*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swobodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swobodnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2012

A mnie jest szkoda lata

Ech, jakoś tak nie mam co zrobić ze sobą w ten piątkowy wieczór. Głupi jest jakiś. W pracy siedziałam aż do szóstej :/ Mój kolega zrobił błąd i pojechał do domu a później ja siedziałam i odkręcałam wszystko, żeby się nie narobiło jeszcze gorzej. Zła byłam :/ Nie na niego - każdemu się może pomyłka zdarzyć, zresztą całkiem niedawno zrobiłam coś podobnego, choć nieco mniej odkręcania było, bo się od razu zorientowałam. Ale na sytuację byłam zła. Mam mnóstwo pracy i nie wiem, jak się ze wszystkim wyrobię w jeden tydzień. W dodatku piątek, a ty siedź człowieku i pracuj dłużej. Potem zapomniałam jeszcze telefonu i musiałam wrócić. Ostatecznie prawie po ciemku na rowerze wracałam.
A potem przyjechałam do domu i zamiast miłego, relaksującego wieczoru, spędzam wieczór byle jaki. Nic mi się nie chce - nawet relaksować mi się nie chce. A Franek poszedł spać już o 20 i być może nawet poszłabym w jego ślady, gdyby nie to, że jednak szkoda mi tego wieczoru.
Ach ten Franek! Bo to na pewno wszystko przez niego! Jakby on miał lepszy nastrój, to i ja bym miała :)

A tak z innej beczki: pogodę w tym roku po...rypało no! Kto to widział, żeby w pierwszej połowie października było tak zimno! Ja tego nie pamiętam, więc albo tak nie było, albo mam słabą pamięć. A nawet jeśli to drugie, to i tak uważam, że nie powinno być tak zimno! Jeszcze mnie zdąży wytelepać przez kolejne pięć miesięcy :/ Pięć miesięcy!! Toż to kawał czas!
Przypomniała mi się dzisiaj piosenka, którą słyszałam w sierpniu... Pamiętam, że to było rano w mieszkaniu teściów, bo akurat tam pomieszkiwaliśmy. Byłam w łazience i akurat puścili sobie taką pioseneczkę... Wtedy to się nawet przyjemnie jej słuchało, dzisiaj już nie aż tak bardzo....:

Moja żona mnie dzisiaj skrzyczała, powiedziała, żem mazgaj, że głupi.
Że ze wstydu się za mnie rumieni, kiedyż wreszcie zmądrzeję już raz.
A na śmiesznym tle sprawa powstała: poprosiłem, poziomek niech kupi.
- Zdziecinniałeś - powiada - w jesieni?
- To już jesień? Jak leci ten czas!

I westchnąłem: no patrz, już po lecie, po wakacjach, po słońcu, mój Boże!

Już się zacznie szaruga na świecie, no, jasnych spodni już chyba nie włożę.
Pewnie deszcze się zaczną i słota, na to ona, przepraszam, idiota!
Uśmiechnąłem się, mów sobie zdrowo, ty wiesz swoje, a ja swoje wiem.

Bo mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,

Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł

I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły.

Człowiek pensję ma bardziej niż marną: tysiąc złotych miesięcznie - niewiele.

Ale w lecie, tych tysiąc, to suma! Można za nią jak król jakiś żyć.
Słońce grzeje, opala za darmo, Wisłę gratis masz w każdą niedzielę,
Ptaki dają bezpłatne koncerty, nawet nie chce się jeść ani pić.

Jesień, owszem, jest piękna, bogata, bardzo urozmaicona i pełna kolorów.

Ale gdzie, gdzie jesieni do lata, do lipcowych, sierpniowych wieczorów!
Już niedługo i zima przyleci, pełna śniegu, zawiei, zamieci.
A mnie w głowie poziomki i głupstwa, jakiś koncert i Wisła, i las.

A mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,

Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.

To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł

I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły. 



Tyle, że ten październik to już prawie zimę przypomina, a nie jesień. Aaaale, z drugiej strony - niech sobie będzie zimno! Ja i tak zaraz wyjeżdżam. Dzisiaj kurier przywiózł nam bilety. I za dziewięć dni lecimy sobie, jak te ptaszki, do ciepłych krajów. 
A tak w ogóle to wcale nie mam takiego skwaszonego nastroju, jak wynikałoby z notki :) Tak mi się po prostu napisało, bo mam ochotę pomarudzić, ale w gruncie rzeczy nie jest najgorzej ;)

Ps. Marudo, nie mam pojęcia dlaczego Twój komentarz się nie opublikował, zwłaszcza, że dostałam powiadomienie o nim i jego treść na maila! Odpowiadam więc tu, że w zasadzie nie wiem, co więcej mogłabym napisać o tych oczepinach ponad to, co napisałam w odpowiedzi na komentarz Poli (nie wiem, czy czytałaś, ale tak się domyśliłam) :) Chyba, że masz jakieś konkretne pytania? A co do zdania na temat "w ogóle całej otoczki" to miałam po prostu na myśli zabawy towarzyszące oczepinom, które opisałam - tak jak obtańcowywanie panien i kawalerów i "test zgodności" :) 
Ps. 2 No to już mi M. wytłumaczyła, co się stało i przy okazji znalazł się Twój komentarz sprzed miesiąca ;)

sobota, 8 września 2012

Jeszcze tydzień!

Miała być dzisiaj notka o panieńskim wreszcie, ale padam na pyszczek i nie dam rady. Wstaliśmy dzisiaj o 3:30, bo na 7:45 byłam umówiona z koleżanką w Miasteczku na powtórkę z oczyszczania twarzy. Franek kończył wczoraj pracę o 20:00 więc mieliśmy do wyboru wyjazd po 21:00 albo rano. Mnie było wszystko jedno, a Franek wolał rano - przecież przyzwyczajony jest do pobudek o tej godzinie i jazdy nad ranem :)
Myślałam, że będę spała, ale jakoś mi nie szło. Tak naprawdę przysnęłam dopiero po 6:00 na ostatnich 40 km trasy. I w związku z tym cały dzień chodzę dzisiaj jakaś nieprzytomna - nawet nie to, że śpiąca, ale cały czas mam piasek pod oczami i ciężko myślę.

A dzień był intensywny, bo zaraz po kosmetyczce byłam umówiona u fryzjera. Miałam próbne czesanie i... kurczę no, podoba mi się! Fryzjerka zrobiła mi tę fryzurę dosłownie w 5 minut (bo chodziło tylko o ogólny zarys, nie chciałyśmy się za bardzo do tego przykładać, bo drugi raz na pewno by tak nie wyszło) a ja byłam zachwycona, bo dokładnie o coś takiego mi chodziło! Jeden szczegół tylko musiałam poprawić, ale ogólnie naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona, bo rzadko mi się podobają fryzury od fryzjera :) Bałam się, że będzie katastrofa w dzień ślubu, ale jeśli uda jej się zrobić mniej więcej to samo, to będzie super!

Resztę dnia spędziłam na pucowaniu mojego panieńskiego pokoju :) I na walczeniu z mamą, która kazała wywalić mi wszystkie śmieci, które wcale śmieciami nie są a po prostu pamiątkami sentymentalnymi z moich nastoletnich czasów :P Poszłyśmy na kompromis - wyrzuciłam wszystkie numery Cogito od roku 2000, ale zostawiłam sobie Filipinki z lat 90tych :D (no dobra, Filipinkę też kiedyś wyrzucę, ale chciałam sobie ją jeszcze raz przejrzeć, a dziś nie było czasu).

Później ćwiczyliśmy z Frankiem taniec, ale tym razem w wersji bardziej generalnej - założyłam sukienkę mojej siostry ze studniówki a we włosy wpięłam welon. Jak się okazało, to były istotne szczegóły, bo po tylu próbach bez tych akcesoriów Franek początkowo przydeptywał mi suknię i ściągał welon :P Ale szybko wyrobił sobie prawidłowe odruchy i jest oki. A próba najbardziej podobała się naszemu psu, który przeszkodził w kilku strategicznych momentach, plącząc się nam pod nogami :)
Mieliśmy też do załatwienia pewną sprawę w okolicy "naszej" restauracji. Przejeżdżaliśmy obok i wiedzieliśmy inne wesele. Jakie to ekscytujące wiedzieć, że już za tydzień, to my będziemy na tym miejscu! Niesamowite. Za tydzień o tej porze to już będzie po torcie ;)))
I dowiedziałam się dziś, że przyjedzie moja kuzynka, której miałam być niepewna do ostatniej chwili. A to oznacza, że będą wszyscy - cała nasza "kuzyńska" ekipa sprzed dwudziestu lat. Oprócz tego kuzyna, który odmówił na samym początku, ale tak właśnie powinno być, bo on się nigdy z nami nie trzymał :P

A na koniec mam dla Was niespodziankę! Franek mocno się opierał, ale ostatecznie pozwolił na zamieszczenie swojego wizerunku na moim blogu. Uwaga, uwaga, oto i on! Poznajcie Franka:



:D :D

wtorek, 21 sierpnia 2012

Tak o wszystkim :)

No to już chyba wszystkie osoby mające problem z nadążaniem za moją pisaniną nadrobiły zaległości. Ostatni raz taką długą przerwę to miałam w czerwcu :) Czas wrócić do rytmu - nazwijmy to - wakacyjnego :) O ile się uda, rzecz jasna.

Bo ostatnio też myślałam, że się uda, a jednak czasu zabrakło. W piątek z samego rana wybraliśmy się do Miasteczka. Spotkaliśmy się z managerem restauracji i aż dwie godziny trwało ustalanie różnych szczegółów. Później pojechaliśmy jeszcze do Opola, bo mieliśmy namiary na agencję, która zajmuje się wydrukiem i nie tylko różnych ślubnych gadżetów. Zamówiliśmy już upominki, które damy rodzicom i dziadkom w podziękowaniu, a teraz czekam na propozycję naklejek na ciasto, które zrobią nam w oparciu o projekt Juski - tak, żeby bylo podobnie jak na zaproszeniach i winietkach. Zrobiło się dość późno, więc niestety Franek musiał już wracać do Poznania - w sobotę rano pracował. A my z mamą poszłyśmy jeszcze do kwiaciarni, gdzie spędziłyśmy godzinę omawiając różne szczegóły dotyczące dekoracji. Ale wszystko już załatwione.
W sobotę obskoczyłyśmy jeszcze fotografa w celu potwierdzenia rezerwacji i omówienia drobnych szczegołów - tu poszło nam dużo szybciej. Zrobiłam też zakupy bieliźniane! Wszystko, co niezbędne już mam :) Łącznie z pończochami - i to tymi na pasie, bo nie chciałam samonośnych, choć zrobiłam sobie też z nich zapas. Jeszcze tylko zrobię rundkę po sklepach - ale to już w Poznaniu- i może kupię jakąś ładną bieliznę na noc poślubną ;) Wszak restauracja daje nam w gratisie pokój ;)

W sobotnie popołudnie skoczyłam do mojej bardzo dobrej koleżanki, która jest kosmetyczką. Cały dzień miała klientki, ale specjalnie dla mnie została dłużej i zrobiła mi oczyszczanie twarzy. Poleżałam sobie pod maseczkami, trochę się upiększyłam a przy okazji pogadałyśmy trochę. Jednak i tak było nam mało, bo umówiłyśmy się jeszcze na wieczór i przy drinkach (malibu z sokiem ananasowym) nadrabiałyśmy towarzyskie zaległości. W międzyczasie jednak zaliczyłam jeszcze obcowanie z naturą, a więc obiad w postaci grilla na naszej działce :) No i bardzo ważny telefon od Franka, który stwierdził, że mu mnie brakuje, że się już stęsknił (minęło raptem 25 godzin) i nie wie co robić, więc idzie spać :P

A w niedzielę przez chwilę "ciociowałam". Córka drugiej dobrej koleżanki (są tylko dwie w Miasteczku z którymi utrzymuję naprawdę regularny kontakt) miała roczek, który w Miasteczku często świętuje się na mszy z okazji rocznicy chrztu świętego. Dobrze, że się odszykowałam, bo chciałam sobie dyskretnie stanąć gdzieś na chórze, żeby mieć dobry widok na ołtarz, a koleżanka mnie zgarnęła i kazała siedzieć z chrzestnymi w pierwszej ławce. Przynajmniej się nie wyróżniałam :P No i sobie poćwiczyłam, bo w kolejną niedzielę szykują nam się chrzciny bratanicy Franka i on będzie chrzestnym. Ale kto się zatroszczył o świecę, telegram i prezent w postaci biblii dla dzieci (tak, wiem, że ona jeszcze nie umie czytac, ale to ma być pamiątka przecież:))?? No przecież, że nie chrzestny, tylko jego przyszła żona :P

Przyszła żona wróciła w ramiona stęsknionego przyszłego męża w niedzielny wieczór. A w poniedziałek wróciła i do pracy, choć może już nie w roli przyszlej żony :) I o dziwo, trochę zaległości się zrobiło w ten jeden dzień. Miałam ręce pełne roboty przez całe osiem godzin, a potem pośpiesznie wracałam do domu, gdyż... mieliśmy wczoraj swoją pierwszą lekcję tańca :D Przyszła do nas Daga i zaczęliśmy od walczyka. Po pierwszych pięciu minutach myślałam, że będzie masakra i Franek w życiu nie załapie, o co w tym chodzi... O ja niewierna :) Po kolejnych pięciu Franek nagle..: raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy i wszedł idealnie w muzykę. A obroty to idą mu lepiej niż mnie :P Dzisiaj będziemy ćwiczyć, a jutro Daga znowu przyjdzie i zobaczymy, co fajnego wymyśli :) Naszym głównym celem jest trochę się rozruszać. No i żeby Franek się nauczył kroków podstawowych tańców :) Chyba będzie dobrze.

No więc, jak same widzicie - nic ciekawego się przez te cztery dni nie działo ;)

wtorek, 3 lipca 2012

O kibicowaniu i nie tylko

No nie mogłam sobie odpuścić :)))
Euro się skończyło :( I co ja teraz będę oglądać? Naprawdę brakuje mi tej atmosfery, emocji, rozgrywek. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby te mistrzostwa trwały dłużej albo odbywały się częściej, to już nie byłaby taka frajda. No bo na przykład taka Liga Mistrzów - niespecjalnie mnie interesuje. Nie wspominając już o polskich rozgrywkach ligowych.

Tak, jestem "januszem", czy też "piknikiem" nie kibicuję na co dzień, a tylko podczas takich wydarzeń. I nie mam pojęcia co w tym złego? I dlaczego o takich jak ja "prawdziwi" kibice a nawet dziennikarze wyrażają się często dość pogardliwie. Ja uważam, że to jest właśnie fajne, że to może być święto wszystkich (prawie oczywiście, bo nie zapominam o tych, których Euro czy Mundial nie ruszają :)) . I właśnie to czyni z tych mistrzostw imprezę niepowtarzalną, z niezwykłym klimatem, który tak lubię. Atmosfera jaka jest na takich meczach porównywalna jest do tej, która panuje na meczach siatkówki - przynajmniej na tych na których byłam ja lub moi znajomi. To zupełnie inny klimat niż na meczach ligowych, osobiście porównywałam, więc wiem :) Kiedy wybierałam się na mecze piłki nożnej sporo było prostactwa, chuligaństwa, przekleństw. Na meczach siatkówki jest rodzinnie, piknikowo własnie, wesoło, nie ma agresji. I podobnie odczuwam to podczas Mistrzostw Świata lub Europy w piłce nożnej.

Tyle lat się czekało na to osławione (w naszym kraju szczególnie) Euro 2012. Termin wydawał się tak odległy, a tu już po wszystkim :) Jakieś 100 dni przed zaczęła się karuzela - z czym nie zdążymy, co zawaliliśmy, co się nie uda. Media się prześcigały w tych wyliczankach. Podobnie jak w zarzucaniu nas potencjalnymi zagrożeniami - ataki terrorystyczne, strajki, pikiety. Czego to nie miało być?
A ostatecznie okazało się, że nie było niczego :) I wiecie co? Ja wiedziałam, że tak będzie!! Wkurzało mnie strasznie to marudzenie, ta panika! Wszystko jak zwykle na wyrost! A wszystko przecież tak ładnie się udało! Że też ci Polacy tak się lubią umartwiać - oczywiście ci, którzy są najgłośniejsi. Bo reszta - ta fajna, siedzi cicho i wie swoje. Daje się głupszym wyszumieć.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na Mundial za dwa lata :) A po drodze jeszcze Olimpiada. No i oczywiście nasz ślub - z tych ważniejszych wydarzeń. Nie żeby na skalę światową :P ale jednak. A podejście do niego mam podobne jak do minionego euro - tragedii, nie będzie, wszystko się ułoży, ludzie się spiszą i takie tam ;)

Ps. No i mówiłam, że byle do lipca :D

środa, 13 czerwca 2012

Nadal w biegu. I w strefie kibica :)

Aż mi jest głupio znowu pisać, że nadal mam mało czasu! Ale tak to niestety na razie ciągle wygląda u mnie. Cichaczem do Was zaglądam, robię podchody do napisania notki, odpowiadam na pytania, aby później te odpowiedzi opublikować... Ale wszystko jakoś opornie mi idzie. Nic to, za tydzień chyba znowu jadę do Warszawy na delegację, może uda się coś napisać :P

A tymczasem - kolejny długi weekend tego roku za nami. Choć tym razem był nieco krótszy, co prawda pojechałam w czwartek do Miasteczka, ale w piątek musiałam pracować. Jak zwykle w takich sytuacjach - z domu, ale zazwyczaj było tak, że przez cały dzień tylko musiałam zerknąć na maile albo odebrać telefon. Tym razem miałam parę rzeczy do zrobienia. Ale mimo wszystko to jednak fajne, że mogę sobie po prostu zabrać laptopa i pracować z domu, jakoś tak nie czuję wtedy, że jestem w pracy :) W czerwcu kończy nam się rok finansowy, mam nadzieję, że od lipca trochę się nam w pracy poluzuje i może nawet będzie czas się ponudzić.

W sobotę pojechaliśmy na Śląsk na wesele mojego kuzyna. Po raz ostatni jako niezaobrączkowani :) Trochę mi się nie chciało jechać, ale przyznam, że nadspodziewanie dobrze się bawiłam. Jednak fajnie się złożyło, że przed naszym weselem mieliśmy okazję pojechać jeszcze na inne. I rozdaliśmy większość zaproszeń. Zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i rodzina Franka.

Jutro idziemy na mecz! :) Aż trudno uwierzyć, że ten czas tak szybko minął. Pamiętam dokładnie, kiedy się okazało, że Polska będzie organizować Euro i Franek ot tak sobie palnął, że na pewno pójdziemy na jakiś mecz. A ja mu na to: niemożliwe! A jednak :) Cieszę się, chociaż trochę mnie zniechęcają prognozy na jutro. Nie lubię moknąć.
Tak czy inaczej, ten czas strasznie mi się podoba. Namiętnie oglądam mecze i emocjonuję się - jednymi bardziej, innymi mniej. Już kiedyś o tym pisałam, ale uwielbiam tego rodzaju mistrzostwa. Z jednej strony nie mogę doczekać się każdego meczu i chciałabym, żeby wszystko rozstrzygało się jednego dnia, z drugiej ubolewam nad tym, że z każdym dniem i z każdym meczem, mistrzostwa zbliżają się ku końcowi. Głupio tak myśleć jeszcze w fazie grupowej, ale to dlatego, że tak mi szkoda, że Euro jest takie krótkie ;) Lubię tę atmosferę, lubię mecze, lubię kalkulacje, obstawianie. Nawet kłótnie z Frankiem :P - wczoraj pokłóciliśmy się o szanse Grecji na przykład. Tak, czy inaczej, strefa kibica codziennie jest!

Żyję więc, jak się okazuje :) O blogowaniu myślę całkiem sporo, ale jeszcze nie znalazłam sposobu na lepsze ogarnięcie tego wirtualnego świata. Niecierpliwych uspokajam - post z odpowiedziami naprawdę będzie :) Już na część pytań odpowiedziałam, ale nie chcę rozbijać tego na dziesięć notek.

czwartek, 17 maja 2012

Magia czasu

Pamiętam jak się martwiłam pod koniec października - jak ja teraz będę dojeżdżać do pracy? Wypożyczalnia rowerów od listopada już nie działała. Przede mną było pięć długich zimowych miesięcy! Z jednej strony wariowałam na myśl o tym, ile jeszcze czasu do wiosny, z drugiej pokrzepiałam się świadomością szybkiego upływu czasu. Ciepła zima też zrobiła swoje :) Czekałam na kwiecień jak na zbawienie! I doczekałam się. Nawet dziś nie mogę uwierzyć, jak szybko to minęło :)
A zimę jakoś przetrwałam. I okazało się, że dojazdy do pracy nie były wcale aż tak uciążliwe. Częściej jeździłam samochodem, ale bywały też dni gdy dochodziłam na piechotę (nawet w mroźne dni:)) i dałam radę! :) Człowiek to się jednak potrafi przystosować. Ale to nie zmienia faktu, że z radością powitałam otwarcie "mojej" wypożyczalni w kwietniu i czym prędzej popędziłam po rower! To jest to! Oj, jak się cieszyłam, że nareszcie mogę w ten sposób dojeżdżać! Dziesięć minut przyjemną polną drogą, wśród śpiewu ptaków i pięknej przyrody i już jestem w pracy. A potem nie jestem od nikogo zależna - nikt nie musi mnie podwozić, wsiadam sobie na swój jednoślad i śmigam z powrotem. Najbardziej się cieszę, gdy widzę korek, który tworzy się ilekroć zamykany jest przejazd! A mnie on nie dotyczy, bo jadę sobie boczną drogą.
Z początkiem maja Poznań miał zostać odkorkowany. Nic z tego, jak zwykle nie wyrobili się z większością robót. Aleja Niepodległości wiecznie zapchana. Jak cudowna jest świadomość, że może mnie to nie dotyczyć :) Wystarczy, że wybiorę tramwaj... Samochodem oczywiście czasami również dojeżdżam, ale teraz już mam alternatywę, z której chętnie korzystam :) Bo nawet jeśli zdarzy się, że środki komunikacji miejskiej też stoją w korku, nie muszę się tym martwić - siedzę sobie wygodnie i czytam.
Warto było na ten rower poczekać i naprawdę muszę przyznać, że wcale to czekanie nie było jakoś strasznie uciążliwe. Nie mogę się temu nadziwić, jak prędko minął ten niewygodny dla mnie czas - okazuje się, że nie tylko to, co dobre szybko się kończy. Gorsze dni także pędzą :)
A propos szybkiego upływu czasu - dzisiaj wyszłam z pracy trochę szybciej, popołudniu nie miałam w planie żadnych aerobików ani korepetycji. Myślałam sobie - ile to ja dzisiaj zrobię! Mam przecież tyyyle czasu! I co? I gucio! Nie wiem, kiedy minęło te pięć godzin. Nie powiem, parę rzeczy odhaczyłam, ale gdzie się podziała reszta czasu? Nie mam pojęcia! Czas pomiędzy 18:30 a 20:00 to w ogóle jakaś czarna dziura jest :)
Ostatnio w ogóle mam problem, żeby się wyrobić i o 22 już leżeć w łóżku, tak jak to zawsze miałam w zwyczaju. To chyba przez to, że długo jasno jest i mi się wszystko kiełbasi :) A potem się kładę, jeszcze czytam i ostatecznie zasypiam godzinę później, a budzę się nadal o szóstej. Przez to jestem bardziej nie wyspana, z łóżka zwlekam się dopiero o 6:30 i o te pół godziny jestem stratna aż do samego wieczora! Koło się zamyka.
A mówią, że godziny są stworzone dla człowieka, a nie człowiek dla godziny... :) U mnie to zdecydowanie działa na odwrót - wolę się do godziny dostosować, kiedy dostaję ją do swobodnej dyspozycji, jakoś tak mi szybciej umyka.

wtorek, 15 maja 2012

Dzień jak co dzień

Wiecie już na jakim etapie są przygotowania do naszego ślubu. A co właściwie porabiamy na cztery miesiące przed tym wydarzeniem? :)Dzień, jak co dzień - prawie, bo przecież w gruncie rzeczy każdy jest inny. Frankowi w grafiku wypadał akurat wolny dzień, ja nie miałam tyle szczęścia :P i pojechałam normalnie do pracy. Na rowerze, bo pogoda mimo wszystko sprzyja! Chociaż przed moim wyjściem zdążyliśmy się trochę posprzeczać - a to głównie dlatego, że Franek jak jest niedobudzony, to naprawdę bez kija podchodzić do niego nie można. Potem zachowywał się jakby nigdy nic, ale ja trzymałam fason - tzn. starałam się być nafoczona:) Nie jestem pewna czy mi wyszło, bo on chyba tego nie zauważył.
W pracy ostatnio trochę się u mnie dzieje i mam co robić. Moje obliczenia całkowicie mnie pochłonęły. Do tego coś mi się nie zgadza księgowo ze względu na jakiś błąd w oprogramowaniu i jestem cały czas w kontakcie z Anglikiem-Informatykiem. Dyskutować o moich tabelkach i cyferkach - w dodatku po angielsku! O taką pracę cały czas mi chodziło, kiedy nie potrafiłam dokładnie sprecyzować, o jaką mi chodzi :) A przy okazji się pochwalę, że z mojej inicjatywy powstał pewien raport, który jak się okazało został wykorzystany również w innych krajach i określono go jako "very useful". Oby tylko tak dalej.
Całe szczęście miałam ugotowany wczoraj obiad, bo choć Franek miał wolny dzień, nie zdążyłby się już tym zająć. Zajęty był szorowaniem balkonu i okien. Wróciłam więc do czystego domu w samą porę aby zdążyć spałaszować to, co miałam na talerzu i wybiec na aerobik. Pogadałam trochę z Dorotą i wróciłam, do nadal czystego, ale już pustego mieszkania. Franek korzysta z tego, że i jutrzejszy dzień ma wolny - już tydzień temu umówił się na spotkanie z koleżankami i wyszedł.
A ja ogarnęłam, co było do ogarnięcia (no zmywanie naczyń już Frankowi darowałam przecież, podlewanie kwiatów to też moja działka :)), wzięłam prysznic i zajęłam się sobą. Nie wiedzieć kiedy, dzień się skończył i już od dziesięciu minut powinnam leżeć w łóżku i przynajmniej czytać, jeśli nie spać!
Od niektórych słyszałam, że cztery miesiące przed gorączka przedślubna dopada już przyszłą młodą parę na całego a niektórzy narzeczeni (zwłaszcza narzeczone, które zazwyczaj we wszystko angażują się nieco bardziej) mają już tego wszystkiego serdecznie dość. Ja jeszcze nie mam :) Dzisiejszy dzień nie różnił się jakoś szczególnie od pozostałych i tylko fakt, że przesłałam dzisiaj listę nazwisk, które zostaną umieszczone na zaproszeniach przypomina o tym, że cały czas jesteśmy w toku przygotowań.
Aaaa, no i dostaliśmy dzisiaj bilety na Euro 2012!
Ps. A jednak temat ślubny cały czas na tapecie, znaczy się, ze nie olewam sobie tak całkiem, nieprawdaż? :)

piątek, 21 listopada 2008

Stream of consciousness

Trochę mnie ostatnio  nie było. Ale to właściwie świadoma decyzja była. Nie chodziło o to, że nie miałam czasu, ani nie miałam o czym pisać. Po prostu nie chciało mi się. Bywałam u Was, chociaż nie komentowałam. Ale u mnie nie chciało mi się nic napisać. A akurat jak już się miałam za to zabrać, to coś mi akurat przerywało. I tym sposobem minął cały tydzień roboczy. 

Dziwny to był tydzień dla mnie. W dziwnym nastroju jestem ostatnio. Jakoś tak mi wszystko zobojętniało. A może świadomie wmawiam sobie, że jest mi obojętne, żeby żadnej awantury nie wywołać. Nawet nie byłam specjalnie zajęta w tym tygodniu. Przychodziłam z pracy, brałam się za jakieś tłumaczenia, za przeczytanie jakichś artykułów pod prezentację i tak mijał mi dzień. Z Frankiem znowu się mało widuję, bo jak on to powiedział „taka praca”. Tyle tylko, że u niego problem polega na tym, że on albo jest w pracy, albo śpi po pracy, bo jest zmęczony, albo śpi przed pracą, bo jak się nie wyśpi to będzie zmęczony. Kiedyś to przynajmniej przychodził do mnie, kładł się, ja robiłam swoje a on spał. Ostatnio nawet nie chce mu się przychodzić. Żeby nie było, że się nie widujemy tak zupełnie, bo przecież on uważa, ze ja pieprzę głupoty, to we wtorek przyjechał po mnie do pracy i całe półtorej godziny byliśmy razem na mieście. Wczoraj z kolei przyszedł do mnie wieczorem i posiedział godzinę. Ale szlag mnie ku..wa trafia na tą jego pożal się Boże punktualność!!! Wczoraj umawiał się ze mną na 21. Za chwilę zmienił zdanie i powiedział, że będzie po 21. Już wiedziałam, ze dla niego po 21, to będzie najwcześniej 21:48. Odpowiedział, że na pewno nie później niż 21:15. O której przyszedł? 22:15. Dzisiaj tak samo. Miał mi pomóc przenieść torby do samochodu rano. Powtarzałam mu parę razy, ze chcę o 7:45 być już w drodze do pracy. On mi powtarzał parę razy, ze o 7:30 będzie u mnie. Przyszedł 7:40. Musiałam iść jeszcze do sklepu, w efekcie wyjechałam później. Jestem wściekła na niego. W ogóle ostatnio działa mi strasznie na nerwy. I oczywiście nic nie można mu powiedzieć, bo jest wielka obraza majestatu. Z jednej strony mam dość tego biegania na paluszkach koło niego i tego, że nie mogę tupnąć nogą i powiedzieć mu, co o tym wszystkim myślę. A z drugiej boję się, że za daleko pójdę w tym wszystkim. Zła jestem na siebie, że tak mi zależy. To facetowi ma zależeć bardziej. A ja się po prostu boję, że zostanę sama. Gdybym miała teraz opcję, żeby wyjechać z Poznania na dłużej, zrobiłabym to. Może jakby się stęsknił, to trochę doceniłby to, co ma. Kiedy mieszkałam w Hiszpanii, nasz związek był słodziutki. Z jego powodu. Tęsknił, dużo ze mną rozmawiał, ciągle miał czas. Widziałam, ze mu zależało. Teraz ma mnie na co dzień, więc spotyka się ze mną tylko jak jest super wypoczęty i jak akurat nie ma nic innego do roboty.

Przepraszam, nie miało być o Franku. Nie miało być o mojej frustracji. Jakoś tak samo wyszło. Ale już nie mogę po prostu tego znieść. Olałabym go, ale coś mnie powstrzymuje. Tchórzem jestem i tyle. I za bardzo się przywiązałam. I za daleko to wszystko zaszło.
Dzisiaj wychodzę wcześniej z pracy i jadę do domu. Już mi się nie chce z niego wracać w niedzielę… Przyjadę i pewnie pierwsze co, to wkurzę się na Franka.

No i wyszedł mi taki stream of consciousness :) Czyli strumień świadomości – czyli spontaniczne  odbicie moich myśli, chaotyczne, niepoukładane, ale takie są przeważnie nasze myśli. Koniec na dzisiaj. Na razie sama w robocie jestem. Niedługo zjadą się kierownicy sali i szefowie kuchni. Trzymajcie kciuki, żebym nikogo nie pogryzła.