Mój blog i moje kredki. Margolka bez koloryzowania :)
*OGŁOSZENIE*
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
środa, 27 lutego 2013
Pracowita refleksja
sobota, 14 lipca 2012
Konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy :)
A Warszawa nie taka straszna, jak ją sobie chwilami w głowie malowałam :) Zmiany owszem są, ale na szczęście mnie (i w zasadzie naszej firmy) specjalnie nie dotykają. Zmieniają się trochę pewne proporcje i relacje z firmą, która dla nas pracuje i musieliśmy określić na nowo zakres moich obowiązków, ale w zasadzie mam nadal robić to samo, co robiłam, tyle, że teraz oficjalnie :) Ale okazało się, że tak naprawdę to i tak był po części pretekst, bo przede wszystkim chcieli, żebym przyjechała, bo Anglia poprosiła ich o zdjęcia całego teamu no i bardzo im mnie brakowało na obrazku :)
Miałam jechać we wtorek, ale potem termin został przeniesiony na środę. Nie chcieli, żebym musiała za wcześnie wstawać (:P) więc kupili mi bilet na 8:30, upewnili się, że będzie klima w pociągu i że wszystko mi pasuje. W środę stawiłam się na dworcu o 8:00 i po jakichś piętnastu minutach usłyszałam, że mój pociąg będzie opóźniony około 30 minut. Cóż, no problem. Napisałam smsa do Finansowego, otrzymałam odpowiedź "ok" i siedziałam dalej. Gdy zbliżała się 9, wyszłam do hallu i zobaczyłam tłum ludzi pod tablicą z rozkładem jazdy. A na tymże rozkładzie listę pociągów z dopiskiem opóźnienia: 140 min, 70 min, 40 min, 55min itd itp. Już wiedziałam, że trzeba mi było we wtorek a nie w środę jechać :P I tylko cieszyłam się, że przełożeni tak się zatroszczyli o mój dobry sen i nie kupili mi biletu na siódmą :P Mój "Chrobry" wyjechał już o 9:40 a ten o siódmej ruszył jakieś pięć minut wcześniej a i tak spotkaliśmy się na stacji w Kutnie :) Podróż w ogóle była jakaś pechowa, dwa razy wsiadali sokiści i wyprowadzali jakichś delikwentów, przepuszczaliśmy inne pociągi tak, że ostatecznie zamiast o 11:15, przyjechałam o 13:00. Do tego okazało się, że zapomniałam voucherów na taksówkę :) Ostatecznie jednak dotarłam do firmy, ekspresowo załatwiliśmy, co było do załatwienia, zdjęcia cyknęliśmy, konspekt rozpisaliśmy, zdałam sprawozdanie z sytuacji poznańskiej i już musiałam wychodzić, bo pociąg powrotny miałam już o 15:35 :) Tym razem jednak podróż przebiegła bez zakłóceń.
Lubię jeździć w te delegacje. Nie dość, że firma dba o to, żebym jechała w komfortowych warunkach, to jeszcze mam możliwość poczytania albo napisania notki podczas podróży :) Poza tym, bardzo lubię atmosferę, która panuje w Warszawie po tym, jak zmieniła się "góra", przyznam, że wyjeżdżam stamtąd z lekkim żalem. Wiem, że traktują mnie jak część zespołu, ale trochę mi żal, że nie mogę z nimi siedzieć na co dzień. Choć z drugiej strony to powoduje, że kiedy przyjeżdżam, jestem traktowana jako gość specjalny :P Poza tym, bardzo się troszczą o to, jaką atmosferę mam w pracy w Poznaniu, dzwonią regularnie i pytają, czy wszystko jest ok - i bynajmniej nie mają na myśli tylko spraw służbowych. To bardzo miłe. Moja rola w Poznaniu do łatwych nie należy - pracuję z inną firmą, w dodatku jestem jakby ich zwierzchnikiem, a jakby tego było mało, zajmuję się controllingiem. Jakby nie było, jestem od tego, żeby wykrywać czyjeś błędy i pomyłki - nikt tego nie lubi :) Więc tak naprawdę wcale nie mam najgorzej w tym Poznaniu i Współpracownicy są wobec mnie ok. Pojedyncze incydenty czasami muszę przełknąć, pewnie wszędzie się to zdarza, a że ja z tych bardziej wrażliwych to i przeżywam bardziej, niż należy. Narzekać nie zamierzam, bo i tak uważam, że mam świetną pracę :)
Właśnie, a propos narzekania, ja wiem, że PKP jest spółką wyjątkowo irytującą. I że wściec się można, na takie opóźnienia. Sama pewnie w innych okolicznościach byłabym bardziej wkurzona. Ale nie zmienia to faktu, że ja jednak nie znoszę słuchać, jak inni tak biadolą, psioczą i jęczą! I tak przecież tym gadaniem nie przyspieszą pociągu. Dotyczy to zresztą nie tylko sfery kolejowej, ale każdej innej. Sama święta oczywiście nie jestem i nie zawsze wszystko mi się podoba, ale mimo wszystko, to wieczne niezadowolenie niektórych ludzi mnie dobija.
Ja właściwie nie o tym miałam :) Ale w takim razie notka zamierzona zostaje odroczona :)
wtorek, 5 czerwca 2012
Dzielnie znoszę
Dzielnie znoszę to, że zaczyna padać akurat kiedy wysiadam z tramwaju i przesiadam się na rower, a przestaje - oczywiście, gdy dojeżdżam do pracy.
Dzielnie znoszę to, że zacina mi się papier w drukarce i to na amen, a potem jeszcze mam na sumieniu Współpracownika, który tenże papier próbował wyciągnąć i się poparzył.
Dzielnie znoszę to, że gdy otwieram torebkę, okazuje się, że pachnie truskawkami. A konkretnie - jogurtem truskawkowym, który mi się w torebce rozwalił i pobrudził książkę (na szczęście tylko na okładce i dało się zetrzeć, a torebka wcale nie taka ufajdana, jak by się zdawało :))
Dzielnie znoszę to, że kiedy się spieszę, ucieka mi tramwaj, a kolejne trzy, które podjeżdżają, jadą w zupełnie innym kierunku.
Dzielnie znoszę to, że gdy nadal się spieszę i chcę załatwić szybko sprawę, okazuje się, że punkt obsługi klienta, który sobie upatrzyłam i był w miarę po drodze, akurat jest remontowany.
Dzielnie znoszę to, że w moim samochodzie psują się światła i spóźniam się do pracy. Dobrze, że tylko pół godziny.
Dzielnie znoszę to, że znowu psuje mi się coś w służbowym mailu, a angielscy informatycy akurat teraz muszą świętować jubileusz Królowej.
Dzielnie znoszę także to, że raporty działały pięknie przez miesiąc a od wczoraj zaczęły się kaszanić i przez to mam dziesięć razy więcej pracy.
Dzielnie znoszę to, że chociaż brama w pracy nigdy nie jest zamykana przed siedemnastą, tym razem, jakiś kolo w audi zamknął mi ją tuż przed nosem - dosłownie, jechałabym trochę szybciej i moje auto oberwałoby po pyszczku. Pajac jeden. I musiałam po pilota wracać!
Dzielnie znoszę nawet to, że akurat tego dnia Współpracownica miała coś do załatwienia a Współpracownik źle się poczuł i oboje wyszli szybciej, przez co zdobycie tego pilota wymagało przedarcie się przez gąszcz drzwi, przekopanie się przez setkę kluczy i odalarmowanie wszystkiego, co możliwe :)
Dzielnie znoszę to, że kiedy podniosłam kwiatka, żeby zobaczyć, czy jeszcze żyje, połowa ziemi wysypała mi się na dywan.
Dzielnie znoszę to, że po pracy muszę lecieć z wywieszonym jęzorem, żeby podpisać jakiś papierek, odebrać inny papierek, zapłacić za zaproszenia, odebrać poprawione zaproszenia, kupić prezent, zdążyć na korepetycje, zdążyć na aerobik, zdążyć na pocztę... Na szczęście nie wszystko jednego dnia.
Dzielnie znoszę to, że nie mam nawet czasu odpowiedzieć na komentarze!
Dzielnie znoszę... jeszcze milion innych rzeczy. I wcale nie przesadzam. Ostatnio naprawdę wszelkie absurdy tego świata spadły właśnie na mnie, do tego dogadały się chyba z pechem. Ale też nie przesadzam z tym dzielnym znoszeniem, bo muszę przyznać, że jestem nadspodziewanie spokojna - nie wściekam się, nie psioczę, nie płaczę, ba, nawet wcale nie tracę dobrego humoru (i to mnie chyba zdumiewa najbardziej! :)) Po prostu znoszę to wszystko i czekam na lepsze dni, kiedy może trochę mniej będzie do załatwienia (wątpię :P), kiedy będzie cieplej, kiedy obliczenia nareszcie zaczną mi wychodzić za pierwszym razem a system przestanie płatać figle, kiedy.. no po prostu będzie bardziej normalnie :) Ogarniać jeszcze wszystko raczej ogarniam.
Ale prawda jest taka, że być może bym nie ogarniała i być może bym tak dzielnie nie znosiła wszystkiego, gdyby nie to, że mam takiego fajnego Franka. Który pójdzie rano po świeże bułki na śniadanie, który pojedzie z samochodem do mechanika, który ogarnie mieszkanie przed korkami, co by sobie dzieciaki nie pomyślały, że pani od angielskiego nie potrafi sprzątać, który przytuli, porozmawia, pocieszy, pozwoli trochę na siebie pokrzyczeć a potem rozśmieszy, który nawet poda na przystanku tramwajowym torbę ze strojem na aerobik (nie zdążyłam nawet wlecieć do domu; Franuś wyszedł na przystanek - drzwi się otworzyły - Franuś podał torbę - drzwi się zamknęły i tyle go widziałam, ale na aerobik byłam na czas)! Fajnie mieć takiego Franusia i to wcale nie dlatego, że bez niego wiele rzeczy stałoby się dla mnie fizycznie niewykonalnych, a dlatego, że fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym sama.
Ps. No oczywiście, że na wszystkie zaległe komentarze odpowiem. I o pytaniach również nie zapomniałam :)
piątek, 4 maja 2012
W podróży służbowej
Notka powstała już w połowie kwietnia - również w pociągu. A potem o niej zapomniałam. Czas więc ją opublikować z tym poślizgiem, zanim się całkowicie przeterminuje :)
Życzyłyście mi ostatnio częstszych delegacji. No to właśnie wracam z kolejnej. Ale coś w tym jest, że te moje wyjazdy służbowe są blogowo owocne, bo jadąc rano do Warszawy napisałam już dwie notki :) Tym razem zabrałam ze sobą zarówno książkę jak i nowy numer Business English, ale teraz czytanie jakoś mi nie idzie. Zmęczona jestem po prostu. Musiałam wstać po piątej, żeby przed siódmą wsiąść w pociąg. Później praca. Tym razem przyjechał do nas informatyk z Anglii, więc znowu miałam okazję popracować trochę w języku angielskim. Wszak specjalnie mnie z tego Poznania targali, żebym przedstawiła sytuację z mojego punktu widzenia, jako specjalisty od kontrolingu :) Kiedy Anglik usłyszał moje pierwsze pytanie, przyznał, że już w samolocie się zastanawiał nad tym zagadnieniem, bo wiedział, że mu będę o to głowę suszyła :) Na szczęście cosik się udało zaradzić.
Czas upłynął mi dzisiaj bardzo szybko. Miałam co prawda chwilę dla siebie, co potwierdzić może Flo., która akurat w tym samym momencie była równie zajęta jak ja :) Mogłyśmy więc wymienić mailowo parę uwag. Ale później już tylko praca i praca :) I kolacja.
Poszliśmy do znajdującej się obok naszego biura restauracji Magdy Gessler. Ten blog nie jest blogiem kulinarnym, więc recenzji się proszę nie spodziewać :) Napiszę tylko, że to nie do końca moje klimaty – nie przepadam za taką atmosferą snobizmu, w przypadku jedzenia również. Często na tych służbowych kolacjach jem rzeczy, których w normalnych okolicznościach do ust bym nie wzięła, a więc zawsze to jednak jakieś doświadczenie :) Na szczęście jeszcze nie trafiłam jakoś tak bardzo fatalnie. W każdym razie ja jednak wolę proste, tradycyjne dania bez udziwnień i eksperymentów. Ale na taką okazję pozwoliłam sobie zamówić dziś rosół oraz sałatkę w której skład wchodziły trzy rodzaje sałat, rostbef a także truskawki i granaty :) Bałam się trochę, ale przyznać muszę, że to było ciekawe połączenie i smakowało całkiem dobrze (nie zmienia to jednak faktu,że generalnie wolę się wybrać na pizzę, zwłaszcza, że za cenę tej sałatki zjadłabym przynajmniej dwie :P). Niestety musiałam szybko wiosłować sztućcami, bo konsultacje z Anglikiem trochę nam się przeciągnęły i musiałam się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie mnie z powrotem do Poznania w porze w miarę przyzwoitej. Dostałam więc swoje danie jako pierwsza i starałam się ignorować spojrzenia kibicujących mi współpracowników i przełożonych :)
Aaa, no i ważna rzecz poruszyłam dzisiaj wreszcie temat mojego jesiennego urlopu. A temat ten ściśle wiązał się z innym, mianowicie moim zamążpójściem, o którym w mojej firmie jeszcze nie słyszeli :) No więc efekt jakiś tam wywołałam, bo Finansowy aż przerwał rozmowę z Anglikiem, myśląc że się przesłyszał, ale szczęki z podłogi nikt nie zbierał :) Ogólnie odzew raczej pozytywny chociaż może bez specjalnego entuzjazmu, co mnie raczej cieszy, bo nie chciałam z tego robić „issue” jak to się u nas mówi w żargonie :P Grunt, że możemy z Frankiem podróż poślubną sobie planować.
Wtopę oczywiście na koniec też zaliczyłam, bo po jedzeniu, stwierdziwszy, że taksówka czeka na mnie już od 10 minut zerwałam się z miejsca, pożegnałam ze wszystkimi, wyraziłam, żal, iż nie mogę im dłużej towarzyszyć przy biesiadzie i energicznie stukając obcasami ruszyłam ku wyjściu. Znaczy się tak myślałam, bo w połowie drogi zorientowałam się, że się zgubiłam i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Dopiero kelner mnie wyprowadził na prostą:D Na szczęście restauracja świeciła pustkami, więc świadkami mojego obciachu, nie licząc mojego wybawcy, były tylko osoby mi towarzyszące (no co?, no pewnie, że się śmiały, a ja razem z nimi, choć głupio mi było, no ale cóż innego mi pozostało?:P) oraz jakaś para.
I wybierz się tu Buraku do Stolycy! :)