*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkrety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkrety. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wybywamy...

Proszę, mamy dwudziesty dzień lipca, a ja mam napisaną już czternastą notkę... Czas może się trochę opanować ;) Będziecie więc mogły sobie troszkę teraz ode mnie i moich opowieści odpocząć - przynajmniej przez tydzień, a może i nieco dłużej! Odsapniecie nieco :)
Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem po powrocie do sieci, bo się już dzisiaj nie wyrobiłam. Wyjeżdżamy! Ja i Wiking. Mam nadzieję, że się Franuś trochę stęskni za rodzinką ;)
Bywajcie!

wtorek, 23 kwietnia 2013

Tylko konspekt.

Nie mam kiedy pisać :( A szkoda, bo chyba właśnie teraz bym tego potrzebowała. Poza tym, chciałabym jakoś uwiecznić ten czas, pisać o tym, co się dzieje, co myślę i czuję. Niestety, wolnych chwil jest tak mało (lub wcale), że mi ich nie wystarcza na blogowanie. Jednak cały czas czekam i mam nadzieję, że jakoś to wszystko ogarnę. Wtedy odpowiem na Wasze komentarze, a także napiszę o:
1. Kolejnej rocznicy mojego pisania. I pierwszych urodzinach tego blogspotowego ;)
2. "Cyrografie".
3. Kolejnej rewolucji w moim życiu. 
4. Spodniach.
5. Wycieczce po Fuerteventurze.
6. O tym, co mnie martwi.
7. I co daje nadzieję.
8. Za czym tęsknię.

I pewnie jeszcze o całym mnóstwie innych rzeczy. Mam o czym pisać. Tylko doba jest za krótka i na to pisanie już mi czasu, a czasami nawet sił nie wystarcza. Echh.

środa, 28 listopada 2012

Dlaczego mnie tu nie ma?

Dzięki Kfiatuszku za motywację ;) Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że znowu sporo czasu minęło od mojego ostatniego postu, a jeszcze bardziej uderzyło mnie to, że listopad już się kończy a ja ledwo trzy notki skleciłam! Rzeczywiście po tym urlopie się rozleniwiłam ;) 
A tak serio - właściwie to nie wiem, dlaczego mnie tu nie ma. Pomijając pewne kwestie, nad którymi nie chcę się rozwodzić, to chyba po prostu brakuje mi czasu. A głównym sprawcą mojego braku czasu jest wspomniany już nowy klub fitness. Dość powiedzieć, że zapisałam się tam 24 dni temu i dzisiaj obliczyłam sobie, że spędziłam tam jakieś 17 godzin. Wychodzi więc na to, że bywam tam niemal codziennie. Dzisiaj miałam pójść tylko na step, ale w końcu zostałam jeszcze na speedballu. Obiecałam sobie za to, że za żadnego skarby nie pójdę jutro na stretching, który jest o 20 (przesunęłam sobie korki i teraz jest tak, że wracam z pracy o 17:30, zjadam szybko obiad, moje bachorki przychodzą na 18:00 i kończymy o 19:30, więc zdążam :)), bo muszę w końcu trochę w domu posiedzieć.. Ale kiedy wyszłam dzisiaj z klubu, przeczytałam smsa, że dzieci jutro nie dotrą, więc popołudnie mam wolne i już zaczęłam się zastanawiać, czy nie skorzystać z okazji i nie pójść na zajęcia, na które normalnie chodzić nie mogę... A kysz, muszę odgonić te myśli! W domu trza pobyć! :)
No i widzicie, nawet moją pierwszą od tygodnia notkę temat zdominował. Muszę się opanować. 
A co poza tym? W pracy w tym tygodniu już na całego dogoniłam rzeczywistość i mimo, że sezon świąteczny już u nas w pełni wychodzę z biura z czystą głową i przez resztę wieczoru nie rozmyślam już o tym, jak sobie zorganizować pracę od samego rana następnego dnia :) Z dnia na dzień jest coraz lepiej, mimo, że ciągle coś się dzieje. 
Weekend spędziliśmy z Frankiem we dwoje. Chcieliśmy zrobić już przedświąteczne zakupy, tak jak dokładnie rok temu, ale średnio nam to wyszło. Jakoś nie poczułam jeszcze atmosfery świąt, dziwne, bo zazwyczaj dopadała mnie ona właśnie na miesiąc przed świętami. Widocznie muszę jeszcze chwilę poczekać. Ale przynajmniej opracowaliśmy sobie mniej więcej listę prezentów. I poszliśmy do kina na "Atlas chmur". Nie pamiętam, kiedy ostatnio byliśmy w kinie! Chyba z rok temu. To znaczy ja byłam jeszcze tydzień temu na filmie "Mój rower", ale poszłam sama, więc tego nie liczę ;) W każdym razie weekend była taki, jak powinien być, chociaż bez burzy też się nie obeszło. Ale zdecydowanie potrzebny był nam ten wspólny czas na wyłączność.
I nie wierzę, że miesiąc temu wróciliśmy z naszego wspaniałego urlopu, a ja w zasadzie nie napisałam o nim ani słowa! A nie odpuszczę, bo szkoda. Ale właściwie, może to i dobrze, podobno w weekend zima ma do nas przyjść, więc może to dobry sposób na to, żeby trochę się rozgrzać ;)
W każdym razie, postanawiam się poprawić!  :) Może już od jutra?? Oby mnie tylko żaden bodyworkout nie skusił ;)

wtorek, 25 września 2012

Przerywnik

Zanim wrócę do opisywania naszego ślubu (idzie mi to opornie nie tylko dlatego, że nie mam czasu, ale również dlatego, że chcę się tym jak najdłużej delektować :) mam takie złudzenie, że jak to opiszę, to poczuję na dobre, że już po wszystkim :)), muszę wreszcie Wam podziękować! Miałam to zrobić przy okazji każdej notki, ale ciągle zapominałam!

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie życzenia pod notkami, ale również za te na innych portalach. Dziękuję za piękne maile Roksannie, Motylowi, Szczęściarze, Marcie, Asi (a nawet dwóm :)). Izie i Flo. dziękuję za smsy! Antylce i Młodej Kobiecie za śliczne kartki! Jeszcze Wam wszystkim podziękuję z osobna, ale chciałam dać znać, że pamiętam, że doceniam, że jestem wręcz wzruszona :) Dziękuję! (i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam)

***
Poza tym, chciałam się Wam wytłumaczyć. Ja wiem, ze ostatnio nie udzielam się u Was, ale bądźcie pewne, że zaglądam! Niech żyje ten mój smartphone służbowy, nad którego wyborem się zastanawiałam jakiś czas temu. Dzięki niemu mogę zaglądać do Was na przykład w samochodzie, gdy stoję na czerwonym świetle :P (spokojnie, podczas jazdy z komórki nie korzystam ;)) albo w jakimś innym momencie, kiedy akurat nie mam przy sobie książki. Jedynym utrudnieniem jest to, że nie zostawiam komentarzy, bo bardzo źle mi się pisze cokolwiek na tym telefonie, nie wspominając już o dłuższych wypowiedziach. Ale w końcu się jakoś ogarnę. Mam nadzieję jednak, że rozumiecie, że ostatnio byłam zajęta trochę czymś innym :)
A, no i jeszcze jedno - mam totalny bałagan w linkach. Jak wiecie, w celu usprawnienia funkcjonowania tego bloga usunęłam listę linków (co się zresztą okazało chyba niepotrzebne). Teraz część linków mam na starym blogu, inne na stronie, którą utworzyłam dawno temu tylko w celu zebrania wszystkich linków w jednym miejscu (ale się zdezauktualizowało), jeszcze inne w zakładkach, mailach... Czasami wchodzę do Was przez Feedjit... Ale generalnie mam po prostu chaos. Mam prośbę - zostawcie mi adresy swoich blogów - to prośba do wszystkich :) Po prostu chciałabym to jakoś usystematyzować.

***
A na koniec przyznam się Wam, że codziennie śni mi się nasze wesele. Wyobrażacie sobie?? To już dziesięć dni, a ja każdej - dosłownie każdej! - nocy przeżywam wszystko od nowa! Śni mi się jak tańczymy, śnią mi się nasi goście... Oby jak najdłużej :)

środa, 12 września 2012

Panieńska poznańska nocka :) Odliczanie: trzy!

No nie udało mi się wczoraj już niczego napisać, chociaż bardzo chciałam :( Chyba się zaczął mały kołowrotek - chociaż z drugiej strony może to wynika po prostu z tego, że dziś wyjeżdżamy z Poznania i musimy sporo rzeczy tu podomykać.

Przyjechali wczoraj moi rodzice i razem ze mną poszli po odbiór sukni. Przyznać muszę, że się tego nie spodziewałam, mimo dwóch przymiarek, które przecież już za mną :) Przeszło mi nawet przez myśl, że może nie będę ostatecznie zadowolona, ale nic z tych rzeczy. Suknia bardzo mi się podoba! Leży moim zdaniem świetnie, a ten półgolfik przy twarzy jest piękny i dodaje mi blasku (och ja nieskromna :P, ale tylko powtarzam słowa obserwatorów ;)). Suknia została wpakowana do bagażnika i teraz już czeka na mnie w Miasteczku. Już teraz mi żal, że będę ją miała na sobie tylko przez parę godzin :( Ale naprawdę warto :) Już się nie mogę doczekać miny Franka.

Z salonu sukien ślubnych pojechaliśmy do banku, bo jak na złość akurat teraz musiałam zapomnieć hasła do bankowości internetowej! No szlag by to - od kilku lat wszystkie transakcje robię przez internet i do banku właściwie nie zaglądam, ale tydzień temu Franek namówił mnie na zmianę hasła. Nie modyfikowałam go jakoś bardzo, po prostu trochę je umocniłam - ze średnio na bardzo silne. Okazało się, że zrobiłam je tak silne, że chroniło nawet przede mną :) Najlepsze jest to, że pamiętałam wszystkie składniki hasła, tylko nie mogłam sobie przypomnieć ich konfiguracji. A akurat wczoraj chciałam koniecznie zrobić przelew do USC.
Spędziłam w banku ponad pół godziny, takie były kolejki, ale najważniejsze, że hasło odzyskałam i więcej nie zamierzam go stracić :)

W czasie, kiedy z rodzicami załatwiałam te i inne sprawy, Franek pojechał do spowiedzi, spotkał się z Karolą i Dagą, z którymi mieliśmy "porachunki" ;) i pojechał po winietki. No i moja wtopa :( Wieczorem usiedliśmy, żeby sprawdzić, czy wszystkie są - ja czytałam nazwiska, Franek odhaczał je na liście. Kiedy doszłam do Marcina Jaskóły Franek popatrzył na mnie wzrokiem bazyliszka: "jaki Jaskóła?????" No tak, bo Marcin nie jest Jaskóła tylko Jaskólski! Podobnie jak jego brat :/ Ale czy to moja wina, skoro Franek zawsze o nich mówi Jaskóły??? Nawet w telefonie miał wpisanego Marcina Jaskółę, no i mi się zapomniało, odruchowo wpisałam na listę tak. Zadzwoniłam więc od razu do Juski po ratunek, poprawiła i odesłała do drukowania. Do babki od drukowania też zadzwoniłam po prośbie, czy da radę nam to na dziś druknąć. Da. :)

Przy okazji porozmawiałyśmy z Juską o kilku kwestiach, między innymi o dekoracji sali. Powiedziałam jej, że w czwartek pojadę do restauracji i dowiem się, kiedy możemy tam wejść, a ona mi na to, że jej mama już tam była, już się ze wszystkimi poumawiała, już wszystko pomierzyła i w ogóle mam sobie tym głowy nie zawracać. Przy okazji zwróciła mi jeszcze uwagę na kilka kwestii, o których musimy pomyśleć, co mnie tylko utwierdziło po raz kolejny w przekonaniu, że to właściwa osoba na właściwym miejscu :)

I tak minął nam cały dzień. Położyliśmy się więc spać. I nic! Chyba po raz pierwszy dopadł mnie lekki stres! Nie spałam przez pół nocy i ciągle miałam przed oczami siebie w sukni ślubnej. Rozmyślałam o różnych sprawach, również o tym, że to była moja ostatnia panieńska noc w Poznaniu :) Jednocześnie bardzo chciałam zasnąć, ale nie mogłam - po prostu czułam, że jestem strasznie podekscytowana! Bo to nie był taki stres paniczny - nie denerwowałam się, że coś nie wyjdzie albo, że jeszcze dużo spraw mamy do załatwienia, po prostu byłam pełna emocji - że to już i chyba po raz pierwszy poczułam, że to się dzieje naprawdę i że to za chwilę.

Rano wstałam i teraz to ja pojechałam do spowiedzi. Przede mną były tylko dwie osoby, ale jeden chłopak klęczał przy konfesjonale ponad 20 minut!!! Serio, sprawdzałam na zegarku, bo się bałam, że do pracy się spóźnię. Ale się nie spóźniłam, a aureolę nad głową już mam :) W ogóle wszystko dla księdza już mamy i możemy się jutro z nim spotykać :)

Ale ogólnie nie czuję się dziś szczególnie wypoczęta po tej nocce, zwłaszcza, że czeka nas jeszcze pakowanie i boję sie, że czegoś zapomnimy (najwazniejsze rzeczy takie jak obrączki już są w Miasteczku na szczęście).
A w dodatku aura dzisiaj mi nie służy i humor mam lekko skwaszony. Mam nadzieję jednak, że to chwilowe - i aura i humor :) Co do drugiego co prawda jestem trochę bardziej pewna, bo przypuszczam, że dzisiaj po pracy już mi się lepiej zrobi :) No ale o pogodę to się trochę boję. Zimno ma być w sobotę - a przynajmniej zimno jak na moje bolerko... Cóż, grunt żeby nie padało a na razie prognozy w tym względzie są optymistyczne. Na razie musze zaklinać pogodę :)
I jest jeszcze jeden powód, który niezbyt dobrze wpływa na mój nastrój, ale o tym się nie będę rozwodzić, bo i bez sensu :/
No nic, mam nadzieję, że do następnej notki mi się poprawi :)

środa, 15 sierpnia 2012

Odliczanie: jeden! /Niedziela w środku tygodnia

Już to na pewno kiedyś pisałam, ale bardzo lubię takie wolne dni w ciągu tygodnia :) A najlepiej, jeśli to są w dodatku święta kościelne, bo wtedy to już totalnie mam wrażenie, że to niedziela. Idę potem sobie w "poniedziałek" do pracy, po czym okazuje się, że za dwa dni znowu mamy weekend! :) A w tym konkretnym przypadku - za jeden dzień, bo w piątek mam urlop.

Franek szedł dzisiaj do pracy dopiero na 16, więc mieliśmy trochę czasu żeby porozmawiać. Omówiliśmy kilka kolejnych kwestii - jakżeby inaczej? ;) - ślubnych. Bo nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że nasz ślub odbędzie się dokładnie za miesiąc!!! :) A teraz do tych, które mają już dość mojej monotematyczności: jeszcze tylko miesiąc. Muszę teraz to wszystko opisać, bo mogę nie mieć już w życiu takiej okazji :) Wybaczcie więc! :)

Całkiem przyjemną niedzielę w środku tygodnia na miesiąc przed ślubem spędziłam w domu. Sama nie wiem jak to się stało, ze już mamy wieczór, ale na pewno nie był to dzień stracony, bo poświęciłam go na wszelkie czynności, które lubię :) A więc: poczytałam, poserialowałam i poszydełkowałam. Do tego porozmawiałam z Frankiem. I nawet poprasowałam - tak, wiem, dzień święty trzeba święcić, ale na mszy byłam, a prasowanie traktuję bardziej jako relaks niż przykry obowiązek :)

To na pewno nie jest mój ostatni post przedślubny, ale (raczej) na pewno ostatni odliczający miesiące :) Podsumowanie więc musi być, ale trudno określić co już mamy załatwione - bo to większość. Łatwiej będzie więc wymienić, co nam jeszcze pozostało. Zawiadomienia już mamy - teraz trzeba je wysłać. W piątek jedziemy do Miasteczka. Jesteśmy umówieni z managerem restauracji - potwierdzimy menu, dogadamy się co do ciasta i tortu, omówimy ogólny wystrój sali. Umówieni jesteśmy też z kwiaciarką/florystką :) - na podpisanie umowy. Niby też mamy omówić szczegóły bukietu i dekoracji kościoła, ale cóż ja poradzę, jak te szczegóły mam... ekhm, gdzieś :P Powiem po prostu, że chcę białe storczyki i ma być ładnie. Ona będzie najlepiej wiedziała, jak to zrobić. Jeśli zdążymy, przejedziemy się też do Opola, bo tam namierzyliśmy coś, co chcemy wręczyć rodzicom w podziękowaniu i od razu zamówimy sobie część zawieszek na wódkę. No i kupimy pudełko na ciasto. A właściwie ciastka (wspominałam już, ze jednak będzie?)

Zapowiedzi już wiszą w obu parafiach, o czym poinformował mnie smsowo mój tato a ustnie rodzice Franka :) Ja już zaliczyłam pierwszą spowiedź przedślubną (na wspaniałego księdza trafiłam - nie ma to jak u Dominikanów), Franek się dopiero przejdzie. Teraz jeszcze tylko ostatnie spotkanie z księdzem w celu ustalenia szczegółów ceremonii, ale to już tuż przed ślubem. Trzeba też omówić z organistą parę detali, ale to już problem mojej siostry :P

Jeśli chodzi o naszą garderobę - Frankowi trzeba kupić muszkę, a przede mną zakup tych nieszczęsnych :P pończoch i części bielizny. Suknia prawie gotowa, tylko się jeszcze muszę kopsnąć po welon, bo odebrałam buty a o nim zapomniałam, a będzie mi potrzebny na próbne czesanie we wrześniu.
Winietki nadal się robią. Juska się tym zajęła a poza tym razem ze swoją mamą zrobią nam dekorację "stanowiska" pary młodej na sali. Wieczór panieński też się robi, co potwierdziła mi dzisiaj Karolina2 (nie hiszpańska), która się zajmuje jego organizacją.

Najbardziej martwią mnie tańce :P Po pierwsze - nie zdecydowaliśmy się ostatecznie na piosenkę na pierwszy taniec. Po drugie - wspominałam chyba, ze będziemy mieć indywidualny kurs z córką chrzestnej Franka (którą zresztą też zapraszamy na wesele). Ale trochę się pokomplikowało - z obu stron i się przesunęło. Mamy zacząć dopiero w poniedziałek i boję się, czy zdążymy (zaznaczam, ze nie chodzi o konkretny układ, tylko Franka trzeba tak generalnie podszkolić). Ale i Franek i Daga zapewniają mnie, że tak, więc wierzę na słowo...

No i co jeszcze? Wybór zdjęć, które przekażemy kamerzyście do wykorzystania w filmie, spotkanie z zespołem, opłata do US w Miasteczku... Aaa i musimy się zacząć dowiadywać co z naszą podróżą poślubną sponsorowaną przez moich rodziców.
To by było na tyle :P Więcej pozycji na liście nie ma (na razie)
Nie mam pojęcia, jak to się stało, ze zostało już tylko 30 dni!!!



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Owocny weekend

Pojechaliśmy z Frankiem do Miasteczka, bo już dawno byliśmy umówieni z księdzem na dokończenie spisywania protokołu przedślubnego. Spotkanie było o dziewiątej, poszło nam sprawnie, dopełniliśmy wszelkich formalności i oto będziemy "wisieć" na zapowiedziach już od przyszłej niedzieli. Teraz pozostała nam jeszcze tylko spowiedź - bo zapowiedzi u Franka w parafii też już mamy załatwione. Na ostateczne spotkanie, na którym omówimy szczegóły ceremonii jesteśmy umówieni już tuż przed ślubem.

Główny cel naszej podróży do Miasteczka został więc osiągnięty, ale przy okazji udało nam się załatwić całe mnóstwo innych rzeczy! Poszliśmy do kwiaciarni, w której miałam na razie wstępną rezerwację i omówiliśmy kilka szczegółów. Wypożyczyłam do domu katalogi z bukietami i dekoracjami samochodów. Wcześniej wiedziałam tylko, że bukiet ma być z białych storczyków, teraz trochę bardziej mi się rozjaśniło w głowie i mam kilka typów. Wiemy już mniej więcej, co chcemy na samochodzie. Dzisiaj zadzwoniłam już do tej florystki, potwierdziłam też, że chcemy u niej dekorację kościoła, a za dwa tygodnie, kiedy znowu wybiorę się do Miasteczka, podpiszemy umowę.

Poza tym - kupiłam już sobie sukienkę na poprawiny! Ufff... Jeszcze miesiąc temu wydawało mi się, że to żaden problem i że mam jeszcze mnóstwo czasu, a tu nagle zleciało i byłam lekko spanikowana, bo to wcale nie tak łatwo kupić taką sukienkę. Ale poszłyśmy z mamą tylko do jednego sklepu i wyszłyśmy z trzema sukienkami (dwie dla mamy), bolerkiem i żakietem :)

Kolejna sprawa - zamknęliśmy listę gości! Rozpisaliśmy sobie wszystko w tabelce, a więc widzimy, ile będzie znajomych, ile osób z rodziny mojej, ile z Franka. Podliczyliśmy, ile potrzebujemy alkoholu i ciasta (jednak będziemy rozdawać ciasto, ale to dłuższa historia), a co najważniejsze - położyliśmy już wszystkich spać! :P Rozpisaliśmy, wszystkie noclegi i okazało się, że nie musimy nawet upychać nikogo po domach :) (a przecież praktycznie wszyscy są przyjezdni) - udało się wszystkich zmieścić i wyszło nam to całkiem dobrze.

Cóż jeszcze...? Aa, rozmawialiśmy już z organistą. Moja siostra dość dobrze go zna i podeszliśmy do niego wczoraj po mszy, przedstawiła mu nas i powiedziała, że będzie śpiewać na naszym ślubie. Umówili się już wstępnie na próbę.
Poza tym robią się już nam winietki (niezastąpiona świadkowa Juska! - ledwo jej o tym wspomniałam a ona już mi trzy wzory przysłała) i zawiadomienia dla osób, których nie zapraszamy (swoją drogą u mnie nie było tego zwyczaju, ale stwierdziłam, że faktycznie niektórym mogę wysłać takie zawiadomienie).

I nagle zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wcale nie jesteśmy w takim lesie z tym wszystkim! Nawet powiedziałabym, że jesteśmy całkiem do przodu. Spoglądam na listę i zostały nam albo drobiazgi do szybkiego załatwienia, albo sprawy, których i tak przyspieszyć nie możemy. Gdzie ta gorączka? :P Pewnie, przeszło nam przez myśl, że tyyyle jeszcze jest do zrobienia, ale zazwyczaj okazuje się, że nie jest wcale tak źle i zanim zdążymy się zacząć martwić, kolejne pozycje na liście są odhaczone. Na razie się nie stresujemy :)

środa, 4 lipca 2012

O klamce i nie tylko :)

No to klamka zapadła. I to już dwa tygodnie temu, ale oczywiście wiecie, że - delikatnie mówiąc - byłam w tym czasie mało aktywna jeśli chodzi o blogowanie :) Wracając jednak do klamki... Byliśmy w urzędzie i dostaliśmy zaświadczenie, że oboje jesteśmy stanu wolnego i możemy wziąć ślub. Swoją drogą - nie sądziłam, że to będzie takie proste. Myślałam, że będę musiała specjalnie brać urlop i jechać do Miasteczka, ale dowiedziałam się, że wystarczy, że jedno z narzeczonych jest zameldowane w miejscu, w którym dany urząd się znajduje. W naszym wypadku był to Franek.

Musieliśmy wziąć ze sobą tylko akty urodzenia no i już przed ślubem będziemy musieli wpłacić 84 złote opłaty skarbowej na konto urzędu w miejscowości (to ważne), w której odbędzie się ślub - w naszym wypadku Miasteczka. Ja wiem, że większość z Was poślubionych to wie, ale piszę, bo może komuś się ta wiedza przyda :)
W dodatku urząd był czynny od 7:30, zjawiliśmy się tam o 8:00 i byliśmy pierwsi, pani urzędująca była bardzo uprzejma poszło sprawnie i nawet się do pracy nie spóźniłam.

Ale znowu odbiegam od klamki! Chodzi o to, że od września naprawdę przestanę być Margolką Margolkowską i stanę się - jak w mailu - Margolką Frankowską. Nie powiem, że było to dla mnie oczywiste, choć z drugiej strony - dość naturalne. Ale jednak poświęciłam temu kilka swoich myśli :) Żal mi nieco mojego nazwiska, z którym nie rozstawałam się przez ostatnie prawie 27 lat. Chociaż niejednokrotnie byłam na nie zła - w przedszkolu dzieci mnie przezywały na przykład! Poza tym w dzienniku zawsze byłam wysoko i czułam się z tego powodu mocno poszkodowana, bo wystarczyło, że chwilę zmarudziłyśmy z Juską (ostatnia w dzienniku) i weszłyśmy do klasy po nauczycielu w trakcie sprawdzania przez niego obecności i już miałam spóźnienie! A Juska nie! Poza tym bardzo często wchodziłam jako pierwsza na egzaminy, badania i różne inne straszne rzeczy, na które zdecydowanie raźniej byłoby wchodzić za kimś. Dopiero na studiach to doceniłam, bo zawsze najszybciej byłam po wszystkim :)
Poza tym NIKT nie potrafi zapisać mojego nazwiska poprawnie, jeśli nie powiem, że piszę się je przez "D" zawsze piszą przez "T". Do tego muszę jeszcze dodać dwa inne szczegóły dotyczące pisowni. A podawać komuś moje nazwisko przez telefon to już w ogóle porażka. Nie wspomnę nawet o tym, że obcokrajowcy w ogóle nie podejmowali się zazwyczaj czytania go, co było jednak dość sympatyczne, bo zawsze i wszędzie byłam po imieniu :)
Nie zmienia to jednak faktu, że z moim nazwiskiem rodowym czuję się mocno związana. Zwłaszcza, że już parę lat pod nim pracuję i teraz dylemat - podpisywać się nowym nazwiskiem a potem połowie świata tłumaczyć, że to nadal ja, tylko zaobrączkowana, czy trzymać się nazwiska starego - co jest dość absurdalne i bezsensowne? Pomyślę o tym później :)

Nazwisko Franka jest nieco łatwiejsze w pisowni, choć też mocno polsko brzmiące i zagraniczni lekko sobie mogą język połamać, ale sądzę, że tym razem dadzą radę. Z takim nazwiskiem znajdowałabym się raczej na dole dziennika, o ile nie na końcu, z czego zapewne będą się cieszyć nasze dzieci :) Ale ja tak sobie myślę, że to też nie jest fajnie być na końcu. No czemu się Franek nie mógł tak nazywać, żebyśmy się ulokowali na środku każdej listy? :)) Do tego jego nazwisko jest stosunkowo popularne w Poznaniu (a może i w całej Wielkopolsce), a ja jestem przyzwyczajona do nazwiska mocno oryginalnego. Ale jakoś to przeżyję.

Oczywiście, że rozważałam możliwość zachowania swojego nazwiska i dołożenia do niego nazwiska frankowego! Ale wtedy musiałabym się łącznie z imieniem podpisywać 29 literkami! Żadna rubryka by tego nie wytrzymała :) A znając życie, żeby było szybciej i tak posługiwałabym się tylko tym drugim, zwłaszcza, że nie musiałabym tłumaczyć, jak je napisać.

I tak właśnie wspomniana wyżej klamka zapadła i za dwa miesiące z małym kawałkiem przyjdzie mi się z lekkim żalem rozstać z Margolkowską. Jednak jak tak sobie teraz o tym myślę... koniec z literowaniem! Hurra! :)

wtorek, 3 lipca 2012

O kibicowaniu i nie tylko

No nie mogłam sobie odpuścić :)))
Euro się skończyło :( I co ja teraz będę oglądać? Naprawdę brakuje mi tej atmosfery, emocji, rozgrywek. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby te mistrzostwa trwały dłużej albo odbywały się częściej, to już nie byłaby taka frajda. No bo na przykład taka Liga Mistrzów - niespecjalnie mnie interesuje. Nie wspominając już o polskich rozgrywkach ligowych.

Tak, jestem "januszem", czy też "piknikiem" nie kibicuję na co dzień, a tylko podczas takich wydarzeń. I nie mam pojęcia co w tym złego? I dlaczego o takich jak ja "prawdziwi" kibice a nawet dziennikarze wyrażają się często dość pogardliwie. Ja uważam, że to jest właśnie fajne, że to może być święto wszystkich (prawie oczywiście, bo nie zapominam o tych, których Euro czy Mundial nie ruszają :)) . I właśnie to czyni z tych mistrzostw imprezę niepowtarzalną, z niezwykłym klimatem, który tak lubię. Atmosfera jaka jest na takich meczach porównywalna jest do tej, która panuje na meczach siatkówki - przynajmniej na tych na których byłam ja lub moi znajomi. To zupełnie inny klimat niż na meczach ligowych, osobiście porównywałam, więc wiem :) Kiedy wybierałam się na mecze piłki nożnej sporo było prostactwa, chuligaństwa, przekleństw. Na meczach siatkówki jest rodzinnie, piknikowo własnie, wesoło, nie ma agresji. I podobnie odczuwam to podczas Mistrzostw Świata lub Europy w piłce nożnej.

Tyle lat się czekało na to osławione (w naszym kraju szczególnie) Euro 2012. Termin wydawał się tak odległy, a tu już po wszystkim :) Jakieś 100 dni przed zaczęła się karuzela - z czym nie zdążymy, co zawaliliśmy, co się nie uda. Media się prześcigały w tych wyliczankach. Podobnie jak w zarzucaniu nas potencjalnymi zagrożeniami - ataki terrorystyczne, strajki, pikiety. Czego to nie miało być?
A ostatecznie okazało się, że nie było niczego :) I wiecie co? Ja wiedziałam, że tak będzie!! Wkurzało mnie strasznie to marudzenie, ta panika! Wszystko jak zwykle na wyrost! A wszystko przecież tak ładnie się udało! Że też ci Polacy tak się lubią umartwiać - oczywiście ci, którzy są najgłośniejsi. Bo reszta - ta fajna, siedzi cicho i wie swoje. Daje się głupszym wyszumieć.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na Mundial za dwa lata :) A po drodze jeszcze Olimpiada. No i oczywiście nasz ślub - z tych ważniejszych wydarzeń. Nie żeby na skalę światową :P ale jednak. A podejście do niego mam podobne jak do minionego euro - tragedii, nie będzie, wszystko się ułoży, ludzie się spiszą i takie tam ;)

Ps. No i mówiłam, że byle do lipca :D

czwartek, 10 maja 2012

Byle do przodu!

A dzisiaj mam taki kaprys, żeby napisać, na jakim etapie przygotowań ślubnych jesteśmy 127 dni przed imprezą :P
Jak już wiecie, mamy od dawna zaklepany termin :D No dobrze, to jest oczywiste :) Ale mamy też załatwioną już salę, zespół, fotografa i kamerzystę oraz mszę w kościele. Odbyliśmy już nauki przedmałżeńskie oraz mamy za sobą pogadankę w poradni. W sobotę zamówiliśmy obrączki. Moja suknia ślubna już się szyje, pierwsza przymiarka ostatniego dnia czerwca. Ale kupiłam już sobie stanik, który będę miała na ślubie i zaszalałam, bo od razu kupiłam niebieską podwiązkę :) Mam już zaklepaną fryzjerkę i kosmetyczkę. Noclegi dla gości też są już załatwione. Menu - także ustalone, chociaż oczywiście jest jeszcze czas, żeby je zmienić. I najważniejsze - zaproszenia mamy już zaprojektowane i właśnie jestem w trakcie ustalania szczegółów ich wydruku. Nareszcie, bo to chyba była najbardziej irytująca dla mnie kwestia :))

Nie wiem, czy o czymś zapomniałam? Tak, czy inaczej, wydaje mi się, że to, co najważniejsze i tak już mamy :) No, może poza garniturem dla Franka i alkoholem :) Ale tym się zajmiemy tak w okolicach lipca. Z innych spraw: czeka mnie jeszcze kupno butów oraz wybór fryzury, chociaż mam już jakiś pomysł. Wiem, jaki chcę bukiet, ale trzeba będzie go zamówić - podobnie jak dekorację samochodu. A właśnie - nie zamawiamy żadnych limuzyn i takich tam, szkoda nam na to pieniędzy, bo jakoś nie zależy nam na tym, żeby efektownie podjechać :) Ale możliwe, że i tak się uda. Koledzy Franka bardzo interesują się samochodami i mają jakieś wypasione fury. Jak dobrze pójdzie, do ślubu podjedziemy srebrnym BMW. Do tego kabrioletem (niech tylko nie pada!) A jak nie, to pojedziemy samochodem moich rodziców :)
Musimy zorganizować jeszcze czekoladki z podziękowaniem dla gości, winietki na stół, zawieszki na alkohol oraz coś dla rodziców i dziadków. W tym tygodniu zainteresujemy się też kursem tańca! Piosenkę na pierwszy taniec chyba mamy już ustaloną, ze wskazaniem na "chyba" :)
Pewnie zapomniałam jeszcze o całej masie drobiazgów, ale to wyjdzie w praniu :) A tymczasem, myślę, że całkiem sprawnie nam to idzie.

czwartek, 15 października 2009

Ekspersowy dopisek

Ludziska, chodzę po tych Waszych blogach i jestem w szoku. Naprawdę tylko w Poznaniu nie ma śniegu?? Jedyną białą i zimną rzeczą, którą widziałam na własne oczy jest szron w mojej lodówce!

poniedziałek, 20 lipca 2009

I wrócili.

Jestem. Na razie tylko na chwilę, jedynie po to, aby oznajmić powrót. Od godziny jesteśmy w Poznaniu. Opaleni, co ważne :) i wypoczęci, co najważniejsze. A przynajmniej na razie tak mi się wydaje hihi. Na szczęście jutro jeszcze mamy wolne. Franek chciał wrócić wcześniej. Chyba knuje coś na moje urodziny:) Ale to dobrze, bo mamy jeszcze paręnaście godzin na oswojenie się z tym, że w środę trzeba iść do pracy. Plan na dni kolejne to:1. Odpisanie na Wasze komentarze pod poprzednimi postami
2. Krótka relacja z wakacji
3. Udokumentowanie relacji jakimiś fotkami
4. Przeglądnięcie Waszych blogów.
Z tym ostatnim to się chyba przez miesiąc nie wyrobię :P Mam nadzieję, że nie pisałyście za dużo, bo nie wiem jak mi się uda nadrobić te wszystkie zaległości. A teraz idę spać. Ciekawe co mi się dzisiaj przyśni, bo ostatniej nocy to już śniłam o tym, że wróciłam do pracy. Rzeczywistość głośno się dobija do mojej podświadomości :)
Ps. Chyba mi jednak brakowało tego pisania.

piątek, 8 sierpnia 2008

Ofiara wypadku, czy morderca?

Dzisiaj temat trochę smutny. I tragiczny. Wróciłam ostatnio do domu po pracy i włączyłam na chybił-trafił telewizor. Akurat na Polsacie leciała „Interwencja” na temat tego wypadku w łódzkiem, koło Koluszek chyba. Zginęło tam osiem osób. Wiecie, naprawdę się zbulwersowałam. A to dlatego, że cały czas mowa była o pasażerach citroena – młodych ludziach. Że tacy młodzi, że mieli plany na przyszłość,  że tragedia dla rodzin, że straszne… Oczywiście, że jest to tragedia. Szkoda tych ludzi i oczywiście, że byli oni czyimiś dziećmi, braćmi i siostrami. ALE! Ale prawie NIC nie wspomniano o pasażerach drugiego samochodu, małżeństwie po pięćdziesiątce. Dlaczego?? Ja się pytam co powoduje, że ich tragedia jest mniejsza od tragedii młodych ludzi? Bo są starsi?? Przecież oni prawdopodobnie byli czyimiś rodzicami. Byli tylko trochę starsi od moich rodziców. Może właśnie wracali w odwiedzin u córki?  Oczywiście tego nie wiem, ale po prostu szlag mnie trafiał jak słuchałam, że z ofiar z citroena prawie świętych robili, a przecież to któryś z NICH był sprawcą wypadku i ZABIŁ siebie i siedem innych osób. Cytat: „[Citroen] Zjechał na pobocze, a następnie znalazł się z powrotem na jezdni, dachując na pasie dla przeciwnego kierunku jazdy. Tam też zderzył się z prawidłowo jadącą toyotą corollą”
Ja rozumiem, że to wielka tragedia, że zginęło tylu młodych ludzi. Nie umniejszam jej. Ale zabili dwoje ludzi, którzy nie zginęliby, gdyby nie ten citroen. A gdyby to byli Wasi rodzice?? Gdyby to byli moi rodzice, kierowca citroena byłby dla mnie MORDERCĄ. Nie jestem pewna czy już wiadomo, kto prowadził citroena. Z relacji wynikało, że dziewczyna, która miała prawo jazdy trzy miesiące. Mówili, że zawiniła zła droga. Ale ludzie! Przecież osoba, która ma prawko trzy miesiące nie ma żadnego doświadczenia!!! Kiedy ja dostałam prawo jazdy, przez pół roku nie jeździłam sama, zawsze obok mnie siedział mój tato lub wujek. Nie pozwalano mi samej usiąść za kierownicą. Potem, kiedy już dostawałam samochód, przez rok nie pozwalano mi zabierać znajomych, bo moi rodzice nie zgadzali się, abym ja – niedoświadczony kierowca – brała odpowiedzialność za obce osoby. Nawet jeśli kierowcą nie była ta dziewczyna, osobą prowadzącą pojazd był ktoś najwyżej dwudziestoletni. Więc ile czasu miał prawo jazdy? Z tego co wiem policja wypowiadała się, że zawinił brak doświadczenia.
Być może zdarzy się tak, że tą notkę przeczyta ktoś, kto znał ofiary. Nie chcę żeby poczuł się urażony, bo jeszcze raz podkreślam, że zdaję sobie sprawę z tego, że to tragedia dla tych ludzi i ich rodzin. Ale ryczeć mi się chciało, kiedy widziałam, że prawie nie wspomina się o małżeństwie z „prawidłowo jadącej toyoty” . A przecież oni też zginęli. I to zginęli, bo jakiś niedoświadczony kierowca przesadził i nie potrafił zapanować nad samochodem.
Mam prawo jazdy sześć lat i mimo, że czuję się w miarę pewnie za kierownicą, staram się nie przesadzać z prędkością, w miejscach z ograniczeniami zwalniam – chociażby po to, żeby nie płacić mandatu, wyprzedzam tylko wtedy, kiedy widzę, że na długim odcinku przede mną nie jedzie nic z przeciwległego pasa i tak dalej. Nie jestem zawalidrogą, która poza terenem zabudowanym jedzie 60 km/h, ale ogólnie jestem strachliwa i staram się nie przekraczać setki, bo wtedy nie czuję się pewnie. Ale najgorsze jest to, że za każdym razem kiedy wsiadam za kierownicę, lub kiedy ktoś z moich bliskich wybiera się w dłuższą podróż boję się panicznie, że staną się ofiarą kogoś, kto szarżuje, przekracza prędkość, wyprzedza na zakrętach itd. Straszna jest dla mnie świadomość, że ktoś jadący prawidłowo w ostatniej sekundzie swojego życia ze zgrozą zobaczy wyjeżdżając zza zakrętu samochód pędzący prosto na niego, bo jego kierowca bez wyobraźni postanowił wyprzedzić na zakręcie…
I żeby nie było, że się uwzięłam na młodych, niedoświadczonych kierowców… Jakiś miesiąc temu R. jechał i był świadkiem wypadku, w którym mężczyzna w średnim wieku wyprzedzał i zderzył się czołowo z tico w którym jechały dwie siostry – 19 i 20 lat. Jechały prawidłowo. W ciężkim stanie odwieziono je do szpitala. Nie wiemy nawet czy przeżyły. A dupkowi nic się nie stało. Więc nie chodzi tu kuźwa o wiek, tylko o tę bezradność!!!  Ktoś jedzie dobrze a nigdy nie wie z jakim idiotami się spotka na drodze. Przeraża mnie to. A kierowca citroena miał w gruncie rzeczy szczęście, że zginął. Bo jak żyłby ze świadomością, ze zabił siedem osób? Powtarzam, gdyby ktoś z moich bliskich (odpukać, wypluć itd.) zginął w wypadku, bo jakiś kretyn nie potrafi się dostosować do warunków na drodze, to ten kretyn byłby dla mnie mordercą i gdyby przeżył, osobiście poszłabym mu powiedzieć to prosto w twarz.