Tak,
jak wspomniałam ostatnio – wygląda na to, że na razie niestety muszę
spasować z moimi poliglotycznymi zapędami. Mam tylko nadzieję, że nie na
zawsze…
Jeśli
chodzi o angielski plan mam taki, żeby znaleźć pracę, w której mogłabym
się nim posługiwać (mam nadzieję, że wypali), ewentualnie mogę udzielać
korepetycji. Poza tym codziennie oglądam całkiem sporo materiałów w tym
języku, od czasu do czasu czytam artykuły, czy książki. Angielski jest
wszechobecny, więc akurat w tym wypadku nie obawiam się, że go zapomnę.
Bo
niestety, język nieużywany odchodzi w zapomnienie. Nie mówię, że na
zawsze, ale traci się swobodę wypowiedzi, powoli zapomina się słownictwo
i zasady gramatyki. Doświadczyłam tego na przykładzie niemieckiego –
maturę ustną zdałam na szóstkę, teraz muszę się głęboko zastanawiać
jeśli chcę powiedzieć zdanie w tym języku, a i tak wcina mi się
hiszpański. Rozumiem słowo pisane, mówione czasami też, ale zupełnie
straciłam biegłość w tym języku. Zaczęłam zastanawiać się nad jakimś
kursem, lub choćby konwersacjami w celu odświeżenia sobie niemieckiego.
Przypuszczam, że po pół roku wróciłabym do dawnego poziomu.
Poza
tym zastanawiałam się co z kursem hiszpańskiego. Po zakończeniu
zeszłorocznego zostałam zakwalifikowana na kurs przygotowujący
do kolejnego egzaminu międzynarodowego (najwyższego) lub na kurs bez
egzaminu – experto. Są to najwyższe poziomy, po roku nie miałabym już
gdzie się dalej uczyć, bo nie ma grup na takim poziomie zaawansowania. I
niestety zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego kursu, skoro i tak za
rok będę musiała go przerwać.
Z
decyzją wstrzymywałam się do ostatniej chwili, bo nie wiedziałam
jeszcze jak będzie z tą pracą – w końcu w grę wchodził jeszcze kurs
języka włoskiego, gdyby się udało. Kiedy nic z tego nie wyszło, a szkoły
językowe wydzwaniały do mnie, z zapytaniem, czy zamierzam kontynuować
naukę, nadszedł czas na podjęcie decyzji.
Długo
nad tym myślałam, skonsultowałam się też z mamą i stwierdziłam, że nie
będę na razie kontynuować nauki języka na żadnym kursie. Uwielbiam uczyć
się języków, wkuwanie słówek, poznawanie zasad gramatyki to dla mnie
prawdziwa frajda i prawdę mówiąc mogłabym się nauczyć jeszcze ze dwóch
nowych. Pytanie tylko – co dalej? Jest to bardzo czasochłonne a przede
wszystkim drogie. Jak to trafnie mój wujek określił (mówiąc o sobie):
„człowiek się ciągle dokształca, robi tysiące kursów i studiów
podyplomowych, tylko potem nie ma kiedy zarabiać i gdzie wykorzystywać
tej wiedzy”. To prawda. Lubię się uczyć, ale trzeba to robić z głową.
Zaczynam studia podyplomowe w zupełnie innej dziedzinie niż dotychczas-
nie wiem, jak sobie będę radzić. Na pewno będę musiała się bardzo
przyłożyć, dlatego przyda mi się czas wolny zyskany poprzez rezygnację z
kursu. Poza tym stwierdziłam, że jeśli w przyszłości okaże się, że
niemiecki lub hiszpański będą mi potrzebne, wtedy pójdę na
kurs.Tymczasem będę się starała choć trochę dbać o moje lingwistyczne
umiejętności we własnym zakresie - będę zaglądać do dawnych notatek,
ćwiczeń, chciałabym też znaleźć w internecie jakieś materiały po
hiszpańsku na przykład. Najlepiej jakąś telenowelę
Bo to mnie może wciągnie
Gdybyście się kiedyś natknęły na coś takiego w sieci – dajcie mi znać!
Oczywiście wiem, że wcale nie jest łatwo się tak samemu zmobilizować, jednak staram się zaufać sobie, wiem, że gdy chcę, to potrafię… A lubiłam zawsze się uczyć słówek, czy gramatyki, więc może dam radę. To tylko kwestia zorganizowania. Pewnie, że jest mi trochę żal, ale naprawdę przestałam widzieć sens tego kursu, tak naprawdę bardziej przydałyby mi się jakieś konwersacje i nad tym też myślałam, ale zadecydowała jedna bardzo istotna rzecz – zapłaciłam za moje studia i totalnie się spłukałam
Ledwie dwucyfrowa kwota na moim koncie pomogła mi podjąć ostateczną decyzję
A kto wie? Może za jakiś czas znowu do tego wrócę. Może zacznę się uczyć kolejnego języka?
Bo tego też wcale nie wykluczam
I tak nauczyłam się całkiem sporo, to się na pewno nie zmarnowało,
siedzi gdzieś tylko w zakamarkach mojej pamięci i jestem pewna, że
jestem w stanie to wygrzebać.
Dziwnie mi będzie bez żadnego kursu, w końcu jakiegoś języka uczyłam się bez przerwy od prawie piętnastu lat
Ale wszystko się kiedyś kończy
***
Przy okazji moich rozważań nad językiem przypomniałam sobie, że nie dostałam jeszcze tego certyfikatu z hiszpańskiego. Hiszpanie działają baardzo opieszale – wszystko jest na mañana, więc osoby, które zdawały egzamin razem ze mną w maju 2009 dostały certyfikaty w czerwcu 2010. Z racji tego, że ja jeszcze wysyłałam odwołanie i czekałam na odpowiedź, która przyszła po pół roku, wszystko się przedłużyło. Ale teraz trochę się zaniepokoiłam, że tak długo to trwa i postanowiłam zadzwonić – najpierw do szkoły językowej, potem do poznańskiego ośrodka, który organizował egzamin i do Instytutu Cervantesa w Warszawie, nikt nic nie wie. Wygląda na to, że muszę się skontaktować z Madrytem. Chociaż… facet w Warszawie powiedział mi, że właśnie dostali certyfikat kogoś, kto zdawał egzamin w 2008, więc może jeszcze powinnam rok poczekać


Oczywiście wiem, że wcale nie jest łatwo się tak samemu zmobilizować, jednak staram się zaufać sobie, wiem, że gdy chcę, to potrafię… A lubiłam zawsze się uczyć słówek, czy gramatyki, więc może dam radę. To tylko kwestia zorganizowania. Pewnie, że jest mi trochę żal, ale naprawdę przestałam widzieć sens tego kursu, tak naprawdę bardziej przydałyby mi się jakieś konwersacje i nad tym też myślałam, ale zadecydowała jedna bardzo istotna rzecz – zapłaciłam za moje studia i totalnie się spłukałam


A kto wie? Może za jakiś czas znowu do tego wrócę. Może zacznę się uczyć kolejnego języka?


Dziwnie mi będzie bez żadnego kursu, w końcu jakiegoś języka uczyłam się bez przerwy od prawie piętnastu lat


***
Przy okazji moich rozważań nad językiem przypomniałam sobie, że nie dostałam jeszcze tego certyfikatu z hiszpańskiego. Hiszpanie działają baardzo opieszale – wszystko jest na mañana, więc osoby, które zdawały egzamin razem ze mną w maju 2009 dostały certyfikaty w czerwcu 2010. Z racji tego, że ja jeszcze wysyłałam odwołanie i czekałam na odpowiedź, która przyszła po pół roku, wszystko się przedłużyło. Ale teraz trochę się zaniepokoiłam, że tak długo to trwa i postanowiłam zadzwonić – najpierw do szkoły językowej, potem do poznańskiego ośrodka, który organizował egzamin i do Instytutu Cervantesa w Warszawie, nikt nic nie wie. Wygląda na to, że muszę się skontaktować z Madrytem. Chociaż… facet w Warszawie powiedział mi, że właśnie dostali certyfikat kogoś, kto zdawał egzamin w 2008, więc może jeszcze powinnam rok poczekać
