*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeński żywot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeński żywot. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 listopada 2015

Znowu razem.

Dni od pewnego czasu są takie, jak powinny być. Wróciła sielanka. Taka prawdziwa, a nie ta, kiedy wydaje mi się, że za rogiem czai się znowu jakiś foch, niepokój, dołek. Nie jestem podejrzliwa ani zbyt zachowawcza, po prostu poddałam się temu i uwierzyłam, że chwilowo będzie dobrze.
Chodzi mi oczywiście o nasze życie rodzinne, bo rzeczywistość wokół nas się nie zmieniła i smutki oraz smuteczki wraz z obawami o jutro wcale nie zniknęły. Ale nareszcie mam wrażenie, że ja i Franek wskoczyliśmy do tej karuzeli zwanej naszym życiem i siedzimy w niej razem, patrząc na siebie, podczas gdy cały świat wiruje. Dotychczas miałam wrażenie, że ciągle trzymamy się tylko jedną ręką tej karuzeli i próbujemy do niej wskoczyć w biegu, ale ciągle coś nam nie pozwala. Tym sposobem nie dość, że świat wokół kręcił się jak szalony a my nie do końca umieliśmy się w niego wpasować, to jeszcze nie umieliśmy w tym być tak prawdziwie razem, bo każde z nas musiało się skupić na tym, żeby się tej karuzeli nie puścić. Mam wrażenie, że teraz już spokojnie usiedliśmy i złapaliśmy się za ręce. Świat nadal jeszcze nie stał się dla nas takim całkiem przytulnym miejscem, ale o ile lepiej jest, kiedy mamy w tym wszystkim tak prawdziwie siebie.
Nie wiem, co się wydarzyło. Bo właściwie nie wydarzyło się nic. To stało się tak po prostu. Na pewno urlop Franka ma znaczenie, ale wcześniejsze dłuższe i krótsze okresy wolne przynosiły jedynie chwilową ulgę i zawieszenie napięć między nami, teraz wydaje mi się, że wreszcie pękła ta niewidzialna ściana między nami, przez którą nie umieliśmy się dobrze zrozumieć. Znowu jest jak dawniej. Znowu się śmiejemy, przekomarzamy, przytulamy. Przed chwilą o mało nie obudziliśmy Wikinga, bo jak za starych czasów, kiedy zachciało nam się siku, biegliśmy na wyścigi do łazienki, tratując po drodze meble :) Znowu siedzimy w pokoju każde przy swoim komputerze, ale mimo to nie jesteśmy osobno, a razem i co jakiś czas posyłamy sobie uśmiech, buziaka, lub czułe słowo. Znowu jest między nami tak ciepło i swojsko. 
Tyle razy usiłowaliśmy wrócić do tego stanu rzeczy i ciągle się nie udawało. Próbowaliśmy uczciwie, ale to wciąż nie było to, bo miałam wrażenie, że jednak ciągle mówimy w dwóch różnych językach, że nie rozumiemy swoich oczekiwań. Nawet przy okazji świętowania rocznicy ślubu, choć było tak miło, nie doszło między nami do takiego pojednania, jak teraz - mimo, że wtedy o tym rozmawialiśmy, a teraz właściwie nie. 
Jest teraz jak dawniej i jak dawniej czuję się szczęśliwa w moim małżeństwie. To powoduje, że w życiu również czuję się szczęśliwsza.

Czuję się trochę tak, jakbyśmy poznawali się na nowo. Może nawet trochę tak jest, bo wcześniej pochłonięci wewnętrznym szarpaniem się z okolicznościami, nie mogliśmy tak do końca skupić się na sobie nawzajem. Teraz do tego wróciliśmy. Myślę, że Wiking też to wyczuwa i bardzo lubi te momenty, kiedy się we trójkę przytulamy, wygłupiamy i śmiejemy. Codziennie rano leżymy we trójkę w naszym wielkim łóżku - ja z Frankiem bardzo blisko siebie, a na nas wskakuje (z naszą pomocą :)) Wikuś, przytulankom i całowaniu nie ma końca. Będzie mi brakowało tego nowego rytuału, kiedy Franek wróci do pracy.
Mam jednak nadzieję, że pozostałe rzeczy jednak się nie zmienią. Że udało nam się zażegnać ten kryzys. Bardzo bym tego chciała. Oczywiście boję się trochę, czy to wszystko, co odczuwam teraz nie jest tylko złudzeniem i czy za moment czar nie pryśnie, kiedy znów przytłoczeni trudną codziennością stracimy siebie z oczu... Ale cały czas podnosi mnie na duchu świadomość tego, że mimo wszystko potrafimy jeszcze kochać się tak, jak wcześniej, więc może to naprawdę nie my się zmieniamy, ani nie zmienia się nasze uczucie, tylko po prostu okoliczności nam czasami nie sprzyjają.
***
Za dużo już tej filozofii, upiłam się chyba tym półprocentowym Karmi, które wypiłam dwie godziny temu :) A może jestem po prostu pijana szczęściem i miłością, które nas otaczają? 
Teraz i tak muszę się już położyć, bo zrobiło się strasznie późno, a Wiking rano nie będzie znał litości :)

poniedziałek, 12 października 2015

Bez celu ;)

No i kolejny dzień jakoś zaliczony. Przez tę aurę na zewnątrz mam nadzieję, że cały świat wpadł w jakąś depresję, która się udzieliła i mnie i Wikingowi :/ Masakra jakaś. Nie umiem się chyba odnaleźć w tych niskich temperaturach i w tych ponurych ciemnościach. A okna w domu mam na cztery strony świata. Nawet nie wyobrażam sobie, jak ciemno musi być w mieszkaniach, gdzie - jak zazwyczaj - okna wychodzą co najwyżej na dwie...
Cieszę się, że jakiś czas temu napisałam notkę o tym, jak to u nas wygląda, bo dzięki temu przynajmniej mogę sobie pozwolić na takie emocjonalne wpisy jak ten wczorajszy (którego póki co jeszcze nie żałuję). Wcześniej bywało, że miałam ochotę wyrzucić z siebie to, co mnie boli, ale rezygnowałam z tego pomysłu, bo stwierdziłam, że zbyt wiele musiałabym tłumaczyć.
Franek dzisiaj wrócił późno z pracy. Przywitał mnie nawet z uśmiechem i buziakiem. Potem rozmawiał ze mną. Ja mu odpowiadałam, choć wiem doskonale, że zupełnie inaczej bym z nim rozmawiała, gdyby nie to, że mam do niego żal. Ale on i tak tego nie zauważył.
Raz tylko jak coś powiedziałam, to zapytał, czemu powiedziałam takim tonem jakbym była zła. Ale nie odpowiedziałam, bo wiedziałam, że to do niczego dobrego nie doprowadzi. Wieczorem prawie nie rozmawialiśmy i jestem przekonana, że mu to odpowiadało. Ma teraz tydzień, w którym bardzo późno kończy pracę (dzisiaj wrócił dopiero po 17), więc oczywiście można winę za te jego humory zrzucić na zmęczenie i on na pewno w taki sposób by się tłumaczył (gdyby w ogóle mu się chciało). Ale ja  i tak mam tego po prostu dość. 
Od razu dodam, że dzisiaj ze strony Franka pod moim adresem nie padło ani jedno przykre słowo. Zachowywał się niby normalnie. Niby, dlatego, że mnie nie urządza to, że nie jesteśmy ze sobą, a tak jakby obok siebie i jeśli rozmawiamy to tylko o tym, co nas otacza i ewentualnie wymieniamy się informacjami o minionym dniu. Zresztą trudno mi to nawet opisać. W każdym razie, myślę, że postronny obserwator mógłby pomyśleć, że się czepiam, bo z boku wyglądało to na normalny dzień normalnej rodziny pewnie. A to, że się mało odzywałam i że wieczorem ja oglądałam sobie telewizję podczas gdy Franek drzemał - przecież to nic nadzwyczajnego i wiele małżeństw tak spędza wieczory. My również nie raz tak je spędzamy, rzecz w tym, że dzisiaj to, co się dzieje w mojej głowie jest inne od tego, co się w niej dzieje w inne dni. 
Niby nie jest źle, ale wcale też nie jest dobrze. Poza tym to, że nie jest źle zawdzięczam głównie sobie, bo wystarczy, że zaczęłabym drążyć temat i znowu by i się oberwało :) Pisałam już ostatnio o tym, prawda? Że wszystko byłoby super, gdybym ja się mniej "czepiała" :) Franek miałby spokój, a tego przecież w takich momentach najbardziej potrzebuje. Nie dochodziłoby wobec tego do jakichś nieprzyjemnych wymian zdań. Gdybym olała to wszystko i wzięła na wstrzymanie (co też zresztą niniejszym dziś czyniłam), to byłoby pewnie lepiej, tyle, że ja wcale nie czułabym się dzięki temu szczęśliwsza i tu jest właśnie pies pogrzebany.
Chciałabym napisać o czymś ciekawszym. Weselszym. Lepszym. Ale mi się nie chciało :D A że chciałam po prostu coś napisać, wyszło, co wyszło i w gruncie rzeczy nie wiem, co ma na celu ten post ;)

niedziela, 11 października 2015

Silne ochłodzenie.

Jakoś ma wrażenie, że się bardzo zimno zrobiło :/ Pogoda niby ładna, kiedy się siedzi w domu i wygląda przez okno, to odnosi się wrażenie, że to prawdziwa złota polska jesień, ale temperatura bardzo niska. Nawet jeśli ta na termometrze jeszcze ujdzie, to odczuwalna jest niższa. Już się pogubiłam w tej pogodzie i sama nie wiem, czy to typowe dla połowy października, ale wiem, że bardzo mi się to nie podoba. Być może gdybym siedziała w domu wzorem ubiegłego roku albo chodziła tylko do pracy i funkcjonowała w codziennym kieracie wzorem lat wcześniejszych, to by mi to aż tak nie przeszkadzało. Ale rzecz w tym, że codziennie wychodzę na spacery i marznę, zwłaszcza kiedy Wikingowi zdarza się zasnąć i chcę przysiąść na ławce, żeby książkę poczytać (i tak wiem, że takie dni są już policzone...) Wiking się niby urodził , więc niestraszne powinny być mi spacery w zimnie, ale ostatnie miesiące mnie pod tym względem rozpieściły. Poza tym zupełnie inaczej przecież spaceruje się z noworodkiem opatulonym tak, że widać mu tylko nos, który śpi przez cały spacer i jeszcze długo po nim, a inaczej z dzieckiem dziewięciomiesięcznym, które jest ciekawe wszystkiego. Jakoś musimy się do tej nowej rzeczywistości przestawić, bo lepiej to już raczej nie będzie. Następna wiosna dopiero...wiosną ;)

A tymczasem ochłodzenie nie tylko za oknem niestety :/ Kiedy to obchodziliśmy naszą rocznicę ślubu? Miesiąc temu? Wtedy to pisałam o gorszym czasie w naszym małżeństwie? Wspominałam o naładowaniu baterii. Miałam nadzieję na to, że to jakiś przełom i teraz już tak zostanie. Bla, bla, bla. Sielanka znowu się skończyła. Franek od paru dni ma wściekliznę i robi sobie ze mnie worek treningowy. Nie to, że się jakoś nade mną znęca, ale nie podoba mi się w jaki sposób się do mnie odnosi.Właściwie to nie wiem, jak z nim postępować. W żaden sposób nie mogę do niego dotrzeć - nie pomaga to, że jestem miła, że udaję, że nic mnie nie rusza i zachowuję się, jakby nigdy nic, nie pomaga, że dla odmiany postanawiam udawać urażona (no tak, czuję się urażona, ale raczej w takiej sytuacji wolę porozmawiać, niż tylko to okazywać), nie daje nic mój smutek ani beztroska. Nic. Złość też nie - a tej nawet nie muszę udawać. Bo było mi smutno i przykro, ale teraz to już właściwie jestem tylko na Franka wściekła i tyle. Co on sobie wyobraża. Rozumiem, że można mieć zły dzień, ale skoro jakiś czas temu zdecydował się, na życie razem z drugą osobą i założenie z nią rodziny, to uważam, że powinien się z nią liczyć. A wychodzi na to, że kiedy jemu coś dolega, to nieważne jest już to co ja myślę i czuję. Powinnam mu zejść z oczu, nie odzywać się do niego (a nie, przepraszam odzywać, ale tylko jeśli mnie o coś zapyta, problem w tym, że nie wiem w jaki sposób mam odpowiadać, bo nawet kiedy odpowiedziałam zupełnie normalnie, bez żadnej emocji, to rzekomo miałam jakiś dziwny ton) i się po prostu odczepić, zniknąć. 
Tak, to jest notka pisana pod wpływem emocji. Tak, wiem, że nie powinno się tego robić. Ale w tej chwili mam to gdzieś, bo jestem zwyczajnie wściekła. Mam ochotę naprawdę wypiąć się na Franka. Olać go. W jakiś sposób ukarać, zrobić coś, żeby zobaczył jak to jest (ale to chyba nie możliwe, bo on za bardzo gdzieś ma moją osobę, żeby go to obeszło :/), ale niestety nie wiem jak, bo nie byłam nigdy dobra w wyładowywaniu się na otoczeniu.
Naprawdę jestem wkurzona. Jasne, jest mi też przykro i smutno, ale wolę, żeby to wściekłość jednak brała górę, bo wtedy przynajmniej nie mam dołka, mam za to energię, żeby funkcjonować normalnie mimo wszystko. Trochę się boję wręcz, że wściekłość mi minie i wtedy zrobi mi się bardzo, bardzo źle :/ To tyle na dzisiaj.

środa, 23 września 2015

Skórzana po raz drugi.

A jednak udało się jeszcze dziś ;)
 
Już w lipcu byliśmy umówieni z moimi rodzicami, że przyjadą do nas w połowie września, aby umożliwić nam świętowanie rocznicy ślubu. Początkowo myśleliśmy, że może sobie pojedziemy gdzieś w jakieś fajne miejsce nieopodal, ale później stwierdziliśmy, że nawet stosunkowo bliska lokalizacja wymagałaby poświęcenia jakiegoś czasu na dojazd i zwyczajnie było nam go szkoda...

Pierwszą połowę dnia spędziliśmy wszyscy razem. Pojechaliśmy też na zakupy, bo miałyśmy z mamą kupony rabatowe do dwóch sklepów odzieżowych i w pojedynkę nie dałybyśmy rady ich wykorzystać, a tak nie było problem, żeby wydać np. 150 zł (dzięki czemu dostałyśmy 50 zł rabatu). A więc my przymierzałyśmy ubrania, a nasi trzej faceci czekali. Muszę Wam powiedzieć, że Wiking bardzo lubi galerie handlowe! Już kilka razy to zauważyliśmy. Wszystko go tam interesuje, rozgląda się z zaciekawieniem, jest bardzo cierpliwy, a najlepszy dowód na to, że jest mu tam dobrze, to ten, że potrafi zasnąć (Wiking nie zasypia jeśli czuje się niekomfortowo). Oczywiście nie oznacza to, że zawsze w czasie wolnym jeździmy do centrum handlowego i przesiadujemy tak godzinami :P Ale jest to dla nas wygodne, bo przecież musimy czasami oboje z Frankiem coś kupić a nie mielibyśmy co zrobić z dzieckiem. Wiem, że wiele takich małych dzieci w tego rodzaju sklepach łatwo "przebodźcować" i potem są bardzo nerwowe, dlatego cieszę się, że Wiking reaguje jednak inaczej. Niemniej jednak staramy się wybierać miejsca (lub czas), gdzie (lub kiedy:)) z reguły nie ma ogromnych tłumów. 

No ale to taka dygresja była tylko...  :) Wróciliśmy później do domu i wreszcie postanowiliśmy z Frankiem, co dalej! Kino! Oboje byliśmy co do tego zgodni, bo nawet nie rozmawialiśmy ze sobą wcześniej na ten temat - każde z nas we własnej głowie snuło plany spędzenia rocznicy. Po prostu kiedy przyszło do zwerbalizowania naszych pomysłów, okazało się, że są podobne :) Zawsze bardzo lubiliśmy chodzić razem do kina, bywaliśmy tam stosunkowo często i teraz nam tego brakuje. Ostatni raz oglądaliśmy film w kinie w listopadzie, być może pamiętacie naszą randkę... Mieliśmy w planie seans w Sylwestra, no ale niestety nasze plany zostały pokrzyżowane (i chyba tu się obejdzie nawet bez linka :P). Pomyśleliśmy więc, że kino w naszym wypadku to naprawdę będzie fajny pomysł na uczczenie rocznicy.
Mieliśmy trochę problem z wyborem filmu, bo na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że nie leci nic ciekawego. Albo jeśli jest ciekawe, to jakoś niepasujące na rocznicę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Everest i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry wybór, choć film raczej nieromantyczny ;)
Rodzice zostali z Wikingiem, a my pojechaliśmy. Dość szybko poczułam klimat rocznicowy, bo już w samochodzie. Nieobecność Wikinga zdecydowanie temu sprzyjała :) Kiedy wyszliśmy z samochodu Franek od razu mnie objął i pocałował, wiedziałam więc, że i on czuje się już w nastroju do świętowania. W kinie poczuliśmy się jak za starych dobrych czasów :) Film trzymał w napięciu i gatunek może niespecjalnie się kojarzy z romantycznym świętowaniem, ale jednak chyba sam fakt, że poszliśmy na niego we dwójkę do kina spowodował, że było, jak należy. Poza tym oboje byliśmy zadowoleni z wyboru, film nam się podobał i o to przecież też chodziło, bo jaki sens iść na jakieś romansidło (choć wiecie, że generalnie nie mam nic przeciwko nim:)) dla zasady i się później wynudzić lub zastanawiać się, czy ta druga strona jest wystarczająco zadowolona. W tym wypadku nie było tego problemu.

Po kinie jeszcze chwilę pochodziliśmy po sklepach i wróciliśmy do domu. W tym momencie muszę nadmienić, że kiedy już wyszliśmy z sali kinowej, z naszej dwójki to właśnie Franek był tym rodzicem, któremu bardziej się spieszyło do dziecka :) Nie chodziło może nawet o to, że się stęsknił, ale wiedział, że za chwilę pora kąpieli, czuł, ze pora wracać i trochę mnie popędzał. Zdaje się, że zwykle wygląda to na odwrót ;) On się tłumaczył, że po prostu nie chce nadużywać uprzejmości moich rodziców, żeby się nie zniecierpliwili, że tak długo nas nie ma, zwłaszcza, że wieczorem Wiking lubi sobie pomarudzić... Kto wie, może gdyby to teściowie opiekowali się Wikusiowi to też miałabym takie poczucie? :) 
W każdym razie, kiedy weszliśmy do domu zastaliśmy taki oto obrazek - mój tato leżał na podłodze, a Wiking się na niego wspinał. Mama siedziała obok i nadzorowała zabawę. Nasz syn ledwo zaszczycił nas spojrzeniem ;) Uśmiechnął się co prawda, ale zamiast podraczkować do nas (jak się spodziewaliśmy), wrócił do wspinaczki. W ogóle był we wspaniałym humorze. Głośno się śmiał i kiedy szykowaliśmy mu kąpiel, cały czas kręcił się nam pod nogami wielce zadowolony. Po kąpieli mój tata dostał w rękę butelkę i karmił Wikusia, a później poszedł go usypiać. A my z Frankiem szybko się przebraliśmy i wyszliśmy na odświętną kolację :) W windowym lustrze prezentowaliśmy się całkiem, całkiem - makijaż, szpilki, eleganckie spodnie, koszula - no wiecie, te klimaty ;) Zupełnie przypadkowo Franek włożył nawet koszulę pasującą do mojej sukienki :P
Zrezygnowaliśmy z pomysłu, żeby jechać znowu do Warszawy do restauracji, właśnie ze względu na wspomnianą wcześniej oszczędność czasu. Poszliśmy do restauracji, w której organizowaliśmy chrzciny, a która znajduje się kilkaset metrów od naszego domu. Trochę się obawiałam, że może taki wybór będzie za mało wyszukany i nastrój nie będzie odpowiednio podniosły, ale okazało się, że wszystko było tak, jak należy. W dodatku trafiliśmy na wieczór z muzyką na żywo, więc wytworzył się specyficzny klimat.
Naprawdę było bardzo przyjemnie. Mieliśmy czas na niespieszną rozmowę, delektowanie się zamówionymi daniami i wspólną chwilą. Później wróciliśmy spacerkiem do domu, trzymaliśmy się za ręce i czuliśmy się naładowani pozytywną energią :)

Nie mam złudzeń, że takie świętowanie sprawiło, że odtąd już będzie między nami tylko cudownie :) Nie wiem, na jak długo wystarczy nam energii w tych naszych akumulatorach, ale jednak jestem naprawdę pozytywnie nastrojona, bo obawiałam się, jakie będą te nasze obchody... Okazało się, że było tak, jak należy! Mam nadzieję, że jednak w codziennym kieracie uda nam się zachować pamięć o tym wyjątkowym dniu, ale przede wszystkim myślę sobie, że skoro nie zapomnieliśmy jeszcze, jak to jest być razem ze sobą w taki sposób, to chyba będą z nas ludzie ;)

piątek, 18 września 2015

Skórzana, choć w nienajlepszym wydaniu.

Zastanawiam się, jak ugryźć tę notkę, aby precyzyjnie wyrazić swoje uczucia a także rzetelnie przedstawić sytuację. I dochodzę do wniosku, że chyba i tak się nie da. Ale chociaż spróbuję napisać tak, żeby nie podlukrować z jednej strony, a z drugiej (i to chyba ważniejsze), aby nie wyolbrzymić problemu i nie przesadzić z dramatyzmem sytuacji...

Trzy lata po ślubie... Wydawałoby się, że ta rocznica będzie dla nas wyjątkowo szczęśliwa. Nasza rodzina się powiększyła, pojawił się owoc naszego małżeństwa a my oprócz roli małżonków dostaliśmy jeszcze rolę rodziców. I oczywiście nie umniejszam tego szczęścia, jakim jest dla nas Wiking. Ale jeśli chodzi o nas dwoje i o naszą relację, to niestety mam wrażenie, że trochę się pogubiliśmy.

Nie jest tak, że cały czas jest źle, oczywiście, że tak ogólnie rzecz biorąc jest w porządku i mamy też wiele bardzo przyjemnych, szczęśliwych chwil. Ale rzecz w tym, że nie ma już takiej sielanki, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie cztery, pięć lat. Chwilami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli do tego trudnego dla nas roku 2009 (tym bardziej, że właśnie skończyłam przenosić ten rok do archiwum, więc wspomnienia w miarę świeże), kiedy to nasz związek był bardzo emocjonalny i próbowaliśmy się uporać z kryzysem, co zresztą nam się przecież udało. Rzecz jasna teraz jest inaczej, bo jesteśmy małżeństwem i nawet kryzys ma inne oblicze, jakieś takie mniej wyraziste i trudno nawet stwierdzić, czy on naprawdę istnieje (bo zdania są podzielone :)). 
Oczywiście, że jest mi przykro z tego powodu. Chciałabym, abyśmy byli małżeństwem idealnym, wiecznie szczęśliwym, bez trudnych momentów. Ale coś szwankuje i nie bardzo potrafię znaleźć przyczynę. Być może chodzi o to, że jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni tym, że ciągle wiele rzeczy nie układa nam się tak, abyśmy mogli wreszcie poczuć bezpieczną stabilizację. Może męczy nas ciągła świadomość tego, że wisi nad nami widmo podejmowania kolejnych bardzo ważnych życiowych decyzji, które wcale nie są jednoznaczne. Wreszcie - może po prostu trochę pogubiliśmy się w tej nowej życiowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka, które siłą rzeczy zburzyło wcześniejszą harmonię. 
Tak, jak ostatnio pisałam, dziecko nie było w naszym wypadku czymś tak bardzo upragnionym, czego brakowało nam do szczęścia. Było ono nowym elementem naszej codzienności, którą musieliśmy trochę przemeblować dla niego. Być może właśnie byłoby łatwiej, gdyby Wiking stał się dla nas, dla mnie (bo właściwie powinnam przecież pisać za siebie) centrum świata. Kocham go, to oczywiste, ale nie jest to taka miłość, która przesłoniła mi całą resztę. Dla mnie zawsze bardzo ważne było małżeństwo jako związek dwojga. Istotne były dla mnie te magiczne momenty, których można doświadczyć tylko we dwoje. Pewnie, że teraz we trójkę doświadczamy innego rodzaju szczęśliwych chwil, ale to jednak nie jest to samo i akurat mnie doskwiera to, że nie może być tak jak dawniej. Bo nie może, nie oszukujmy się. I wiedziałam o tym od samego początku, chociaż liczyłam na to, że jednak nie będę tego aż tak przeżywać :)
Trudna codzienność jednak zrobiła swoje. Jesteśmy zmęczeni oboje. Tyle, że ja zawsze sobie ze zmęczeniem radziłam lepiej niż Franek. On teraz jest po pracy zmęczony tak samo jak był rok temu. Tylko, że rok temu miał więcej czasu i możliwości na regenerację. Teraz zawsze w domu jest coś do zrobienia. A kiedy już może się położyć i odpocząć, to ja się czepiam. 
Tak, przyznaję się otwarcie do tego, że się czepiam, ale zrozumcie też mnie - jestem cały dzień sama w domu z Wikingiem. Czekam z utęsknieniem na powrót męża z pracy, wcale nie po to, żeby zajął się Wikingiem i żebym miała święty spokój, tylko po to, żebyśmy spędzili razem czas, porozmawiali... A tymczasem on musi się położyć (po tym, jak zrobi obiad na przykład albo coś posprząta, bo taki się u nas dokonał podział obowiązków). Oczywiście umożliwiam mu to i na przykład zabieram Wikinga na spacer. Nie jest tak, że nie rozumiem jego potrzeby odpoczynku, ale po prostu dla mnie to trochę za długo no i właśnie mam tę potrzebę, abyśmy spędzili popołudnie razem.
Uwielbiam momenty, kiedy jesteśmy we trójkę w jednym pokoju, Franek nawet sobie może leżeć i drzemać, ale jest już zupełnie inaczej niż kiedy idzie spać do sypialni (a jednak, żeby odpocząć porządnie to woli się tam przespać). Albo kiedy coś robimy - może to być nawet sprzątanie :) Już ostatnio Wam pisałam, że Wiking bardzo lubi, kiedy się krzątamy po domu a on może chodzić za nami i się przyglądać.
W pewnym momencie bardzo zaczyna mi brakować swego rodzaju duchowej bliskości. Zawsze tak było, zawsze nadchodził taki moment, kiedy czułam, że coś jest nie do końca tak, jakbym chciała. Ale wtedy zazwyczaj wystarczał jeden wspólny weekend albo nawet dzień - spędzony na relaksie we własnym sosie, na beztroskim wypadzie do miasta i już baterie naszego związku się ładowały i wracała sielanka. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości. Na co dzień wspólne mamy tylko wieczory - bardzo krótkie, bo chodzimy wcześniej spać ze względu na to, że wcześnie wstajemy. Są to zwykle jakieś dwie godziny. I choć często coś wtedy razem oglądamy albo - jak ostatnio - gramy, oczywistym jest, że czasami każde z nas chce je spożytkować na jakiejś swojej przyjemności. Dlatego nie mam pretensji, kiedy np. Franek chce sobie wieczorem pograć na komputerze, bo wiem, że czasami nie ma na to czasu przez kilka dni z rzędu a dla niego to taka sama przyjemność jak dla mnie czytanie albo blogowanie. Ja zresztą też czasami czekam na wieczór, bo chcę zrobić coś dla siebie, na co czekałam przez cały dzień.

Kiedy Franek ma wolny dzień, zazwyczaj od razu robi się między nami lepiej. Właśnie dlatego, że spędzamy ten czas rodzinnie. Wychodzimy na spacery, jeździmy na wycieczki, razem ogarniamy mieszkanie. Mamy czas na rozmowę i wtedy zwykle jest dobrze. Problem w tym, że te nasze baterie chyba się zużyły i mają jakąś krótszą wytrzymałość niż kiedyś, bo ta sielskość nie wystarcza na dłużej. Kiedyś najczęściej sielanka była codziennością, złe chwile momentami. Teraz codzienność jest po prostu codziennością, a momenty już bywają zarówno sielskie jak i złe... 

Problemem jest to, że trudno o tym rozmawiać, ponieważ Franek generalnie nie widzi tego co ja. Pewnie kłania się tutaj znowu różnica w postrzeganiu. Dla niego to wszystko jest chyba dużo mniej skomplikowane i sprowadza się do tego - jestem zmęczony, to zwykle jestem zły, daj więc mi lepiej spokój. Mam wolne, jestem wypoczęty - mam dobry humor, kochanie! Otóż to. Bo ja się przyznałam do tego, że się czepiam, ale Franek bez winy nie jest, bo rzecz w tym, że tak jak pisałam ostatnio, to jaki on ma nastrój bardzo się na mnie odbija. Niestety kiedy Franek jest zmęczony i w złym humorze to często chodzi wściekły i choć czasami nawet tego nie zauważa, odzywa się do mnie nieuprzejmie. Mnie to boli, mówię mu żeby tak się nie odzywał, a on się wkurza jeszcze bardziej, bo mówi, że mi się zdaje i przesadzam. To samo zresztą mówi, kiedy ma dobry dzień i ja (nauczona doświadczeniem wiem, że czasami lepiej z rozmową poczekać na jego lepszy nastrój) skarżę się na to, co było. On zawsze podkreśla, że mi się wydaje i mówi normalnie. Tymczasem ja czuję co innego. I nie wiem, jak to rozwiązać. Czasami zdarza mu się naprawdę przesadzić, ale wtedy zawsze przeprasza, to muszę mu przyznać. Nawet z kwiatkiem. I nawet na kolanach za jakąś głupią odzywkę... Niestety na dłuższą metę nie rozwiązuje to problemu.

Wydaje mi się, że znowu problemem może być to, o czym ostatnimi czasy tak dużo tu piszę. Czyli moje podejście, moje oczekiwania, mój perfekcjonizm i moje wysokie wymagania. Względem siebie, względem dziecka, względem męża, względem codzienności i życia w ogóle. Znowu może być tak, że inna na moim miejscu machnęłaby ręką na zły humor faceta i cieszyłaby się, że tyle robi w domu. Nie chce gadać? Niech nie gada, zajmę się swoimi sprawami, w końcu mu przejdzie... Ja też wiem, że Frankowi przejdzie i też się zajmuję swoimi sprawami, ale jednocześnie jest mi przykro i nie chcę, żeby tak było. Wiem, że pod wieloma względami mam w domu skarb - gotuje, sprząta, pamięta o mnie, zresztą przecież wiecie jak jest, bo często o tym piszę. Kiedy nieraz słyszę o jakimś facecie, mężu/chłopaku koleżanek lub znajomych to ręce załamuję i myślę sobie, że w życiu nie chciałabym mieć takiego chłopa. A jednak one są z nim bardzo szczęśliwe i wcale nie przeszkadza im to, co dla mnie byłoby bardzo uciążliwe. Dlatego próbuję sama sobie uzmysłowić, jak wiele mam. Ale jednocześnie czasami tak bardzo doskwiera mi to, o czym napisałam powyżej...
Wiem doskonale, że mogłoby się nam układać dużo lepiej, gdybym odpuściła. Nie czepiała się tego i tamtego. Odpuściła focha na to, że Franek w wieczór poprzedzający dzień wolny zasnął przed telewizorem a nie w sypialni, nie narzekała na piwo, które sobie tego wieczoru wypije. Gdybym po prostu czasami się zamknęła. Ale to nie w moim stylu po prostu. Mam udawać, że nie denerwuje mnie coś, co mnie denerwuje...? Z drugiej strony wiem też doskonale, że mogłoby się nam układać lepiej, gdyby Franek chodził mniej wkurzony, mniej zmęczony itp... I koło w pewnym sensie się zamyka.

Miało być o naszym małżeństwie, a znowu wyszło sporo o mnie - ostatnio się robię bardzo egocentryczna :D W każdym razie, podsumowując - nie chodzi o to, że jest bardzo źle. Raczej o to, że nie jest tak pięknie jak kiedyś. Że te piękne są tylko momenty, a nie całe dni i tygodnie. Tęsknię za tym i przez to wydaje mi się, że nie jest dobrze. Dochodzi do tego poczucie osamotnienia  i niezaspokojona potrzeba tej duchowej bliskości, o której wspomniałam. Z naszej dwójki to ja mam poczucie, że coś jest nie w porządku, to mnie czegoś brakuje i to ja chcę coś naprawiać. I sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony dobrze, bo może być tak, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem fajną parą, która przechodzi przez normalne etapy i która miewa normalne gorsze dni jak każda inna. Z drugiej źle, bo skoro tylko ja widzę problem, który naprawić można jedynie we dwójkę, to jak tego dokonać?

No i taka jest ta nasza trzecia rocznica. Pełna refleksji i przemyśleń. Zadowolenia z jednej, niedosytu z drugiej strony. Wiem, że oboje nadal chcemy ze sobą być i że problemem nie są wzajemne uczucia bądź ich brak. Możliwe, że po prostu rozmijamy się z oczekiwaniami...

Trudno pisać tego rodzaju notki, bo zawsze jest obawa, że zostanie ona źle odebrana. Nie chciałam się tu skarżyć na męża. Nie chciałam go też wybielać. To samo zresztą dotyczy mojej osoby. Nie oczekuję też rad, bo przecież tak naprawdę i tak nie wiecie jak jest, bo żadne słowa nie oddadzą pełni tego, co się dzieje u nas na co dzień, zwłaszcza, że sama wiem, że to wszystko nie jest jednoznaczne. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - nie chciałabym, żeby zostało to odczytane tak, że pojawienie się Wikinga wszystko nam zepsuło. Nie, absolutnie. Czas ciąży był pięknym czasem dla naszego małżeństwa, pierwszy miesiąc z Wikusiem również taki był a i kolejne miesiące codziennie przynoszą nam kolejne powody do radości. Jasne, że dziecko wiele zmieniło w naszym życiu, ale na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną tego, jak się między nami układa, bo to jest tylko i wyłącznie zależne od naszej dwójki i tego, jak sobie będziemy radzić ze wszystkimi okolicznościami.

Ufff, napisałam :) Jest mi lepiej, bo chciałam się wygadać i - znowu - poukładać sobie wszystko w głowie. Chciałabym bardzo, żebyśmy sobie z tym kryzysem-niekryzysem poradzili, żeby wróciło dawne poczucie spełnienia w małżeńskiej miłości. Żeby wszystko szło w dobrą stronę... Ale nie wiem, jak będzie wyglądała ta notka za rok. Nie jest łatwo pisać o czymś takim, bo nikt, a osoby tak ambitne jak ja w szczególności, nie lubi się przyznawać do jakiejś porażki czy też do tego, że nie jest cudownie. Ale z drugiej strony ciągle liczę na to, że wszystko wróci. Taka jest prawda, którą uświadamiam sobie w tych naprawdę trudnych chwilach.. Że czegokolwiek bym Frankowi nie powiedziała, zawsze ma to jeden cel - chcę, żebyśmy byli dalej szczęśliwi razem, nie osobno.

Tymczasem jutro przyjeżdżają moi rodzice. Na pewno zajmą się przez jakiś czas Wikusiem, podczas gdy my gdzieś razem wyjdziemy, bo od początku taki był bezpośredni cel ich wizyty. Zobaczymy, co nam ten weekend przyniesie.

piątek, 17 lipca 2015

Skok w kolejny rok.

Dziś mija nam kolejny wspólny rok. To już razem dziewięć. Dokładnie dziewięć lat temu, w ciepły lipcowy wieczór się poznaliśmy, spędziliśmy razem noc (ale to nie tak, jak myślicie ;)) i w zasadzie od tamtej pory jesteśmy razem.
Wielkiego świętowania dzisiaj nie było. Trochę nad tym ubolewam, ale odkąd wzięliśmy ślub Franek już nie jest tak chętny do celebrowania tej właśnie rocznicy, bo twierdzi - nie bez racji - że ta wrześniowa jest ważniejsza. Ja właściwie się z nim zgadzam. Jeśli mam być szczera to i ja od trzech lat nie czuję tego klimatu do świętowania - może to kwestia tego, że nie wyjeżdżamy (wcześniej zwykle akurat byliśmy na wakacjach), może tego, że nie dzieje się nic niecodziennego, w tym roku może to jeszcze dodatkowo obecność Wikinga... W każdym razie jakoś też nie czuję magii tego dnia, zaciera mi się trochę jego znaczenie, bo to, że jesteśmy razem stało się w pewien sposób... oczywiste :)
 Trochę mi żal, ale jakoś tak samo wychodzi. Pamiętamy o tym dniu, rozmawiamy, robimy małe podsumowanie (choć rzecz jasna z mojej inicjatywy, bo to ja taka "podsumowująca" jestem :)), składamy sobie życzenia i mówimy o tym, jak dobrze, że kolejny wspólny rok za nami i cieszymy się na następne. Ale bez wielkiego celebrowania.
Dziś na przykład po prostu cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Franek miał wolne i wyszliśmy we trójkę na długi spacer podczas którego odbyliśmy przyjemną pogawędkę. Chyba fakt, że spędziliśmy ten dzień razem powoduje, że jakoś nie czuję, że jest wybrakowany :)

Miniony wspólny rok był przede wszystkim przełomowy! Dziewięć lat temu właśnie gdzieś zostało zapisane, że z tej naszej znajomości urodzi się Wiking. Bardzo lubię tego rodzaju rozważania - że gdyby nie ten jeden dzień, zbieg okoliczności i suma zdarzeń, wszystko potoczyłoby się inaczej i bylibyśmy oboje w zupełnie innym punkcie życia. Ale najbardziej niesamowite jest właśnie to, że tamten dzień zadecydował o tym, czy Wiking będzie istniał, czy nie... On nawet jeszcze nie wie o tym, że w pewnym sensie 17 lipca 2006 roku był najważniejszym w jego życiu ;)
W każdym razie, wracając do tego wspólnego roku - razem czekaliśmy i razem przeżyliśmy narodziny naszego dziecka. To był bardzo ważny czas, ale przyniósł wiele zmian. I to prawda, że narodziny dziecka są sprawdzianem dla związku. Na pewno można się wiele na swój temat dowiedzieć, ale przede wszystkim siłą rzeczy to wydarzenie ma wpływ na relację między dwojgiem ludzi. 
Dla nas ostatnie półrocze było bardzo... Hmm, szukam odpowiedniego słowa i chyba będzie nim "burzliwe". Oczywiście nie wiem, jak by to wyglądało, gdyby nie Wiking, ale zdecydowanie trochę nam w życiu namieszał. Z jednej strony jego pojawienie się bardzo nas do siebie zbliżyło. Z drugiej spowodowało, że bywamy zmęczeni i mamy mniej czasu na wszystko, co może rodzić frustrację. Ta frustracja czasami się odbija na naszym związku. Jednak wcale nie uważam, że to przez pojawienie się dziecka. Raczej przez nasze charaktery.

Czasami miewamy naprawdę trudne dni. Franek jest zmęczony a to u niego zawsze powodowało poddenerwowanie. Zamyka się wtedy w sobie, a mnie jest trudno się z tym pogodzić. Próbuję z nim rozmawiać, on nie chce, ja się denerwuję, smucę, czasami płaczę. On z kolei na to reaguje jeszcze większym zdenerwowaniem i koło się zamyka. Ale najtrudniejsze jest to, że... zdaniem Franka nic złego się nie dzieje. I przez to ja sama głupieję trochę i zastanawiam się, skąd wobec tego u mnie ponure myśli na temat naszego związku. To nie zdarza się często i teraz, kiedy wszystko jest w porządku, nawet dziwnie mi się o tym pisze, bo nie umiem się wczuć w te emocje, które wtedy mnie dopadają. W każdym razie czasami jestem naprawdę pełna żalu i mam wrażenie, że nie damy rady, a krótko potem znowu wszystko wraca do normy i jest dobrze. Czasami dzieje się tak po rozmowie, a czasami ot tak, bez przyczyny, nagle jest w porządku i wszystkie moje obawy ulatują.
Może więc problem tkwi we mnie (choć jestem przekonana, że gdyby nie to, że Franek bywa taki nerwowy, to byłoby nam łatwiej). Może za dużo analizuję, niepotrzebnie drążę i suszę głowę Frankowi czasami. Ale w tych gorszych dniach po prostu nie umiem inaczej.
Jednak jakkolwiek by nie było, cały czas trwamy przy sobie i żadne z nas nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Tego jednego jestem pewna - że nawet kiedy Franek warczy i ma fochy, to w gruncie rzeczy nie jest to skierowane przeciwko naszemu związkowi i dla niego to jest oczywiste, że jesteśmy i będziemy razem. Wiem, że jego uczucia się nie zmieniają. Ale może właśnie dlatego tak trudno jest mi wtedy, bo myślę, o ile łatwiej byłoby, gdyby nie te jego (i moje pewnie też) złe dni.
Cóż, oboje swoje mamy za uszami, taka jest prawda. Nie jesteśmy ideałami. I nasze małżeństwo też idealne nie jest. Jesteśmy razem szczęśliwi, jest nam razem dobrze, ale przyznam, że chciałabym, żeby niektóre rzeczy się nieco poprawiły. Tęsknię za tym czasem między nami z okresu 2010-2013, mam wrażenie, że wtedy to była sielanka. Może więc to okoliczności sprawiają, że teraz jest jak jest, bo przecież mniej więcej od dwóch lat musimy borykać się z różnego rodzaju problemami.
Mam jednak nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzimy i więcej będzie tych dobrych dni. Takich jak dziś. Kiedy zapewniamy się o wzajemnym przywiązaniu i o tym, jak jesteśmy dla siebie ważni. Właściwie to, że jesteśmy razem jest fundamentem wszystkiego. Musimy chyba popracować nad tym, żeby o tym nie zapominać w żadnej sytuacji.

Chaotyczna trochę ta dzisiejsza notka, bo właściwie chyba sama sobie jeszcze tego w głowie nie poukładałam. A może dzisiaj po prostu nie mam najlepszego dnia na tego rodzaju analizy i jeszcze kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach, a nie przy rocznicy do tego wrócę :)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Udany egzemplarz

Nie mówcie tego Frankowi (choć pewnie sobie prędzej, czy później sam przeczyta :P), ale powiem Wam, że mam wspaniałego męża. Niby już wcześniej o tym wiedziałam, ale ostatnio przekonuję się o tym każdego dnia.
Pisałam wiele razy, że zawsze mogę na niego liczyć jeśli chodzi o domowe sprawy - wyręczał mnie w wielu domowych pracach, których nie znosiłam, kiedy pracowałam, zawsze wracałam do domu a na stole już czekał na mnie obiad. Do tego doskonale rozumiał, jakie potrzeby ma kobieta - sam proponował mi ubraniowe zakupy od czasu do czasu, doradzał, namawiał do kupna kolejnej kurtki, w której wyglądałam ładnie. Wiele razy słyszałam od niego zdania typu: "jesteś kobietą, musisz mieć dużo butów" :) Potrafił docenić, kiedy się dla niego (albo i nie :P) wystroiłam, często komentuje pozytywnie mój wygląd, nie zapomina o komplementach.
Ale w ostatnim czasie jest dla mnie jeszcze większym oparciem. Nie dość, że był przy mnie, kiedy musiałam być w szpitalu to jeszcze doskonale spisał się przy porodzie - będę o tym pewnie jeszcze pisać, ale naprawdę, bez niego chyba nie dałabym rady... Dał mi ogromne wsparcie, był przy mnie w jednym z tych najważniejszych momentów w życiu i chyba nigdy mu tego nie zapomnę - ani tego, jak się wtedy zachowywał (mimo, że wcześniej mnie wkurzył! :P) Ale odkąd jesteśmy w domu, niemal w każdym momencie Franek uświadamia mi swoim zachowaniem, że nie mogłam trafić lepiej. Zajmuje się właściwie wszystkimi domowymi sprawami - nawet kiedy chcę pozmywać albo pozamiatać, to mówi, że on się tym zajmie. Gotuje, w dodatku robi mi śniadania, obiady i kolacje. Kiedy karmię małego, on zajmuje się resztą - w dodatku ze względu na to, że ruchowo jestem trochę ograniczona, przynosi mi wszystko, czego potrzebuję. Pomaga mi też przy Wikingu. Niby to oczywiste, ale przecież różnie bywa. A tymczasem on kąpie go razem ze mną, przewija go, zajmuje się nim, gdy ten płacze.
Staram się zawsze umyć zanim będziemy kąpać Wikinga, bo potem muszę go nakarmić i położyć spać, więc sama chcę już być ogarnięta. Normalnie wieczorna toaleta przebiega u mnie w tempie ekspresowym - (zawsze wystarczał blok reklamowy przy "Na wspólnej" :)), ale dzisiaj byłam w łazience aż 20 minut. W tym czasie Franek zabawiał Dzieciaka. Wyszłam i mówię: "Przepraszam, że tak długo, dzisiaj trochę mi zeszło, bo jeszcze goliłam nogi a potem smarowałam się tym i tamtym..." Na co Franek odpowiedział po prostu: "Nic nie szkodzi, dobrze, że zajmujesz się sobą i o siebie dbasz". A najważniejsze dla mnie było to, że w jego ustach naprawdę zabrzmiało to jako coś tak oczywistego, że absolutnie nie mam żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że zajmowałam się sobą zamiast dzieckiem albo mężem :)

czwartek, 17 lipca 2014

Bynajmniej nie o jedzeniu

Szykujemy wczoraj wieczorem spóźniony obiad. To znaczy Franek szykuje, a ja się kąpię. Przychodzi do łazienki i pyta się mnie:
F: Ile chcesz paluszków rybnych?
M: Hmm... normalnie zjadłabym trzy, ale jakoś teraz tak późno się zrobiło to nie mam ochoty.. Dwa!
Za chwilę wychodzę z łazienki i reaguję na wezwanie Franka, że mam sobie nakładać. Jakoś tak mi zapachniało i ładnie zawyglądało... Nałożyłam sobie trzy... Patrzę na Franka i czekam na jego reakcję:
F: Wiedziałem, że trzeba usmażyć jednego więcej. Zawsze tak jest.
Po chwili nakłada mi ziemniaki:
M: Ee, coś za mało, jeszcze mi nałóż..
F: Nie zjesz!
M: Zjem, jednak jestem głodna. Mogę trochę wziąć od ciebie? No nie żałuj miii...
F: Echh.. no dobra, tylko potem nie zdychaj, że się za bardzo najadłaś. Ty zawsze jesz oczami!
Po 10 minutach:
M: Franuuuś.... Weźmiesz ode mnie troszkę ziemniaczków, bo ja już nie mogę...?
F: (spoglądając na mój talerz) Wiesz, że to jest właśnie ta porcja, której ci "pożałowałem" ?

Ach, jak on mnie dobrze zna :) Wszak miał czas, żeby mnie poznać - dziś właśnie mija osiem lat od naszego pierwszego spotkania, a że czasu nie marnowaliśmy, to również od czasu naszego "bycia razem". I to o tym ma być dzisiejsza notka :)

Jutro zaczynamy kolejny, dziewiąty już wspólny rok. Tym samym zdałam sobie sprawę z tego, że w ubiegłym roku w mojej notce "Szczęśliwa siódemka, czy kryzys siódmego roku" zwyczajnie popełniłam błąd w obliczeniach :) Bo owszem, rocznica była siódma, ale rozpoczynający się wspólny rok, nad którym się zastanawiałam był już ósmy :) Jaki był?

Trudny. Oj, bardzo trudny, zwłaszcza na początku. W lipcu 2013 wydawało się, że wychodzimy na prostą, pojawiła się propozycja pracy dla Franka, wszystko zmierzało ku temu, że znowu będziemy razem. Ale później okazało się, że tak naprawdę czekają nas bardzo trudne miesiące. Ech, nawet nie chce mi się do tego wracać :(
To był też trudny rok dla nas jako małżeństwa. Może nie kryzysowy, ale bywały naprawdę trudne dni, kiedy nie potrafiliśmy sie porozumieć i odnaleźć. Franek był zmęczony swoją chorobą a później bezrobociem. Ja cały czas martwiłam się tym, co będzie. Trudno było nam dojrzeć jakieś perspektywy. Oboje byliśmy sfrustrowani i nie potrafiliśmy się wzajemnie pocieszyć. Za Franka mówić nie mogę, ale wiem, jak czułam się ja - potrzebowałam pocieszenia, przytulenia i słów, że jakoś się ułoży - ale potrzebowałam tego ciągle. A Frankowi się wydawało, że jak już raz to powiedział, to powinnam przestać się martwić i dlaczego ja znowu płaczę..?
Ale pomimo tych ciężkich czasów było też wiele dobrych dni między nami - na pewno więcej.  Nie zwątpiliśmy w siebie. Ja nie miałam pretensji do Franka, że nie ma pracy, on nie miał do mnie żalu, że to przeze mnie dla mnie zrezygnował z tej, którą tak lubił... A przecież mogło się tak zdarzyć. Być może mieliśmy przejściowe kłopoty ze zrozumieniem swoich wzajemnych potrzeb emocjonalnych, ale nie kłóciliśmy się wcale dużo i nasz związek funkcjonował całkiem harmonijnie.
Mam nadzieję, że to już za nami...Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie zmierzało w dobrym kierunku i najgorsze naprawdę za nami. To co było, znowu przetrwaliśmy. Pewnie wiele jeszcze prób nas czeka, ale przezwyciężając te przeciwności losu z ostatniego roku dołożyliśmy kolejną cegiełkę, aby wzmocnić tę budowlę, jaką jesteśmy MY.
Podsumowując - mimo, że nie siódmy :) - to był kryzysowy rok, ale tak życiowo, a nie dla naszego związku.

Świętować pewnie jakoś szczególnie nie będziemy, bo jak zawsze w lipcu mamy kumulację małych uroczystości i zazwyczaj wszystkie obchodzimy w dniu moich urodzin. Poza tym teraz waga tego dnia nieco się zmniejszyła, bo ważniejsza jest dla nas rocznica ślubu. Niemniej jednak osiem wspólnie przeżytych lat to jest coś i warto o nich pamiętać :) Warto, by ten dzień był niezwykły w swej zwyczajności choćby przez pamięć o tym, że tylko zbieg okoliczności sprawił, że się spotkaliśmy. A z drugiej strony może i tak miało być, skoro tak szybko stwierdziliśmy, że coś między nami jest. Myślę, że zostanę przy tym, że widocznie ten zbieg okoliczności miał się wydarzyć i mało brakowało, aby było inaczej, ale jednak te lata wyglądały właśnie tak, a nie inaczej.

Szkoda, że nie mogę cofnąć się w czasie i powiedzieć tamtej Margolce, która o tej porze właśnie jechała do pracy i odliczała godziny do wieczornego świętowania z okazji pomyślnego zakończenia sesji z Dorotą, że tego własnie wieczoru, nie ruszając sie z domu pozna swojego przyszłego męża, a za osiem lat będzie spodziewającą się dziecka szefową "działu" logistyki w warszawskiej firmie.
Ciekawe jaką miałaby minę :P

Na ten rok i kolejne życzę nam tylko jednego - oby tak dalej... "Tamto" niech nie wraca...

piątek, 11 lipca 2014

Koślawe dialogi, na dobry weekend :)

 Dziwny dzień mam dzisiaj od rana, wstałam jakaś połamana i wszystko robię w zwolnionym tempie. Ale w pracy z robotą wyrobiłam się dzisiaj dość szybko i teraz dopadł mnie syndrom piątku, czyli przebieram już nogami, żeby wyjść z biura i rozpocząć weekend, mimo, że wcale nie jest specjalnie obiecujący. Ale jednak co wolne to wolne :) Czas umilam sobie konwersacją smsową z Dorotą. Rozmawiamy sobie o grupie krwi, bo właśnie się dowiedziałam, że Franek ma najrzadszą na świecie AB- (ja mam 0+). Napisała, że nie wie jaką ma, ale jej tato też ma AB- i jakiś lekarz jej mówił, że prawdopodobnie ma też minus na co odpisałam jej:

M: Bo podobno w 60% rh dziedziczy sie po ojcu. Dzieciak może po Franku minus odziedziczy (chociaż on dostał po mamie) a kijowo trochę z minusem
D: Jak chłopak to pół biedy. Gorzej jak dziewczynka. Ale teraz to już nie ma z tym takich problemów.
M: No, ale i tak lepiej zeby był plus :) 
D: A ja bym wolała minus. Wtedy jest takie mniej popularne :D
M: Ale więcej problemów :) Zresztą plus zawsze się lepiej kojarzy :P
D: Ja żyję prawie 30 lat. Nie wiem jaką mam grupę i też nie mam z tym problemu. A zero też się źle kojarzy!
M: Wcale nie! Zero to równowaga. A poza tym to z plusem jest:)
D: Taaa, jasne :D
M: Gupia jesteś Ty minusie jeden!
D: Przynajmniej zerem nie jestem!

 ***
Jakiś czas temu leżeliśmy sobie z Frankiem na łóżku i rozmawialiśmy. On leżał w taki sposób, że głowę miał na moim brzuchu. Ja byłam tego dnia jakaś nieswoja, trochę się martwiłam różnymi rzeczami. Franek pyta mówi więc:
F: Co się stało? Widzę, że coś ci leży na żołądku...
M: Taa.. Twoja głowa...

***
To przypomniało nam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to miałam poważną kontuzję pleców i nie mogłam samodzielnie funkcjonować bez pomocy Franka. Pewnego dnia musiałam umyć głowę. Ale oczywiście nie wchodziło w grę utrzymanie zwykłej pozycji pochylonej nad wanną, więc  pochyliłam się, ale podtrzymując się obiema rękami krawędzi wanny, a Franek miał mi umyć włosy.
Odkręcił więc wodę, nalał mi na włosy szampon, a nagle ja zaczęłam krzyczeć "auuua, ał, ał, boli" jednocześnie śmiejąc się. Franek kompletnie zgłupiał i pyta się mnie - co? co się stało? woda za gorąca, czy co?. Ale ja nadal cały czas się śmiałam i krzyczałam, że boli... 
W końcu udało mi się jakoś opanować i przez śmiech wykrzyczałam:
zejdź z mojej stopy!! :D

wtorek, 8 lipca 2014

Inny smak piłki.

Bardzo rzadko mi się to zdarza - żeby nie napisać, że nigdy - żebym z takimi odczuciami wracała z weekendu :( Żal mi, bo wiele rzeczy poszło nie tak, jak powinno.Z perspektywy czasu żałuję, że choć wiedziałam, czego się spodziewać, nie przygotowałam się na to lepiej, a wręcz nastawiłam się nieco negatywnie. Jestem zła na siebie i jest mi trochę przykro, mimo, że wszystko jest niby w porządku. Ale ja nie lubię po prostu takich sytuacji. Ech, muszę chyba zmienić temat.

O Mundialu jeszcze w tym roku nie było! A przecież zawsze przy takich piłkarskich okazjach ten temat się u mnie na blogu pojawia :)) A tu już mistrzostwa prawie się kończą, mamy półfinały a ja pół słowa nie wspomniałam. 
W tym roku Mundial ma inny smak. I to nie tylko dlatego, że nie ma smaku żółtego Reddsa, po którym nadal mam żałobę, ani nie dlatego, że nawet, gdyby Reddsa nadal produkowali, to i tak nie mogłabym go wypić. Swoją drogą - zawsze mówiłam, że jeśli kiedyś będę w ciąży to najbardziej będzie mi brakowało piwa! Dziewczyny (zazwyczaj w rodzinie Franka, bo tak poza tym, to nie mam za bardzo styczności z ciężarnymi), które miały już ciążę za sobą twierdziły, że w ogóle się o tym nie myśli i że gadam głupoty. Cóż, może one nie myślały! Ja piwo bardzo lubię i choć nie piłam z jakąś wielką regularnością, to denerwuje mnie, że teraz nie mogę ot tak, po prostu się napić i muszę zadowolić się niuchem z kufla Franka :) Pachnie bosko! :) Wracając jednak do mundialowego smaku -  doskwiera mi, że mecze są późnym popołudniem a teraz już tylko późnym wieczorem i to też powoduje, że nie jest tak, jak zawsze było, bo często drugą połowę oglądam już śpiąc :) Poza tym, nie było upałów, a te też zazwyczaj kojarzyły mi się z tym świętem piłki. Pomijam już to, że z tymi mistrzostwami już zawsze będzie mi się kojarzyła historia Wielkiej Brytanii, bo w 2006 roku to właśnie przy meczach uczyłam się na egzamin :) Zdałam na 5 ;) Śmiejemy się z Dorotą, że to dlatego, ze oglądałyśmy je bez głosu - w każdym razie tak właśnie doradziła Dorota swoim studentom, którzy tłumaczyli jej się z nieprzygotowania tym, ze oglądali do późna mecz :))
No inny smak ma ten Mundial. Ale to pewnie dlatego, że wszystko wokół mnie tak bardzo się zmieniło...

Niemniej jednak nadal lubię te mistrzostwa, mimo, że... Cóż, chciałoby sie napisać, że nie lubię piłki nożnej, ale nie wiem, czy to się nie wyklucza z tym pierwszym :D W każdym razie, przy żadnej innej okazji meczów nie oglądam, a Euro i Mundial tak. Myślę, że jestem pod tym względem wymarzoną żoną dla Franka, bo nie dość, że mu nie marudzę i nie jestem nadąsana, że ośmielił się obejrzeć mecz, to oglądam razem z nim - nawet jeśli przysypiając ;) Nie mam Frankowi za złe nawet tego, że piłkę kopaną ogląda także "poza sezonem" i na przykład w środy nie mogłam oglądać Bitwy o dom, bo leciała Liga Mistrzów :) Jak nietypowa niewiasta, mimo wszystko potrafię zrozumieć, że on po prostu lubi piłkę nożną (choć nijak nie potrafię zrozumieć za co :)) i cieszę się, że nie jest to jakieś fanatyczne uwielbienie :) A na czas mistrzostw czuję się nawet taka wtajemniczona i lubię to wspólne zasiadanie przed telewizorem albo wysyłanie Frankowi smsów z wynikiem, kiedy akurat musi być w pracy.

I jak zawsze, trochę mi szkoda, ze Mundial dobiega końca (chociaż oczywiście, gdyby odbywał się częściej lub trwał dłużej, to już nie byłby dla mnie atrakcją - żadnej Ligi Mistrzów ani rozgrywek ligowych nie oglądam ani się nimi nie interesuję), mimo, że te ostatnie mecze nie są z udziałem drużyn, za które trzymałam kciuki. O właśnie! To też właśnie świadczy o tym innym smaku niż zwykle! Wyjątkowo w tym roku niemal każda drużyna, za którą trzymałam kciuki przegrywała! Nie wiem, chyba straciłam swoją moc przynoszenia szczęścia :D

czwartek, 3 lipca 2014

Miało być romantycznie! A u nas jak zwykle :)

Niedyskretna zapytała, jak się dowiedziałam i jak dowiedział się Franek. No to dzisiaj właśnie o tym :)

Wiedziałam już od kilku dni. Ale czekałam na dobry moment. W końcu nadszedł - Franek wrócił z pracy. Podałam więc uroczysty obiad (tylko obrusa i świeczek nie mogłam znaleźć) a potem wręczyłam Frankowi małe zawiniątko z dziecięcymi bucikami w środku.



Nie no, żartuję, niczego nie wręczałam.
Po prostu powiedziałam. Popłakaliśmy się ze szczęścia a potem dostałam od Franka kwiaty. Też żartuję :)

Tak to pewnie powinno wyglądać? A w każdym razie tak to najczęściej wygląda na filmach, prawda? :) Ale nie u nas :P My na to jesteśmy zbyt pospolici :D

***
Wspomniałam niektórym z Was, że pomimo naszego "przegadania", to jednak było dla nas - a chyba szczególnie dla mnie zaskoczenie :) Niby nie powinno, bo przecież wiem, skąd się biorą dzieci, a jako, że stosowaliśmy zawsze tylko NPR (swoją drogą nie zawiodła mnie ta metoda w żadnej kwestii póki co i wiele się dowiedziałam o swoim organizmie), to doskonale znam swój cykl i wiedziałam z czym może się wiązać podjęcie przez nas decyzji, że "zobaczymy". Ale jednak traktowałam to trochę jak trafienie - powiedzmy - piątki w totka - niby realne, ale rzadko się zdarza. Chwilami myślałam sobie, że fajnie gdyby się udało, ale chyba znacznie częściej się tego bałam, a ostatecznie moje rozterki kończyłam modlitwą , żeby Bóg zadecydował za mnie :P Jednym słowem tę decyzję przerzuciłam na Siłę Wyższą!

Pamiętacie, że w połowie maja bardzo się stresowałam tym, co dzieje się u mnie i u Franka w pracy. To było jakieś apogeum moich nerwów i chodziłam roztrzęsiona przez kilka lub nawet kilkanaście dni. A później wszystko dobrze się skończyło i napisałam Wam notkę o tym, jak napięcie ze mnie schodzi i jak się w związku z tym czuję. Młoda Kobieta i Robertowa zasugerowały, że jestem w ciąży, a ja to wykluczyłam. Po prostu byłam pewna, że te wszystkie objawy to po prostu efekt ostatnich nerwowych dni (i właściwie nadal tak uważam, bo generalnie przez kolejne tygodnie czułam się dobrze, ale o tym będzie kiedy indziej). No cóż, tym razem dziewczyny wiedziały lepiej :P Ale o tym miałam się przekonać dopiero parę dni później.

Dzięki NPR wiedziałam, że chodzę jak w zegarku i wiedziałam, kiedy spodziewać się comiesięcznej przypadłości - ale tym razem było trochę dziwnie, bo ze względu na podwójny skok temperatury, nie byłam pewna od kiedy liczyć fazę lutealną - a więc kiedy nie dostałam okresu w spodziewanym terminie, po prostu stwierdziłam, że pewnie muszę liczyć od tego drugiego skoku, a że długie cykle już mi się zdarzały, to nie zdziwiło mnie to specjalnie - znowu byłam pewna, że przyczyną jest stres.
Ale w pewnym momencie zaczęło mnie irytować, że tak długo czekam, w dodatku cały czas bolał mnie brzuch. Franek to się nawet śmiał, wskazując na mój brzuch, że "może Ktoś tam zamieszkał". Ale jakoś nie miałam parcia, żeby to sprawdzić.
Aż w końcu, pewnej niedzieli wyszliśmy sobie na spacer i zachciało nam się lodów. Najbliżej mieliśmy Tesco - poszliśmy więc po te lody. A po drodze do kasy coś mnie tknęło i zatrzymałam się na stoisku z testami ciążowymi. Już miałam zrezygnować, ale Franek powiedział, żebym wzięła - "ee tylko, pięć złotych, to może być". No to zakupiliśmy nasz pierwszy test. Przyszliśmy do domu i go schowałam. Ale Franek zapytał, czy nie będę go wypróbowywać. Przeczytałam w ulotce, że trzeba go robić rano, (a była 19), ale znowu Franek powiedział, żebym zrobiła teraz, bo rano to on będzie w pracy.
No jak kazał, to poszłam do łazienki.

Franek teraz mówi, że nigdy nie zapomni, jak po bardzo krótkiej chwili zajrzał do łazienki, a ja siedzę i ryczę. Pomyślał, że to dlatego, że nie wyszło. Pyta się:
F: I co?
M: (z płaczem) Ile kresek widzisz?
F: Dwie... A co to znaczy?
M: (z jeszcze większym płaczem) Przeczytaj sobie w instrukcji!
F: czyta, czyta, spogląda na mnie z ukosa, czyta jeszcze raz, patrzy na test i wreszcze z uśmieszkiem mówi: Znaczy, że jesteś w ciąży?? To czemu płaczesz?? - i mnie przytulił
M: (nadal z płaczem) Bo nie pójdziemy w przyszłym roku na Noc Muzeów!!
(zdjęcie zrobiłam dopiero dzisiaj - zostawiłam sobie na pamiątkę, a co :P - dlatego trochę już wyblakło)
 
I tak to właśnie było :) Wcale nie romantycznie, wcale nie podniośle. Wręcz przeciwnie - bardzo zwyczajnie. Ale cieszę się z tego, bo wiecie, że nie lubię przerostu formy nad treścią w pewnych sytuacjach życiowych i choć u innych to się może pięknie sprawdzać, to mi to zaczyna groteską pachnieć :)
I tak długo będziemy ten wieczór pamiętać, bo zwykły to on mimo wszystko nie był.

O tym, jak się czułam później, jak nam minęła noc, do kogo zadzwoniłam i czym moja mama potrafi postawić mnie do pionu będzie innym razem :) Przez pierwsze dni byłam w ogromnym szoku i co nieco sobie tu zapisywałam. Przejrzę szkice i zastanowię się, czy coś z tego nadaje się do publikacji :)

 A ten obiad naprawdę się wydarzył, tylko, że to ja wróciłam z pracy i to Franek przygotował obiad. Nawet niespecjalnie uroczysty, ale za to taki, jak bardzo lubię i postarał się o ładną oprawę (choć nie umiał znaleźć obrusa i świeczek, bo dwa dni wcześniej robiłam porządki) . Później jeszcze przygotował pyszny, kolorowy deser i podarował mi kwiaty "z okazji tego, że jestem w ciąży" :)

wtorek, 1 lipca 2014

Mamy lipiec - można więc zacząć się dzielić*

Kiedy ktoś pytał mnie/nas, czy planujemy mieć dzieci odpowiadałam, że nie. Ale od razu musiałam sprostować, że to wcale nie oznacza, że ich nie chcemy. Bo dla mnie planowanie a chcenie to jednak różne sprawy i nigdy nie miałam żadnych konkretnych planów dotyczących dzieci. Owszem, zakładałam, że będę je miała, bo tak właśnie wyobrażałam sobie moją rodzinę. Ale to nigdy nie było wyobrażenie konkretne - nie myślałam o tym ile, kiedy ani jak to będzie konkretnie wyglądało.
To, że będziemy mieli z Frankiem dzieci było dla nas dość oczywiste i przejawiało się w naszych rzucanych luźno tekstach - czasami żartobliwych, a czasami całkiem na serio - "nasze dzieci to..." albo "a jak będziemy mieli dzieci to...". Na początku tego rodzaju rozmowy, czy też przemyślenia nie wzbudzały we mnie głębszych emocji. Podobnie, jak nie podchodziłam emocjonalnie do dzieci, które były w moim otoczeniu.
Później, kiedy byłam już po studiach, z planami ślubnymi a potem nawet z obrączką na palcu, takie myśli mnie przerażały, bo uświadamiałam sobie, jak bardzo nie jestem gotowa na dzieci! Chciałam ich, ale w jakiejś zupełnie nieokreślonej przyszłości - cały czas czułam, że to nie jest ten czas i że na pewno nie jestem na to gotowa. Tymczasem coraz więcej naszych znajomych i krewnych zaczęło się rozmnażać. Nadal nie obudziło to we mnie tak zwanego instynktu macierzyńskiego - owszem, zauważyłam, że wbrew temu, co myślałam, jednak potrafię się dziećmi zająć i o dziwo, one chyba nawet mnie lubią (moja teściowa oraz kilka innych osób w rodzinie Franka, które najczęściej miały okazję obserwować mnie w akcji, wręcz twierdzą, że do mnie lgną), ale nie zaczęłam się rozpływać nad każdym dzieckiem i nie rozmyślałam o tym, jak to będzie, kiedy będę miała swoje.

Niemal dokładnie rok temu - tak w połowie czerwca - pamiętam to dokładnie - siedziałyśmy sobie z Dorotą, która przyjechała odwiedzić mnie na weekend i popijając piwko rozmawiałyśmy o życiu. Wtedy powiedziałam jej, że po raz pierwszy stwierdzam, że w zasadzie teraz, to ja nawet na to dziecko miałabym czas :) Oczywiście to było gadanie czysto teoretyczne, bo przecież ja byłam tu, a Franek nadal w Poznaniu. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej i staliśmy na bardzo niepewnym gruncie. Ale faktem jest, że właśnie po tej przeprowadzce z Poznania pojawiły się u mnie myśli, że być może właśnie teraz, kiedy nie mam tylu spraw na głowie, kiedy żyję nieco wolniej (choć nie spokojniej) zaczynam się czuć gotowa na macierzyństwo (co nie było wcale jednoznaczne z tym, że nagle zapragnęłam dziecka).
Dwa miesiące później przyjechał Franek i zaczęliśmy sobie układać jakoś życie, co, jak zapewne pamiętacie, bo to przecież całkiem świeża sprawa, łatwe wcale nie było i los ciągle rzucał nam kłody pod nogi. Rozmawialiśmy oczywiście o możliwości założenia rodziny i stwierdziliśmy, że w zasadzie mentalnie czujemy się na to gotowi, ale zawirowania w naszym życiu nie sprzyjały stabilizacji. I tak naprawdę wcale nie wiem, czy teraz już sprzyjają. W każdym razem zostało postanowione - dzieci będziemy mieć. Nie wiadomo jak i kiedy, ale będziemy je mieć i nie będziemy za wiele o tym myśleć. 
Instynkt rodzicielski nadal nam się nie włączył :) To nie chodzi o to, że dzieci nie lubimy, ani, że mamy coś przeciwko nim. Po prostu na ich widok nie odczuwaliśmy żadnej tęsknoty, nie rozmyślaliśmy o tym, że może już najwyższy czas. Myślę, że gdybyśmy zaczęli za wiele rozmyślać, to stwierdzilibyśmy, że nie ma szans na dziecko jeszcze przez jakieś kolejne 10 lat. A tymczasem, na ile to było możliwe, wyłączyliśmy myślenie i cóż, wygląda na to, że będziemy musieli popracować nad włączeniem tego instynktu rodzicielskiego (tylko na czym on do jasnej anielki polega?:)), bo tak się składa, że może nam się za jakiś czas przydać.

Pisałam Wam, że czekam na lipiec prawda? Lipiec to mój miesiąc - w lipcu się urodziłam, w tym miesiącu poznałam Franka i w tym miesiącu mi się oświadczył. W tym miesiącu zawsze spotykało mnie bardzo dużo dobrych rzeczy. W tym roku czekałam na lipiec, ponieważ według jednego z kalendarzy, z których korzystałam na początku, właśnie 1 lipca, a więc dziś, mija największe ryzyko utraty ciąży. W tym czasie doczytałam trochę dokładniej i wiem, że to ryzyko mija przede wszystkim wraz z końcem I trymestru, ale ta pierwsza data jakoś w głowie mi została.
Jutro zaczynam dwunasty tydzień ciąży.
Powodów, dla których dopiero dziś o tym tutaj piszę jest naprawdę wiele, ale jednym z tych najistotniejszych jest to, że dotychczas o tym, że spodziewamy się dziecka wiedziała tylko garstka osób w realu - moi rodzice, siostra i Dorota. Później musiałam powiedzieć jeszcze w pracy. Dopiero w ostatnich dniach poczuliśmy, że chcemy i możemy się tą nowiną podzielić także z innymi i dowiedziały się inne bliskie nam osoby. Nadal nie wiedzą jeszcze teściowie, bo Franek chce im powiedzieć osobiście, ale ja poczułam, że nadszedł czas, kiedy czuję się gotowa, aby tą wiadomością podzielić się także tutaj z Wami.

Mamy więc lipiec. Wiem, że tak naprawdę ten rodzaj niepokoju pewnie będzie towarzyszył mi już zawsze, ale tak długo czekałam na ten dwunasty tydzień, że mimo wszystko mam wrażenie, że przekraczam jakąś ważną granicę.

*dobrą nowiną rzecz jasna :P

niedziela, 22 czerwca 2014

Osłodzony dzień w pracy.

W piątek o 9tej westchnęłam głęboko i wyszłam z domu pełnić służbę :) Jako jedyna z całej firmy. Cóż, pomyślałam, że ktoś tę pańszczyznę odrobić musi :) Ale wielokrotnie to ja właśnie w takie dni miałam wolne, więc jakoś to przełknęłam. Zwłaszcza, że już godzinę później okazało się, że wcale takie trudne do przełknięcia to nie będzie :)

Przede wszystkim musiałam być w pracy, bo kilku klientów zapowiedziało odbiór swoich zakupów właśnie w piątek. Myślałam, że pierwszy przyszedł już po 10tej, ale okazało się, że to klient bardzo znajomy, bo w osobie męża mojego własnego :) Franek co prawda zapowiadał, że do mnie przyjdzie, ale myślałam, że jednak mu się nie będzie chciało. A tymczasem on spakował w plecak swój komputer, wałówkę na cały dzień i przyszedł dyżurować razem ze mną :)
To było bardzo przyjemne osiem (no, siedem) godzin! Ale fajnie było siedzieć w pracy razem z Frankiem! Jeszcze nie miałam takiej okazji :) Owszem, spędzałam czas w jego pracy, jeżdżąc z nim autobusem, ale na odwrót jeszcze się nie zdarzyło. 
Franek stwierdził, że skoro ma wolne, to zamiast siedzieć samemu w domu, woli spędzić ten czas razem ze mną, skoro siedzę sama - choćby w mojej pracy. W firmie dzień był naprawdę bardzo spokojny, było tylko parę maili, na które musiałam odpowiedzieć i klientów, których trzeba było obsłużyć. Ze wszystkim radziłam sobie na bieżąco, a sporo chwil wolnych poświęcałam na rozmowę z Frankiem, a później nawet puściliśmy sobie film, bo naprawdę było nuuudno. Ale cały czas byłam w gotowości i gdy tylko słyszeliśmy, że przychodzi mail, przerywaliśmy oglądanie, bo nie zapomnieliśmy ani przez chwilę, gdzie się znajdujemy. Razem zjedliśmy obiad przyniesiony w pudełku przez Franka i odgrzany w mikrofalówce, a o 17:30 zamknęliśmy i spacerkiem wróciliśmy do domu.

Frankowa wizyta bardzo osłodziła mi ten dzień i dzięki temu właściwie nie czułam, że jestem w pracy! To znaczy czułam, ale to był bardzo wyjątkowy dzień :) W pewnym momencie wstałam zza swojego biurka i podeszłam do miejsca na przeciwko, gdzie normalnie siedzi Asystent, a następnie cmoknęłam Franka w policzek. Ten był bardzo zaskoczony tym przypływem czułości, bo mnie się to zdarza bardzo rzadko :P Ale wytłumaczyłam się, że przecież muszę wykorzystać taką sytuację, bo normalnie takich rzeczy w przerwie między jednym a drugim mailem nie robię :)

Kiedy prowadziłam wstępne rozmowy z szefową na temat naszej przeprowadzki, przez chwilę miała ona pomysł, żeby Franka zatrudnić właśnie na stanowisku Asystenta. Ale pomysł upadł dość szybko - i dobrze, bo my też nie bylibyśmy zwolennikami takiego rozwiązania - nie jest dobrze, gdy oboje małżonków pracuje w jednym miejscu (chodzi o bezpieczeństwo zatrudnienia, bo w razie problemów, oboje tracą pracę) poza tym, to praca nie dla Franka, męczyłby się, no i głupio byłoby, żebym była poniekąd jego przełożoną. Zresztą, całe dnie razem - pewnie mogłoby nam to w końcu wyjść uszami, bo przecież musimy się czasami za sobą stęsknić. Nie mówiąc już o tym, że o wspólnych urlopach musielibyśmy zapomnieć (pewnie to byłby czas na tę tęsknotę :P ale chyba podziękuję).
W każdym razie mogliśmy sobie przez jeden dzień wyobrazić, że pracujemy razem... Było fajnie - ale przede wszystkim dlatego, że wyjątkowo.

Bardzo się cieszę, że w ten piątek musiałam iść do pracy :) To był bardzo przyjemny dzień. I dzięki temu właściwie czuję, że ten weekend jednak był przedłużony.