Nie mam weny ostatnio chyba. A zresztą nawet nie o wenę chodzi prawdopodobnie, tylko po prostu mało się u mnie ostatnio dzieje
Dni podobne do siebie i nic specjalnego się nie wydarzyło. Ale wbrew
pozorom się nie nudzę. Nawet nie wiem jak to się stało, że znów minął
cały tydzień… A najbardziej to chyba zasługa książek. Przychodzę z pracy
do domu i jak zacznę czytać o 17 to tak mi zejdzie przynajmniej do 20 –
o ile coś ciekawego w telewizji leci, bo jak nie, to jeszcze dłużej. W
weekend przyjechał do Poznania mój wujek i zabrał mnie i Franka na
wycieczkę w miejsca związane z początkiem Państwa Polskiego – Gniezno,
Ostrów Lednicki. Niby to on przyjeżdża do nas i to my powinniśmy go
oprowadzać, ale jest na odwrót. A to dlatego, że mój wujek jest
historykiem, więc wie co i jak należy pokazać
Wycieczka bardzo przyjemna. A w niedzielę to już naprawdę głównie
czytałam. Parę razy spojrzałam w ekran jak tam sobie nasi na olimpiadzie
radzą, a o 14 zadzwoniła mama Franka, żebym przyszła do nich na obiad.
Na obiedzie był również brat Franka z narzeczoną i jechali potem razem z
rodzicami rozejrzeć się za salą, bo za rok wesele robią. Miałam jechać z
nimi, ale Franek do pracy szedł, więc stwierdziłam, ze wrócę do moich
książek. I tym sposobem kolejne wesele mi się szykuje. We wrześniu
jeszcze dwa, a w przyszłym roku już następne dwa zaklepane… Całe moje i
Franka kuzynostwo wchodzi właśnie w taki wiek, że się teraz wszyscy będą
żenić. I skąd ja tyle kreacji wezmę??
Dobrze, że chociaż mam rozmiar ten sam co moja mama i siostra
No więc sami widzicie, że się nic nie dzieje
Nawet dzisiaj w pracy spokojnie i wygląda na to, że będzie luz. A to mój ostatni tydzień przed kolejnym urlopem
W tym roku dwa tygodnie wolnego rozłożyłam sobie na dwa razy po jednym
tygodniu. I tym sposobem w piątek zaczynam labę. Tylko nie wiem jeszcze
za bardzo co będę robić. Czy się gdzieś wybierzemy, czy nie. Krucho z
kasą… No i pogoda – szkoda gadać…





