Gdybym
pisała tę notkę wczoraj rano, powrzucałabym parę zdjęć zwakacji. Akurat
oglądałam sobie wszystkie fotki, więc byłyby pod ręką. Ale ostatecznie
wczoraj rano zajęłam się sprzątaniem.
Gdybym pisała ją wczoraj po południu, napisałabym wreszcie o syndromie przedszkolaka
Dorota wróciła z kolonii, gdzie znowu była wychowawcą i opowiadała, że
miała przez cały tydzień syndrom. Ale po południu stwierdziłam, że już
dość tego komputera i telewizora, pogoda była ładna – poszłam na spacer. A
właściwie poszłam odwiedzić Franka w pracy, tyle że zrobiłam to na
piechotę i na około:) Zmęczyłam się trochę i nogi mnie rozbolały, ale
naprawdę warto było.
Gdybym zdecydowała się zajrzeć na bloga wczoraj wieczorem, pewnie napisałabym o paru rzeczach, które przyszły mi do głowy podczas spaceru. Ale poszłam spać
Gdybym pisała tę notkę dzisiaj rano…. Byłoby nieciekawie… Ale gdybym pisała ją w południe… Wierzcie mi, dobrze, że tego nie zrobiłam… Tak się dzisiaj wkur… na Franka, że po prostu brak mi słów. Chyba tylko Dorota widziała jak się gotuję z wściekłości.Objawiało się to na przykład tym, że na pytanie: „Wychodzisz? Idziesz gdzieś z Frankiem?” odpowiadałam „Nie chcę mieć z tym dupkiem nic wspólnego”. Więc same widzicie, było ostro
Już miałam prawie całą notkę w głowie ułożoną, że już go kuźwa nigdy
więcej nie pochwalę, bo jak to robię, to zaraz z czymś wyskoczy, że mam w
dupie jego, jego obietnice i w ogóle wszystko. No i w ogóle miałam tyle
ostrych słów w głowie, że może i dobrze, że w końcu ich nie
zmaterializowałam
Bo zadzwoniła do mnie koleżanka. Byłyśmy umówione na później,
ale zapytała, czy mogłabym jednak wcześniej na miasto przyjechać.
Mogłam. Poza wirtualnym wyżywaniem się na Francy nie miałam nic lepszego
do roboty. Przegadałyśmy ponad cztery godziny, aż kawiarnię nam
zamknęli. I zadzwonił Franek. Jest dzisiaj w pracy na nocce. Zapytał, czy
przyjdę do niego, żeby pogadać. Powiedziałam, że przez cały dzień
byłam wściekła i teraz się uspokoiłam, jak mam iść do niego, zeby znowu
się zdenerwować i mieć noc z głowy, to podziękuję za tę przyjemność.
Ale powiedział, że nie chce się kłócić. No więc poszłam. Nie kłóciliśmy
się i nawet wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy. Nawet można powiedzieć, że
jest ok.
Złość mi przeszła i tym samym przeszła mi chęć pisania o całym zamieszaniu i powodzie kłótni. Przestało być to dla mnie istotne. Ciekawe jak wiele może się zmienić przez te parę godzin nie? Jak bardzo zmieniają się punkt widzenia, nastrój, rzeczy ważne w danej chwili… Jeszcze parę godzin temu ta notka byłaby pełna jadu i wyzwisk skierowanych do Franka, a tak ostatecznie nie dowiecie się o co się pokłóciliśmy. Byłam wściekła i najważniejsze w tym momencie było dla mnie to, że czuję się urażona, zraniona i bezradna. Teraz wcale się już tak nie czuję. W ogóle tamte uczucia odeszły gdzieś daleko i nawet teraz widzę, że w zasadzie były nie potrzebne, bo wielkiego powodu nie było. No nawet się przyznam. Uwaga przyznaję się: zrobiłam z igły widły. Tych wszystkich uczuć doświadczyłam w ciągu paru godzin, przez ten krótki czas wiele się zmieniło. A ile może się zmienić w ciągu paru dni…? Niesamowite. Ciekawe kto wymyślił taki mechanizm
Zawsze zastanawiałam się czy to wszystko jest już gdzieś tam
zaplanowane, czy może jednak sami jesteśmy kowalami własnego losu. No
ale cóż, nie ja pierwsza o tym myślę, ludzie zastanawiali się nad tym
problemem już od starożytności. A ja nawet maturę z polskiego pisałam na
temat fatum i przeznaczenia
No, ale to już temat na innego posta hehe. Pozdrawiam wszystkich.
Ps. A żeby Franek nie myślał sobie, że poszło tak gładko, jeszcze jutro będę trochę nafoczona <w moim słowniku oznacza to łagodniejszą formę focha
>
Gdybym pisała ją wczoraj po południu, napisałabym wreszcie o syndromie przedszkolaka

Gdybym zdecydowała się zajrzeć na bloga wczoraj wieczorem, pewnie napisałabym o paru rzeczach, które przyszły mi do głowy podczas spaceru. Ale poszłam spać

Gdybym pisała tę notkę dzisiaj rano…. Byłoby nieciekawie… Ale gdybym pisała ją w południe… Wierzcie mi, dobrze, że tego nie zrobiłam… Tak się dzisiaj wkur… na Franka, że po prostu brak mi słów. Chyba tylko Dorota widziała jak się gotuję z wściekłości.Objawiało się to na przykład tym, że na pytanie: „Wychodzisz? Idziesz gdzieś z Frankiem?” odpowiadałam „Nie chcę mieć z tym dupkiem nic wspólnego”. Więc same widzicie, było ostro


Złość mi przeszła i tym samym przeszła mi chęć pisania o całym zamieszaniu i powodzie kłótni. Przestało być to dla mnie istotne. Ciekawe jak wiele może się zmienić przez te parę godzin nie? Jak bardzo zmieniają się punkt widzenia, nastrój, rzeczy ważne w danej chwili… Jeszcze parę godzin temu ta notka byłaby pełna jadu i wyzwisk skierowanych do Franka, a tak ostatecznie nie dowiecie się o co się pokłóciliśmy. Byłam wściekła i najważniejsze w tym momencie było dla mnie to, że czuję się urażona, zraniona i bezradna. Teraz wcale się już tak nie czuję. W ogóle tamte uczucia odeszły gdzieś daleko i nawet teraz widzę, że w zasadzie były nie potrzebne, bo wielkiego powodu nie było. No nawet się przyznam. Uwaga przyznaję się: zrobiłam z igły widły. Tych wszystkich uczuć doświadczyłam w ciągu paru godzin, przez ten krótki czas wiele się zmieniło. A ile może się zmienić w ciągu paru dni…? Niesamowite. Ciekawe kto wymyślił taki mechanizm


Ps. A żeby Franek nie myślał sobie, że poszło tak gładko, jeszcze jutro będę trochę nafoczona <w moim słowniku oznacza to łagodniejszą formę focha
