Uwielbiam
uczyć się języków obcych. W zasadzie mogłabym powiedzieć, że to jakiś
rodzaj mojego hobby. Poza tym nigdy nie miałam z tym problemów – słówka
wchodzą mi do głowy bardzo szybko. W czasie studiów potrafiłam nauczyć
się nawet dwustu nowych słówek dziennie (wraz z definicjami). Nie jestem
być może cudownym dzieckiem, któremu wystarczyło dwa razy coś usłyszeć,
żeby mogło to powtórzyć, ale wkładałam w naukę języków zawsze bardzo
dużo pracy.
Przygodę
z językami zaczęłam tak naprawdę kiedy miałam jakieś osiem lat – z
ciocią, nauczycielką niemieckiego, śpiewałam piosenki w tym języku. Z
wujkiem oglądałam Muzzy in Gondoland (kto pamięta Muzzy’ego?:)) Ale tak na serio zaczęłam się uczyć w piątej
klasie podstawówki – kiedy w planie lekcji znalazł się angielski. I od
tego czasu w zasadzie wiedziałam, że w przyszłości chciałabym studiować
ten język. Oświeciło mnie w momencie, kiedy dorwałam którąś z książeczek
o Muzzym i
okazało się, że choć nie znam wszystkich słów, jestem w stanie
zrozumieć sens opowiadania. Od tamtej pory dążyłam do tego, żeby
opanować języka angielski jak najlepiej.
W
pierwszej klasie szkoły średniej zaczęłam uczyć się języka
niemieckiego. I dość szybko zdecydowałam, że muszę opanować ten język na
tyle, żeby w czwartej klasie zdawać z niego maturę. Udało się – maturę
pisemną na poziomie rozszerzonym zdawałam z angielskiego, a ustną z
niemieckiego.
Na
studia zgodnie z moim wcześniejszym postanowieniem poszłam na filologię
angielską, tyle, że poszłam na uczelnię, która oferowała również
studiowanie drugiego języka. Zdecydowałam się na hiszpański – uczyliśmy
się od podstaw, ale program zajęć był taki jak na języku angielskim, a
więc fonetyka, gramatyka, język pisany, gramatyka opisowa itd. Po trzech
latach – bo studia były licencjackie, język hiszpański miałam opanowany
dość dobrze. Niestety nie było możliwości kontynuacji nauki na takim
kierunku na uzupełniających studiach magisterskich. Zdecydowałam się
więc kontynuować studia na filologii angielskiej, a hiszpańskiego
uczyłam się na własną rękę.
Chodziłam
przez rok do dość znanej szkoły języków obcych, z której jednak nie
byłam specjalnie zadowolona. Po roku zmieniłam miejsce i przez dwa lata
uczyłam się w całkiem fajnej poznańskiej szkole językowej. Jak zapewne
wiele z Was pamięta, jakiś czas temu zdałam również egzamin
międzynarodowy z tego języka. W tym czasie kontynuowałam studia i
pisałam magisterkę po angielsku.
Studia
skończyłam w lutym tego roku, kurs języka hiszpańskiego zakończył się w
czerwcu. Miałam kilka miesięcy na zastanowienie się, co dalej. Myślałam
długo i brałam pod uwagę najróżniejsze opcje. Niestety wygląda na to,
że na chwilę obecną moja przygoda z nauką języków obcych dobiegła końca.
Nie wykluczam powrotu, ale na razie taka jest moja decyzja.
Złożyło
się na nią kilka czynników, ale o tym już niestety innym razem, a
wszystko przez to, że, kurka wodna, nie potrafię mniej gadać, nawet na
piśmie

Cóż, żal, ale w życiu nic nie trwa wiecznie
