*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla ducha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla ducha. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

Po Szopenie i refleksja o życiu.

Koniec konkursu. Gratulacje dla Seong-Jin Cho z Korei Południowej, zwycięzcy konkursu.
Jakie są moje wrażenia? Przede wszystkim będzie mi brakowało emisji z poszczególnych etapów :) Nie będę pisać o faworytach, o tym czy zgadzam się z sędziami, czy też nie, bo zwyczajnie nie znam się na tym. Niektóre utwory wpadały mi w ucho bardziej, inne mniej, ale niekoniecznie musiało to zależeć od grającego, choć oczywiście nie raz tak było.
Słuchałam ekspertów w studio komentujących występy a także komentarzy innych widzów i myślałam sobie, jaka szkoda, że nie znam się na tym tak dobrze, jak oni! Naprawdę chciałabym słyszeć te wszystkie niuanse i chciałabym umieć wypowiadać takie uwagi i oceniać grę poszczególnych uczestników. Tymczasem się na to nie poważyłam, bo zwyczajnie nie powinnam tego robić.
Przy okazji moich ostatnich wpisów na ten temat okazało się, że dla niektórych mogę brzmieć jak ekspert. Niniejszym prostuję - nie jestem ekspertem, a przede wszystkim nigdy nawet do tego miana nie aspirowałam. Owszem, do tematu podchodzę bardzo entuzjastycznie, bo po prostu naprawdę lubię słuchać klasyki. Ale dla mnie to, że coś bardzo lubię nie jest jednoznaczne z tym, że się na tym bardzo znam, zwłaszcza jeśli chodzi o dziedzinę tak szeroką jak muzyka klasyczna. Znam się na tym na pewno nieco lepiej niż wiele osób, ale też dużo gorzej niż inna spora grupa :) Ale nie udaję, że jest inaczej. 
I żałuję trochę :) Bo naprawdę czasami nie potrafiłam odnaleźć w wykonaniach tego, o czym mówili komentatorzy. Dla mnie konkurs był gratką, ale nie dlatego, że porównywałam wykonania, oceniałam grę, zastanawiałam się nad wrażeniem artystycznym i techniką, ale dlatego, że mogłam po prostu słuchać :) Część utworów Chopina znam, ale oczywiście nie wszystkie i taki konkurs dawał mi możliwość usłyszenia czegoś nowego i zasłuchania się w tym.
Przyznaję jednak, że ostatniego etapu już nie śledziłam tak gorliwie. Po prostu godziny mi nie odpowiadały, bo chociaż dla normalnych ludzi były one przystępniejsze (późnopopołudniowe i wieczorne) to u nas jest to czas, kiedy szykujemy Wikinga do spania - i siebie też :)

Myślę, że fenomen konkursu pianistycznego im. Fryderyka Chopina polega na tym, że odbywa się on co pięć lat. Gdyby to było coroczne wydarzenie, nie byłoby tak atrakcyjne dla wielu osób - w tym dla mnie. I nie miałby takiego prestiżu.
Ten pięcioletni odstęp czasu pozwala mi też na pewną refleksję... Kiedy ostatnio żarliwie słuchałam koncertów w roku 2010, w moim życiu niedługo wcześniej wydarzyło się kilka ważnych rzeczy - skończyłam studia magisterskie i rozpoczęłam podyplomowe, zaczęłam szukać nowej pracy, wyprowadziłam się z mieszkania studenckiego i zamieszkałam z Frankiem, który rozpoczął pracę w Zielonej Firmie. To wszystko było wstępem do kolejnych przełomów a także początkiem bardzo dobrego okresu w moim życiu, kiedy czułam się spełniona i szczęśliwa.
Pięć lat nie wydaje się szczególnie długim okresem czasu w naszym życiu, a jednak tak dużo się zmieniło. W roku 2010 chodziłam na wiele rozmów kwalifikacyjnych, na których często musiałam odpowiadać na znienawidzone przeze mnie pytanie - "jak widzisz siebie i swoje życie za 5 lat". Znienawidzone dlatego, że planować to ja uwielbiam, ale co najwyżej z wyprzedzeniem kilkumiesięcznym ;) Dalsza przyszłość jest dla mnie czarną magią i nie lubię się nad nią za bardzo zastanawiać, bo to budzi mój niepokój.
Odpowiadałam jednak na tamte pytania jakimiś ogólnikami i w taki sposób, żeby się przypodobać potencjalnemu pracodawcy. Nigdy jednak nie pomyślałabym, że za pięć lat będę w zupełnie innym punkcie życia - że będę po ślubie z Frankiem (to tego to się mogłam jednak spodziewać, mimo, że nie byliśmy jeszcze zaręczeni), że będę miała za sobą pracę na stanowisku kierowniczym w firmie, która wydawała się spełnieniem marzeń (a przypominam, że pracowałam wtedy u R. i wydawało mi się już lepiej być nie może), ale że ostatecznie będę bez pracy, a przede wszystkim, że będę mieszkać w Warszawie (popukałabym się w głowę na taką sugestię) i że będę miała małego, prawie już rocznego (!) Wikinga! Swoją drogą kiedy o tym myślę, to przerażające jest to, że nadal piszę tego bloga :D
Chciałabym, żeby ten rok 2015 również był mocnym fundamentem pod kolejne tłuste lata, bo już mam dość tych chudych :(, oby nie było ich jednak siedem. I nie mam pojęcia, co będzie się działo w moim życiu, kiedy rozpocznie się XVIII Konkurs Chopinowski w roku 2020. Mam jednak nadzieję, że będę szczęśliwa. Że będziemy z Frankiem żyli w zgodzie i szczęściu, w otoczeniu bliskich osób, będących w dobrym zdrowiu,  że oboje będziemy się cieszyć dobrą pracą i nasz Wikuś, który będzie miał już prawie sześć lat (nie do wiary! ten maluch, który chrapie teraz obok mnie w swoim łóżeczku??) będzie rezolutnym, zdrowym chłopczykiem i naszym ukochanym synkiem. O innych rzeczach nie śmiem nawet marzyć.
I ciekawe, czy jeszcze będę miała okazję na podobną refleksję :)
Hmm, tak jakoś... noworocznie się zrobiło :D

czwartek, 1 października 2015

Fortepianowe szaleństwo czas zacząć.

Doczekałam się! Po pięciu latach się doczekałam :)

Wczoraj widziałam świetną rozmowę z jakimś znawcą - nie wiem dokładnie nawet czego, bo wcześniej się nie przysłuchiwałam, ale zna się facet i na graniu na fortepianie i na teorii muzyki i na konkursie chopinowskim. Mówił o tym z jajem i podbił moje serce swoimi wypowiedziami, zwłaszcza, kiedy na pytanie, czy myśli, że Fryderyk Chopin miałby szansę w konkursie chopinowskim odpowiedział:
"Ja na jego miejscu bym nie startował" :D Rozwinął swoją wypowiedź i wyjaśnił, że wygrana w tym konkursie daje potężnego kopa w tym światku i można się naprawdę wybić, jeśli wcześniej się było kimś mało znanym. Ale gdy ktoś już ma na swoim koncie jakieś sukcesy i nie zostaje laureatem, to może się pogrążyć... 

No faktycznie kiepsko by było, gdyby taki Chopin się w konkursie swojego imienia nie popisał :P A z kolei, gdyby wygrał, to by wszyscy powiedzieli, że konkurs jest ustawiony :D

Ale później ten znawca mówił jeszcze coś w stylu, że w konkursie chopinowskim chodzi o to, żeby każdy grając choć na moment stał się Chopinem, czy też, żeby każdy miał coś z Chopina, a że Chopin miał wiele z Chopina, to miałby spore szanse :D 
Koleś wymiata ;)

Kiedy tak słuchałam tych informacji o tym, że już jutro/dzisiaj koncert inauguracyjny, czułam rosnące podekscytowanie! Franek popatrzył na mnie i powiedział - no widzę, że przez najbliższy miesiąc nic nie będzie można w telewizji obejrzeć... :) Ale odpowiedziałam mu, że to przecież jak Mundial - tego nie można przegapić :) I chyba zrozumiał, bo teraz sobie siedzimy i słuchamy.

***
A dzisiejsza data jest symboliczna - podwójnie. Ale chyba napiszę o tym następnym razem jednak, żeby nie potraktować tematu po macoszemu. Dzisiaj nie miałam czasu, bo pierwszy dzień miesiąca, mimo, że nie pracuję zawodowo, podobnie jak w pracy, tak w domu jest dla mnie dniem pracowitym :) Wszak domową księgowość prowadzę i przez pierwsze dni każdego miesiąca skupiam się na obliczeniach, przeglądaniu paragonów, podziale wydatków i oszczędności. I jestem w swoim żywiole - a jeśli robię to przy akompaniamencie koncertu fortepianowego A-moll Roberta Schumanna (to ten od wspomnianego przeze mnie przedwczoraj Marzenia), to podwójnie ;)

wtorek, 29 września 2015

Muzyka mojego życia.

Bardzo często słyszę od różnych osób, że bez muzyki nie mogłyby żyć. Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie i zawsze dochodziłam do wniosku, że ze mną jest inaczej. Muzyka nie stanowi jakiejś ważnej części mojego życia, nigdy nie chodzę ze słuchawkami w uszach (a jeśli już to słucham radiowej gadaniny), głośna muzyka mnie raczej drażni (no, chyba, że na imprezie), lubię ciszę.
Z drugiej jednak strony być może po prostu tak bardzo przywykłam do tego, że muzyka wokół mnie jest, że trochę jej nie doceniam i faktycznie byłoby tak, że nie mogłabym bez niej żyć. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie na pewno nie jest tak, że słucham tej muzyki jakoś bardzo dużo, ani tak, że jej nie lubię i nie słucham wcale.
Mam kilka ulubionych piosenek, na których pierwsze takty od razu daję głośniej radio :) Jest kilku wykonawców, których lubię bardziej. Ale na co dzień to jednak najbardziej lubię słuchać muzyki spokojnej - np. na Chilli Zet lub jakiejś relaksacyjnej z internetu (np. taka, jak dla kobiet w ciąży), a najbardziej cenię sobie muzykę klasyczną.

Wiem, że to się wielu osobom wydaje dziwne, bo taka muzyka uchodzi za nudną, a jednak to naprawdę jedyne, co mnie nie męczy i co staje się dla mnie po prostu tłem, więc mi nie przeszkadza. Bo jeśli chodzi o inny rodzaj muzyki, nawet taki, który lubię, to podczas słuchania jej, skupiam się na tym bardziej, jak na jakiejś czynności i po jakimś czasie po prostu mnie to męczy, pragnę ciszy. Natomiast w tym wypadku jest nieco inaczej. Bardzo lubię słuchać RMF Classic (gdzie oprócz klasyki jest również muzyka filmowa, którą również lubię) lub radia internetowego z muzyką klasyczną. Poza tym mam też kilka płyt - głównie Chopina, które lecą u mnie w domu na okrągło, przynajmniej przez pierwszą połowę dnia :)

W zasadzie nie wiem skąd mi się to wzięło. Ten rodzaj muzyki lubiłam zawsze i zawsze słuchałam jej z przyjemnością. Od czasu do czasu wybrałam się na jakiś koncert, podczas którego mocno się relaksowałam. Swego czasu grałam na pianinie - przez pięć lat, lubiłam to, choć przyznaję, że mogłam się do tego trochę bardziej przykładać, ale zawsze absorbowały mnie jeszcze inne rzeczy :) W każdym razie szło mi całkiem dobrze, choć nie byłam w tym wybitna :) W sam raz na tamten okres i tak, żeby bez żalu zakończyć tę przygodę, kiedy nie było już czasu na ćwiczenie. Przez chwilę nawet moi rodzice rozważali, czy nie zapisać mnie do szkoły, jak sugerowała nauczycielka gry na pianinie, ale ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowali i w sumie jestem im teraz za to wdzięczna, bo to byłoby jednak dla mnie zbyt obciążające i o beztrosce dnia codziennego już zupełnie mogłabym zapomnieć.
Tak, czy inaczej, nie wiem, czy to, ze kiedyś grałam ma jakikolwiek związek z tym, że dziś świadomie lubię słuchać muzyki klasycznej. Być może osłuchałam się z niektórymi utworami, mam jakąś wiedzę, ale możliwe, że po prostu od zawsze miałam ku temu jakieś predyspozycje. A może przyczynił się do tego też mój dziadek, który zawsze słuchał tego rodzaju muzyki? :)

Chyba wszyscy już słyszeli o tym, że dobrze jest, gdy kobiety w ciąży słuchają Mozarta, bo to świetnie wpływa na inteligencję dziecka nawet, kiedy jest jeszcze w brzuchu mamy. Potem mówiło się o tym, że nie musi być Mozart, może być jakakolwiek muzyka klasyczna. A teraz - że  nie ma sensu się katować klasyką, jeśli się jej nie lubi i wtedy na pewno nie przyniesie to żadnych pozytywnych efektów. Mnie się też wydaje, że jak ktoś nie lubi takiej muzyki, to bez sensu, żeby słuchał jej na siłę. To tak, jakby ktoś mi kazał słuchać np. dwie godziny dziennie radia Eska (słowo daję, zwariowałabym, nie znoszę tego wrzeszczącego radia!, zresztą RMF i ZET też mnie denerwują, ale tam przynajmniej można też spotkać normalną muzykę). Gdy mam ochotę posłuchać czegoś "normalnego" zwykle włączam Radio Złote Przeboje albo warszawskie Radio Kolor. Jednak najczęściej w tle sączy się muzyczka z RMF Classic. Tak było również, gdy byłam w ciąży. Absolutnie się tym nie katowałam, wręcz cieszyłam się, że być może relaksując się sama przy takich dźwiękach, wspieram rozwój Tasiemca.
Teraz Wiking nie ma wyboru :P Siedzi ze mną w domu, więc przez większość czasu słucha tego, co ja. A kiedy idzie spać w ciagu dnia, bardzo często włączam mu płytę Chopina - nie, żeby wspierać jego mózg :) Tylko po to, żeby zagłuszyć ewentualne hałasy z innych części mieszkania. Sama jestem ciekawa, czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie i czy np. będzie miało wpływ na jego muzykalność. Bo z jednej strony może być tak, że jakieś konkretne neurony odpowiedzialne za to są pobudzane przez taką muzykę. Z drugiej - ta muzyka może być potraktowana jako tło i zupełnie zignorowana. Czas pokaże jak będzie. Nie zależy mi na tym, żeby Wiking był szczególnie uzdolniony muzycznie, ale dobrze, żeby miał słuch, poczucie rytmu i nie zaszkodzi, jeśli muzyka klasyczna nie będzie go w uszy kłuła ;)

Wspominałam Wam jakiś czas temu, że kupiliśmy sobie w Żelazowej Woli płytę "Chopin dla ucha malucha". Oczywiście ucho naszego malucha to był pretekst, bo główne kupiłam tę płytę dla siebie :) I zasłuchiwałam się nią na naszych wakacjach. Długo będzie mi się na przykład Polones As-dur kojarzył z tym czasem...

Tak poza tym mam jeszcze kilka ulubionych utworów muzyki klasycznej, choć raczej wszystkich tutaj nie wymienię. Ale dla zainteresowanych, podam kilka, które przyszły mi do głowy
Contredanse Ges-Dur Chopina, którego zawsze bardzo chciałam się nauczyć grać i molestowałam o to moją nauczycielkę, która twierdziła, że to za trudne. W końcu w ostatnim roku nauki się udało :)
Marzenie Schumana, nostalgiczne... Trudno było mi się go nauczyć, bo cały czas chciało mi się grać ten utwór szybko, zanim pojęłam jak to powinno być :)
Menuety Bacha, na przykład ten - kto by pomyślał, że będę je lubić! Bach sprawiał mi największe problemy! Miałam go dość, dość i jeszcze raz dość. A po latach - proszę bardzo ;)
Mazurek F-dur Chopina
Scherzo "Żart" A Corellego
Marsz Radeckiego Straussa - absolutny hit noworoczny jak dla mnie ;)

Echh, chyba muszę na tym poprzestać, bo mogłabym tak wymieniać bez końca :) Beethoven, Vivaldi, Czajkowski, Debussy... O i Jezioro Łabędzie - ostatnio z Wikingiem do tego tańczyłam i bardzo mu się to podobało :P W każdym razie...
Chyba lepiej będzie, jak od czasu do czasu się podzielę z Wami jakąś nutką, która w sposób szczególny utkwiła mi w uchu :)

A za parę dni rozpocznie się raj dla mojego ucha! Konkurs Chopinowski! Cudo! Po raz pierwszy będę miała okazję słuchać tych koncertów, bo będę w domu a nie w pracy :) Bardzo się cieszę na tę okoliczność. Mam nadzieję, ze Wiking również.

wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

sobota, 13 grudnia 2014

Relaks

Ostatnio miałam długi i dość męczący dzień. Musiałam jechać na badania z samego rana, a nie wiem dlaczego, ale zawsze wtedy budzę się jeszcze wcześniej, niż bym chciała - czyli na przykład tym razem zamiast o 6-6:30 już od przed piątą nie spałam :/ Chyba mnie stresuje ta świadomość, że muszę jechać w totalnie zatłoczonym autobusie i że muszę tyle czasu wytrzymać bez jedzenia.
Później czekałam przez godzinę na Franka, bo kończył pracę o 8:30 i byliśmy umówieni, że pójdziemy na zakupy. Przysiadłam więc sobie z książką na kanapie w mojej przychodni i czekałam, aż minie mi te półtorej godziny oczekiwania. Już wtedy czułam się lekko przymulona, bo chyba ta wczesna pobudka dawała mi się we znaki. 
Tego dnia miałam sporo spraw do załatwienia i dużo łaziłam. Ostatecznie do domu wróciłam po piętnastej. Zjedliśmy obiad, posprzątaliśmy po nim i Franek chciał się zabrać za to pakowanie torby, o którym ostatnio pisałam, ale powiedziałam mu, że muszę trochę odpocząć, bo jestem naprawdę zmęczona. 
Jak człowiek zmęczony, to wiadomo - nic mu się nie chce. Mnie się nie chce wtedy nawet myśleć. Nie lubię tego stanu i tak naprawdę chyba rzadko mnie dopada, ale bywa, że czuję się tak, jakby mój mózg leżał gdzieś odłożony na półce, a ja nie mogę do niego dosięgnąć :P Tak właśnie było ostatnio, poczułam więc, że muszę się zregenerować, zanim wezmę się za jakieś konkretne działania.

Gdy Franek usłyszał, że muszę odpocząć, wyobraził sobie, że zrobię to samo, co on w takiej sytuacji - czyli pójdę do sypialni, najlepiej jeszcze zasłonię okno i walnę się na łóżko, żeby przespać się jakąś godzinę albo i dłużej. I bardzo się zdziwił, gdy zobaczył, że moszczę się na kanapie w dużym pokoju, w kąciku, który ostatnimi czasy (znaczy się w czasach bezrobocia) stał się moim ulubionym. Za plecami mam zagłówek, po lewej stronie wielgachne poduszki kanapowe, po prawej stolik z laptopem. Całkiem blisko znajduje się kaloryfer, dzięki któremu jest mi przytulnie i ciepło, a także duże okno, przez które w ciągu dnia - zwłaszcza takiego słonecznego -  wpada mi światło. Bardzo lubię światło dzienne, dlatego zima jest pod tym względem dla mnie męczarnią, bo jest go tak mało. Z braku laku po szesnastej zapalam lampkę i też nie jest najgorzej. Jedyną wadą tej miejscówki jest fakt, że dla Franka nie bardzo jest już miejsce :P U nas w domu chyba panuje zasada, że kto pierwszy ten lepszy, bo pamiętam, że w ubiegłym roku, gdy Franek był na chorobowym, kanapa była okupowana przez niego i gdy wracałam z pracy musiałam się zadowolić fotelem albo krzesłem przy stole :) Później bywało różnie, a teraz to głównie moje miejsce - zresztą Franek nawet specjalnie nie narzeka, bo uważa, że powinnam więcej leżeć lub pół-leżeć, zamiast tyle siedzieć, więc się nie buntuje za bardzo.
Wracając jednak do tamtego dnia - umościłam się na tej kanapie, zapaliłam lampkę, włączyłam chilli zet, rozłożyłam się, przytuliłam policzek do wielgachnej poduszki, wyciągnęłam magazyn Business English i zaczęłam się uczyć słówek. Franek jak to zobaczył, to prawie padł - no bo przecież miałam odpoczywać! W tej kwestii to my się rzeczywiście bardzo różnimy. Franek potrafi spać zawsze i wszędzie - niezależnie od godziny, od okoliczności i miejsca (nie potrafi jedynie spać w żadnych środkach komunikacji). Co więcej jest to dla niego najlepszy, o ile nie jedyny, sposób na pełną regenerację sił i tylko w ten sposób odpoczywa, gdy jest naprawdę zmęczony. Czasami jeszcze zdarza mu się w takich okolicznościach pogapić w telewizor, ewentualnie pograć na komputerze. Natomiast ja w ogóle nie potrafię połączyć zmęczenia z potrzebą snu, jeśli nie jest to w godzinach 22-6! Dla mnie odpoczynek oznacza właśnie wyłączenie telewizora, komputera, rozłożenie się wygodnie i zajęcie się jakąś rozrywką, która nie wymaga ode mnie ruszania się z miejsca przez jakąś godzinę. Zazwyczaj wtedy czytam lub bawię się słowami (rozwiązując krzyżówki albo ucząc się słówek). Bywają dni, kiedy jestem na tyle zmęczona, że sen sam przychodzi w postaci krótkiej drzemki. Bo naprawdę nie potrafię tak, jak Franek, albo np. moja siostra - postanowić sobie, że ja się teraz kładę i będę spała :) Ja muszę się czymś zająć i ewentualnie, kiedy poczuję lekkie znużenie i powieki zrobią mi się ciężkie pozwalam sobie na "odpłynięcie". Taka drzemka trwa u mnie zazwyczaj około dziesięciu minut. Czasami piętnaście, ale nie więcej. Wyłączam się wtedy na ten czas, coś mi się czasami nawet przyśni, a potem otwieram oczy i czuję się znowu pełna energii.
Ostatnio obyło się nawet bez tego odpływania. Po godzinie czytania biznesowych tekstów po angielsku stwierdziłam, że czuję się naprawdę wypoczęta i możemy brać się za to, co sobie planowaliśmy. Tak właśnie wygląda prawdziwy relaks w moim wykonaniu - bo to chyba przede wszystkim stan umysłu. Świadomość, że nic nie muszę i teraz jest czas dla mnie, i dla tego, co lubię robić. Chyba już kiedyś pisałam o tym, że niektórzy się dziwią, kiedy ja mam jeszcze po pracy czas"na to wszystko", bo oni są zawsze taaacy zmęczeni. A ja myślę, że czasu to my mamy wszyscy tyle samo, tylko po prostu dla jednego odpoczynek oznacza godzinny sen, dla drugiego zalegnięcie przed telewizorem, a dla mnie zajęcie się moimi sprawami. Wystarczy mi taka godzina tylko dla siebie, żebym się w pełni zregenerowała :)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Błękitny zamek

Bardzo zależało mi, żebyśmy w ten weekend nie siedzieli w domu. Wiedziałam, że musimy się czymś zająć - i że chodzi o coś więcej niż gry planszowe. Zdecydowanie bierność bardzo mnie męczy, a nawet dołuje. Dlatego zawsze szukam zajęcia. Oczywiście, że czasami lubię sobie po prostu usiąść i pogrążyć w lekturze, ale bywają dni, kiedy nie przynosi to tak potrzebnego odprężenia albo wręcz wywołuje jakiś rodzaj niepokoju. Ot, taki już niespokojny duch ze mnie, zwłaszcza w niespokojnych czasach.
Franek jest trochę inny. Lubi być aktywny, ale brakuje mu do tego motywacji. Generalnie przyznaję, że ponieważ mam zupełnie inną naturę, często denerwuje mnie jego "bezczynność". Używam cudzysłowu, bo to jest bezczynność niekoniecznie obiektywna, a raczej z mojego punktu widzenia - czyli z punktu widzenia osoby, która nie potrafi po prostu siedzieć i oglądać filmu, tylko zawsze musi coś przy tym robić :)
W każdym razie, to ja jestem u nas motorem napędowym dla wielu aktywności. Franek oczywiście czasami przejmuje pałeczkę, a poza tym większość rzeczy ustalamy razem, ale najczęściej to ja jestem inicjatorką.
Chyba nam obojgu to odpowiada. Ja lubię planować i wszystkiego dopilnować osobiście. Franek często ma ochotę żeby coś zrobić, ale jakoś nie chce mu się zacząć tego organizować. Więc się uzupełniamy - a mnie wystarczy, że od czasu do czasu Franek zafunduje mi jakąś niespodziankę :)

W każdym razie w piątek wiedziałam, że nie możemy w ten weekend po prostu siedzieć w domu. Znalezienie potencjalnej rozrywki zajęło mi dokładnie... 5 minut :) Wpisałam w wyszukiwarkę po prostu coś w stylu "co się dzieje w Warszawie" i znalazłam jakąś stronę pełną weekendowych wydarzeń różnego rodzaju - od wystaw poprzez spektakle teatralne na imprezach sportowych kończąc. 
Od razu zobaczyłam, że w sobotę w jednym z amatorskich teatrów jest premiera spektaklu "Błękitny zamek"! Moja ukochana książka autorstwa Lucy Maud Montgomery z czasów nastoletnich! Zresztą później czytałam ją jeszcze w oryginale kilka razy i cały czas tak samo mi się podobała. Myślę, że pozostanie moją ulubioną już na zawsze.
Wiedziałam, że muszę to zobaczyć! Bilety kosztowały tylko 15 złotych, zadzwoniłam więc do Franka na szybką konsultację i już po chwili kupiłam je przez internet :) Nie powiem, Franek był pełen obaw, wszak spektakl oparty na książce napisanej przez autorkę "Ani z Zielonego Wzgórza" dla faceta może nie brzmi aż tak zachęcająco :) Ale ani przez chwilę nie protestował - wiedział, że bardzo mi na tym zależy, a poza tym stwierdził, że skoro to teatr to może być ciekawe :)

Co prawda to nie był zawodowy teatr, a przedstawienie wystawiane było przez grupę aktorów-amatorów w Domu Kultury na Ursynowie, ale czekałam na to wydarzenie niecierpliwie :) I rzecz jasna byłam bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądało. 
Muszę przyznać, że się nie zawiodłam :) Oczywiście, jeśli ktoś oczekiwałby teatru z prawdziwego zdarzenia z rekwizytami i pełną charakteryzacją, rozczarowałby się. Ale nam na tym nie zależało - zresztą wiedzieliśmy przecież, że za taką cenę na pewno nie byłoby na to szans. Jednak trzeba przyznać, że poza lekkim opóźnieniem (spektakl miał zacząć się o 18 a dopiero o 18:05 zaczęli wpuszczać na salę), które trochę mnie zirytowało, wszystko było w pełni profesjonalne - zwłaszcza aktorzy-amatorzy :)
Przede wszystkim opowiadana historia mnie nie zawiodła! Była tak samo urzekająca, jak książka :) I - podobało się Frankowi :) A to dla mnie też było ważne. Oczywiście, jak sam przyznaje, taki repertuar nie należy do jego ulubionych i wolałby jakąś komedię lub farsę (jak Mayday, na którym byliśmy we wrześniu - przy tej okazji przypomniałam sobie, że przecież mam napisaną notkę o wrażeniach z teatru, której nie opublikowałam!:)), ale jakaś romantyczna historia od czasu do czasu nie zaszkodzi - zwłaszcza w takiej formie. Jeśli chodzi o szczegóły, to może opiszę je przy następnej okazji, bo to w sumie ciekawe, jak organizatorzy i aktorzy sobie radzili. Najważniejsze było, że oboje wyszliśmy naprawdę zadowoleni :) Przyjemna rozrywka na sobotni wieczór, coś innego niż zwykle, w dodatku niedrogo. Można było się na chwilę oderwać od rzeczywistości. Ja byłam zachwycona tym, że mogłam zobaczyć adaptację mojej ulubionej powieści. Ale muszę przyznać, że to, co najbardziej mi się podoba, to fakt, że Franek już zna jej treść :) Przecież nigdy w życiu nie namówiłabym go do tego, żeby ją przeczytał :P Opowiadanie jej mijałoby się z celem, zwłaszcza, że nie potrafiłabym oddać wszystkich emocji - i tych w książce i moich. Można powiedzieć, że spektakl zrobił to za mnie :)

środa, 21 listopada 2012

Znak


Czasami miewamy gorsze dni bez powodu. Nie kłócimy się,  nie mamy żadnych cichych dni, ale zdecydowanie odczuwamy, że coś wisi w powietrzu. Nie potrafimy się dogadać, Franek jest mrukliwy, ja płaczliwa. Pogodzić się trudno, bo przecież pokłóceni nie jesteśmy. Normalne rozmowy przeplatają się z nieuzasadnionymi wybuchami albo wzajemnym dokuczaniem sobie pół żartem-pół serio. 
Zdarza się, że taki dzień mamy w niedzielę. Idziemy razem do kościoła na mszę i nagle wszystko mija w momencie, gdy padają słowa "przekażcie sobie znak pokoju". Trudno to wytłumaczyć, ale wtedy jak zwykle podajemy sobie rękę, cmokamy w policzek, uśmiechamy do siebie... I nagle po mszy wszystko jest w porządku i napięcie znika.

Ostatnio te gorsze chwile były wyjątkowo uciążliwe i jeszcze bardziej niż zwykle nie było wiadomo, o co właściwie chodzi. Codziennie o tym rozmawialiśmy i codziennie wracaliśmy do punktu wyjścia. Trudno to nawet opisać - niby wszystko było normalnie, a jednak czułam, jakbyśmy byli daleko od siebie. Wieczorem pojechaliśmy do kościoła. Ostatnio mamy fazę, na "zwiedzanie kościołów" :P - w sensie, że co niedzielę idziemy na mszę w inne miejsce. Wybór jest najczęściej przypadkowy. Tym razem padło na parafię, w której Franek był chrzczony. Po mszy uklęknęliśmy i już mieliśmy wychodzić, gdy usłyszeliśmy znajomą melodię. Chórek zaczął śpiewać "Maryjo, śliczna pani". Jak na komendę usiedliśmy z powrotem i spojrzeliśmy na siebie z porozumiewawczym uśmiechem :)) Siedzieliśmy tak do samego końca, przypominając sobie chwile, gdy szliśmy razem do ołtarza... A potem wyszliśmy uśmiechnięci, Franek mnie objął i powiedział na głos to, o czym cały czas myślałam - to był jakiś znak! :) Parafia pod wezwaniem Frankowego patrona, w której był chrzczony i w dodatku śpiewają "naszą" piosenkę.
Kiedy szliśmy do samochodu, już wiedziałam, że ta niewidzialna bariera między nami zniknęła - zanim jeszcze sam Franek wreszcie przyznał, że nie chodzi tylko o jego zmęczenie albo moje marudzenie, a o coś innego, czego nie da się określić inaczej niż "dziwne" :) Na szczęście to już za nami. Znowu jest normalnie i po prostu miło. Choć zazwyczaj zawsze mamy wszystko przegadane, tym razem nie trzeba było sobie niczego wyjaśniać ani deklarować, wystarczyła chwila duchowego porozumienia i szczypta realizmu magicznego :) 
Być może brzmi absurdalnie, ale dla mnie najważniejsze, że zawsze działa ;)

Ps. Dodam tylko, że nie tyle sam fakt tego, że wspólna msza tak na nas działa jest istotny, a to, że tak niewiele - żeby nie powiedzieć, że nic - czasami trzeba, żeby znowu było fajnie. Na nas akurat tak działa kościół.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Uduchowieni narzeczeni ;)

Wspominałam jakiś czas temu, że w styczniu planujemy odbyć nauki przedmałżeńskie i rzeczywiście tak zrobiliśmy. Byliśmy na siedmiu katechezach oraz na dwóch spotkaniach w poradni. Nie byłam nastawiona do nich negatywnie, ale też niczego wielkiego się nie spodziewałam po tych wszystkich opiniach, które słyszałam od znajomych na ten temat. Kiedy nasz kurs się skończył, odczułam… żal :) Wiem, że dla niektórych to może być szok :), ale nam naprawdę te spotkania bardzo się podobały.
Na pewno wiele zależy od sposobu ich prowadzenia, my trafiliśmy naprawdę dobrze. Każde spotkanie było z kimś innym (podkreślam, że tylko jedno z księdzem, który omawiał głównie kwestie organizacyjne oraz dotyczące wiary, bo sporo osób wyobraża sobie, że te nauki są zawsze z księdzem) – było małżeństwo w średnim wieku, była pani psycholog, była nauczycielka wychowania do życia w rodzinie, był nawet inżynier :) Prowadzący zawsze na samym początku przedstawiali się i mówili jaki mają staż małżeński. Później często posługiwali sie przykładami z własnego życia – oni naprawdę wiedzieli, o czym mówią i to było widać. Oczywiście, nie wszystkie spotkania wydawały nam się równie interesujące, nie wszyscy przypadli nam do gustu, nie ze wszystkim się tak całkowicie zgadzaliśmy.
Ale ogólnie uważam, że tak właśnie powinny wyglądać nauki przedmałżeńskie. Przede wszystkim te spotkania bardzo nas do siebie zbliżyły – musieliśmy się tak zorganizować, żeby po pracy dotrzeć na spotkanie, wymagało to od nas kompromisów i wzajemnej pomocy. Poza tym wiele tematów prowokowało nas do przemyśleń, a co za tym idzie, do rozmowy o różnych sprawach -mniej lub bardziej oczywistych, łatwiejszych i bardziej skomplikowanych. Przeżywaliśmy ten czas bardzo świadomie. Franek kilka razy wyszedł ze spotkania i stwierdził: „naprawdę dał mi ten facet do myślenia” – a to i tak jeszcze nic, bo później naprawdę zauważyłam zmianę nie tylko w jego rozumowaniu, ale także zachowaniu jeśli chodzi o pewne kwestie. Ja też trochę zmieniłam zdanie co do niektórych spraw.
Jednak my jesteśmy osobami wierzącymi i te spotkania znaczyły dla nas bardzo dużo pod względem duchowym. O ile wcześniej oczywiście mieliśmy świadomość, czym jest małżeństwo, to dzięki katechezom spojrzeliśmy na nie trochę od innej strony. Bardzo istotne były dla nas spotkania, na których poruszany był temat wiary i modlitwy w rodzinie oraz małżeństwa jako sakramentu. Podobały nam się też wykłady o różnicach w przeżywaniu miłości przez kobietę i mężczyznę (były prowadzone przez dwie różne osoby – wg Franka jeden facet mocno przynudzał, ja to przełknęłam ;)) Muszę przyznać, że najbardziej zaskoczona byłam tym, że usłyszałam całkiem sporo rzeczy, których się nie spodziewałam :) Myślałam, że temat będzie potraktowany szablonowo, a tymczasem mile się rozczarowałam. Podobnie, gdy przeczytałam, że czeka nas wykład o wykroczeniach przeciwko życiu albo miłości małżeńskiej – obawiałam się opowieści o aborcjach, być może filmu oraz zupełnie nieżyciowego podejścia do seksu – bardzo się myliłam :) Na całe szczęście. Właściwie to ta katecheza podobała się nam najbardziej :)
Tak naprawdę mimo najszczerszych chęci, bardzo trudno mi opisać, z czego wynika moje pozytywne podejście  – bo nie potrafię dokładnie ubrać w słowa to, jak się czułam, kiedy to wszystko, co słyszałam mocno trafiało mi do serca. Dodatkowo odczuwałam radość z powodu tego, że słuchamy tego razem i razem możemy czerpać z tego nauki i wyciągać wnioski. Te wzajemne poszturchiwania, ukradkowe uśmieszki, czy uściski dłoni gdy słyszeliśmy coś, co nas mocno dotyczyło :) I poczucie, że nam się uda, jeśli tylko będziemy przestrzegać pewnych zasad. Nie do opisania, naprawdę.  I… cała ta idea małżeństwa spodobała nam się jeszcze bardziej, jeszcze więcej dla nas znaczy, czujemy się tak jakby… została nam powierzona jakaś tajemnica, do której tylko my dwoje mamy dostęp :)
Ale jeszcze raz podkreślam – jesteśmy wierzący i praktykujący, więc na pewno w dużej mierze nasz pozytywny odbiór wynika właśnie z tego. Nie są to chyba spotkania dla osób, które ślub kościelny biorą bez przekonania (przecież i tak się zdarza – bo tak wypada, bo jedna strona chce, bo presja rodziny itp.) albo które mają bardzo dużo poważnych wątpliwości dotyczących wiary, czy kościoła. Rozumiem, że nie wszystkim te nauki mogą odpowiadać, chyba nawet rozumiem, że dla kogoś niektóre rzeczy mogą się wydawać śmieszne. Ale w naszym wypadku było tak, że to, co tam słyszeliśmy było spójne z naszym systemem wartości i w niewielu kwestiach dostrzegaliśmy konflikt interesów.
Wiem też, że te nauki łatwo „zepsuć”. Łatwo przegiąć w jedną stronę, ośmieszyć wiele spraw(nawet podświadomie i pewnie w dobrej wierze). Nietrudno też o przekazanie negatywnych emocji (z tym się po części spotkałam w pewnym momencie, ale o tym później). Czasami prowadzący zdają się być oderwani od rzeczywistości, nie potrafią nawiązać kontaktu z narzeczonymi. Szkoda, bo wiem, że całkiem sporo osób z podobnym podejściem do naszego, mocno się po takich naukach rozczarowała.
Jak wspomniałam, nam się tez nie wszystko podobało i przy następnej okazji napiszę o tym, co nie do końca mi odpowiadało. Ale tak ogólnie, oboje uważamy, że naprawdę warto było w tych spotkaniach uczestniczyć. Kiedy się skończyły, było nam trochę dziwnie :) Szkoda, że jesteśmy już po.

wtorek, 15 marca 2011

Tyle jest do zrobienia.

Tak sobie czasami myślę – jak wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować, o ilu rzeczach chciałabym się czegoś dowiedzieć, ile jeszcze przede mną. Z jednej strony wiem,  że mam na to całe życie. Z drugiej – że nawet całe życie to często zdecydowanie za mało. No bo weźmy na przykład takie książki. Czytam ich całkiem sporo, a i tak wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, nie dam rady przeczytać wszystkich, które by mnie interesowały. Część z nich nawet nie wpadnie w moje ręce.
Odkąd zaczęłam podyplomówkę, coraz częściej myślę o tym, ile jest jeszcze takich rzeczy, które mnie interesują, chociaż nawet o tym nie wiem, a być może nawet nigdy się nie dowiem. Bo siedzę na tych zajęciach i jestem zafascynowana zarządzaniem zapasami, zamieniam się w słuch na finansach międzynarodowych, świetnie się bawię planując produkcję a nawet rozwiązując zadania z controllingu. I zastanawiam się, jak wiele jest jeszcze takich kierunków, które naprawdę by mi się podobały, a o czym się nigdy nie dowiem, bo zawsze będzie brakowało na to i czasu i pieniędzy. A poza tym przecież nadejdzie czas, kiedy będę miała ważniejsze sprawy na głowie, niż nauka.
Jest tyle rzeczy, które mnie interesują. Miałam w szkole historię, miałam i geografię. Ale tak naprawdę kiedy człowiek jest przymuszony, zupełnie inaczej przyswaja wiedzę. W szkole miałam klasówki z określonej partii materiału. Często uczyłam się na zasadzie „zakuć-zdać-zapomnieć”, bo zwyczajnie nie miałam czasu na to, aby zastanowić się nad jakimś zagadnieniem, skoro kartkówka goniła kartkówkę a w każdym tygodniu miałam przynajmniej testy… Teraz wiem, o czym chciałabym czytać, o czym chciałabym się dowiedzieć więcej. Wiem, co mogłoby mnie zainteresować. Problem jest jak zwykle ten sam – brak czasu.
Zwyczajnie nie ma czasu na wszystko, na co chciałabym go faktycznie poświęcić. I wcale nie mam na myśli tego, że żyjemy w wiecznym pośpiechu. Pewnie, to też, ale znajduję też wolne chwile tylko dla mnie i aż nie wiem co z nimi robić, bo tak wiele jest rzeczy, które mnie fascynują, tyle jest nowości, które są jeszcze przeze mnie nieodkryte, tyle czynności sprawia mi przyjemność i powoduje, że czuję się zrelaksowana. Do tego oczywiście trzeba przecież normalnie funkcjonować – praca, dom, obowiązki. Dopiero później przyjemności i zainteresowania.
Z jednej strony to wspaniałe, że w życiu zawsze coś jest i będzie do zrobienia. Że będzie co odkrywać, że nie można się nudzić. Z drugiej strony – kiedy pomyślę o tym  ilu rzeczy nie zobaczę, o ilu się nie dowiem, czego nigdy nie spróbuję to jest mi żal.
Jak zaspokoić ten głód wiedzy i czy w ogóle się da? Chyba nie, ale próbować można i ja cały czas próbuję. Staram się szukać nowych doświadczeń oraz delektować się tym, co już znam i lubię. Ale szkoda, że mimo wszystko, wiele mnie ominie :)

poniedziałek, 25 października 2010

Wszystko dla ciała.

Ostatnio karmię ciało… Wiadomo, że trzeba zadbać i o ducha i o ciało. Ostatnimi czasy skupiłam się bardzo na tym pierwszym. Sporo czytałam – czasami wręcz nic nie robiłam po powrocie z pracy, tylko siadałam w fotelu i zagłębiałam się w powieści. Innym razem oglądałam seriale. Dobra, wiem, mało ambitne, ale jakby nie było pokarm dla ducha jakiegoś rodzaju to jest – no bo na pewno nie dla ciała :) Za to ambitniej było na zajęciach z zarządzania dystrybucją czy prawa transportowego… Poza tym mój duch dokarmiany był muzyką klasyczną, ze wskazaniem na Chopina – z racji trwającego trzy tygodnie konkursu chopinowskiego. Konkurs się skończył, stwierdziłam, że teraz czas na ciało.

W sobotę po powrocie z uczelni wsunęłam na szybko pierogi, które zostawił mi na obiad Franek (a pierogi oczywiście domowe, robione własnoręcznie przeze mnie i przez Franka właśnie jakiś czas temu, zamrożone i czekające na okazję :)), poprawiłam makijaż i wyruszyłam w miasto. Umówiłam się z koleżanką. Poszłyśmy na piwo. Popiłyśmy je wiśniówką, po czym Anka stwierdziła, że jest głodna. Za mną od kilku dni chodziła ochota na jakieś śmieciowe żarełko (a tak, lubię, nie przesadzam z tym, ale mówcie sobie co chcecie – dobre to jest i już :)), myślałam, że może pójdziemy do jakiejś budki z fast foodem, ale Ania miała ochotę na prawdziwy obiad. Zaprowadziła mnie do… pierogarni :P Tak długo mnie namawiała i kusiła (mimo zapewnienia, że pierogami to ja już się dziś najadłam), że ostatecznie zamówiłam porcję i dla siebie. Ale żeby nie było, wzięłam tym razem leniwe :) Do tego wypiłyśmy jeszcze po piwku i poszłyśmy… na piwko do pubu :) Długo nie balowałyśmy, Franek kończył pracę po północy, więc przyjechał po nas i porozwoził do domu. Położyłam się i zasnęłam jak zabita. Dawno mi się tak dobrze nie spało, zawsze się wybudzam, kiedy Franek kładzie się później, a tym razem dopiero o szóstej wyciągnęłam rękę, żeby sprawdzić, czy jest obok :) Nie czułam się specjalnie rześko, więc zasnęłam z powrotem i spałam aż do 10:15, co zdarza się niesamowicie rzadko… A obudziłam się tylko dlatego, ze zdziwiło mnie niesamowicie, że Franek wstaje przede mną. No to to się już chyba nigdy nie zdarza… :)  

Franek zajął się śniadaniem, a ja dochodzeniem do siebie. Potem przyszła kolej na mnie i zabrałam się za obiad – placki ziemniaczane. Ledwo skończyłam je smażyć, Franek musiał wychodzić do pracy, a ja odebrałam telefon od Doroty z propozycją nie do odrzucenia. Pojechałyśmy sobie pod Poznań na basen – taki z masażami wodnymi, zjeżdżalniami no i przede wszystkim z jacuzzi, w którym spędziłyśmy najwięcej czasu. Potem uczyniłam zadość jeszcze mojemu pragnieniu śmieciowego jedzenia i zjadłam talerz frytek :) Tak oto skończył się mój weekend.

A dzisiaj idziemy jeszcze z Dorotą na aerobik i do sauny. Potem na piwko. Aha, i żeby nie było – na aerobik to ja chodzę cały czas regularnie, nawet wtedy, kiedy skupiam się na duchu :) W październiku zwiększyłam częstotliwość do dwóch-trzech razy na tydzień :) W ramach tego dbania o ducha, powinnam jeszcze się wybrać do fryzjera i kosmetyczki. Ale u tego pierwszego byłam całkiem niedawno, a na drugą chwilowo funduszy brak (ach ta logistyka :)) Poszłam więc sobie… do dentysty. No co? W końcu to też jest dbanie o ciało, nieprawdaż? :) Na szczęście choćbym nawet kilka lat nie odwiedzała przybytku dentystycznego, szkody na moim uzębieniu zawsze są minimalne, więc strachu przed stomatologiem nie odczuwam. A to dziwne, w końcu to też biały fartuch, co więc z moim syndromem? :)

sobota, 12 czerwca 2010

Fotostory.

Co tu dużo mówić, jak można pokazać :) Mój weekend w pigułce:
Najpierw coś dla ducha:
 
Zakochałam sie w tym utworze wykonanym przez orkiestrę. (oczywiście w orkiestra w linku to nie orkiestra filharmonii poznańskiej ;))
Potem czas na mały relaks:
 
Wyczekiwany co roku:
 
No niestety, w tym roku się nie postarali, więc wybaczcie plakat z roku 2009 :) Ale chodzi o to samo:) Uwielbiam te wszystkie kolorowe bibeloty, które można tam znaleźć. Dobrze, że byłam z Frankiem – przynajmniej pilnował, żebym nie poszalała :)
Sobotni obiad na działeczce:
  
A na deser czerwcowy smakołyk (zdjęcie ze strony rondelek.pl)
  
 

No a wieczorem towarzyszę Frankowi:

Wiadomo, ze jak meczyk to i piwko – chociaż wersja bardziej lajtowa :)
 
Jak dobrze, że to jeszcze nie koniec weekendu :)
***

Pamiętacie jak mi Franek herbaty kazał pilnować? Dzisiaj sprzątaliśmy po grillu. Zrobiłam swoje, on zmywał. Podeszłam i pytam w czym mam pomóc. Wręczył mi do ręki talerz. Miałam go po prostu trzymać. Nie opatrzył tego komentarzem, ale domyślam się, że moje zadanie polegało na pilnowaniu talerza :)

niedziela, 4 kwietnia 2010

Trochę refleksji…

Sondażu żadnego co prawda nie przeprowadzałam, ale raczej większość z osób zapytanych o to, które święta lubią bardziej – Wielkanocne czy Boże Narodzenie, odpowiedziałaby, że te drugie. Zresztą całkiem sporo z nich powiedziałoby pewnie, że w ogóle Wielkanoc niespecjalnie lubi. Co mogę powiedzieć na ten temat ja? Rzeczywiście, Boże Narodzenie to okres niemalże magiczny. Atmosfera jest nieporównywalna z żadnym innym okresem świątecznym. Oczywiście skomercjalizowanie tego czasu jest również nieporównywalne z żadnym innym – no chyba że z Walentynkami :), ale to już inna kwestia, która zresztą mnie akurat niespecjalnie boli… W każdym razie jeśli chodzi o święta Wielkanocne, atmosfera jest zupełnie inna, według mnie nie ma takiej magii, nie czeka się aż tak bardzo na te święta.
A przecież Wielkanoc to najważniejsze święto w kościele katolickim. Każda osoba wierząca powinna spędzić ten czas – zwłaszcza okres Wielkiego Tygodnia- w atmosferze zadumy, refleksji nad sobą i swoim życiem. Te dni świąteczne mają wymiar przede wszystkim religijny i nasza wiara jest, a właściwie powinna być najważniejszym aspektem tego okresu. Pytanie, czy rzeczywiście tak jest?
Kiedy byłam nastolatką, bardzo lubiłam okres tuż przed świętami. Naprawdę byłam wtedy skupiona a moja wiara nabierała głębi. Najpierw przez kilka dni chodziłam na rekolekcje. Później Wielki Czwartek i Wielki Piątek miałam wolne od szkoły, mogłam więc czas ten spędzić na dalszej refleksji. Chodziłam do kościoła na czuwanie wieczorne i nocne. Nie uczestniczyłam co prawda w nabożeństwach w ciągu tych dwóch dni, bo wolałam wsłuchać się w swoje myśli, ale bardzo dużo wtedy się modliłam i rozmyślałam. Pamiętam jak wracałam do domu,patrzyłam na ogromny, prawie czerwony księżyc w pełni i tę jego smutną minę i myślałam, że tak właśnie wyglądał księżyc wtedy, ponad dwa tysiące lat temu… Potem wracałam do domu i kładłam się późno, bo jeszcze myślałam co mogę zrobić, żeby w przeżyć ten okres tak, jak należy. Czułam ogromną łączność z Jezusem. Było to uczucie niemal fizyczne… To dopiero była magia… Zupełnie inna niż ta grudniowa, ale równie silna. To była prawdziwa wiara.
Wszystko skończyło się, kiedy zaczęłam pracować, czyli po drugim roku studiów. Pracowałam wtedy popołudniami, wieczorem po pracy chciałam iść na czuwanie, ale kościół był zamknięty. Bardzo się rozczarowałam. I niestety od tamtej pory tak właśnie wyglądają moje przygotowania do świąt. Owszem, idę do spowiedzi, staram się głęboko modlić, ale teraz to już nie to samo. Bardzo ubolewam nad tym, że nie mogę już tak bardzo poświęcić się przeżywaniu okresu przedwielkanocnego. Na przykład w tym roku Wielki Czwartek i Wielki Piątek przypadały na pierwsze dni miesiąca. Wiecie już, że to czas kiedy mam najwięcej roboty papierkowej w pracy. W czwartek skończyłam około 18, później musiałam przygotować się do wyjazdu do Miasteczka. W piątek pracowałam do 14:30 a potem wyruszyłam do domu. Dojechałam około 19. Wiem, jakbym się bardzo postarała, to pewnie jakoś dałoby się zorganizować jeszcze wizytę w kościele. Ale prawda jest taka, że byłam już zmęczona. Niestety, dzisiejszy tryb życia osób pracujących, zwłaszcza tych z dużego miasta, nie sprzyja przeżywaniu tych świąt tak, jak należy. Naprawdę bardzo tego żałuję. Przykro mi, że tak to wygląda. A chciałabym zauważyć, że ja nie muszę przygotowywać tych świąt „od strony technicznej” – przyjeżdżam na gotowe. Pewnie, że ktoś mógłby powiedzieć, że przecież o to właśnie chodzi -żeby zwolnić, odsunąć na moment sprawy doczesne i pogoń za sukcesem. Tylko ciekawa jestem, ile osób może sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć szefowi: „Przepraszam, ale ja dzisiaj nie pracuję, muszę iść do kościoła…”
Mimo wszystko, staram się przeżyć ten czas najlepiej jak umiem. Żałuję bardzo, że najbliższą okazję do modlitwy nad grobem Jezusa będę miała w przyszłym roku, ale jednocześnie mam nadzieję, że tym razem się uda… W końcu Wielkanoc 2011 przypada pod koniec miesiąca, a wtedy zawsze pracy mam mniej. A tymczasem – pora na to, aby się radować. Chrystus zmartwychwstał. Alleluja! :)

Z okazji Świąt Wielkanocnych, życzę wszystkim Czytelniczkom, aby spędziły je w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Niech będę zdrowe i radosne. Życzę Wam również pogody ducha, a skoro przy pogodzie jesteśmy, to słoneczka sporo na te dni ;) Niech te dni mijają Wam w atmosferze refleksji i radowania się zmartwychwstaniem.