*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lutego 2016

Na cześć dłuższych dni :)

Luty to jednak fajny jest. A przynajmniej potrafi być :) Już chyba kiedyś pisałam, że zawsze szarą jesienią i nieprzyjemną zimą powtarzam sobie "byle do lutego". Luty to oczywiście jeszcze miesiąc zimowy pełną gębą, bywa mroźny, biały, mokry, chlapowaty i tak dalej. Ale w lutym zdecydowanie odczuwa się już, że dnie stają się coraz dłuższe! I to jest piękne :)
Kiedy budzę się rano i widzę, że za oknem już szarówka, to od razu inaczej funkcjonuję. Lubię wyjrzeć przez okno i popatrzeć na to szaro niebieskie niebo, na którym widać jednocześnie pierwsze promienie słońca, które wyłania się gdzieś zza horyzontu oraz sierp księżyca. Lubię to zestawienie jaśniejącego nieba i zapalonych latarni. Co ciekawe, niezmiennie kojarzy mi się ono z Hiszpanią albo z naszą podróżą poślubną. A to pozytywne skojarzenia. To dlatego, że tam robi się jasno późno (dopiero przed dziewiątą) i zawsze dziwnie mi było, że jest tak ciemno i jednocześnie ciepło, bo dotychczas ciemne poranki kojarzyły mi się tylko z zimnem :) Prawdę mówiąc, kiedy tak patrzę przez to okno, to jestem niemalże pewna, że na zewnątrz jest ciepło i wieje przyjemny wietrzyk :P W każdym razie jest coś nieuchwytnego w tej magii poranka i momencie kiedy noc przechodzi w dzień. A później jest tylko lepiej i cieszę się, że przed wyjściem z domu mogę już odsłonić wszystkie okna i w taki dzień jak dziś, opuszczam mieszkanie skąpane w promieniach słońca. Z kolei po południu, lada moment i będę wychodzić z pracy "po jasnemu" :) Dzisiaj już widziałam, ze niebo było szarawe a nie ciemne, jak dotychczas. Teraz to pójdzie szybko. 

Kocham światło dzienne. Uwielbiam promienie słońca. Świat zdecydowanie inaczej wygląda, kiedy jest jasny. I życie też wtedy inaczej wygląda. Po prostu chce się bardziej.
Wiem, że kiedy nadchodzi luty, to jesteśmy już na prostej drodze do marca, a co za tym idzie do wiosny :) A to są absolutnie dobre wiadomości :)

***
Jestem zdziwiona, że jutro już środa. Kiedy mija to już jest tak blisko weekendu, a przecież dopiero co jeden się skończył. Czas ostatnio pędzi jak szalony. Właściwie to nadal mi to nie przeszkadza, a wręcz przynosi jakieś ukojenie i nie jestem pewna, dlaczego tak jest. Kiedyś zawsze myślałam, że to dlatego, że czekam aż wreszcie wyjaśnią się nasze sprawy, że już mam dość niepewności. A teraz to sama nie wiem. Mijający czas sprawia, że czuję się... hmmm... bezpiecznie... Nie umiem dzisiaj tego wytłumaczyć, ale zastanowię się nad tym i może kiedyś wrócę do tematu :)

***
Za tydzień służbowy wyjazd. Jestem go bardzo ciekawa i zastanawiam się, jak będzie. Na początku nie chciało mi się jechać, ale teraz chyba jestem tym coraz bardziej podekscytowana. Pojęcia nie mam jak to będzie wyglądało i jaki w ogóle charakter będzie miał ten wyjazd, ale coraz bardziej wydaje mi się, że mniej tam będzie pracy a więcej rekreacji. Ale kto wie? Swoją drogą to będzie bardzo dziwne przeżycie, bo jeszcze nigdy nie miała okazji spędzić ponad 48 godzin w towarzystwie praktycznie obcych mi ludzi, z którymi łączą mnie tylko sprawy zawodowe.

sobota, 30 stycznia 2016

Przy sobocie.

Pisałam ostatnio, że nie wiem, czy będę jeździć w soboty z Wikingiem na zajęcia sama, bo dojazd komunikacją miejską jest trochę gorszy i nie wiem, jak Wikuś go zniesie. 
Nie byłabym sobą, gdybym odpuściła :) Oczywiście musiałam ten dojazd przetestować i pojechaliśmy. I teraz już wiem, że nawet pomimo tego, że może wychodzić nawet ponad godzinę w jedną stronę (bo to zależy od tego, czy połączenia nam się skomunikują) to będziemy jeździć :) Trochę się bałam, czy się Wiking nie będzie niecierpliwił siedząc tyle czasu w autobusach albo tramwajach, ale okazało się, że zachowuje się wzorowo :) Siedzi grzecznie, rozgląda się i obserwuje. Korciło go, żeby nacisnąć guzik służący niepełnosprawnym, ale pokręciłam głową, że nie i odpuścił. Za chwilę znowu wyciągnął rączkę i sam pokręcił głową, że nie wolno ;P Jak go jazda znużyła, to sobie przysnął. W każdym razie podróż przebiegła nam bez żadnych komplikacji. A ja sobie poczytałam :)
Na zajęciach Wiking był w doskonałym humorze i wszystkich zaczepiał. Inni rodzice dziwią się nawet, że on taki kontaktowy jest i nie boi się obcych. Ale po prostu towarzyskie dziecko mamy i kiedy wokół jest dużo ludzi, on jest w swoim żywiole.
Fakt, że przez taki wypad pół soboty mamy z głowy (wyszłam z domu po 10 i wróciłam po 15), ale muszę powiedzieć, że jest to dla mnie taka przyjemność (a jak jeszcze jest tak piękna pogoda jak dziś, to już w ogóle!), że wcale nie patrzę na to w tych kategoriach, bo po prostu odpoczywam w ten sposób. Przyznam, że nie sądziłam, że tak bardzo można cenić sobie czas spędzany poza domem z dzieckiem. Zawsze to lubiłam i cieszę się, że nawet teraz, kiedy pracuję, mam taką możliwość. Po prostu w domu jest trochę inaczej - zawsze jest coś do zrobienia albo coś nas rozprasza. A kiedy wychodzimy, to jest to czas tylko dla nas, może to dziwne, ale czuję wtedy, że więź między nami jest najsilniejsza - niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwoje, czy razem z Frankiem (wtedy jest jeszcze lepiej, bo całkiem rodzinnie).

A tak poza tym, to chciałam napisać, że mam już dość zimy i bardzo chciałabym, żeby już zostało tak, jak teraz :) Kiedy wraz z początkiem roku przyszła zima z silnymi mrozami, pomyślałam sobie - "no dobra, niech jej będzie, nie jest tak źle, raz w roku można przeżyć..." Myślałam tak sobie również, kiedy mróz trochę odpuścił, za to zrobiło się biało. Ale co za dużo to niezdrowo - tydzień mrozu i tydzień śniegu wystarczy :)  Trzeci zimowy tydzień działał mi więc już na nerwy. Podtrzymuję, że zima mogłaby dla mnie nie istnieć! I nikt mnie nie przekona, że byłoby nudno albo że zima może być fajna... Wiem, ze zimy w ostatnich latach to i tak nie zimy (i bardzo dobrze!), ale ja to bym chciała, żeby temperatura w ogóle nie spadała poniżej 10 stopni. 
Dzisiaj było tak pięknie! Właściwie wiosennie - ciepło i słonecznie. I świat od razu lepiej wygląda. Cieszyłabym się, gdyby już tak zostało, ale niestety słyszałam, że zima ma jeszcze wrócić w lutym :/ Poza tym od paru tygodni zauważyłam taką prawidłowość, że sobota jest piękna, a niedziela szara bura i ponura... Ciekawe jak będzie jutro, ale raczej spodziewam się podtrzymania tej tendencji...

niedziela, 11 października 2015

Silne ochłodzenie.

Jakoś ma wrażenie, że się bardzo zimno zrobiło :/ Pogoda niby ładna, kiedy się siedzi w domu i wygląda przez okno, to odnosi się wrażenie, że to prawdziwa złota polska jesień, ale temperatura bardzo niska. Nawet jeśli ta na termometrze jeszcze ujdzie, to odczuwalna jest niższa. Już się pogubiłam w tej pogodzie i sama nie wiem, czy to typowe dla połowy października, ale wiem, że bardzo mi się to nie podoba. Być może gdybym siedziała w domu wzorem ubiegłego roku albo chodziła tylko do pracy i funkcjonowała w codziennym kieracie wzorem lat wcześniejszych, to by mi to aż tak nie przeszkadzało. Ale rzecz w tym, że codziennie wychodzę na spacery i marznę, zwłaszcza kiedy Wikingowi zdarza się zasnąć i chcę przysiąść na ławce, żeby książkę poczytać (i tak wiem, że takie dni są już policzone...) Wiking się niby urodził , więc niestraszne powinny być mi spacery w zimnie, ale ostatnie miesiące mnie pod tym względem rozpieściły. Poza tym zupełnie inaczej przecież spaceruje się z noworodkiem opatulonym tak, że widać mu tylko nos, który śpi przez cały spacer i jeszcze długo po nim, a inaczej z dzieckiem dziewięciomiesięcznym, które jest ciekawe wszystkiego. Jakoś musimy się do tej nowej rzeczywistości przestawić, bo lepiej to już raczej nie będzie. Następna wiosna dopiero...wiosną ;)

A tymczasem ochłodzenie nie tylko za oknem niestety :/ Kiedy to obchodziliśmy naszą rocznicę ślubu? Miesiąc temu? Wtedy to pisałam o gorszym czasie w naszym małżeństwie? Wspominałam o naładowaniu baterii. Miałam nadzieję na to, że to jakiś przełom i teraz już tak zostanie. Bla, bla, bla. Sielanka znowu się skończyła. Franek od paru dni ma wściekliznę i robi sobie ze mnie worek treningowy. Nie to, że się jakoś nade mną znęca, ale nie podoba mi się w jaki sposób się do mnie odnosi.Właściwie to nie wiem, jak z nim postępować. W żaden sposób nie mogę do niego dotrzeć - nie pomaga to, że jestem miła, że udaję, że nic mnie nie rusza i zachowuję się, jakby nigdy nic, nie pomaga, że dla odmiany postanawiam udawać urażona (no tak, czuję się urażona, ale raczej w takiej sytuacji wolę porozmawiać, niż tylko to okazywać), nie daje nic mój smutek ani beztroska. Nic. Złość też nie - a tej nawet nie muszę udawać. Bo było mi smutno i przykro, ale teraz to już właściwie jestem tylko na Franka wściekła i tyle. Co on sobie wyobraża. Rozumiem, że można mieć zły dzień, ale skoro jakiś czas temu zdecydował się, na życie razem z drugą osobą i założenie z nią rodziny, to uważam, że powinien się z nią liczyć. A wychodzi na to, że kiedy jemu coś dolega, to nieważne jest już to co ja myślę i czuję. Powinnam mu zejść z oczu, nie odzywać się do niego (a nie, przepraszam odzywać, ale tylko jeśli mnie o coś zapyta, problem w tym, że nie wiem w jaki sposób mam odpowiadać, bo nawet kiedy odpowiedziałam zupełnie normalnie, bez żadnej emocji, to rzekomo miałam jakiś dziwny ton) i się po prostu odczepić, zniknąć. 
Tak, to jest notka pisana pod wpływem emocji. Tak, wiem, że nie powinno się tego robić. Ale w tej chwili mam to gdzieś, bo jestem zwyczajnie wściekła. Mam ochotę naprawdę wypiąć się na Franka. Olać go. W jakiś sposób ukarać, zrobić coś, żeby zobaczył jak to jest (ale to chyba nie możliwe, bo on za bardzo gdzieś ma moją osobę, żeby go to obeszło :/), ale niestety nie wiem jak, bo nie byłam nigdy dobra w wyładowywaniu się na otoczeniu.
Naprawdę jestem wkurzona. Jasne, jest mi też przykro i smutno, ale wolę, żeby to wściekłość jednak brała górę, bo wtedy przynajmniej nie mam dołka, mam za to energię, żeby funkcjonować normalnie mimo wszystko. Trochę się boję wręcz, że wściekłość mi minie i wtedy zrobi mi się bardzo, bardzo źle :/ To tyle na dzisiaj.

niedziela, 12 lipca 2015

Pogodnie, a raczej pogodowo :)

No jakże bym się mogła wyłamać i nie napisać choć raz notki o pogodzie - bo w tym roku zdaje się, jeszcze takiej nie było! :) A przecież zawsze na temat pogody miałam coś do powiedzenia.
Dla porządku powiem, że tegoroczna zima, choć pozostała tylko wspomnieniem, również bardzo mi się podobała :) Trwała raptem parę lutowych dni, w dodatku za wiele wychodzić nie musiałam - tyle co z Wikingiem na krótkie spacery, więc dałam radę. 
Wiosna przyszła do nas dość szybko. I nawet w tym roku - pewnie dzięki codziennym, nieśpiesznym spacerom - jej nie przegapiłam i uchwyciłam ten moment, kiedy pojawiły się pierwsze zielone pąki. Przez długi czas było bardzo ładnie, słonecznie i ciepło. Zdaje się, że pod koniec maja wręcz gorąco. 
W czerwcu podobno lata nie było. Podobno, bo kojarzę, że wiele osób narzekało bardzo na pogodę - przede wszystkim na zimno i brak pełnego słońca. Ale ja tego w tym roku nie odczułam.
I właśnie dochodzę do sedna tej notki. Wiecie, że bardzo lubię lato (choć nie tak, jak wiosnę) i upały mi nie straszne. Nigdy nie narzekam na skwar i naprawdę niespecjalnie mi przeszkadzają palące słońce oraz temperatury w okolicach 30 stopni i więcej. Owszem, jest mi gorąco i czasami odczuwam lekki dyskomfort, ale zdecydowanie jest to dla mnie do przeżycia - w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy marznę! I nieważne, czy mowa o siarczystych mrozach zimą, czy piętnastu stopniach w środku lata - grunt, że marznę i to jest coś nie do zniesienia dla mnie.
Muszę jednak przyznać, że upały tegoroczne znoszę nie najlepiej, a to dlatego, że odczuwam silną empatię w stosunku do mojego dziecka. A ono najwyraźniej za upałami nie przepada. Już w maju, kiedy słoneczko trochę mocniej przygrzało odnosiłam takie wrażenie a w ubiegłym tygodniu chyba miałam tego potwierdzenie, bo w sobotę i poniedziałek był okropnie marudny. Wychodziliśmy tylko rano i pod wieczór (te wyjścia dobrze mu robiły), ale w domu też było gorąco, pomimo zasłoniętych i zamkniętych okien. W niedzielę, mimo, że były najwyższe temperatury było trochę lepiej, ale może to dlatego, że byliśmy na basenie. Gdy upały ustąpiły, Wiking przestał marudzić, zachodzi więc duże prawdopodobieństwo, że były one przyczyną jego złego humoru. 
Ja nadal lubię gorąco i wysokie temperatury, ale kiedy dziecko jest marudne, to matka ma przechlapane, więc na upały czekać przestałam i z ulgą przyjmowałam informacje o ochłodzeniu. Dlatego też umknęło mi to, że w czerwcu nie było za ciepło, bo dla nas było tak w miarę ;)

Ale to, co mnie najbardziej wpienia w naszym rzekomo umiarkowanym klimacie, to absolutny brak umiarkowania właśnie. Bo nie może być tak ciepło, słonecznie, z ciepłym wietrzykiem i temperaturą w okolicach 20-25 stopni, kiedy wszyscy są zadowoleni, bo jest przyjemnie :) Nie, musi być albo 30 stopni w cieniu albo 15 w słońcu (w środku lipca)! No masakra, no!
Wymarzłam w ostatnie dwa dni strasznie. Zwiedzaliśmy trochę Warszawę z moim wujkiem i jak ktoś będzie oglądał zdjęcia to nie uwierzy, że to lipiec widząc, że mam na sobie podkoszulkę, dwa sweterki i kurtkę :/ Dzisiaj na szczęście trochę lepiej i liczę wreszcie na to umiarkowane lato! Tak, żeby można było lekko ubranym przespacerować się w słoneczku, nie zmoknąć i się nie spocić :)

No, to tradycji stało się za dość! Napisałam o pogodzie :P

środa, 4 kwietnia 2012

Kwestia lodówkowa.

Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego od kilku dni znowu jest zimno i niefajnie, to ja Wam powiem. Otóż powrót zimowej aury zawdzięczacie Margolce i Frankowi, a konkretnie faktowi, że zepsuła nam się lodówka :) I tak od ponad tygodnia „lodówkę” mamy na balkonie – same więc rozumiecie, że temperatury w okolicach pięciu stopni są jak najbardziej wskazane :) Zabawnie musimy wyglądać każdego ranka wychodząc na balkon – to z mlekiem, to z jajkami czy masłem w ręce. Po południu zaś kursujemy w te i we w te z garnkami z zupą, czy gulaszem. Plus jest taki, że nie musimy nawet czekać aż taka zupa wystygnie, tylko od razu ją wystawić – wszak taka balkonowa lodówka już nam się nie zepsuje – przynajmniej do czasu, gdy nie wróci wiosna pełną parą :)
Ale liczymy na to, że do tego dnia staniemy się już posiadaczami nowego sprzętu AGD, który dumnie postawimy w kuchni. Wydatek nieprzewidziany, więc na początek przeszło nam przez myśl, żeby starą naprawiać, ale po chwili stwierdziliśmy, że to się kompletnie nie opłaca, zwłaszcza, że pakowalibyśmy pieniądze w sprzęt nie nasz. A tak lodówkę będziemy już mieli na kolejne lata i razem z pralką będziemy już mieli aż dwa sprzęty na własność :) Jednak sprawa nie jest taka prosta, w weekend zeszliśmy chyba wszystkie możliwe sklepy z AGD w Poznaniu i już, już prawie ją mieliśmy… ale jednak nie… Jakoś tak się pechowo złożyło. W każdym razie mamy trzy typy i gdyby tak połączyć trzy w jedno, to byłaby lodówka idealna. A tak – jedna za droga, inna nieekonomiczna, kolejna ma za małą pojemność chłodziarki i tak dalej. Więc wstrzymaliśmy się jeszcze i prześpimy się z tymi lodówkami. Aura sprzyja w każdym razie, więc możemy się jeszcze zastanawiać, póki co jedzenie nam się nie psuje :D
A z innych kwestii – chyba dogoniłam rzeczywistość w pracy. Weekend rozpoczęłam dopiero w piątek po 23, bo miałam jeszcze parę raportów do zrobienia. Zabrałam kompa do domu a tu jak na złość - internet nam padł, a bez niego ani rusz, bo nie odpaliłabym naszego programu pracowniczego :( Już się niemal załamałam, na szczęście poratowały mnie Dorota z Juską i mogłam u nich siedzieć prawie do północy, podłączona pod ich internet. Udało się więc i od poniedziałku sytuacja się stabilizuje.
Jest więc szansa, że się znowu tutaj pojawię :)

poniedziałek, 5 marca 2012

Idealna randka.

I słusznie się tego weekendu doczekać nie mogłam, bo był niezwykle udany – zwłaszcza sobota. W niedzielę poszliśmy na obiad do rodziców Franka, gdzie spotkaliśmy także jego brata z żoną, a więc dzień spędziliśmy w miłej, rodzinnej atmosferze. Było przyjemnie, ale jednak nic nie mogło się równać ze spędzoną tylko we własnym towarzystwie sobotą.
Ogólnie rzecz ujmując w sobotę randkowaliśmy :) Najpierw wyszliśmy na dłuugi spacer. Naprawdę długi, przeszliśmy miasto – może nie wzdłuż i wszerz, ale samo wzdłuż na pewno :) Spacer trwał jakieś pięć godzin. Naszym celem było wyjście na spotkanie wiośnie :) Szukaliśmy pierwszych jej objawów, ale oboje jednogłośnie stwierdziliśmy, że jeszcze za wcześnie – na naszej trasie nie było żadnych zielonych pączków, czy świeżej trawy. Wręcz przeciwnie – kry na Malcie, czy Warcie świadczyły o tym, że zima nie zamierza tak łatwo odpuścić. Ale my się nie poddamy i będziemy szukać nadal. Na razie niech nam wystarczy piękna pogoda – słońce i czyste niebo. Temperatury jeszcze wybaczę. Widocznie musimy jeszcze chwilkę poczekać. Kiedy poczuliśmy, że spacer daje się nam we znaki głównie poprzez bolące stopy, skierowaliśmy się w kierunku Starego Rynku. Weszliśmy do jednej z naszych ulubionych restauracji na obiad. Było przyjemnie i kameralnie – wieczorne tłumy jeszcze nie zdołały dotrzeć, dlatego też pozwoliliśmy sobie także na drinka. To znaczy ja sobie pozwoliłam, bo Franuś zadowolił się piwkiem. Nawet nie wiem, jak długo tam siedzieliśmy, ale ze dwie godziny na pewno. Dawno nie było tak miło. Tak powinien wyglądać każdy weekend – może niekoniecznie zaraz trzeba iść na obiad do restauracji, bo zbankrutowalibyśmy bardzo szybko :), ale chodzi o ten klimat – spokojna atmosfera, żadnego pośpiechu, tylko my dwoje – skupieni na sobie. Omawialiśmy różne kwestie od mocno prozaicznych i przyziemnych, po światopoglądowe. Byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się, że nagle zrobiło się późno – wszak wchodziliśmy do knajpki jeszcze po południu :) To chyba dobry znak, że się nie nudzimy we własnym towarzystwie. A kiedy wstawaliśmy od stolika Franek powiedział do mnie coś, co sprawiło mi ogromną przyjemność i uczyniło naszą „randkę” wręcz idealną w moim odczuciu ;) Ale na razie  się wstrzymam i nie napiszę co to były za słowa, bo chciałabym ich użyć jako pretekstu do następnej notki, która chodzi mi po głowie. 
Wieczór jednak jeszcze się nie zakończył całkowicie, bo kontynuowaliśmy go w domu grając w nową planszówkę (choć to nie do końca taka tradycyjna gra planszowa, ale jak się dowiedzieliśmy, kostki i pionki to nuuuda <że co? :)> i  już się tego teraz nie robi :)) Skończyliśmy dopiero grubo po północy. Zmęczeni byliśmy już po dniu pełnym tak pozytywnych wrażeń, ale coś się nie mogliśmy wybrać do spania. I jeszcze siedzieliśmy przytuleni w pokoju i rozmawialiśmy, tak, jak gdybyśmy nie przegadali całego dnia :) Leżałam sobie z głową na frankowych kolanach i słuchałam miłych rzeczy  – fajnie jak się Frankowi czasami na romantyczność zbierze. On rzadko mówi, co myśli o mnie, o naszym związku, o tym ile to wszystko dla niego znaczy – ale jak już powie to tak, że zapamiętuję na amen :) I zapamiętałam. Cały ten dzień zapamiętam, dzień który w zasadzie był jedną długą, idealną randką :)

czwartek, 23 lutego 2012

Lubię luty.

Gdy nadchodzi listopad, zawsze myślę sobie „byle do lutego”. I później powtarzam to sobie w każdy zimny i ciemny dzień. Bo muszę powiedzieć, że luty to ja lubię. Oznacza on koniec tego nieszczęsnego stycznia zwiastującego początek roku – a ten nie wiedzieć czemu trochę mnie dołuje, bo zawsze się boję, że będzie gorzej :) Może dlatego, że częściej jestem zadowolona z roku, który minął i wcale nie chcę, żeby coś się zmieniało. A przecież to tylko symboliczna granica… Ale do rzeczy – w lutym nareszcie robi się jasno. Popołudnia są już dłuższe, gdy wracam z pracy, towarzyszy mi jeszcze słońce. No i rano – coraz przyjemniej się wstaje :) Luty zwiastuje nadejście marca – a ten to z kolei miesiąc wiosenny, przynajmniej kalendarzowo. Kto by nie lubił wiosny? :) No, może są tacy, ale jeśli o mnie chodzi, to jest to moja ulubiona pora roku. W lutym już nawet śnieg i mróz można jakoś łatwiej przełknąć, bo wiadomo, że to takie ostatnie podrygi – „a niech sobie ma ta zima, niech pomyśli, że jest ważna” – tak sobie myślałam podczas ostatnich mrozów i śniegów po łagodnym grudniu i styczniu :) Ale wierzę w to, że teraz to jednak już nam bliżej do wiosny, niż dalej. Wszystko się topi, błotko wszędzie, ale jakoś to przeżyję :) Ważniejsze jest to, że ptaszki zaczynają świergolić i coraz cieplej się robi. Słoneczko przyświeca coraz dłużej. No lubię luty i już :)
***
Lubię też takie popołudnia jak dziś – w pracy chwilowy przestój, więc wróciłam szybciej. Odpuściłam sobie aerobik, bo Franek ma dzisiaj wolne, więc wolałam ograć go w rummikub. Potem jeszcze dwa rządki w moim sweterku (jeszcze moment i będą całe plecy, przede mną tylko rękawy ;)) przy odcinku Desperate Housewives i przy paru kieliszkach wina. Przyjemny relaks, ale jak to mówił pewien miś – pora na dobranoc.

***
W tle leciał któryś tam odcinek Jasia Fasoli. Mr. Bean wybierał się właśnie na wakacje i pakując walizkę nie mógł zdecydować się, którą koszulkę zabrać. Zrobił więc wyliczankę, a gdy nie podobało mu się to, co wypadło, zmienił kolejność. Franek spojrzał na mnie i już wiedziałam co powie: „jakbym widział Margolkę”.
Przyznaję się :) Gdy nie wiem, co wybrać, robię wyliczankę, a kiedy ta wypada niepomyślnie, zmieniam kolejność. No cóż, zawsze to coś – przynajmniej okazuje się, że jednak wiem, czego tak naprawdę chcę, skoro nie podoba mi się to, co wypadło :) Zaznaczam jednak, że chodzi o błahostki takie jak smak jogurtu, czy kolor długopisu – życiowe decyzje jak dotąd podejmowałam raczej po dłuższym zastanowieniu a nie po wyklepaniu „ene due rike fake” :)

środa, 20 lipca 2011

Nie damy się pogodzie.

  Niełatwo się wraca po przerwie. Jakoś tak dziwnie mi, że nie piszę już kilku notek tygodniowo, z drugiej strony dziwnie mi na myśl o tym, że miałabym tak po prostu usiąść i napisać o byle czym :) Czyżbym wyszła z wprawy? Całkiem możliwe. W każdym razie, czuję, że jest szansa na to, żebym znowu wróciła do blogowania ;) Nie mówię jeszcze „hop”, bo już ostatnio kilka takich zapowiedzi miałam, a potem nic z tego nie wychodziło, ale teraz czuję, że jest inaczej. Pomijam to, że nareszcie powoli nadrobiłam moje zaległości w świecie realnym, a więc jest i szansa na te w wirtualnym :) Ale przede wszystkim czuję znowu tę chęć do pisania, jaką odczuwałam zawsze, czuję, że chcę usiąść i sformułować jakoś moje myśli, refleksje, czy odczucia. Widzę więc już światełko w tunelu :) Najtrudniej jest mi nadrobić zaległości u Was. Niby zaglądałam, starałam się czytać, choć odpuszczałam już komentowanie, ale wiem, że nie jest tak jak kiedyś. W ogóle chyba przyszedł czas na porządek w linkach, poznałam kilka nowych blogowiczek, z drugiej strony zauważyłam, że są też takie, które już do mnie nie zaglądają, ja do nich też rzadko, ale chyba nawet za nimi nie tęsknię. Ten mój przedłużający się kryzys blogowaniu spowodował, że trochę myślałam o tym świecie wirtualnym i doszłam do kilku wniosków. Cóż, blogowisko również ewoluuje, a my razem z nim.. Pożyjemy, zobaczymy, tym razem już niczego nie obiecuję, mam tylko nadzieję, że wszystko wróci do starej normy :))
A tymczasem pogoda mnie dzisiaj zdenerwowała. Obudziłam się rano w tym ciemnym, mokrym, szaro-burym świecie, zła, bo miałam zamiar jechać rowerem do pracy. Kiedy wychodziłam z domu, jeszcze padało, ale powiedziałam sobie, że żadna głupia pogoda nie będzie mi krzyżować planów ;) Gdy dojechałam do wypożyczalni rowerów mżyło, a kiedy już sobie wybrałam rower, rozpadało się na dobre. Ale dzielnie jechałam – kaptur na łeb, parasol w rękę i jechałam sobie powolutku. Najważniejsze, że dojechałam ;) I nawet nie byłam jakoś bardzo mokra. Nie dałam się więc pogodzie, ale ważniejsze, żebym się jej nie dała także w weekend… Już od dawna planowaliśmy z Frankiem, że sobie wyjedziemy gdzieś razem w tę sobotę i niedzielę… Chcemy się wybrać nad morze. Bardzo bym chciała, żeby było ładnie. Nie musi być to nawet pogoda wymarzona na plażę, wystarczy, żeby nie padało i trochę słoneczka się pokazało. Pożyczyłam nawet namiot od wujka na tę okazję. Franek zaraz wraca z pracy i będziemy robić próbę generalną – znaczy się, będziemy „rozbijać” namiot w domu, żeby sprawdzić, czy ma wszystkie rurki i w ogóle, czy będziemy potrafili to zrobić, bo chyba żadne z nas specjalnie się na Robinsona nie nadaje :P

Jakiś czas później:
No, namiot już stoi. Nawet nam szybko poszło. Szkoda, że nie możemy go teraz przetransportować w tej postaci :)) W takim razie teraz tylko trzymamy kciuki za pogodę. W ostateczności… zawsze możemy przespać się pod namiotem w domu :P

wtorek, 3 maja 2011

Majowe pozdrowienia.

  
No nie  mogłam się powstrzymać, żeby nie uwiecznić pierwszej w moim życiu pięknej zimy wiosną :))
  


czwartek, 2 grudnia 2010

Gorący temat, czyli zimowo :)

Zaczęło się wczoraj. Czy któraś z Was jest „kibicką” piłki nożnej? (tak Nikkuś, wiem, że Ty, ale nie jestem pewna, czy jesteś życzliwa Lechowi :)) Albo ma faceta, który ogląda wszystkie ważne i mniej ważne mecze i mu towarzyszy? :) Jeśli tak, to widziałyście wczoraj mecz Lecha z Juventusem, który odbywał się w Poznaniu. Pod koniec pierwszej połowy w ogóle nie było widać piłki :) Potem wymienili ją na pomarańczową – szkoda, że piłkarze Juventusa nie wymienili swoich białych koszulek, bo w pewnym momencie ich też nie było widać. Pod koniec stwierdziliśmy, że musimy kupić nowy telewizor, bo ten nam śnieży :P A okazało się, że to był dopiero przedsmak tego, co się działo rano.
Ale co tam, ubrałam się jak trzeba, czyli w podkoszulkę, bluzkę, trzy swetry i kurtkę, i prawie nie zmarzłam czekając na opóźniony autobus. Kiedy tak czekałam na przystanku, notabene z bardzo miłą panią, z którą pogawędziłam sobie o szóstej rano, pomyślałam sobie, że szkoda mi tych kierowców-empekowców dzisiaj. Dopiero po jakimś czasie przypomniałam sobie, że mam takiego w domu :) Autobus dojechał do celu, choć nie bez problemów. Musiał jechać objazdem, po tym jak jakaś półciężarówka zablokowała skrzyżowanie :) Ale było naprawdę miło, pasażerowie jakoś tak się zsolidaryzowali. Wszyscy byli dla siebie mili i uśmiechnięci – a przypominam, że to było po szóstej dopiero :) Potem musiałam się przesiąść i jeszcze dwa przystanki przejechać tramwajem. Normalnie z tego przystanku w ciągu dziesięciu minut odjeżdża siedem „bimb”, więc jak nie podjechała żadna, to pomyślałam, że się chyba nie doczekam :) Miałam rację – na tory przewróciła się piaskarka i wysypało się na nie jakieś pół tony piasku :) Ale wreszcie dotarłam do pracy :) A z powrotem to już w ogóle było bez przygód.
Za to jutro zapowiada się wesoło :) Godzinę temu dostałam od szefa smsa: „Margolka, ubierz ciepłe soxy, bo nasze ogrzewanie nie działa jak powinno”. Przed chwilą od mojego ulubionego Kierasa: „Margolko, ubierz się jutro ciepło do pracy, bo ogrzewanie szwankuje, zostawię je dla Ciebie na wszelki wypadek włączone, ale nie wiem, czy coś da” Przyjeżdżam do pracy średnio trzy godziny wcześniej niż reszta. Kiepsko będzie. Skoro ja „normalnie” ubieram trzy swetry, to jak mam się ubrać w sytuacji ekstremalnej? :) Chyba sobie wezmę kocyk :P
Jutro muszę jechać samochodem. Od poniedziałku stoi nieruszany na parkingu. Prawie go nie widać za zaspami. Ale Franuś jutro wstanie i odśnieży i wyprowadzi mi moją świnkę. Sam to zaproponował :)
A po południu jadę do Miasteczka. Pociągiem :) Dzisiaj wszystkie pociągi stały w Poznaniu, bo zwrotnice pozamarzały. Mam nadzieję, że do jutra je rozmrożą. Nie ma bata, jadę! I dojadę, choćby to miało być w sobotę :) Wezmę ze sobą prowiant i termos z ciepła herbatą. Byle by mi pociąg podstawili, żeby w miarę grzali (tylko niech nie przesadzą, bo nie chcę, żeby znowu mi się pociąg spalił – pamiętacie?:P) i niech pod żadnym pozorem nie gaszą światła, to sobie poczytam i dam radę dojechać :) Coś czuję, że będzie wesoło :D
Ps. Rozwalił mnie dzisiaj tekst w którymś z serwisów informacyjnych, że końca zimy nie widać :P Ludzie no, ona się dopiero zaczęła! :D