*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w biegu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w biegu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Horoskop.

Kiedy była u nas Dorota, tradycyjnie kupiłyśmy sobie na spółkę jakąś odmóżdżającą gazetkę. Dorota wzięła się za przeglądanie jej i przeczytała mi mój horoskop:
"Jeśli jeszcze nie znalazłaś satysfakcjonującej pracy, to w ciągu najbliższych dni może się to zmienić. Tylko nie pomijaj żadnej sensownej propozycji! Dobry dzień na negocjacje to wtorek"
Może czas zacząć wierzyć w horoskopy :P

Ps. Ze zdrowiem lepiej. Mnie przeszło już wczoraj, Frankowi dzisiaj. Tylko Wiking biedny jeszcze ma biegunkę, ale za to już nastrój dziś zupełnie nie chorobowy i zachowuje się, jakby nic mu nie dolegało. Chcieliśmy z nim pójść do lekarza, ale nie było już miejsc :/ Franek poszedł i bardzo stanowczo zażądał, żeby zapisali Wikinga wobec tego na jutro (normalnie nie można się tak zapisywać) i przeszło. Najwyżej pójdziemy, jeśli nadal mu nie przejdzie. Ale apetyt też już mu wrócił, znowu kradnie nam z talerzy, więc to dobry znak :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Oddycham

Robię wdech i wydech. Wdech i wydech. Uczę się na nowo spokojnie oddychać. Głęboko. Pełną piersią. Bo nadeszły właśnie te dni na złapanie oddechu.

Pisałam już o tym, jak bardzo lubię swoją pracę. Nie będę więc teraz się powtarzać. Ale przyznam, że te ostatnie trzy tygodnie naprawdę mnie zmęczyły. Czułam się w pełni odpowiedzialna za wszystkie projekty logistyczne i osobiście wszystko nadzorowałam. Pracy było tak dużo, że rano siadałam za biurkiem i wstawałam od niego dopiero po kilku godzinach ze zdumieniem stwierdzając, że jest już późne popołudnie. Naprawdę nie wiem, co działo się z czasem. Mknął z prędkością światła, ciągle go brakowało. Wychodziłam z pracy z poczuciem niedosytu - bo chciałabym dokończyć jeszcze to i tamto.. Ale rozsądek podpowiadał, że trzeba iść do domu. Z niecierpliwością oczekiwałam następnego dnia, żeby zająć się kolejnymi sprawami i codziennie wydawało mi się, że już, już za moment będę miała wszystko pod kontrolą, wszystko na bieżąco. Ale wtedy wpadały kolejne zlecenia i znowu sprawy mniej pilne schodziły na dalszy plan. 
W piątek po piętnastej napisałam wreszcie do naszego biura obsługi klienta maila pod tytułem "last call" :) i poprosiłam o potwierdzenie, że wszystkie zamówienia z dostawą przed świętami są wprowadzone. I wysyłałam wszystko do realizacji. I wtedy poczułam, że to już. Czas na to, żeby emocje opadły. Na ten oddech. Na zajęcie się tym, co mogło być chwilowo odłożone.
Nie było łatwo. Napięcie tak łatwo nie puszcza. Cały piątkowy wieczór byłam jeszcze poddenerwowana i czułam się tak, jakbym cały czas miała jeszcze kolejne pilne sprawy do ogarnięcia, jakbym cały czas jeszcze napędzała ten kołowrotek swoim bieganiem. A to już było na odwrót - kołowrotek nadal się kręcił, a ja zmuszona byłam dalej biec. Na szczęście coraz wolniej i wolniej.
Dzisiaj jestem już w Miasteczku. Czas na relaks. Wdech i wydech. Oddycham głęboko. Jak się dotlenię, to wreszcie może uda mi się napisać coś sensownego :)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Nadal w biegu

Wzięłam sobie urlop. Postanowiłam, że przez chwilę się odetnę od tego, co się dzieje w pracy. Średnio się udało, bo wczoraj odebrałam cztery telefony, dzisiaj trzy. Nie wkurza mnie to, niemniej jednak zdecydowanie utrudnia skupienie się na innych kwestiach. W dodatku właśnie przed chwilą uświadomiłam sobie, że jeden facet, z którym się umawiałam, że wykona dla nas pewną usługę nie potwierdził mi, będzie. Szlag! Że też nie mogłam sobie o tym przypomnieć wcześniej! Teraz będę się stresować dzisiejszą noc, jutrzejszy dzień - a nie wiadomo, czy 2 maja odbierze telefon. Jeśli nie to już w ogóle będę ugotowana, bo w poniedziałek nie uda mi się załatwić nikogo na następny dzień. Kurczę no! A uznałam go za najbardziej profesjonalnego i dlatego właśnie wybrałam jego firmę. :/ Jakbym nie miała się czym stresować :(

Mimo, że jestem na urlopie sypiam średnio. Zasnąć nie mogę, a potem w nocy się budzę i rozmyślam. Kiepsko. Szkoda tego długiego weekendu, z którego niewiele będę miała. Chociaż postanowiłam, że pojadę jednak do Miasteczka - tak na chwilę. Może uda mi się przez moment się zrelaksować. A urlop wzięłam sobie, żeby spakować swoje życie. I niestety okazało się to jeszcze trudniejsze niż sobie wyobrażałam. Miałam nadzieję, że kiedy odetnę się od pracy, to znajdę więcej czasu dla siebie, ze spokojem wszystko ogarnę a nawet poczytam, popiszę... Nic z tego. Nawet nie wiem kiedy minęły mi te cztery ostatnie dni :( 

A zapowiada się jeszcze gorzej. Obawiam się, że w dniach 6-20 maja (oby tylko!) nie będzie mnie dla świata :( Jedyna moja nadzieja w tych czterech dniach, które przede mną - muszę naładować akumulatory, bo będą musiały wystarczyć na dłuuugo.

wtorek, 25 września 2012

Przerywnik

Zanim wrócę do opisywania naszego ślubu (idzie mi to opornie nie tylko dlatego, że nie mam czasu, ale również dlatego, że chcę się tym jak najdłużej delektować :) mam takie złudzenie, że jak to opiszę, to poczuję na dobre, że już po wszystkim :)), muszę wreszcie Wam podziękować! Miałam to zrobić przy okazji każdej notki, ale ciągle zapominałam!

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie życzenia pod notkami, ale również za te na innych portalach. Dziękuję za piękne maile Roksannie, Motylowi, Szczęściarze, Marcie, Asi (a nawet dwóm :)). Izie i Flo. dziękuję za smsy! Antylce i Młodej Kobiecie za śliczne kartki! Jeszcze Wam wszystkim podziękuję z osobna, ale chciałam dać znać, że pamiętam, że doceniam, że jestem wręcz wzruszona :) Dziękuję! (i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam)

***
Poza tym, chciałam się Wam wytłumaczyć. Ja wiem, ze ostatnio nie udzielam się u Was, ale bądźcie pewne, że zaglądam! Niech żyje ten mój smartphone służbowy, nad którego wyborem się zastanawiałam jakiś czas temu. Dzięki niemu mogę zaglądać do Was na przykład w samochodzie, gdy stoję na czerwonym świetle :P (spokojnie, podczas jazdy z komórki nie korzystam ;)) albo w jakimś innym momencie, kiedy akurat nie mam przy sobie książki. Jedynym utrudnieniem jest to, że nie zostawiam komentarzy, bo bardzo źle mi się pisze cokolwiek na tym telefonie, nie wspominając już o dłuższych wypowiedziach. Ale w końcu się jakoś ogarnę. Mam nadzieję jednak, że rozumiecie, że ostatnio byłam zajęta trochę czymś innym :)
A, no i jeszcze jedno - mam totalny bałagan w linkach. Jak wiecie, w celu usprawnienia funkcjonowania tego bloga usunęłam listę linków (co się zresztą okazało chyba niepotrzebne). Teraz część linków mam na starym blogu, inne na stronie, którą utworzyłam dawno temu tylko w celu zebrania wszystkich linków w jednym miejscu (ale się zdezauktualizowało), jeszcze inne w zakładkach, mailach... Czasami wchodzę do Was przez Feedjit... Ale generalnie mam po prostu chaos. Mam prośbę - zostawcie mi adresy swoich blogów - to prośba do wszystkich :) Po prostu chciałabym to jakoś usystematyzować.

***
A na koniec przyznam się Wam, że codziennie śni mi się nasze wesele. Wyobrażacie sobie?? To już dziesięć dni, a ja każdej - dosłownie każdej! - nocy przeżywam wszystko od nowa! Śni mi się jak tańczymy, śnią mi się nasi goście... Oby jak najdłużej :)

środa, 19 września 2012

Chcecie, to macie :)

Chciałam napisać porządną notkę, na którą na razie nie mam czasu, ale ponieważ mnie popędzacie, to będzie byle co :)
W niedzielę były poprawiny, więc do komputera nie miałam nawet szansy się zbliżyć. W poniedziałek musieliśmy wszystko poopłacać, jeździliśmy od restauracji, przez kwiaciarnię do hurtowni alkoholu, zaczepiliśmy jeszcze o USC i inne miejsca więc w domu praktycznie mnie nie było. Wczoraj tak samo - a popołudniu byliśmy już w drodze do Poznania. Dzisiaj jestem pierwszy dzień w pracy, więc trochę tematów mam do ogarnięcia :)
A ja naprawdę nie lubię, jak się mnie popędza, bo mam przekorną naturę i mam ochotę robić na odwrót :D

Ps. Do Marudy: Hellooł, ja ten komentarz napisałam dopiero po dwóch miesiącach od ślubu :P Był czas na odsapnięcie :)

czwartek, 13 września 2012

Blisko, coraz bliżej. Odliczanie: dwa!

Oczy mi się już kleją ze zmęczenia, ale spać nie mogę, bo za około półtorej godziny musimy odebrać Karolinę :) Wystartowała dzisiaj z Sevilli o 5.00. Przez Rzym przyleciała do Krakowa. Tam wsiadła w autobus i będzie u nas już wkrótce. Nasz pierwszy gość :) (pierwszy przyjezdny :))

A my dzisiaj pozałatwialiśmy całą masę ważnych spraw :)
-Obgadaliśmy z zespołem przebieg naszego wesela - bardzo ogólnie :) Chodziło tylko o kluczowe momenty, bo przecież nie mamy zamiar iść punkt po punkcie! Spontanicznie ma być :)
- Odebraliśmy od Juski mamy kosz na alkohol
- Kupiliśmy Frankowi koszulę zapasową.
- Omówiliśmy z księdzem szczegóły ślubu.
- Franek był u fryzjera
- Omówiliśmy też ważne sprawy z kamerzystą
- Zostawiliśmy w miejscach noclegowych listy gości z rozpiską, kto gdzie i z kim śpi :)
- Poćwiczyliśmy taniec. Założyłam halkę od mojej sukni. Kurczę, boję się czy damy radę zatańczyć walca, bo moja suknia ślubna jest jednak dłuższa od tej, w której ćwiczymy... (suknia jest dłuższa od halki, co podkreślam, bo w halce też ćwiczymy, a na halkę zakładam sukienkę ze studniówki, ale właśnie ona jest nieco krótsza od ślubnej)

W tym czasie moi rodzice zakupili alkohol i wodę. Narzeczony mojej siostry okleił nam wódkę. Juska w Poznaniu odebrała te dwie "jaskółcze" winietki. Siostra poćwiczyła śpiewanie - wraz z organistą w pustym kościele :) I w ogóle działo się jeszcze całe mnóstwo różnych rzeczy :)

Wczoraj zadzwoniła do mnie babka z cukierni, która robi nam tort. No i zdębiałam, jak przestraszona zaczęła mi mówić, że chyba nie dadzą rady zorganizować tylu storczyków do ozdobienia tortu, ile trzeba... A ja na początku nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. Potem zrozumiałam - oni się mnie wcześniej pytali, jakie kwiaty mają być na torcie, a zanim zdążyłam odpowiedzieć - jaki mam bukiet. No i sobie zapisali, że storczyki, a one okazały się drogie i trudno dostępne (te specjalne na tort). I tam jeszcze cała gadka była na ten temat, zanim zrozumiałam o co chodzi. Wyjaśniłam pani, że mogą być róże i że naprawdę nic się nie stanie, nie będę miała pretensji :) Potem pani mnie jeszcze pytała, jaki kolor mają mieć kuleczki na torcie (sic!) - srebrne, czy złote... Jestem naprawdę w szoku, że ludzie przed ślubem muszą decydować o takich sprawach - a może chcą?? Bo mnie na przykład wszystko jedno i nic by się nie stało, gdybym nie wiedziała wcześniej, jak to będzie wyglądało - no ładnie ma być, i już :)) A to oni się znają na swojej robocie, nie ja, więc pewnie będzie ładnie. A poza tym - tort jest do jedzenia, zje się bez względu na to, czy kuleczki będą srebrne, czy złote :)

Oczywiście pani tylko wykonywała swoją pracę - chce, żeby klient był zadowolony, więc woli zapytać. I całe szczęście, że zadzwoniła, bo ja jeszcze na łeb nie upadłam, żeby płacić ponad sto złotych więcej za tort, tylko po to, żeby mi się jego ozdoba zgadzała z bukietem! :) A gdyby nie zadzwoniła, tylko załatwiała te storczyki, to bym zapłaciła nieświadoma... Ale chodzi mi o to, że ludzie są niepoważni, że o takie rzeczy potrafią mieć pretensje! Ja rozumiem, że mają jakąś tam wizję i chcą, żeby ślub był idealny, ale czy sami sobie krzywdy nie robią przywiązując wagę do takich szczegółów?? A sądząc po słyszalnej uldze w głosie tej pani, kiedy ją uspokoiłam, że mnie jest wszystko jedno i że zaufam im oraz po jej przestraszonym tonie mówiącym, że nie chciałaby, żebym miała do nich pretensję śmiem twierdzić, że ludzie chyba naprawdę potrafią zrobić awanturę o coś takiego :))

Wybaczcie chaos w mojej notce, ale staram się upchnąć jak najwięcej myśli w jak najmniejszej liczbie słów :) Do tego jeszcze czas mnie goni!

Właśnie oglądam pogodę na tvn24 i mówią, że padać u nas nie będzie w sobotę. Oby! Oby, bo dzisiaj to była katastrofa. A jeśli chodzi o tę drugą sprawę, która mnie martwiła, to już jest ok :) Dostałam okres, który spóźnił mi się o osiem dni! (pewnie z powodu jakichś podświadomych nerwów). Chociaż prawdę mówiąc spodziewałam się tego już rok temu. Zawsze mam tak, że dostaję okres wtedy, gdy coś ważnego się dzieje - mój organizm jest po prostu w świetny z dostosowywaniem się do okazji. No nic, dobrze, że dziś, w sobotę już nie powinien mi dokuczać, bo przynajmniej o tyle mam dobrze, że zazwyczaj comiesięczna kobieca przypadłość jest dla mnie uciążliwa tylko pierwszego dnia :)

Karolina właśnie napisała, że wyłapała informację, że ma jeszcze 41 km :)) Już prawie. Nie da się ukryć, to się dzieje naprawdę, choć chwilami mam wątpliwości :)

Ps. Na odpisanie na komentarze niestety już mi czasu nie starczyło, będę to robić stopniowo

poniedziałek, 23 lipca 2012

Melduję się

Ależ ten czas szybko leci! I już nawet nie mam na myśli tego pobytu nad morzem, bo przecież wiadomo, że urlop zawsze mija nim się człowiek obejrzy. Ale gdzie mi się podział dzisiejszy dzień, to już kompletnie nie wiem :)
W pracy wszystko poszło nadspodziewanie dobrze. Myślałam, że po tej przerwie będę miała więcej zaległości, a przede wszystkim niezgodności :) A jednak wszystko się ładnie układa. W domu roboty po kokardkę :) Franek na szczęście rozpakował bagaże, kiedy ja byłam w pracy (gdyby nie on, pewnie leżałyby te torby jeszcze przez tydzień, bo nie znoszę się pakować i rozpakowywać!:)). Za to kiedy on jest w pracy, ja ogarnęłam to, co zostało na wierzchu. Oczywiście w mieszkaniu mamy tonę piachu plażowego. I dwie tony prania :) Dwie rundy już dziś zrobiłam. Teraz muszę spasować, bo nie będzie gdzie suszyć. I pomyśleć, że to raptem cztery dni były. I oczywiście już zacieram ręce na myśl o tym ile będzie prasowania...
Żartuję, aż tak bardzo tego nie lubię :P Ale jak mus, to mus.

Wpadłam tylko na chwilę, żeby zameldować, że już jesteśmy. I że pobyt udał się wyśmienicie. Świętowanie jeszcze lepiej (przy okazji - dziękuję za smsy i inne takie - wiecie jakie :P :*). I to naprawdę wcale nie chodziło o płyn do kibelka!

czwartek, 19 lipca 2012

Morze, nasze morze...

Franek mnie popędza, więc tylko parę słów:
Jedziemy :) Wczoraj cały dzień było pochmurno, teraz jest słoneczko, mam nadzieję, że ta aura będzie nam towarzyszyła do niedzieli.
Kupiliśmy wczoraj garnitur! I rękawiczki dla mnie do sukni.
To chyba jednak nie płyn do kibelka! Ale dowiem się dopiero za parę dni.
Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem, jak wrócimy :) A wracamy w niedzielę
Papa!

środa, 27 czerwca 2012

Groźba

Tak sobie myślę: jak już zamkniemy ten rok finansowy, jak się dobiorę wreszcie do internetu i do bloga, to jak nie zacznę pisać notki za notką! Po dwie dziennie! :P Nie, no oczywiście to już lekka przesada, ale może uda się chociaż do dawnej częstotliwości wrócić? No bo ostatnio to naprawdę masakra - w pracy nic nie robię, tylko... pracuję :P I wyczekuję tego piątku z nadzieją, mimo, że może się okazać, że będę musiała do wieczora posiedzieć. Ale może od pierwszego lipca będzie trochę luźniej, będę mogła odetchnąć? :) Tak przez chwilę chociaż... Nadrobić zaległości, napisać o tym, o czym od dawna chciałam - trochę o przygotowaniach do ślubu, trochę refleksji na inny temat... Wreszcie opublikuję odpowiedzi na pytania (dzięki zeszłotygodniowej delegacji udało mi się już odpowiedzieć na większość, ale nie sądziłam, że zajmie mi to aż tyle czasu :))... Ech, marzycielka :D

piątek, 15 czerwca 2012

Odliczanie: trzy!

Nieco inaczej niż miesiąc temu, to nie do końca był dzień jak co dzień. A już na pewno nie życzyłabym sobie, żeby tak wyglądały moje dni. Chociaż z drugiej strony - przez ostatnie dwa tygodnie niestety trochę taka jest moja rzeczywistość :/
Niemniej jednak, trzy miesiące przed ślubem jesteśmy ciągle jeszcze emocjonujemy się dniem wczorajszym i meczem na żywo! I nie da się chyba napisać inaczej - było super :) Ale zdecydowanie to temat na osobną notkę (kolejną! kiedy ja opiszę to wszystko, co bym chciała?!) Dłuugo będę ten dzień pamiętać i wspaniale, że byliśmy na tym meczu razem.
Ale dziś rano, podobnie jak miesiąc temu posprzeczaliśmy się :P Przede wszystkim, byłam nafoczona na Franka, bo położyłam się wieczorem, a on obiecał, że też się położy niedługo, a tymczasem zasnął przed telewizorem i "niedługo" nastąpiło dopiero o 5 rano! A potem jeszcze warknął na mnie (pisałam już, że obudzony Franek, to zły Franek?:)), miałam więc zamiar się obrazić i nawet nie pożegnać przed wyjściem do pracy. Ale Franek mnie rozbroił, bo kiedy już byłam jedną nogą za drzwiami, krzyknął z uśmiechem: "Pa słoneczko, miłej pracy" No to jakoś już nie miałam siły się foczyć.
W pracy koszmarnie! Co za dzień! Nic mi dzisiaj nie wychodziło, pół dnia szukałam przyczyny jednej niezgodności! Kiedy znalazłam i poszłam do magazynu doliczyć się czegoś innego, okazało się, że tam też mi nie wychodzi i wcięło mnie na godzinę! Poza tym skaleczyłam się jakimś odłamkiem stłuczonej butelki a na domiar złego niechcący zgasili mi światło w magazynie (no zasiedziałam się) i musiałam oświetlać sobie drogę między paletami komórką. Po powrocie do biura okazało się, że mój komputer umarł. Jak widać zła passa nadal mnie jeszcze nie opuściła :) Zabrałam laptopa do domu i dopiero po jakimś czasie udało się go ocucić! Na szczęście dane mi nie przepadły jakimś cudem. Jak dobrze, że we wtorek jadę do Warszawy! Dostanę nowego kompa.
Cóż poza tym? Wybraliśmy się dzisiaj do szkoły tańca, która znajduje się bardzo blisko naszego mieszkania - popytaliśmy, jak wyglądają tam kursy. Prawdopodobnie od lipca pójdziemy sobie potańcować. Pojechaliśmy też do Panoramy obejrzeć jakieś buty ślubne, ale niestety nie znalazłam niczego ciekawego. A czasu mam coraz mniej, bo do przymiarki sukni muszę je mieć. Zaproszenia rozdane w pięćdziesięciu procentach. Jak już wspomniałam, zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i frankowa rodzina. Obrączki też już są, jak zapewne pamiętacie. Dzwoniłam też do księdza, żeby się umówić na spisanie protokołu ślubnego, ale nie odbierał - pewnie na mszy był :P Nic to, spróbuję jutro. Najzabawniejsze jest to, że nie mamy kiedy pojechać do Miasteczka :D W każdym razie i tak musimy jeszcze wstąpić do USC - od przyszłego tygodnia będziemy już mogli, bo do ślubu pozostanie już mniej niż 90 dni. Swoją drogą miałam nadzieję, że będę świadoma, że nadeszła "studniówka". Ale w niedzielę kompletnie o tym zapomniałam.
Na trzy miesiące przed naszym ślubem na wszystko brakuje mi czasu a życie nabrało zawrotnego tempa. Ale to nie gorączka przedślubna nas dopadła, tak się po prostu złożyło. Jakże bym chciała, żeby lipiec był trochę spokojniejszy. I jest chyba jednak na to szansa, ale na razie ciii :)

środa, 13 czerwca 2012

Nadal w biegu. I w strefie kibica :)

Aż mi jest głupio znowu pisać, że nadal mam mało czasu! Ale tak to niestety na razie ciągle wygląda u mnie. Cichaczem do Was zaglądam, robię podchody do napisania notki, odpowiadam na pytania, aby później te odpowiedzi opublikować... Ale wszystko jakoś opornie mi idzie. Nic to, za tydzień chyba znowu jadę do Warszawy na delegację, może uda się coś napisać :P

A tymczasem - kolejny długi weekend tego roku za nami. Choć tym razem był nieco krótszy, co prawda pojechałam w czwartek do Miasteczka, ale w piątek musiałam pracować. Jak zwykle w takich sytuacjach - z domu, ale zazwyczaj było tak, że przez cały dzień tylko musiałam zerknąć na maile albo odebrać telefon. Tym razem miałam parę rzeczy do zrobienia. Ale mimo wszystko to jednak fajne, że mogę sobie po prostu zabrać laptopa i pracować z domu, jakoś tak nie czuję wtedy, że jestem w pracy :) W czerwcu kończy nam się rok finansowy, mam nadzieję, że od lipca trochę się nam w pracy poluzuje i może nawet będzie czas się ponudzić.

W sobotę pojechaliśmy na Śląsk na wesele mojego kuzyna. Po raz ostatni jako niezaobrączkowani :) Trochę mi się nie chciało jechać, ale przyznam, że nadspodziewanie dobrze się bawiłam. Jednak fajnie się złożyło, że przed naszym weselem mieliśmy okazję pojechać jeszcze na inne. I rozdaliśmy większość zaproszeń. Zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i rodzina Franka.

Jutro idziemy na mecz! :) Aż trudno uwierzyć, że ten czas tak szybko minął. Pamiętam dokładnie, kiedy się okazało, że Polska będzie organizować Euro i Franek ot tak sobie palnął, że na pewno pójdziemy na jakiś mecz. A ja mu na to: niemożliwe! A jednak :) Cieszę się, chociaż trochę mnie zniechęcają prognozy na jutro. Nie lubię moknąć.
Tak czy inaczej, ten czas strasznie mi się podoba. Namiętnie oglądam mecze i emocjonuję się - jednymi bardziej, innymi mniej. Już kiedyś o tym pisałam, ale uwielbiam tego rodzaju mistrzostwa. Z jednej strony nie mogę doczekać się każdego meczu i chciałabym, żeby wszystko rozstrzygało się jednego dnia, z drugiej ubolewam nad tym, że z każdym dniem i z każdym meczem, mistrzostwa zbliżają się ku końcowi. Głupio tak myśleć jeszcze w fazie grupowej, ale to dlatego, że tak mi szkoda, że Euro jest takie krótkie ;) Lubię tę atmosferę, lubię mecze, lubię kalkulacje, obstawianie. Nawet kłótnie z Frankiem :P - wczoraj pokłóciliśmy się o szanse Grecji na przykład. Tak, czy inaczej, strefa kibica codziennie jest!

Żyję więc, jak się okazuje :) O blogowaniu myślę całkiem sporo, ale jeszcze nie znalazłam sposobu na lepsze ogarnięcie tego wirtualnego świata. Niecierpliwych uspokajam - post z odpowiedziami naprawdę będzie :) Już na część pytań odpowiedziałam, ale nie chcę rozbijać tego na dziesięć notek.

wtorek, 5 czerwca 2012

Dzielnie znoszę

Dzielnie znoszę to, że ostatnio moje życie przypomina nie tyle maraton, co sprint i to w dodatku przez płotki :)
Dzielnie znoszę to, że zaczyna padać akurat kiedy wysiadam z tramwaju i przesiadam się na rower, a przestaje - oczywiście, gdy dojeżdżam do pracy.
Dzielnie znoszę to, że zacina mi się papier w drukarce i to na amen, a potem jeszcze mam na sumieniu Współpracownika, który tenże papier próbował wyciągnąć i się poparzył.
Dzielnie znoszę to, że gdy otwieram torebkę, okazuje się, że pachnie truskawkami. A konkretnie - jogurtem truskawkowym, który mi się w torebce rozwalił i pobrudził książkę (na szczęście tylko na okładce i dało się zetrzeć, a torebka wcale nie taka ufajdana, jak by się zdawało :))
Dzielnie znoszę to, że kiedy się spieszę, ucieka mi tramwaj, a kolejne trzy, które podjeżdżają, jadą w zupełnie innym kierunku.
Dzielnie znoszę to, że gdy nadal się spieszę i chcę załatwić szybko sprawę, okazuje się, że punkt obsługi klienta, który sobie upatrzyłam i był w miarę po drodze, akurat jest remontowany.
Dzielnie znoszę to, że w moim samochodzie psują się światła i spóźniam się do pracy. Dobrze, że tylko pół godziny.
Dzielnie znoszę to, że znowu psuje mi się coś w służbowym mailu, a angielscy informatycy akurat teraz muszą świętować jubileusz Królowej.
Dzielnie znoszę także to, że raporty działały pięknie przez miesiąc a od wczoraj zaczęły się kaszanić i przez to mam dziesięć razy więcej pracy.
Dzielnie znoszę to, że chociaż brama w pracy nigdy nie jest zamykana przed siedemnastą, tym razem, jakiś kolo w audi zamknął mi ją tuż przed nosem - dosłownie, jechałabym trochę szybciej i moje auto oberwałoby po pyszczku. Pajac jeden. I musiałam po pilota wracać!
Dzielnie znoszę nawet to, że akurat tego dnia Współpracownica miała coś do załatwienia a Współpracownik źle się poczuł i oboje wyszli szybciej, przez co zdobycie tego pilota wymagało przedarcie się przez gąszcz drzwi, przekopanie się przez setkę kluczy i odalarmowanie wszystkiego, co możliwe :)
Dzielnie znoszę to, że kiedy podniosłam kwiatka, żeby zobaczyć, czy jeszcze żyje, połowa ziemi wysypała mi się na dywan.
Dzielnie znoszę to, że po pracy muszę lecieć z wywieszonym jęzorem, żeby podpisać jakiś papierek, odebrać inny papierek, zapłacić za zaproszenia, odebrać poprawione zaproszenia, kupić prezent, zdążyć na korepetycje, zdążyć na aerobik, zdążyć na pocztę... Na szczęście nie wszystko jednego dnia.
Dzielnie znoszę to, że nie mam nawet czasu odpowiedzieć na komentarze!

Dzielnie znoszę... jeszcze milion innych rzeczy. I wcale nie przesadzam. Ostatnio naprawdę wszelkie absurdy tego świata spadły właśnie na mnie, do tego dogadały się chyba z pechem. Ale też nie przesadzam z tym dzielnym znoszeniem, bo muszę przyznać, że jestem nadspodziewanie spokojna - nie wściekam się, nie psioczę, nie płaczę, ba, nawet wcale nie tracę dobrego humoru (i to mnie chyba zdumiewa najbardziej! :)) Po prostu znoszę to wszystko i czekam na lepsze dni, kiedy może trochę mniej będzie do załatwienia (wątpię :P), kiedy będzie cieplej, kiedy obliczenia nareszcie zaczną mi wychodzić za pierwszym razem a system przestanie płatać figle, kiedy.. no po prostu będzie bardziej normalnie :) Ogarniać jeszcze wszystko raczej ogarniam.

Ale prawda jest taka, że być może bym nie ogarniała i być może bym tak dzielnie nie znosiła wszystkiego, gdyby nie to, że mam takiego fajnego Franka. Który pójdzie rano po świeże bułki na śniadanie, który pojedzie z samochodem do mechanika, który ogarnie mieszkanie przed korkami, co by sobie dzieciaki nie pomyślały, że pani od angielskiego nie potrafi sprzątać, który przytuli, porozmawia, pocieszy, pozwoli trochę na siebie pokrzyczeć a potem rozśmieszy, który nawet poda na przystanku tramwajowym torbę ze strojem na aerobik (nie zdążyłam nawet wlecieć do domu; Franuś wyszedł na przystanek - drzwi się otworzyły - Franuś podał torbę - drzwi się zamknęły i tyle go widziałam, ale na aerobik byłam na czas)! Fajnie mieć takiego Franusia i to wcale nie dlatego, że bez niego wiele rzeczy stałoby się dla mnie fizycznie niewykonalnych, a dlatego, że fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym sama.

Ps. No oczywiście, że na wszystkie zaległe komentarze odpowiem. I o pytaniach również nie zapomniałam :)

sobota, 2 czerwca 2012

Nie znam się

Już mi się wydawało, że wyszłam na prostą, ale coś mi się wydaje, że powinnam przyjąć do wiadomości, że to po prostu nie jest możliwe :) Ile razy się ogarnę i wydaje mi się, że mam więcej czasu, okazuje się, że w pracy dostaję dodatkowy raport do zrobienia, że mam awarię komputera, że trzeba zrobić dodatkowe zakupy, że to, że tamto :) A więc lepiej chyba przyjmę do wiadomości, że po prostu tak już jest i muszę sobie radzić z tym, że nie zawsze mam czas na to, żeby odpisać na komentarze albo napisać nową notkę, nie wspominając już nawet o czytaniu regularnie Waszych notek. A właśnie, przy okazji - nie sugerujcie się tak specjalnie linkami u mnie na blogu, jak czyjegoś bloga w nich nie ma, nie znaczy, że wcale na niego nie zaglądam :) Po prostu nie zdążyłam jeszcze wszystkich blogów zalinkować.
No i jeszcze jedno - nie chodzi wcale o to, że nie mam na nic czasu. Ja po prostu mam tak dużo na głowie i trudno mi z czegokolwiek zrezygnować. Gdybym naprawdę brakowało mi czasu - to musiałabym właśnie sobie odpuścić, a tego nie lubię, więc radzę sobie jak mogę, chociaż oczywiście kosztem jest poczucie wiecznego zabiegania. Ale ja to chyba po prostu lubię, taka moja natura.

Dzisiaj notka trochę nietypowa, a przy niej bardzo nietypowe pytanie do Was - jakie macie modele telefonów komórkowych i co o nich myślicie? :) Pytanie sponsoruje moja firma :D A konkretnie chodzi o to, że w czwartek dostałam informację o tym, że kończy mi się za parę dni umowa na służbowy telefon i będzie ona przedłużona, a na tę okoliczność mam sobie wybrać nowy aparat. I dostałam listę telefonów za 1zł do wyboru. Tyle, że lista składa się z grubo ponad pięćdziesięciu pozycji i bądź tu mądry człowieku, zwłaszcza człowieku tak niewrażliwy na wszelkie nowinki technologiczne jak ja. Jeśli o mnie chodzi, to i z mojej pierwszej Nokii 3310 byłabym dzisiaj zadowolona. Chociaż...no może aż tak to nie, bo radia nie miała :)) Tak czy inaczej, od trzech dni nic nie robię, tylko rozmyślam. Na początku stwierdziłam, że wezmę jakiś "normalny" telefon z klawiaturą i bez udziwnień. Ale potem pomyślałam sobie, że tak naprawdę głównie korzystam z telefonu prywatnego, więc ten musi być "normalny", ale służbowy, to niech może sobie będzie jednak jakiś bardziej wypasiony? Zwłaszcza, że w ofercie za tą złotówkę mam modele warte normalnie nawet ponad 1000 zł, czemu więc nie zaszaleć? Jakiegoś dotykowego smartfona bym se wzięła, takiego co można się dzięki niemu w każdej chwili z internetem połączyć i takiego co to ma różne inne bajery, z których i tak wcale bym nie korzystała - ale z drugiej strony któż wie? może jak już je będę miała to i korzystać zacznę :)) Tyle, że za duży wybór mam. Zastanawiam się trochę nad Nokią Lumia albo C5-03, ale podobno smartfony z Samsunga albo Sony są fajne. I tu właśnie potrzebuję jakichś opinii z Waszej strony :) Może macie? Może słyszałyście?
Jeśli o mnie chodzi, to w telefonie urządza mnie budzik, kalkulator, stoper i radio. No i jeszcze muszę mieć możliwość zainstalowania aplikacji Ginger, do sprawdzania rozkładu jazdy MPK. Ale w moim aktualnym telefonie służbowym mam jeszcze funkcję "rozpoznawanie muzyki", z której korzystam i jest świetna. Pewnie część z Was wie, że polega to na tym, że można nagrać 10 sek jakiejś piosenki, którą akurat gdzieś przypadkiem słyszymy, a telefon znajdzie nam tytuł utworu i jego wykonawcę. I to jest super i chciałabym to mieć, a nie wiem, czy te wszystkie super-extra-w kosmos-wiadomo-co telefony takie coś też mają :)
Będę wdzięczna, jeśli się podzielicie ze mną Waszymi opiniami.
A w ogóle to kazali mi więcej gadać. Powiedzieli mi, że wykorzystuję za mało darmowych minut, które mam w abonamencie i mam dzwonić z tego służbowego telefonu również prywatnie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. No proszę, a ja się tak gryzłam, kiedy zdarzyło mi się zadzwonić z tej służbowej komórki do Franka, bo mi się moja Nokia rozładowała. Obym tylko teraz nie przegięła w drugą stronę, bo się zaraz okaże, że rozwalić 2000 minut to dla mnie pestka :)

wtorek, 31 stycznia 2012

Zapracowana.

Weekend rzeczywiście był tak wspaniały i błogi, jak się zapowiadał. Chyba nawet był jeszcze lepszy ;) Ale teraz to już właściwie o nim nie pamiętam, bo tak, jak się spodziewałam, w pracy naprawdę mam sporo do roboty. O dziwo, wczoraj było dużo spokojniej niż dziś. Ale to dobrze, bo nastawiłam się pozytywnie i dzisiaj łatwiej było mi sobie poradzić z każdą niespodzianką, nieoczekiwanym zleceniem, trudnością… Grunt, że udaje mi się ogarnąć to, co naprawdę najważniejsze – tak zwane sprawy ważne i pilne :)Nie jest najgorzej. A być może mróz nam się mocno przysłuży, bo jest szansa, że jeśli temperatura się nie podniesie, w piątek nie będziemy prowadzić sprzedaży :)Trzymam więc kciuki, żeby było tak zimno jeszcze chociaż przez te trzy kolejne dni. A kolejny weekend już za pasem :) I tak się toczy…
Jutro kolejny pracowity dzień. Na chwilę obecną czuję się wykończona, więc idę zregenerować siły. A może już jutro dogonię rzeczywistość – również tę wirtualną ;) Jeśli nie – pojutrze też jest dzień…

poniedziałek, 4 lipca 2011

Delegacja.

No, to się nazywa złośliwość losu :) Teraz, kiedy powoli zaczyna mi się wszystko luzować, miałam w planie przez weekend odpowiedzieć na komentarze, zajrzeć co u Was słychać, napisać notkę, a może nawet dwie.. A tu nic z tego, gdyż mój dostawca internetu stwierdził, że należy mi się przymusowa przerwa. Awaria – nie działał internet, telefon, ani kablówka.
Nie miałam więc okazji poinformować Was, że znikam jeszcze na chwilę – za moment jadę służbowo do Warszawy, do napisania więc po moim powrocie, prawdopodobnie w środę. Mam nadzieję, że wtedy nareszcie będę miała więcej czasu na blogowanie :)

sobota, 4 czerwca 2011

Nareszcie.

Doczekałam się! Sobota, 4 czerwca! Czekałam na ten dzień przynajmniej od miesiąca i oto pokonałam ostatnią prostą! Jestem już po egzaminie (co prawda nie wiem, czy na pewno zdałam, ale w zasadzie mam odpowiedzi identyczne z większością grupy, a tyle osób chyba nie mogło się mylić :)), pracę wydrukowałam i oddałam. Co prawda za dwa tygodnie jeszcze obrona, ale traktuję to już raczej jako rundę honorową :) Chyba nie będę miała problemu z obroną, a tak czy inaczej – nie sądzę, żebym musiała się jakoś specjalnie do niej przygotowywać. A więc, niech żyje wolność! :) (mam nadzieję, ze nie zapeszam :P) Najpierw muszę trochę odespać. Potem trochę odreagować – wieczorem wychodzę na wieczór panieński koleżanki. A potem reszta – między innymi nadrabianie zaległości u Was. I u siebie zresztą też :) Margolka wraca (chyba:))

niedziela, 29 maja 2011

Już bliżej niż dalej.

Tak jest, coraz bliżej celu jestem. Wczoraj skończyłam pisać moją pracę podyplomową! Hurra! Pisało mi się ją dość trudno, bo jak zapewne pamiętacie, moją magisterkę pisałam sobie małymi kroczkami – codziennie po pół strony. W tym wypadku nie mogłam sobie na to pozwolić, bo zwyczajnie nie miałam w tygodniu czasu. Zostały mi więc weekendy, a ja nie potrafię tak usiąść na tyłku i po prostu pisać przez parę godzin, bo mnie nosi :) Ale na szczęście udało się – trzy weekendy i po krzyku. I na szczęście nie musiałam spędzać całych dni na pisaniu, czasami wystarczyły dwie, trzy godzinki.
Utknęłam natomiast na trzecim rozdziale, który miał być empiryczny. Z różnych względów nie wiedziałam do końca co tam napisać. I oświeciło mnie… wczoraj w nocy :) Normalnie jeszcze w piątek wieczorem rozmawiałam z mamą i mówiłam, że nie mam pojęcia co napisać. Poszłam spać i śniło mi się, że piszę pracę, pomijam to, że śniły mi się konkretne zdania, ale obudziłam się i wiedziałam o czym pisać! Od razu usiadłam i napisałam trzeci rozdział, a z rozpędu jeszcze wstęp i zakończenie :) Teraz zostały mi jeszcze te kosmetyczne drobiazgi (których notabene nie znoszę i mogłabym komuś zapłacić za tę robotę! :)) typu – przypisy, drobne poprawki, doszlifowanie bibliografii i takie tam.
Teraz jeszcze nauka do egzaminu, który będzie w sobotę a potem LABA! Nareszcie :) Co prawda potem 19 czerwca mam obronę, ale kto by się tam przejmował :) W końcu będą mnie pytać o zarządzanie gospodarką magazynową, a pracę napisałam własnymi ręcami, więc dam sobie radę nawet bez przygotowania, bo w końcu wiem, czym się w robocie zajmuję – tej i poprzedniej :)
Tak więc już za parę dni, za dni parę…

poniedziałek, 16 maja 2011

Trochę więcej niż dwa słowa.

No to jest aż nie do uwierzenia, że w ciągu całego tygodnia napisałam tylko jedną notkę! Zupełnie to do mnie niepodobne…
A teraz tylko melduję na szybko – nie jest najgorzej. Mam już dwa rozdziały pracy, muszę napisać jeszcze jakieś pięć stron do trzeciego, wstęp i zakończenie… Rozdział udało mi się napisać w weekend, do tego zdążyłam się nauczyć finansów międzynarodowych i logistyki w produkcji, ale co najważniejsze, dałam radę jeszcze zaliczyć Noc Muzeów i koncert :)
Z bachorkami jakoś sobie nawet radzę, myślałam, że będzie gorzej.
I w ogóle, chociaż nadal czasu wcale nie mam, to zaczynam odczuwać, ze powoli wszystko mam pod kontrolą… Oby tak dalej :) Ps. W ostatnim czasie kilka osób zostawiło mi adresy do siebie, nie wszystkie udało mi się na bieżąco umieszczać w linkach i odwiedzać, więc mam prośbę, czy możecie się powtórzyć ? :) Na pewno do Was zajrzę jak tylko trochę się ogarnę, ale będzie mi łatwiej, kiedy będę miała linki pod jedną notką, zamiast szukać pod kilkoma.

wtorek, 8 lutego 2011

Konspekt.

Jest mnóstwo rzeczy, o których chciałabym napisać, ale oczywiście czasu nadal nie ma, więc dziś tylko taki konspekt moich kolejnych notek :)
1. Egzamin za cztery dni. Od soboty włączyłam już tryb powtarzania, ale tego jest tak dużo, że nie jestem w stanie zapamiętać wszystkiego. Mam nadzieję, że jednak wystarczy to, co przyswoję. Liczę na to, że od sobotniego popołudnia powrócę do świata żywych – nawet mimo tego, że pewnie będę musiała zacząć myśleć o pracy dyplomowej…
2. Na mój nastrój i wszelkie przemyślenia spuśćmy zasłonę milczenia. Zaznaczam tylko, że nie ma na to wpływu ani pogoda, ani zimno, ani tym bardziej żaden PMS (co to w ogóle jest??:) Na wszelkie nastroje w moim życiu zawsze wpływają tylko i wyłącznie wydarzenia, których doświadczam – bezpośrednio lub pośrednio,  oraz osoby, z którymi mam styczność – również bezpośrednią lub pośrednią.
3. Znowu zwariowałam. Kupiłam bilety do Hiszpanii, dla mnie i Franka. Z Poznania do Sevilli. Co najlepsze – z przesiadką w Londynie :) Powrót z Malagi do Wrocławia. Tylko, że Franek przy planowaniu urlopu został wpisany na maj… Mam nadzieję, że pozwolą mu wziąć wolne w marcu, bo jak nie to kiszka będzie totalna. Ale jesteśmy dobrej myśli.

4. Wczoraj, po trzech tygodniach mojej diety niskokalorycznej osiągnęłam cel, który sobie założyłam na początku :) Waga jest poniżej 50 kg, i to z zapasem, a co najważniejsze, pozbyłam się tych niepotrzebnych czterech centymetrów z talii i pożegnałam się z oponką a powitałam ładną talię. Jednym słowem, teraz moje zdjęcie po prawej jest znowu aktualne, bo wtedy właśnie taką miałam wagę i wymiary :)
Według planu, który sobie opracowałam, od czwartku zwiększam ilość zjadanych kalorii o dwieście – i tak co tydzień, aż dojdę do „normalnej” w moim przypadku ilości około 2000 kcal dziennie. Pewnie jeszcze do tego czasu trochę waga mi spadnie, ale powinno się to ustabilizować i mam nadzieję, że zostanie tak, jak jest, bo mama i Franek już mówią, że już trochę za chuda jestem na buzi.
W kolejnej notce obiecane szczegóły mojej diety.

wtorek, 21 grudnia 2010

Jest choinka.

Uprasza się o jeszcze chwilę cierpliwości :)
Podzieliłam sobie sprawy pod względem ważności i pilności i te z rubryk „ważne i pilne” oraz „nieważne i pilne” mam już w zasadzie odbębnione, a więc jak dobrze pójdzie, to już jutro odpowiem na wszystkie Wasze komentarze i zaglądnę co tam u Was słychać.
A teraz to ja tylko tak na chwilę, bo mam ochotę sobie pogadać :)

Jednak mamy choinkę :) Myśleliśmy, że odpuścimy sobie w tym roku i co najwyżej sprawimy sobie jakiś stroik, ale rodzice Franka kupili sobie nową choinkę, a my dostaliśmy w spadku starą. Do tego dostaliśmy trochę bombek. I kupiliśmy pierwszą własną. Będziemy tak sobie co roku kupować jedną bombkę :)
Niestety, ze względu na Franka pracę nie tylko nie spędzimy świąt razem (gdyby nie pracował, prawdopodobnie pojechałby ze mną do domu), ale i te ostatnie popołudnia się nie widzimy, bo on pracuje. Myślałam, że będzie mi przykro – ostatnie dni przed moim wyjazdem, do tego te, kiedy atmosfera świąt staje się coraz bardziej odczuwalna, a my się mijamy… Ale okazało się, że nie jest tak źle. A w ogóle, to się bardzo fajnie uzupełniamy :) Franek wczoraj umył choinkę, przykręcił ją do stołka (bo trochę niestabilna to drzewko i jest mocowane na stałe do taboretu), ja zajęłam się pakowaniem prezentów. Dzisiaj zawiesił lampki na choince, ja zajęłam się bombkami i ozdobami. Mamy taką choinkę, jaką chcieliśmy :) Znaczy się kolorową! Ja wiem, że większość z Was ozdabia choinkę najwyżej dwoma kolorami, ale to zupełnie nie dla nas. Tych osób, które już mnie trochę znają, chyba to wcale nie dziwi? :) Ani ja, ani Franek nie wyobrażamy sobie choinki w jednym, czy dwóch odcieniach. Musi być kolorowo i już. Lampki niestety mamy białe, ale może w przyszłości sprawimy sobie kolorowe, będzie jeszcze ładniej.
W innych sprawach też nam współpraca nieźle idzie. Wczoraj byłam totalnie wykończona, wracałam z pracy ze świadomością, że w domu mamy totalny sajgon i że do wieczora będę sprzątać, w dodatku po pracy musiałam załatwić jeszcze kilka spraw na mieście. Ale po wejściu do domu czekała mnie miła niespodzianka – Franek przed swoją pracą wszystko ogarnął. Dzięki temu mogłam się zająć innymi, równie ważnymi sprawami i jeszcze położyć się normalnie spać. Nie przyszyłam tylko guzika do koszuli od munduru Franka, ale łosiek ubrał się dzisiaj w tę właśnie koszulę do pracy. Trudno, guzik poczeka do mojego powrotu.
Jej, jak to fajnie, że mogę na Franka liczyć jeśli chodzi o sprzątanie… Nawet nie muszę go o to prosić, on sam z siebie zabiera się za wypełnianie codziennych obowiązków domowych.

Jutro jadę od razu po pracy do Miasteczka. Wstaję więc jutro jeszcze wcześniej niż normalnie (pewnie koło piątej) i budzę Franka, bo wymienimy się prezentami… Prezent dla niego już leży pod choinką od wczoraj. A Franek zadzwonił mi dzisiaj, że właśnie wraca od Mikołaja i też coś dla mnie będzie. Zabronił mi ruszać… Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go posłuchała. Musiałam, no po prostu musiałam obmacać! Ale tylko troszeczkę… :) Za to nie zaglądałam i starałam się nie domyślać, co to może być :) Już poczekam do jutra, w końcu to jeszcze tylko jakieś osiem godzin.