Mój blog i moje kredki. Margolka bez koloryzowania :)
*OGŁOSZENIE*
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Horoskop.
niedziela, 22 grudnia 2013
Oddycham
wtorek, 30 kwietnia 2013
Nadal w biegu
A zapowiada się jeszcze gorzej. Obawiam się, że w dniach 6-20 maja (oby tylko!) nie będzie mnie dla świata :( Jedyna moja nadzieja w tych czterech dniach, które przede mną - muszę naładować akumulatory, bo będą musiały wystarczyć na dłuuugo.
wtorek, 25 września 2012
Przerywnik
środa, 19 września 2012
Chcecie, to macie :)
W niedzielę były poprawiny, więc do komputera nie miałam nawet szansy się zbliżyć. W poniedziałek musieliśmy wszystko poopłacać, jeździliśmy od restauracji, przez kwiaciarnię do hurtowni alkoholu, zaczepiliśmy jeszcze o USC i inne miejsca więc w domu praktycznie mnie nie było. Wczoraj tak samo - a popołudniu byliśmy już w drodze do Poznania. Dzisiaj jestem pierwszy dzień w pracy, więc trochę tematów mam do ogarnięcia :)
A ja naprawdę nie lubię, jak się mnie popędza, bo mam przekorną naturę i mam ochotę robić na odwrót :D
Ps. Do Marudy: Hellooł, ja ten komentarz napisałam dopiero po dwóch miesiącach od ślubu :P Był czas na odsapnięcie :)
czwartek, 13 września 2012
Blisko, coraz bliżej. Odliczanie: dwa!
A my dzisiaj pozałatwialiśmy całą masę ważnych spraw :)
-Obgadaliśmy z zespołem przebieg naszego wesela - bardzo ogólnie :) Chodziło tylko o kluczowe momenty, bo przecież nie mamy zamiar iść punkt po punkcie! Spontanicznie ma być :)
- Odebraliśmy od Juski mamy kosz na alkohol
- Kupiliśmy Frankowi koszulę zapasową.
- Omówiliśmy z księdzem szczegóły ślubu.
- Franek był u fryzjera
- Omówiliśmy też ważne sprawy z kamerzystą
- Zostawiliśmy w miejscach noclegowych listy gości z rozpiską, kto gdzie i z kim śpi :)
- Poćwiczyliśmy taniec. Założyłam halkę od mojej sukni. Kurczę, boję się czy damy radę zatańczyć walca, bo moja suknia ślubna jest jednak dłuższa od tej, w której ćwiczymy... (suknia jest dłuższa od halki, co podkreślam, bo w halce też ćwiczymy, a na halkę zakładam sukienkę ze studniówki, ale właśnie ona jest nieco krótsza od ślubnej)
W tym czasie moi rodzice zakupili alkohol i wodę. Narzeczony mojej siostry okleił nam wódkę. Juska w Poznaniu odebrała te dwie "jaskółcze" winietki. Siostra poćwiczyła śpiewanie - wraz z organistą w pustym kościele :) I w ogóle działo się jeszcze całe mnóstwo różnych rzeczy :)
Wczoraj zadzwoniła do mnie babka z cukierni, która robi nam tort. No i zdębiałam, jak przestraszona zaczęła mi mówić, że chyba nie dadzą rady zorganizować tylu storczyków do ozdobienia tortu, ile trzeba... A ja na początku nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. Potem zrozumiałam - oni się mnie wcześniej pytali, jakie kwiaty mają być na torcie, a zanim zdążyłam odpowiedzieć - jaki mam bukiet. No i sobie zapisali, że storczyki, a one okazały się drogie i trudno dostępne (te specjalne na tort). I tam jeszcze cała gadka była na ten temat, zanim zrozumiałam o co chodzi. Wyjaśniłam pani, że mogą być róże i że naprawdę nic się nie stanie, nie będę miała pretensji :) Potem pani mnie jeszcze pytała, jaki kolor mają mieć kuleczki na torcie (sic!) - srebrne, czy złote... Jestem naprawdę w szoku, że ludzie przed ślubem muszą decydować o takich sprawach - a może chcą?? Bo mnie na przykład wszystko jedno i nic by się nie stało, gdybym nie wiedziała wcześniej, jak to będzie wyglądało - no ładnie ma być, i już :)) A to oni się znają na swojej robocie, nie ja, więc pewnie będzie ładnie. A poza tym - tort jest do jedzenia, zje się bez względu na to, czy kuleczki będą srebrne, czy złote :)
Oczywiście pani tylko wykonywała swoją pracę - chce, żeby klient był zadowolony, więc woli zapytać. I całe szczęście, że zadzwoniła, bo ja jeszcze na łeb nie upadłam, żeby płacić ponad sto złotych więcej za tort, tylko po to, żeby mi się jego ozdoba zgadzała z bukietem! :) A gdyby nie zadzwoniła, tylko załatwiała te storczyki, to bym zapłaciła nieświadoma... Ale chodzi mi o to, że ludzie są niepoważni, że o takie rzeczy potrafią mieć pretensje! Ja rozumiem, że mają jakąś tam wizję i chcą, żeby ślub był idealny, ale czy sami sobie krzywdy nie robią przywiązując wagę do takich szczegółów?? A sądząc po słyszalnej uldze w głosie tej pani, kiedy ją uspokoiłam, że mnie jest wszystko jedno i że zaufam im oraz po jej przestraszonym tonie mówiącym, że nie chciałaby, żebym miała do nich pretensję śmiem twierdzić, że ludzie chyba naprawdę potrafią zrobić awanturę o coś takiego :))
Wybaczcie chaos w mojej notce, ale staram się upchnąć jak najwięcej myśli w jak najmniejszej liczbie słów :) Do tego jeszcze czas mnie goni!
Właśnie oglądam pogodę na tvn24 i mówią, że padać u nas nie będzie w sobotę. Oby! Oby, bo dzisiaj to była katastrofa. A jeśli chodzi o tę drugą sprawę, która mnie martwiła, to już jest ok :) Dostałam okres, który spóźnił mi się o osiem dni! (pewnie z powodu jakichś podświadomych nerwów). Chociaż prawdę mówiąc spodziewałam się tego już rok temu. Zawsze mam tak, że dostaję okres wtedy, gdy coś ważnego się dzieje - mój organizm jest po prostu w świetny z dostosowywaniem się do okazji. No nic, dobrze, że dziś, w sobotę już nie powinien mi dokuczać, bo przynajmniej o tyle mam dobrze, że zazwyczaj comiesięczna kobieca przypadłość jest dla mnie uciążliwa tylko pierwszego dnia :)
Karolina właśnie napisała, że wyłapała informację, że ma jeszcze 41 km :)) Już prawie. Nie da się ukryć, to się dzieje naprawdę, choć chwilami mam wątpliwości :)
Ps. Na odpisanie na komentarze niestety już mi czasu nie starczyło, będę to robić stopniowo
poniedziałek, 23 lipca 2012
Melduję się
W pracy wszystko poszło nadspodziewanie dobrze. Myślałam, że po tej przerwie będę miała więcej zaległości, a przede wszystkim niezgodności :) A jednak wszystko się ładnie układa. W domu roboty po kokardkę :) Franek na szczęście rozpakował bagaże, kiedy ja byłam w pracy (gdyby nie on, pewnie leżałyby te torby jeszcze przez tydzień, bo nie znoszę się pakować i rozpakowywać!:)). Za to kiedy on jest w pracy, ja ogarnęłam to, co zostało na wierzchu. Oczywiście w mieszkaniu mamy tonę piachu plażowego. I dwie tony prania :) Dwie rundy już dziś zrobiłam. Teraz muszę spasować, bo nie będzie gdzie suszyć. I pomyśleć, że to raptem cztery dni były. I oczywiście już zacieram ręce na myśl o tym ile będzie prasowania...
Żartuję, aż tak bardzo tego nie lubię :P Ale jak mus, to mus.
Wpadłam tylko na chwilę, żeby zameldować, że już jesteśmy. I że pobyt udał się wyśmienicie. Świętowanie jeszcze lepiej (przy okazji - dziękuję za smsy i inne takie - wiecie jakie :P :*). I to naprawdę wcale nie chodziło o płyn do kibelka!
czwartek, 19 lipca 2012
Morze, nasze morze...
Jedziemy :) Wczoraj cały dzień było pochmurno, teraz jest słoneczko, mam nadzieję, że ta aura będzie nam towarzyszyła do niedzieli.
Kupiliśmy wczoraj garnitur! I rękawiczki dla mnie do sukni.
To chyba jednak nie płyn do kibelka! Ale dowiem się dopiero za parę dni.
Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem, jak wrócimy :) A wracamy w niedzielę
Papa!
środa, 27 czerwca 2012
Groźba
piątek, 15 czerwca 2012
Odliczanie: trzy!
Niemniej jednak, trzy miesiące przed ślubem jesteśmy ciągle jeszcze emocjonujemy się dniem wczorajszym i meczem na żywo! I nie da się chyba napisać inaczej - było super :) Ale zdecydowanie to temat na osobną notkę (kolejną! kiedy ja opiszę to wszystko, co bym chciała?!) Dłuugo będę ten dzień pamiętać i wspaniale, że byliśmy na tym meczu razem.
Ale dziś rano, podobnie jak miesiąc temu posprzeczaliśmy się :P Przede wszystkim, byłam nafoczona na Franka, bo położyłam się wieczorem, a on obiecał, że też się położy niedługo, a tymczasem zasnął przed telewizorem i "niedługo" nastąpiło dopiero o 5 rano! A potem jeszcze warknął na mnie (pisałam już, że obudzony Franek, to zły Franek?:)), miałam więc zamiar się obrazić i nawet nie pożegnać przed wyjściem do pracy. Ale Franek mnie rozbroił, bo kiedy już byłam jedną nogą za drzwiami, krzyknął z uśmiechem: "Pa słoneczko, miłej pracy" No to jakoś już nie miałam siły się foczyć.
W pracy koszmarnie! Co za dzień! Nic mi dzisiaj nie wychodziło, pół dnia szukałam przyczyny jednej niezgodności! Kiedy znalazłam i poszłam do magazynu doliczyć się czegoś innego, okazało się, że tam też mi nie wychodzi i wcięło mnie na godzinę! Poza tym skaleczyłam się jakimś odłamkiem stłuczonej butelki a na domiar złego niechcący zgasili mi światło w magazynie (no zasiedziałam się) i musiałam oświetlać sobie drogę między paletami komórką. Po powrocie do biura okazało się, że mój komputer umarł. Jak widać zła passa nadal mnie jeszcze nie opuściła :) Zabrałam laptopa do domu i dopiero po jakimś czasie udało się go ocucić! Na szczęście dane mi nie przepadły jakimś cudem. Jak dobrze, że we wtorek jadę do Warszawy! Dostanę nowego kompa.
Cóż poza tym? Wybraliśmy się dzisiaj do szkoły tańca, która znajduje się bardzo blisko naszego mieszkania - popytaliśmy, jak wyglądają tam kursy. Prawdopodobnie od lipca pójdziemy sobie potańcować. Pojechaliśmy też do Panoramy obejrzeć jakieś buty ślubne, ale niestety nie znalazłam niczego ciekawego. A czasu mam coraz mniej, bo do przymiarki sukni muszę je mieć. Zaproszenia rozdane w pięćdziesięciu procentach. Jak już wspomniałam, zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i frankowa rodzina. Obrączki też już są, jak zapewne pamiętacie. Dzwoniłam też do księdza, żeby się umówić na spisanie protokołu ślubnego, ale nie odbierał - pewnie na mszy był :P Nic to, spróbuję jutro. Najzabawniejsze jest to, że nie mamy kiedy pojechać do Miasteczka :D W każdym razie i tak musimy jeszcze wstąpić do USC - od przyszłego tygodnia będziemy już mogli, bo do ślubu pozostanie już mniej niż 90 dni. Swoją drogą miałam nadzieję, że będę świadoma, że nadeszła "studniówka". Ale w niedzielę kompletnie o tym zapomniałam.
Na trzy miesiące przed naszym ślubem na wszystko brakuje mi czasu a życie nabrało zawrotnego tempa. Ale to nie gorączka przedślubna nas dopadła, tak się po prostu złożyło. Jakże bym chciała, żeby lipiec był trochę spokojniejszy. I jest chyba jednak na to szansa, ale na razie ciii :)
środa, 13 czerwca 2012
Nadal w biegu. I w strefie kibica :)
A tymczasem - kolejny długi weekend tego roku za nami. Choć tym razem był nieco krótszy, co prawda pojechałam w czwartek do Miasteczka, ale w piątek musiałam pracować. Jak zwykle w takich sytuacjach - z domu, ale zazwyczaj było tak, że przez cały dzień tylko musiałam zerknąć na maile albo odebrać telefon. Tym razem miałam parę rzeczy do zrobienia. Ale mimo wszystko to jednak fajne, że mogę sobie po prostu zabrać laptopa i pracować z domu, jakoś tak nie czuję wtedy, że jestem w pracy :) W czerwcu kończy nam się rok finansowy, mam nadzieję, że od lipca trochę się nam w pracy poluzuje i może nawet będzie czas się ponudzić.
W sobotę pojechaliśmy na Śląsk na wesele mojego kuzyna. Po raz ostatni jako niezaobrączkowani :) Trochę mi się nie chciało jechać, ale przyznam, że nadspodziewanie dobrze się bawiłam. Jednak fajnie się złożyło, że przed naszym weselem mieliśmy okazję pojechać jeszcze na inne. I rozdaliśmy większość zaproszeń. Zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i rodzina Franka.
Jutro idziemy na mecz! :) Aż trudno uwierzyć, że ten czas tak szybko minął. Pamiętam dokładnie, kiedy się okazało, że Polska będzie organizować Euro i Franek ot tak sobie palnął, że na pewno pójdziemy na jakiś mecz. A ja mu na to: niemożliwe! A jednak :) Cieszę się, chociaż trochę mnie zniechęcają prognozy na jutro. Nie lubię moknąć.
Tak czy inaczej, ten czas strasznie mi się podoba. Namiętnie oglądam mecze i emocjonuję się - jednymi bardziej, innymi mniej. Już kiedyś o tym pisałam, ale uwielbiam tego rodzaju mistrzostwa. Z jednej strony nie mogę doczekać się każdego meczu i chciałabym, żeby wszystko rozstrzygało się jednego dnia, z drugiej ubolewam nad tym, że z każdym dniem i z każdym meczem, mistrzostwa zbliżają się ku końcowi. Głupio tak myśleć jeszcze w fazie grupowej, ale to dlatego, że tak mi szkoda, że Euro jest takie krótkie ;) Lubię tę atmosferę, lubię mecze, lubię kalkulacje, obstawianie. Nawet kłótnie z Frankiem :P - wczoraj pokłóciliśmy się o szanse Grecji na przykład. Tak, czy inaczej, strefa kibica codziennie jest!
Żyję więc, jak się okazuje :) O blogowaniu myślę całkiem sporo, ale jeszcze nie znalazłam sposobu na lepsze ogarnięcie tego wirtualnego świata. Niecierpliwych uspokajam - post z odpowiedziami naprawdę będzie :) Już na część pytań odpowiedziałam, ale nie chcę rozbijać tego na dziesięć notek.
wtorek, 5 czerwca 2012
Dzielnie znoszę
Dzielnie znoszę to, że zaczyna padać akurat kiedy wysiadam z tramwaju i przesiadam się na rower, a przestaje - oczywiście, gdy dojeżdżam do pracy.
Dzielnie znoszę to, że zacina mi się papier w drukarce i to na amen, a potem jeszcze mam na sumieniu Współpracownika, który tenże papier próbował wyciągnąć i się poparzył.
Dzielnie znoszę to, że gdy otwieram torebkę, okazuje się, że pachnie truskawkami. A konkretnie - jogurtem truskawkowym, który mi się w torebce rozwalił i pobrudził książkę (na szczęście tylko na okładce i dało się zetrzeć, a torebka wcale nie taka ufajdana, jak by się zdawało :))
Dzielnie znoszę to, że kiedy się spieszę, ucieka mi tramwaj, a kolejne trzy, które podjeżdżają, jadą w zupełnie innym kierunku.
Dzielnie znoszę to, że gdy nadal się spieszę i chcę załatwić szybko sprawę, okazuje się, że punkt obsługi klienta, który sobie upatrzyłam i był w miarę po drodze, akurat jest remontowany.
Dzielnie znoszę to, że w moim samochodzie psują się światła i spóźniam się do pracy. Dobrze, że tylko pół godziny.
Dzielnie znoszę to, że znowu psuje mi się coś w służbowym mailu, a angielscy informatycy akurat teraz muszą świętować jubileusz Królowej.
Dzielnie znoszę także to, że raporty działały pięknie przez miesiąc a od wczoraj zaczęły się kaszanić i przez to mam dziesięć razy więcej pracy.
Dzielnie znoszę to, że chociaż brama w pracy nigdy nie jest zamykana przed siedemnastą, tym razem, jakiś kolo w audi zamknął mi ją tuż przed nosem - dosłownie, jechałabym trochę szybciej i moje auto oberwałoby po pyszczku. Pajac jeden. I musiałam po pilota wracać!
Dzielnie znoszę nawet to, że akurat tego dnia Współpracownica miała coś do załatwienia a Współpracownik źle się poczuł i oboje wyszli szybciej, przez co zdobycie tego pilota wymagało przedarcie się przez gąszcz drzwi, przekopanie się przez setkę kluczy i odalarmowanie wszystkiego, co możliwe :)
Dzielnie znoszę to, że kiedy podniosłam kwiatka, żeby zobaczyć, czy jeszcze żyje, połowa ziemi wysypała mi się na dywan.
Dzielnie znoszę to, że po pracy muszę lecieć z wywieszonym jęzorem, żeby podpisać jakiś papierek, odebrać inny papierek, zapłacić za zaproszenia, odebrać poprawione zaproszenia, kupić prezent, zdążyć na korepetycje, zdążyć na aerobik, zdążyć na pocztę... Na szczęście nie wszystko jednego dnia.
Dzielnie znoszę to, że nie mam nawet czasu odpowiedzieć na komentarze!
Dzielnie znoszę... jeszcze milion innych rzeczy. I wcale nie przesadzam. Ostatnio naprawdę wszelkie absurdy tego świata spadły właśnie na mnie, do tego dogadały się chyba z pechem. Ale też nie przesadzam z tym dzielnym znoszeniem, bo muszę przyznać, że jestem nadspodziewanie spokojna - nie wściekam się, nie psioczę, nie płaczę, ba, nawet wcale nie tracę dobrego humoru (i to mnie chyba zdumiewa najbardziej! :)) Po prostu znoszę to wszystko i czekam na lepsze dni, kiedy może trochę mniej będzie do załatwienia (wątpię :P), kiedy będzie cieplej, kiedy obliczenia nareszcie zaczną mi wychodzić za pierwszym razem a system przestanie płatać figle, kiedy.. no po prostu będzie bardziej normalnie :) Ogarniać jeszcze wszystko raczej ogarniam.
Ale prawda jest taka, że być może bym nie ogarniała i być może bym tak dzielnie nie znosiła wszystkiego, gdyby nie to, że mam takiego fajnego Franka. Który pójdzie rano po świeże bułki na śniadanie, który pojedzie z samochodem do mechanika, który ogarnie mieszkanie przed korkami, co by sobie dzieciaki nie pomyślały, że pani od angielskiego nie potrafi sprzątać, który przytuli, porozmawia, pocieszy, pozwoli trochę na siebie pokrzyczeć a potem rozśmieszy, który nawet poda na przystanku tramwajowym torbę ze strojem na aerobik (nie zdążyłam nawet wlecieć do domu; Franuś wyszedł na przystanek - drzwi się otworzyły - Franuś podał torbę - drzwi się zamknęły i tyle go widziałam, ale na aerobik byłam na czas)! Fajnie mieć takiego Franusia i to wcale nie dlatego, że bez niego wiele rzeczy stałoby się dla mnie fizycznie niewykonalnych, a dlatego, że fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym sama.
Ps. No oczywiście, że na wszystkie zaległe komentarze odpowiem. I o pytaniach również nie zapomniałam :)
sobota, 2 czerwca 2012
Nie znam się
No i jeszcze jedno - nie chodzi wcale o to, że nie mam na nic czasu. Ja po prostu mam tak dużo na głowie i trudno mi z czegokolwiek zrezygnować. Gdybym naprawdę brakowało mi czasu - to musiałabym właśnie sobie odpuścić, a tego nie lubię, więc radzę sobie jak mogę, chociaż oczywiście kosztem jest poczucie wiecznego zabiegania. Ale ja to chyba po prostu lubię, taka moja natura.
Dzisiaj notka trochę nietypowa, a przy niej bardzo nietypowe pytanie do Was - jakie macie modele telefonów komórkowych i co o nich myślicie? :) Pytanie sponsoruje moja firma :D A konkretnie chodzi o to, że w czwartek dostałam informację o tym, że kończy mi się za parę dni umowa na służbowy telefon i będzie ona przedłużona, a na tę okoliczność mam sobie wybrać nowy aparat. I dostałam listę telefonów za 1zł do wyboru. Tyle, że lista składa się z grubo ponad pięćdziesięciu pozycji i bądź tu mądry człowieku, zwłaszcza człowieku tak niewrażliwy na wszelkie nowinki technologiczne jak ja. Jeśli o mnie chodzi, to i z mojej pierwszej Nokii 3310 byłabym dzisiaj zadowolona. Chociaż...no może aż tak to nie, bo radia nie miała :)) Tak czy inaczej, od trzech dni nic nie robię, tylko rozmyślam. Na początku stwierdziłam, że wezmę jakiś "normalny" telefon z klawiaturą i bez udziwnień. Ale potem pomyślałam sobie, że tak naprawdę głównie korzystam z telefonu prywatnego, więc ten musi być "normalny", ale służbowy, to niech może sobie będzie jednak jakiś bardziej wypasiony? Zwłaszcza, że w ofercie za tą złotówkę mam modele warte normalnie nawet ponad 1000 zł, czemu więc nie zaszaleć? Jakiegoś dotykowego smartfona bym se wzięła, takiego co można się dzięki niemu w każdej chwili z internetem połączyć i takiego co to ma różne inne bajery, z których i tak wcale bym nie korzystała - ale z drugiej strony któż wie? może jak już je będę miała to i korzystać zacznę :)) Tyle, że za duży wybór mam. Zastanawiam się trochę nad Nokią Lumia albo C5-03, ale podobno smartfony z Samsunga albo Sony są fajne. I tu właśnie potrzebuję jakichś opinii z Waszej strony :) Może macie? Może słyszałyście?
Jeśli o mnie chodzi, to w telefonie urządza mnie budzik, kalkulator, stoper i radio. No i jeszcze muszę mieć możliwość zainstalowania aplikacji Ginger, do sprawdzania rozkładu jazdy MPK. Ale w moim aktualnym telefonie służbowym mam jeszcze funkcję "rozpoznawanie muzyki", z której korzystam i jest świetna. Pewnie część z Was wie, że polega to na tym, że można nagrać 10 sek jakiejś piosenki, którą akurat gdzieś przypadkiem słyszymy, a telefon znajdzie nam tytuł utworu i jego wykonawcę. I to jest super i chciałabym to mieć, a nie wiem, czy te wszystkie super-extra-w kosmos-wiadomo-co telefony takie coś też mają :)
Będę wdzięczna, jeśli się podzielicie ze mną Waszymi opiniami.
A w ogóle to kazali mi więcej gadać. Powiedzieli mi, że wykorzystuję za mało darmowych minut, które mam w abonamencie i mam dzwonić z tego służbowego telefonu również prywatnie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. No proszę, a ja się tak gryzłam, kiedy zdarzyło mi się zadzwonić z tej służbowej komórki do Franka, bo mi się moja Nokia rozładowała. Obym tylko teraz nie przegięła w drugą stronę, bo się zaraz okaże, że rozwalić 2000 minut to dla mnie pestka :)
wtorek, 31 stycznia 2012
Zapracowana.
Jutro kolejny pracowity dzień. Na chwilę obecną czuję się wykończona, więc idę zregenerować siły. A może już jutro dogonię rzeczywistość – również tę wirtualną
poniedziałek, 4 lipca 2011
Delegacja.
sobota, 4 czerwca 2011
Nareszcie.
niedziela, 29 maja 2011
Już bliżej niż dalej.
Utknęłam natomiast na trzecim rozdziale, który miał być empiryczny. Z różnych względów nie wiedziałam do końca co tam napisać. I oświeciło mnie… wczoraj w nocy
Teraz jeszcze nauka do egzaminu, który będzie w sobotę a potem LABA! Nareszcie
Tak więc już za parę dni, za dni parę…
poniedziałek, 16 maja 2011
Trochę więcej niż dwa słowa.
A teraz tylko melduję na szybko – nie jest najgorzej. Mam już dwa rozdziały pracy, muszę napisać jeszcze jakieś pięć stron do trzeciego, wstęp i zakończenie… Rozdział udało mi się napisać w weekend, do tego zdążyłam się nauczyć finansów międzynarodowych i logistyki w produkcji, ale co najważniejsze, dałam radę jeszcze zaliczyć Noc Muzeów i koncert
Z bachorkami jakoś sobie nawet radzę, myślałam, że będzie gorzej.
I w ogóle, chociaż nadal czasu wcale nie mam, to zaczynam odczuwać, ze powoli wszystko mam pod kontrolą… Oby tak dalej
wtorek, 8 lutego 2011
Konspekt.
1. Egzamin za cztery dni. Od soboty włączyłam już tryb powtarzania, ale tego jest tak dużo, że nie jestem w stanie zapamiętać wszystkiego. Mam nadzieję, że jednak wystarczy to, co przyswoję. Liczę na to, że od sobotniego popołudnia powrócę do świata żywych – nawet mimo tego, że pewnie będę musiała zacząć myśleć o pracy dyplomowej…
2. Na mój nastrój i wszelkie przemyślenia spuśćmy zasłonę milczenia. Zaznaczam tylko, że nie ma na to wpływu ani pogoda, ani zimno, ani tym bardziej żaden PMS (co to w ogóle jest??:) Na wszelkie nastroje w moim życiu zawsze wpływają tylko i wyłącznie wydarzenia, których doświadczam – bezpośrednio lub pośrednio, oraz osoby, z którymi mam styczność – również bezpośrednią lub pośrednią.
3. Znowu zwariowałam. Kupiłam bilety do Hiszpanii, dla mnie i Franka. Z Poznania do Sevilli. Co najlepsze – z przesiadką w Londynie
4. Wczoraj, po trzech tygodniach mojej diety niskokalorycznej osiągnęłam cel, który sobie założyłam na początku
Według planu, który sobie opracowałam, od czwartku zwiększam ilość zjadanych kalorii o dwieście – i tak co tydzień, aż dojdę do „normalnej” w moim przypadku ilości około 2000 kcal dziennie. Pewnie jeszcze do tego czasu trochę waga mi spadnie, ale powinno się to ustabilizować i mam nadzieję, że zostanie tak, jak jest, bo mama i Franek już mówią, że już trochę za chuda jestem na buzi.
W kolejnej notce obiecane szczegóły mojej diety.
wtorek, 21 grudnia 2010
Jest choinka.
Podzieliłam sobie sprawy pod względem ważności i pilności i te z rubryk „ważne i pilne” oraz „nieważne i pilne” mam już w zasadzie odbębnione, a więc jak dobrze pójdzie, to już jutro odpowiem na wszystkie Wasze komentarze i zaglądnę co tam u Was słychać.
A teraz to ja tylko tak na chwilę, bo mam ochotę sobie pogadać
Jednak mamy choinkę
Niestety, ze względu na Franka pracę nie tylko nie spędzimy świąt razem (gdyby nie pracował, prawdopodobnie pojechałby ze mną do domu), ale i te ostatnie popołudnia się nie widzimy, bo on pracuje. Myślałam, że będzie mi przykro – ostatnie dni przed moim wyjazdem, do tego te, kiedy atmosfera świąt staje się coraz bardziej odczuwalna, a my się mijamy… Ale okazało się, że nie jest tak źle. A w ogóle, to się bardzo fajnie uzupełniamy
W innych sprawach też nam współpraca nieźle idzie. Wczoraj byłam totalnie wykończona, wracałam z pracy ze świadomością, że w domu mamy totalny sajgon i że do wieczora będę sprzątać, w dodatku po pracy musiałam załatwić jeszcze kilka spraw na mieście. Ale po wejściu do domu czekała mnie miła niespodzianka – Franek przed swoją pracą wszystko ogarnął. Dzięki temu mogłam się zająć innymi, równie ważnymi sprawami i jeszcze położyć się normalnie spać. Nie przyszyłam tylko guzika do koszuli od munduru Franka, ale łosiek ubrał się dzisiaj w tę właśnie koszulę do pracy. Trudno, guzik poczeka do mojego powrotu.
Jej, jak to fajnie, że mogę na Franka liczyć jeśli chodzi o sprzątanie… Nawet nie muszę go o to prosić, on sam z siebie zabiera się za wypełnianie codziennych obowiązków domowych.
Jutro jadę od razu po pracy do Miasteczka. Wstaję więc jutro jeszcze wcześniej niż normalnie (pewnie koło piątej) i budzę Franka, bo wymienimy się prezentami… Prezent dla niego już leży pod choinką od wczoraj. A Franek zadzwonił mi dzisiaj, że właśnie wraca od Mikołaja i też coś dla mnie będzie. Zabronił mi ruszać… Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go posłuchała. Musiałam, no po prostu musiałam obmacać! Ale tylko troszeczkę…