochę skrzydeł, bo następnego dnia poszedł do drugiej "Zielonej" firmy. Tam zaproponowali mu udział w trzydniowym szkoleniu, z którego oczywiście skorzystał. Kiedy zdał już wszystkie testy, które były tam do zaliczenia, zapisano go na dwutygodniową praktykę, która w praktyce :) wyglądała tak, że w ciągu czternastu dni musiał zaliczyć sześć dni za kierownicą autobusu pod okiem tak zwanego patrona.
Wczoraj zaliczono mu ostatni dzień i dzisiaj podpisał umowę.

Cieszymy się oczywiście, choć z radości nie skaczemy. Być może dlatego, że doświadczenia ostatnich miesięcy nauczyły nas powściągliwości jeśli chodzi o radość. Ale bardziej dlatego, że cała ta sytuacja ma kilka haczyków. Umowa jest tylko umową na zlecenie (na razie tylko na miesiąc z możliwością przedłużenia). Podobno po trzech miesiącach można ubiegać się o umowę na stałe, ale nia pewno nie ma mowy o nieokreślonym czasie zatrudnienia. Zlecenie może też mieć swoje dobre strony - jak na przykład to, że Franek będzie mógł decydować o tym, które dni będzie miał wolne. Ale nie wiemy do końca z czym wiąże się ten brak grafiku - bo jeśli tylko z tym, że Franek sam będzie musiał umawiać z planistą dni, w które chce pracować, to nam to odpowiada. Gorzej jeśli okaże się, że na przykład będzie czekał tydzień, bo nie było dla niego kursu. Ale tego nie wiemy, więc nie nastawiamy się źle.Poza tym można powiedzieć, że system kar jest mocno rozbudowany :) Bardzo mocno Można oberwać prawie za wszystko i to są naprawdę wysokie kwoty. Mówimy o setkach złotych. Generalnie w tej firmie jest bardzo duża rotacja pracowników, a to jednak też o czymś świadczy i to raczej nie o czymś pozytywnym. No i firma jest prywatna, z gatunku tych, co oszczędzają na wszystkim, a najbardziej na wynagrodzeniu dla pracownika :)

Ale są też dobre strony i tego się trzymamy. Pracuje tam kilka osób na stałe (oczywiście nie na czas nieokreślony) i twierdzą, że nie jest tak źle i w wielu sprawach można się dogadać - jak na przykład godziny pracy. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że ta praca po prostu JEST! I to jeszcze taka, która Frankowi po prostu sprawia przyjemność. Kiedy odbywał te praktyki, wracał do domu co prawda zmęczony, ale oczy mu się świeciły! Opowiadał o wszystkim z entuzjazmem i satysfakcją :) Cieszył się, że po półrocznej przerwie nie miał w ogóle problemu z prowadzeniem autobusu, nie popełniał żadncyh błędów. Patroni chwalili go i mówili, że sporo mają osób, które radzą sobie raczej kiepsko, a w przypadku Franka widać, że wie o co chodzi w tym zawodzie :) Franek nie należy do osób, które lubią siebie chwalić i prędzej można mu zarzucić brak wiary we własne umiejętności niż przesadną pewność siebie, dlatego cieszę się, że tak do tego podchodzi, bo widzę, że dzięki temu jest mniej zestresowany i czuje się pewniej.

Bardzo chciałabym, żeby to był nareszcie jakiś początek dobrego. Być może pieniędzy z tego dużych nie będzie, ale na szczęście możemy sobie pozwolić na to, żeby stwierdzić, że nie o wynagrodzenie chodzi. Chodzi o to, żeby Franek się czymś zajął - a jeśli ma to być zajęcie, które sprawia mu radość i satysfakcję, to świetnie! Będzie to dla niego też okazja, aby zdobyć doświadczenie w jeżdżeniu po Warszawie i poznawaniu miasta. Być może będzie miał większe szanse, aby w przyszłości ubiegać się o posadę w warszawskiej państwowej "Zielonej" firmie (na razie wszystkim mówią, żeby czekać). Póki co myślę, że naprawdę dobrze się złożyło - zajezdnia jest akurat blisko Podwarszawia, godziny na razie będzie mógł sobie Franek ustalać, a przede wszystkim będzie robił to, co lubi. Mam tylko nadzieję, że firma będzie po prostu uczciwa i jeśli Franek będzie sumiennym pracownikiem (a w to nie wątpię) to nie będzie miał z nią problemów.
Podsumowując - tak jak w tytule. Chwilami bardzo się cieszę, ale nie popadam w euforię, bo jednocześnie mam bardzo dużo ogromnych obaw. Mam nadzieję, że rozwieją się po tym jak Franek zacznie pracować...

Przyznaję, że to chyba również był powód mojej niemocy blogowej w ostatnim czasie. Ta sprawa cały czas nad nami wisiała. Nie miałam ochoty o tym pisać, a z kolei pisanie o czymś innym w ogóle mi nie szło. Dlatego mam nadzieję, że ten wpis przełamie moje milczenie :) Bo jeśli to nie pomoże, to chyba jestem już stracona dla blogowego świata :)

środa, 17 października 2012

Jak co roku

Dzisiaj trochę sobie świętujemy. Z tej okazji nawet nie poszłam na aerobik dzisiaj :) Jak co roku o tej porze mamy imieninowo-urodzinowe świętowanie. Dzisiaj urodziny Franka i moje imieniny, jutro imieniny frankowe. Wypadło w tygodniu, więc nie poszaleliśmy, a w weekend będziemy zajęci pakowaniem. Ale przecież nie tak dawno spora impreza była, więc można sobie podarować.
Przyszli tylko rodzice Franka z torcikiem. Możecie się więc częstować:

Ja imienin specjalnie nigdy nie obchodziłam - no, tylko jako dziecko, bo urodziny zawsze miałam w wakacje, więc nie mogłam zaprosić koleżanek, więc w zamian świętowałam przez jakiś czas imieniny, ale później już nie. W ogóle u nas w rodzinie nie ma takiej tradycji. Śmiałam się dzisiaj nawet z moją mamą, która zadzwoniła z życzeniami (dla Franka, nie dla mnie:)), że ja swoich imienin nie obchodzę, ale inni je obchodzą - nie dość, że składają mi życzenia, to jeszcze prezenty przynoszą ;) 
Ale to wszystko tylko dlatego, że Franek w tym samym dniu ma imieniny. Cóż, przecież wiadomo, że za mąż wychodzi się z wyrachowania :P:P

 Aha, w tle nasze prezenty ślubne. Ktoś pytał o zdjęcia.. No to jedno jest :)

sobota, 13 października 2012

Poprawiny!

Nigdy nie byliśmy mocni w odsypianiu, więc w niedzielę obudziliśmy się jednocześnie o 9. Uśmiechnęliśmy się do siebie i przytuliliśmy. Czuliśmy się jeszcze niewyspani, choć nie zmęczeni. Postanowiliśmy, że jednak wstaniemy i wyszliśmy na spacer. Poszliśmy do kościoła, ale okazało się, że w tej parafii akurat były dożynki i musieliśmy wyjść, bo nie dość, że spóźnilibyśmy na swoje własne poprawiny, to jeszcze w dodatku nie zdążylibyśmy się wymeldować z pokoju :) Wróciliśmy więc do restauracji, która już się obudziła, bo oprócz kelnerów, kręcili się po sali nasi goście :) 
Kolacja w postaci grilla była strzałem w dziesiątkę nie tylko na weselu, ale także dlatego, że zostało po niej sporo rzeczy, które zostały wystawione podczas poprawin (wędliny, kiełbasy, pajdy chleba ze smalcem, ogórki i wiele innych rzeczy, których nawet już nie pamiętam). Tak właśnie planowaliśmy, bo wiemy, że zazwyczaj obiad podawany jest trochę później, niż jest to planowane (nasze poprawiny zaczynały się o 12), ze względu na to, że goście się spóźniają, a ci, którzy już są, są głodni. A dzięki temu zaspokoili pierwszy głód. My też :) A ja uwielbiam chleb ze smalcem!
U Franka w rodzinie w ogóle nie ma takiego zwyczaju i nigdy po żadnym weselu nie było poprawin. U nas z kolei nie było wesela bez poprawin, chociaż też nie wyglądają one tak całkiem typowo, bo goście są zawsze z daleka, więc to jest czas, kiedy wyjeżdżają. Początkowo nie planowaliśmy imprezy, a po prostu obiad, bo zakładaliśmy, że wiele osób zacznie się szybko zbierać. Ale później coraz więcej gości wspominało, że zostaną trochę dłużej, niektórzy pytali o możliwość noclegu z niedzieli na poniedziałek, więc pomyśleliśmy, że jakoś tak głupio zostawiać ich bez rozrywki, bo to tak jakbyśmy dawali do zrozumienia, ze się mają szybko zmywać :) Stwierdziliśmy, że jeśli będzie muzyka to i goście zostaną dłużej - no i w zasadzie mieliśmy rację :) W każdym razie ostatecznie przekonał nas argument mojej cioci, która powiedziała, że poprawiny to ma być przedłużenie wesela a nie jakaś stypa, żeby wszyscy tylko przy stole siedzieli i gadali :) Początkowo myśleliśmy o jakimś DJu, ale ostatecznie, kiedy tydzień przed weselem rozmawiałam z zespołem, żeby się umówić na spotkanie, zapytałam, czy mają może wolne. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo akurat nie mieli żadnych planów i zgodzili się u nas zagrać jeszcze na poprawinach :)
Nie było już niestety Karoliny i Ani, które o siódmej rano już wyjechały oraz Doroty, która poprosiła mnie już jakiś czas wcześniej o zwolnienie z poprawin :) Powiedziała, ze to mój dzień i że jeśli mi zależy to zrobi to dla mnie i przyjdzie, ale chociaż mi zależało, to doskonale znam Dorotę i wiem, jak nie znosi poprawin ;) Nic na siłę, wystarczyło mnie, że na weselu bawiła się do końca. 
Zespół tego drugiego dnia grał nieco inaczej, bo trochę bardziej biesiadnie, ale nadal świetnie. I uznaliśmy, że to naprawdę był bardzo dobry pomysł, bo goście się bawili! My oczywiście jako pierwsi wyszliśmy na parkiet, żeby pokazać, co będziemy dzisiaj robić ;)


 Co prawda Poznaniacy zaczęli się zbierać prawie od razu po obiedzie, ale tego się spodziewaliśmy - wiedzieliśmy, że część rodziny Franka ma jeszcze zahaczyć o jakieś inne poprawiny u swoich znajomych, bo z wiadomych względów nie mogli uczestniczyć w ich weselu. Chociaż kuzynostwo Franka lekko nas rozczarowało, że tak szybko chcieli uciekać, ale stęsknili się za dziećmi, które zostały w Poznaniu, a przede wszystkim oni naprawdę nie są obeznani z tym zwyczajem i chyba nie wiedzą, do czego to służy :P Szybko zwinęli się też koledzy - mimo, że oni jako pierwsi przymierzali się do tego, żeby zostać dłużej. Ale jechali jednym samochodem, a niektórzy z nich w poniedziałek szli do pracy z samego rana, więc nie wyszło. 
Razem z Frankiem cały czas tańczyliśmy, chyba, że widzieliśmy, że ktoś się zbiera. Wtedy wychodziliśmy go pożegnać. Na tarasie robiliśmy sobie zdjęcia, a każdy z gości dostawał butelkę wódki oraz pudełko z ciasteczkami.


Goście wyjeżdżali o bardzo różnych porach, więc musieliśmy być w gotowości cały czas :) Chociaż tak naprawdę część wyjeżdżała w godzinach 14-16 i później było trochę spokojniej. Część osób z Poznania została do późnego popołudnia: Ala z Rafałem, Daga ze swoim chłopakiem, kuzyn Franka, ale najbardziej zaskoczyła nas piątka naszych znajomych: Mietkowa z Mietkiem, Karola z chłopakiem i Edi, którzy zostali niemal do samego końca. Bawili się z moją rodziną,  a na koniec zaśpiewali nam jeszcze sto lat i gorzko więc wszyscy ich dobrze zapamiętali. A chłopak Karoli to w ogóle nie miał ochoty wyjeżdżać :) Później zostało jeszcze całkiem sporo osób i ta orkiestra to był naprawdę świetny pomysł! Przyznaję, że nie myślałam, że ludzie będą jeszcze tacy chętni do zabawy, a oni tańczyli do samiutkiego końca - nawet jak orkiestra już się z nami pożegnała i pakowała swój sprzęt, goście bawili się do muzyki z płyt. 




Najdłużej zostało moje kuzynostwo. Co ciekawe, wśród nich była kuzynka i kuzyn, którzy mieszkają za granicą i kiedy robiliśmy listę gości, zakładałam, ze w ogóle nie przyjadą - zwłaszcza, że w czerwcu ten kuzyn miał swój ślub. Byłam przekonana, że nie będą dwa razy do Polski przyjeżdżać. Okazało się, że bardzo się pomyliłam! Nie wyobrażali sobie, że miałoby ich nie być, a kuzyn wręcz powiedział, że już jak planował z żoną swoje wesele, to brał pod uwagę, że muszą przyjechać jeszcze we wrześniu. Stwierdził, że nie mógł tego odpuścić, bo przecież na weselu jego siostry cztery lata temu to właśnie my złapaliśmy welon i krawat :) To my byliśmy pooczepinową parą młodą, a teraz tak się złożyło, że braliśmy ślub w tym samym roku :) Kuzyn stwierdził, że to jakiś znak i że absolutnie nie mógłby tego przegapić, nawet kosztem braku urlopu po swoim weselu :)
Zabawa poprawinowa skończyła się mniej więcej tak, jak planowaliśmy - około 20. Wraz z najbliższą rodziną zostaliśmy jeszcze, żeby popakować wszystko, co braliśmy ze sobą - a było tego naprawdę sporo. I wtedy poczułam się już naprawdę zmęczona. Nóg to wręcz nie czułam! Bolały mnie zresztą jeszcze przez następne dwa dni, ale naprawdę przez całe wesele i poprawiny nie mogłam narzekać, a stopy zawsze mam bardzo wrażliwe i każde buty mnie obcierają :) Widocznie byłam znieczulona emocjami ;)

Bardzo dobrze zrobiliśmy, że zdecydowaliśmy się na poprawiny i to w takiej formie! Mieliśmy czas, żeby porozmawiać jeszcze z gośćmi, pobawić się z nimi, wypić :) Każdemu z osobna podziękowaliśmy za przybycie, każdy dostał od nas poczęstunek i z każdym mamy pamiątkowe zdjęcie. 
To były piękne dni i naprawdę nie mogło być lepiej. Żal było, że wszystko się już kończy. Ale chociaż skończyłam już opisywać to, co działo się w te dwa najważniejsze dni (a to było już cztery tygodnie temu! nie do wiary!), temat ślubno-weselny na pewno jeszcze nie zniknie na dobre z mojego bloga :) Mam jeszcze sporo przemyśleń związanych z tym co się działo albo z jakimiś kwestiami organizacyjnymi, więc jeśli ktoś ma dość to... trudno ;)))





środa, 10 października 2012

Wesele! Nasze w dodatku ;)

Zanim zaczniecie czytać... :) Tak, wiem, że notka jest bardzo długa, umówmy się, że już nie musicie mi tego uświadamiać w komentarzach :) Ale chciałam, żeby właśnie tak to moje opisywanie tamtych wydarzeń wyglądało. Skupiam się na całym mnóstwie szczegółów, bo sprawia mi to przyjemność i pomaga posegregować moje wspomnienia - w celu lepszego ich przechowywania. Chyba rozumiecie, że to dla mnie bardzo ważne :) Dzielę się z radością z Wami tym, co się działo, więc chętnych zapraszam do lektury :) Pisałam tę notkę z przerwami dwa dni, więc Wy też możecie sobie czytanie rozłożyć:)

W notce sierpniowej pisałam o tym, że nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, która piosenka będzie naszym akompaniamentem w pierwszym weselnym tańcu, ale ostatecznie postawiliśmy na walca! Niestety, nie ma nigdzie w internecie dokładnie tej wersji, do której tańczyliśmy, ale TA jest najbardziej zbliżona. Nasz walc był nieco szybszy, ale cała reszta się zgadza - łącznie z podkładem i głosem (bo piosenka ta miała całe mnóstwo wykonawców).



Nawet teraz, gdy słyszę tego walca mam dreszcze :) I to nawet nie dlatego, że przypomina mi się wesele, ale dlatego, że jak żywe stają mi przed oczami wszystkie nasze próby :) Myślę, że to był świetny pomysł, żeby jednak coś sobie przygotować, ten czas, który spędziliśmy na ćwiczeniach (choć wcale nie było go tak dużo) był naprawdę wspaniały - pomijając krew (podeptałam Franka obcasami - ale mówiłam mu, żeby też założył buty), pot (w sierpniu ćwiczyliśmy, za oknem bywały upały) i łzy (wywołane śmiechem), to naprawdę nas do siebie jeszcze bardziej zbliżyło. I opłaciło się, bo walc wyszedł nam świetnie! Dopracowaliśmy każdy szczegół, choć jeszcze w poniedziałek przed weselem Daga miała kilka uwag: "Franek, ale stawiasz Margolkę, jak worek ziemniaków! A ty Margolka nie wystawiaj tak tych rąk, nie jesteś samolotem!" :D Nasza nauczycielka (załapała się zresztą na zdjęciu - niebieska sukienka za Frankiem) denerwowała się zresztą przed naszym występem, ale później była z nas bardzo zadowolona i stwierdziła, że to była najlepsza z naszych prób ;)) Jej chłopak też był zachwycony i powiedział, że on też chce tak tańczyć i dlaczego jego tak nie nauczyła :) Wyszły nam nawet obydwa podnoszenia - nie przeszkodziła suknia ani halka! Franek wręcz stwierdził, że dużo lepiej mu się chwytało niż tą suknię studniówkową, w której ćwiczyłam ;)

Zrobiliśmy wrażenie tymi podnoszeniami :) Nikt się tego (poza Dagą i kilkoma osobami, które widziały naszą próbę w domu;)) nie spodziewał. I moglibyśmy tak tańczyć całą noc. Ale walc trwał tylko niecałe dwie minuty, więc musieliśmy zakończyć...

Sądząc po gromkich brawach i uśmiechach na twarzach naszych gości, naprawdę udał nam się ten pierwszy taniec! Najbardziej zaskakujące dla mnie było to, że w ogóle nie czułam tremy! Franek też się nie denerwował. Nie przeszkadzało nam ani trochę, że jesteśmy w centrum uwagi i że wszyscy na nas patrzą.

A później zaczęła się zabawa!




 My jednak w pierwszej przerwie "wymknęliśmy się" na zdjęcia. Daleko nie musieliśmy iść, bo otoczenie restauracji było piękne. W dodatku jak na zamówienie wyszło nam słoneczko - akurat na naszą sesję :) 


 
Dzięki temu, że byliśmy przy restauracji, goście cały czas mieli nas na oku, a więc nie zniknęliśmy nagle wszystkim z pola widzenia na parę godzin, jak to się zdarzało na niektórych weselach, na których byłam - nie podobało mi się to. I sama też nie chciałam, żeby jako pannę młodą omijała mnie cała zabawa ;) Od razu też odrzuciliśmy pomysł, żeby sesję zdjęciową robić innego dnia - nie przemawia do mnie taki zwyczaj. To jest dzień niepowtarzalny pod każdym względem, a pomijając nawet same emocje, to żadnego innego dnia tak ładnie się już nie wygląda, jak w dniu ślubu ;) Poza tym na każdym weselu, na którym byłam, goście zawsze, dosłownie zawsze (oczywiście gdy nie padało) po obiedzie wychodzili na spacer, jeśli tylko było gdzie wyjść. Byliśmy przekonani, że i u nas tak będzie i nie pomyliliśmy się. Goście więc spacerowali w tym samym czasie i w tym samym miejscu, w którym mieliśmy sesję. Dzięki temu mieliśmy też kilka zdjęć z nimi :)

Kiedy wróciliśmy, zabawa trwała. Wyglądało na to, że goście bawili się bardzo dobrze. Nie miało znaczenia, czy przyszli z osobą towarzyszącą, czy bez albo czy pary są mieszane, czy nie. Podeszła do mnie nawet dziewczyna naszego kolegi (jedyna osoba, którą poznaliśmy dopiero w dniu wesela - wydaje się bardzo sympatyczna) i powiedziała, że bardzo podoba jej się to, że jest tyle osób bez pary a mimo to nie siedzą przy stoliku tylko tańczą i na przykład "samotne" dziewczyny wymieszały się z "samotnymi" chłopakami. Albo trzy dziewczyny obtańcowywały jednego faceta lub na odwrót ;)
Na parkiecie praktycznie cały czas ktoś był, co jest w dużej mierze zasługą naszego zespołu. Naprawdę nam się udał, słyszałam ich wcześniej, więc wiedziałam, że kompromitacji nie będzie, ale nie spodziewałam się, że tak fajnie poprowadzą zabawę. Goście wręcz do nas podchodzili i mówili, że zespół jest naprawdę świetny.
Na spotkaniu w przededniu wesela ustalaliśmy kilka szczegółów. Między innymi zastrzegliśmy sobie, że nie chcemy żadnych zabaw z podtekstem seksualnym albo takich, które ośmieszałyby w jakiś sposób uczestników. Ale lider zespołu od razu nam powiedział, że to w ogóle nie jest w ich stylu i że nie musimy sie o to martwić. Dodał jeszcze, że w ogóle z zabawami nie chcą przesadzać, bo to jest ciekawe dla uczestników, a dla otoczenia już niekoniecznie, jeśli jest ich za dużo. Ustaliliśmy więc, że zobaczy jaki będzie klimat, jacy goście itd. Ostatecznie myślę, że wszystko wyszło tak, jak powinno. Była jedna, bardzo krótka taneczna zabawa i dwie trochę dłuższe. W jednej z nich goście dostawali jakieś elementy przebrania (maski, czapki itp.), które mieli na siebie założyć i prawdę mówiąc zaskoczona byłam, jak wszyscy chętnie brali w tym udział! Wręcz się bili o peruki, czy czapeczki :) Część osób, która nie była na parkiecie od razu przybiegła, jak zobaczyła, co się dzieje i ostatecznie tańczyli prawie wszyscy. Nie spodziewałam się tego, bo myślałam, że niektórzy nie będą chcieli sie  wygłupiać. Chcieli - i to niezależnie od wieku :)

Kolejna zabawa wymagała odrobiny sprawności fizycznej :) Uczestnicy w rytmie Lambady przechodzili pod liną trzymaną przeze mnie i Franka, która z każdą rundą była coraz bliżej ziemi. Prowadzący byli zaskoczeni ilością chętnych a przede wszystkim ich zawziętością i wolą walki :) Technika była dowolna - trzeba było tylko pod liną przejść tak, żeby jej nie dotknąć a przechodziło się parami i para musiała się trzymać za rękę - albo za jakąkolwiek inną część ciała :) Chodziło o stały kontakt fizyczny. Nooo, ja też byłam zdumiona tym, że tyle osób chciało wygrać (do wygrania było tysiąc złotych.... kropelek :P, czyli wódka weselna). Nogi już mnie później zaczęły boleć, bo kucałam w dość niewygodnej pozycji. A w ogóle to okazało się, że zupełnie podświadomie dawałam fory uczestnikom - niechcąc wcale tego robić unosiłam lekko linę (naprawdę nie miałam pojęcia, kiedy to robię, ale kilka razy korygowałam linę, bo widziałam, że jest wyżej niż po stronie Franka) Obserwatorzy później mówili, że kto zauważył, że u mnie jest łatwiej, przechodził po mojej stronie :)) No naprawdę nie chciałam nikomu ułatwiać! :)
Tu już jedna z ostatnich rund, (na drugim zdjęciu Dorota :))







Myślę, że taka ilość zabaw na całe wesele była wystarczająca! Zwłaszcza, że były jeszcze inne atrakcje :)
W pewnym momencie na przykład wodzirej zapowiedział występ zespołu, który podobno występuje bardzo rzadko i tylko w wyjątkowych okolicznościach. Goście myśleli, że to jakaś niespodzianka z naszej strony, my nie wiedzieliśmy o co chodzi, przyszło nam do głowy, że może to goście coś takiego wymyślili. Ustawiliśmy się wszyscy w kółeczku i nagle na miejsce zespołu wkroczyło trzech facetów w ciemnych okularach! Po kilku sekundach dotarło do nas, że to... kelnerzy, którzy nas obsługiwali! Rozbawili nas między innymi piosenką "Jesteś szalona"! Naprawdę oszaleliśmy, bo ten ich występ był niesamowity :) A jaka niespodzianka!
Myśleliśmy na początku, że oni to zawsze robią, ale okazało się, że taki występ jest tylko dla wybranych :) Na poprawinach Franek rozmawiał z jednym z kelnerów, mój dziadek też zagadał innego i okazało się, że kelnerzy występują tylko na weselach, na których jest dobry klimat do zabawy, kiedy widzą, że para młoda jest w porządku i że wszyscy się fajnie bawią. Mieli kiedyś przypadek, kiedy zrobili taki występ a później para młoda przyszła ze skargą i stwierdziła, że chce obniżenia kosztów jako rekompensaty za zepsute wesele i oskarżyła kelnerów o pijaństwo. Przeżyłam szok, jak to usłyszałam, bo u nas nikt nie miał takich odczuć, wszystkim się bardzo ta niespodzianka podobała :)) Umiemy się bawić! :) I czujemy się wyróżnieni, że dla nas wystąpili :) Nie wyglądamy na snobów czy innych sztywniaków :P W każdym razie atmosfera naprawdę była wspaniała. Nasi goście chwalili zespół i obsługę, ale my podobne pochwały słyszeliśmy właśnie ze strony obsługi. Kamerzystka wychodząc powiedziała nam, że rzadko się zdarza, żeby goście byli tacy chętni do zabawy, tacy weseli i że klimat wesela był naprawdę niepowtarzalny. Podobne słowa usłyszeliśmy od zespołu: powiedzieli nam, że to była dla nich przyjemność, że mogli zagrać dla nas i dla takich fajnych ludzi, jakimi są nasi goście. Wielokrotnie tego wieczoru słyszeliśmy zdania: "Świetny zespół" "Fajnych macie gości" a także "Zajebiste jedzenie" :)
  
Jedzenie naprawdę robiło furorę. Mnie i mojej najbliższej rodzinie te smaki nie były obce - sieć tych restauracji jest dość znana na naszym terenie, zajmują się też cateringiem i na przykład obsługiwali naszą studniówkę. Poza tym to było nasze swojskie jedzenie. Ale goście przyjezdni, zwłaszcza Poznaniacy nie mogli się nachwalić (ha! zawsze twierdziłam, że jedzenie na poznańskich weselach jest takie se :P przynajmniej dla mnie zawsze takie było, bo miałam porównanie do wesel odbywających się w wielu innych regionach).
Nie chcieliśmy eksperymentów. Na pierwsze danie oczywiście rosół :) Żadne tam kremy z borowików, rosół i już. Mięs do wyboru było trochę więcej i tu już akurat zrezygnowaliśmy z tradycyjnego schabowego. Ale były oczywiście kluski :) Chociaż ja nie jestem Ślązaczką, ani moje Miasteczko nie jest śląskie, to już niektóre okolice takowe są, a więc kluski i w ogóle kuchnia śląska nie są nam obce :) Musiałam Poznaniakom pokazać, co się jada na weselach :) Oprócz tego oczywiście był deser w postaci ciasta i lodów, później zimne przekąski. Kolację zamieniliśmy na kolację w postaci grilla, czym znowu zachwyciliśmy gości :) Zajadali się, oj tak :) Poza tym było trochę sałatek, w okolicach północy tradycyjny barszczyk z krokietem a później miała być jeszcze gulaszowa i flaki, ale już nie było komu podawać, więc przenieśliśmy to na poprawiny. Bo naprawdę jedzenia był ogrom i to prawie wszystko w standardzie, bo dodatkowo zamówiliśmy tylko wędzone ryby (rodzina frankowa jest bardzo rybna, więc to był ukłon w ich stronę, ale moja też nie pogardziła) oraz indyka. Nie spodziewaliśmy się jednak, że tego jedzenia standardowego będzie aż tyle - bo podawali jeszcze jeden mały posiłek w gratisie. Więc jedyne na co goście narzekali to ilość tego jedzenia - a właściwie na fakt, że wszystko takie dobre i trzeba spróbować a potem się nie mogą ruszać :)
No i był oczywiście tort. Ten słynny tort, z powodu którego pani z cukierni dzwoniła do mnie niemal z płaczem :P


 No i ładnie  tymi różyczkami, co za różnica, czy byłyby na nim storczyki, czy nie :) A tylko zapłacilibyśmy jakieś 200 zł więcej. Biedna pani niepotrzebnie się przejęła, że będziemy kręcić nosem. A dla nas najważniejsze było, że tort był dobry.
A to wspomniany indyk:


Kurczę, ja specjalnie mięsożerna nie jestem, ale na wspomnienie mięs weselnych ślinka mi cieknie (bo chociaż na weselu za dużo tego nie zjadłam, to mnóstwo zostało i mieliśmy potem obiady przez cały tydzień zapewnione :))
Oczywiście były również oczepiny - w nieco innej formie niż na weselach w Poznaniu, więc to też przyciągnęło uwagę gości (między innymi dlatego tak bardzo zależało mi, żeby robić wesele w moich stronach, chciałam, żeby zobaczyli coś innego, moją okolicę i moje tradycje). Welon złapała moja kuzynka i nie podlegało to dyskusji, bo dosłownie wpadł jej w ręce, ale z muszką już taka prosta sprawa nie była :) Dawno nie widziałam, żeby się kawalerzy tak bili o tę muchę :) A tu trzeba było powtarzać, bo muszka wpadła w ręce kolegi Franka i chłopaka mojej siostry. Żaden nie chciał puścić i ostatecznie ją... rozerwali :P Więc wodzirej zarządził powtórkę. Ostatecznie potwierdziło się, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta, bo tym razem mucha dostała się w rękę trzech nieustępliwych kawalerów, ale narzeczony kuzynki od welonu wykazał się sprytem i tak to jakoś zrobił, że tych dwóch zostawił z niczym :)
Później Franek miał do obtańcowania wszystkie panny, a ja wszystkich kawalerów. No i pozostało jeszcze przeprowadzenie testu zgodności małżeńskiej :) Nie wiem, czy znacie tę zabawę oczepinową - w każdym razie w moich stronach jest bardzo popularna, w Poznaniu spotkałam się z nią tylko raz. Młodzi siadają na krzesełkach tyłem do siebie i ściągają buty, każde z nich trzyma  buta swojego i swojego współmałżonka. Prowadzący zadaje pytania w stylu: "Kto pierwszy powiedział kocham cię" (Franek :)) A my odpowiadamy podnosząc buta jej lub jego :) Nie widziałam odpowiedzi Franka ani on moich, ale goście co chwilę wybuchali śmiechem. Myślałam, że to dlatego, że ciągle odpowiadamy inaczej, a tymczasem później okazało się, że byliśmy wyjątkowo zgodni :) Chyba tylko w dwóch czy trzech kwestiach udzieliliśmy innej odpowiedzi :) Niektórzy goście nie mogli wyjść z szoku, że się tak we wszystkim zgadzamy, łącznie z kwestiami - kto bałagani, kto sprząta, kto trzyma kasę, kto rządzi w sypialni, kto jest większym zazdrośnikiem :P No cóż, my to wszystko mamy już od dawna ustalone, pod tym względem rzeczywiście lepiej nie mogliśmy się dobrać ;)

Przy okazji oczepin często jest również podziękowanie dla rodziców, ale na naszym weselu zrobiliśmy to wcześniej, głównie ze względu na mojego dziadka i babcię Franka - nie mieliśmy pewności, że będą chcieli zostać aż do północy, a dla nich również mieliśmy upominki. To właśnie wtedy zatańczyliśmy nasz drugi taniec, dedykowany rodzicom i dziadkom, tym razem do piosenki "Chcę tu zostać". Fajnie się złożyło, bo nasz zespół miał ten kawałek w swoim repertuarze, więc tańczyliśmy do muzyki na żywo. Teraz to już w ogóle był luzik i zero stresu :) A później zatańczyliśmy wszyscy razem: my, nasi rodzice i dziadkowie, oczywiście do piosenki "Cudownych rodziców mam". Tak, wiem, że niektórzy twierdzą, że to oklepane, ale uważam, że nie ma żadnej innej piosenki pasującej tak bardzo na tę okazję. 
Naprawdę piękne to wszystko było... I my też bawiliśmy się wspaniale, teraz to już zupełnie nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że w ogóle nie bawił się na swoim weselu, bo albo nie miał czasu, albo był zbyt zestresowany :) My w zasadzie cały czas byliśmy na parkiecie! W przerwach "na jednego" staraliśmy się podejść do każdego i trochę pogadać, ale nic na siłę, bo nie zawsze się dało. Ale byliśmy :) Dla siebie i dla innych. Siedząc przy stole, czasami patrzyliśmy na siebie i wymienialiśmy swoje spostrzeżenia. Przede wszystkim nie mogliśmy uwierzyć, że to już się dzieje i obiecywaliśmy sobie, że będziemy cieszyć się każdą chwilą i korzystać z każdego momentu na całego. 
Czas rzeczywiście płynął bardzo szybko, ale też nie było tak, że w ogóle nie wiem, kiedy to minęło :) Byłam bardzo świadoma wszystkiego, wiedziałam, że to się właśnie dzieje, a ja jestem w centrum wydarzeń i odczuwałam to całą sobą.
I jak zwykle dodam, że tego się nie da opisać... :) Chociaż być może do tego, jak się czułam i co myślałam jeszcze wrócę, dzisiaj staram się skupić na konkretach.
W zasadzie nie wiem kiedy impreza zaczęła się kończyć :) Tu jeszcze trwała na całego:
Ale to chyba było niedługo po naszym babskim występie - bo ten widzieli jeszcze niemal wszyscy goście. Aa właśnie, bo o babskim występie nie było prawda? :)) A więc to był taki zaplanowany spontan :) Zaplanowany, bo brałyśmy pod uwagę możliwość, że zatańczymy, spontan, bo decyzję podjęłyśmy pod wpływem chwili i tak naprawdę w ogóle nie byłyśmy do tego przygotowane :)
Wystąpiłam ja, moja siostra oraz wszystkie nasze koleżanki! 
Dawno temu, na pierwszym roku studiów, kiedy miałam coś w rodzaju WFu nauczyłyśmy się z dziewczynami układu tanecznego do tego:
Pokazałam to też Dorocie i Jusce i swego czasu tańczyłyśmy sobie to na domówkach, no ale od tego czasu to też już minęło dobre pięć lat :)
Próbowałam też nauczyć dziewczyny tego układu podczas panieńskiego, ale za późno się za to zabrałam, bo flaszki już na stole stały puste i tylko moja siostra cokolwiek załapała :) Mimo to nie zniechęciłyśmy się. Kiedy tylko stwierdziłyśmy, że tak - zatańczymy, przećwiczyłyśmy z Karoliną, Anią i Alą  na szybko gdzieś w jakimś przedsionku podstawowe ruchy. Potem pokazałam jeszcze co i jak Dadze. Reszta poszła na żywioł i robiła to, co my :)
Nie powiem, że byłyśmy mistrzyniami synchronizacji :) Na pewno nie. Nie powiem też, że wszystko wyszło nam pięknie - bo oczywiście, że chwilami się myliłyśmy i obracałyśmy każda w inną stronę, ale nie o to chodziło :) Chodziło o ten żywioł! O to, żeby zrobić coś razem! Skoro zawsze się tak dobrze razem bawimy, to dlaczego nie na moim weselu? :) I co z tego, że było nierówno, myślę, ze większość osób, która na nas patrzyła, widziała zupełnie coś innego - i to właśnie to chciałam pokazać :)
To chyba było moim marzeniem, żeby zorganizować coś takiego na własnym weselu z bliskimi koleżankami i jestem im bardzo wdzięczna, że się na to zgodziły. Niektóre aż się do tego paliły, inne trochę się obawiały, ale żadna nie protestowała, żadna nie była niechętna. Nie obawiały się kompromitacji, nie przeszkadzało im, ze nie znają układu - ani nawet to, że przecież 'występowały' w większości przed ludźmi zupełnie sobie obcymi. Wiem, że zrobiły to też dla mnie i bardzo to doceniam :) Ale jestem też pewna, że niczego nie robiły na siłę. Wiele było pięknych momentów na weselu, a to był jeden z nich...
Chyba po drugiej gości zrobiło się jakoś mniej i powoli każdy dojadał to, co miał na talerzu i dopijał zawartość kieliszka :) Nie mam pojęcia, o której zwinęła się orkiestra - z zapowiedzią, że wrócą jutro, ale chyba jakoś po trzeciej?? Wiem, że ostatni goście - to znaczy nasi rodzice, siostra, ciocia, Karolina, Ania, Dorota i Juska wychodzili po czwartej. Zostaliśmy z Frankiem oraz z Alą i R. którzy pomagali nam jeszcze ogarnąć kilka spraw. 
A później poszliśmy już na górę do naszego "apartamentu nowożeńców" Ach, jakże żal było zdejmować tę moją suknię, o której wiedziałam, że więcej jej już nigdy nie włożę (chociaż... moja mama włożyła swoją na 25tą rocznicę więc kto wie:)) Kiedy ostatni raz patrzyłam na zegarek było po piątej, a to oznacza, że spaliśmy tylko cztery godziny, jednak mimo tego, obudziliśmy się radośni i wcale nie zmęczeni. Ale to już znowu inna historia :)




Ps. Link do piosenki już chyba działa :)