No
i masz ci los! Jak widać, zawsze musi być ten pierwszy raz, bo nigdy mi
się to nie zdarza. Zapomniałam zabrać książki! Zawsze mam ze sobą jakąś
w torebce. Ale tak się złożyło, że ostatnio skończyłam jedną czytać.
Wieczorem przygotowałam sobie nową i położyłam na torbie. Ale że rano
Franuś pomagał mi się zbierać do wyjścia, podał mi torbę, a nie włożył
do środka książki. Moja wina, bo mu nie powiedziałam, że torba nie do
końca spakowana :) On wie, że trzeba mnie pilnować, bo ostatnio na
wyjazd służbowy nie zabrałabym ani laptopa ani dokumentów gdyby nie on

A
więc jadę sobie dzisiaj znowu na delegację do Warszawy – bez książki
jak już wspomniałam i nawet bez czasopisma językowego, bo wszystkie już
przeczytałam i czekam na kolejny numer. Na całe szczęście spakowałam w
ostatniej chwili Claudię, więc tak całkiem bez czytadła nie pozostałam.
Mam też służbowego laptopa, więc wykorzystałam sobie ten czas na
napisanie notki, którą opublikuję przy najbliższej okazji. Albo inaczej –
którą Onet pozwoli mi opublikować

Od
razu zaznaczam, że i tym razem na żadną kawę w stolicy z blogowymi
znajomymi nie ma szans, bo czas mam ściśle zaplanowany. Tym razem nie
jadę już o żadną tarczę walczyć ;), wyjazd jest typowo służbowy.
I
tak właśnie rozpoczyna się mój drugi rok pracy w tej firmie. Sporo się
pozmieniało od ubiegłego roku, zwłaszcza ostatnio miało miejsce sporo
zmian, dlatego tym bardziej obawiałam się o mój dalszy los w Winiarni.
Krótko mówiąc, jedną ze zmian było odejście osoby, która mnie
przyjmowała do pracy. Przyszła nowa Pani Prezes. Pierwszą z nią rozmowę
miałam w lutym i już wtedy częściowo mogłam odetchnąć – wiedziałam, że
zrobiłam na niej duże wrażenie. Ale oczywiście dopóki nie dostałam
wszystkiego na piśmie, niczego nie byłam pewna. Jednak podczas mojego
marcowego wyjazdu powtórzyła, że odebrała pozytywnie mnie i moje
podejście do pracy, do tego mój bezpośredni przełożony wyrażał się o
mnie w samych superlatywach, a więc nie widzi powodu, żeby umowy mi nie
przedłużyć. Dostałam więc do podpisania umowę, a także, jak już
wspominałam ostatnio, zaproponowano mi podwyżkę. Ponadto moja pozycja w
firmie nieco się umocniła i najkrócej rzecz ujmując stałam się trochę
ważniejsza

Na
chwilę więc mam spokój, chociaż oczywiście gwarancji nie ma się nigdy
na nic. Natomiast odkąd pamiętam wiem, że lepiej za wysoko nie siedzieć i
tego się będę trzymać
Na szczęście nigdy nie miałam takich ambicji. Od początku (już w
poprzednim miejscu pracy) miałam dużą swobodę działania i samodzielne
stanowisko, ale jednak bezpośrednio komuś podlegałam i chyba tak pracuje
mi się najlepiej.

To
by było na tyle jeśli chodzi o jakieś szczegóły, które chciałabym na
temat moich dalszych losów w firmie ujawniać. Ten rok minął mi bardzo
szybko i naprawdę dużo się nauczyłam. Bardzo lubię swoje obowiązki
(Prezes stwierdziła przy naszym pierwszym spotkaniu, że to widać :)), w
dużej mierze sama sobie zorganizowałam pracę – dostałam informację,
czego się ode mnie oczekuje, ale żadnych wytycznych co do tego, w jaki
sposób mam pracować. Na początku czułam się lekko skonsternowana –
pamiętam kwiecień ubiegłego roku, kiedy to przez większość część czasu w
pracy siedziałam bezczynnie i czytałam istrukcję naszego programu
komputerowego
Ostatecznie okazało się jednak, że wyszło mi to na dobre – wszystkie
rozwiązania opracowałam sobie sama, pracuję posługując się metodami,
które mi odpowiadają, a swoją skrupulatnością zaskoczyłam sporo osób.
Moich przełożonych interesują efekty mojej pracy – i je widzą. A ja
jestem naprawdę zadowolona siedząc w samodzielnie skonstruowanych
tabelkach, szacując i licząc – to mój żywioł
Do tego mam jeszcze okazję pracować w języku angielskim (a nawet
zdarzyło się, że hiszpańskim), więcej mi nie trzeba. Do godzin pracy się
już całkowicie przyzwyczaiłam, odległość też mi nie doskwiera tak
bardzo, zwłaszcza, gdy sobie włączę tryb marzeń o tym, że może się
kiedyś przestawimy w tamtą część Poznania
Oczywiście nic nie jest nigdy idealne, a więc i tutaj zdarzają się
gorsze dni, bywa, że się martwię z powodu jakiejś sytuacji w pracy, ale
ostatecznie chyba niczego bym nie zmieniała, bo źle wcale nie jest, a
moje zmartwienia często wynikają po prostu z tego mojego nieszczęsnego
charakteru i faktu, że wszystko przeżywam i rozpamiętuję dziesięć razy
intensywniej niż powinnam.



Proszę, no i tak to fakt, że zapomniałam książki przysłużył się mojemu blogowaniu
Przy okazji, wszystkich zainteresowanych pragnę poinformować, że
naprawdę podjęłam już kroki zmierzające ku temu, żeby się z Onetu
ostatecznie wynieść. Ale okazało się to nie takie proste, jak widać, dla
takiej ciemnej blondynki, jaką jestem, inne portale są dość
skomplikowane. A przy założeniu, że nie wyobrażam sobie zacząć pisać,
zanim wszystkiego nie przygotuję tak, jak ma być od strony graficznej
(przypominam, że zanim zaczęłam pisać na tym blogu, przez około miesiąć
go dopieszczałam, aby miejsce było MOJE :)), wszystko może jeszcze
trochę potrwać.

O, i już Warszawa Zachodnia… 
