Myślę,
że całkiem sporo dobrego o naukach napisałam i zdecydowanie dałam do
zrozumienia, że nasza opinia na ten temat jest jak najbardziej
pozytywna. Ale wspomniałam też o drugiej stronie medalu :) Zazwyczaj tak
bywa, że wszystko ma dobre i złe strony – i w tym wypadku nie wszystko
mi się tak bardzo podobało.
Przyznam
nawet, że po pierwszym spotkaniu miałam mieszane uczucia. Pierwsza jego
połowa prowadzona była przez miłe małżeństwo i fajnie było posłuchać
tego, co mają do powiedzenia. Na drugą część miał przyjść proboszcz i
omówić kilka kwestii organizacyjnych, ale nie dotarł (nadrobił to na
ostatnim spotkaniu), więc w jego zastępstwie wystąpił pan, który jest
opiekunem tych nauk – nazwijmy go Panem Czesiem. Pan Czesio, choć
wyglądał bardzo poczciwie i sympatycznie na wstępie nas zrugał za
używanie terminu „nauki” przedmałżeńskie, zamiast „katechezy”
przedmałżeńskie. Przyznaję, to drugie słowo w wielu wypadkach było
bardziej adekwatne, ale bez przesady – czegoś się jednak uczyliśmy, nie
wiem w jaki sposób słowo „nauka” miałoby uwłaczać tym spotkaniom
Ale to tylko taki szczególik, tak naprawdę nie podobało mi się
nastawienie Pana Czesia do nas, czyli narzeczonych. Krótko mówiąc
sprowadzało się ono do tego, że większość z nas, którzy na kurs
przybyliśmy wcale na małżeństwo nie zasługuje, bo tacy z nas grzesznicy.
A w ogóle to w większości się rozwiedziemy całkiem niedługo.Z tego
pierwszego spotkania wychodziłam lekko zdołowana. Nie brzmiało
zachęcająco to wszystko, co usłyszeliśmy, ale przede wszystkim, czułam
się wręcz przytłoczona ciężarem winy i grzechów jakimi zostałam
obarczona i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrehabilitować
Małżeństwo to ciężka praca i raczej nie podołamy – choćbyśmy się nie
wiem jak starali. A w ogóle to na pewno myślimy, że to tylko zabawa a
nie święty sakrament. To by było na tyle
Na szczęście Pan Czesio się za wiele nie udzielał a na późniejszych
spotkaniach wydawał się jakby mniej straszny – może za bardzo wczuł się w
rolę zastępując samego księdza proboszcza?




Zresztą
już kolejny wykład wymazał moje negatywne odczucia, bo dotyczył właśnie
trudności w małżeństwie oraz miłości małżeńskiej. Prowadzony był przez
kobietę z poradni, która wplatała opowieści o prawdziwych przypadkach z
jakimi spotkała się w czasie swojej pracy. To, co mówiła pozwoliło nam
uwierzyć, że nie ma trudności nie do pokonania dla dwojga ludzi, którzy
chcą być razem i którzy się kochają. A nawet jeśli się pogubili, ale
wierzą w swoje małżeństwo, to nigdy nie jest za późno. Z kolei na innym
spotkaniu usłyszeliśmy, że wcale nie jesteśmy tacy źli a nasza wina
znowu nie taka wielka.
Ale była
jeszcze jedna katecheza, która mnie trochę zdegustowała, dotycząca
odpowiedzialnego rodzicielstwa. Już na samym początku zirytowało mnie
to, że babka czytała wszystko z kartki i kompletnie nie nawiązywała
kontaktu wzrokowego, czy jakiegokolwiek innego ze słuchaczami. To nawet
nie było podpieranie się notatkami. Ale to i tak dałoby się przeżyć,
tylko, że ta kobieta była totalną… męską szowinistką :)) Kobieta
pracować oczywiście w dzisiejszych czasach powinna, więc nie chodzi o
zagonienie jej do garów, ale moje drogie, nie oczekujmy od zmęczonego
pana męża pomocy w jakichś prozaicznych i przyziemnych obowiązkach. On
jest stworzony do wyższych celów – na przykład do świecenia przykładem
Dzieciom rzecz jasna ma świecić, podczas zabawy na przykład. Bo
kobieta dzieci wychowuje i oczywiście jest przez nie kochana, ale to
facet jest tym prawdziwym autorytetem, on nie musi prosić ani krzyczeć
(od krzyków to jest mama) bo wystarczy, że jest, a dzieci już wiedzą, co
mają robić :) Mężczyzna jak najbardziej dziećmi się ma zajmować i nie
wolno nam męża od wszystkiego odsuwać (z tym się akurat zgadzam) ale to
kobieta powinna się mocno poświęcać dla rodziny i dzieci – no,
generalnie to facet spija całą śmietankę (dokładnie tego zwrotu
użyła) jeśli chodzi o rodzicielstwo – kobieta ma cierpieć z godnością i
być wdzięczna za wszystko


Należy
podkreślić, że to moje bardzo subiektywne odczucia – po prostu od
początku mi kobita nie podeszła i jakoś niełatwo mi było później zmienić
swoje nastawienie. Franek nie wszystko odebrał tak jak ja, więc nie
wykluczam tego, że przesadzam (ale z drugiej strony on jednak jest
facetem :P, może zwyczajnie nie zwrócił uwagi na to, co mnie najbardziej
zabolało). Poza tym tutaj podałam wersję bardzo mocno skróconą i
uproszczoną, pewnie także trochę wyolbrzymioną, żeby dokładnie
podkreślić, o co mi chodzi. Ale sprawiedliwie muszę dodać, że nie
wszystko, co mówiła (czytała :)) ta pani wydawało mi się nieżyciową
bzdurą i trochę mimo wszystko z tego skorzystałam. A tak w ogóle, gdy
później zerknęłam na rozpiskę, to zobaczyłam, że ten wykład miał być
prowadzony przez jakiegoś faceta, więc ona prawdopodobnie była w
zastępstwie – co tłumaczyłoby jej nieprzygotowanie.
Zdecydowanie
te zajęcia podobały mi się najmniej. Frankowi z kolei nudziło się na
innym wykładzie, prowadzonym w jego odczuciu monotonnie i raczej
nieciekawie. Ale i tak nie zmienia to naszych ogólnych odczuć, które
jednak są jak najbardziej pozytywne. Nie chciałam jednak podawać wersji
totalnie wyidealizowanej :)) Myślę, że każdy po prostu ma jakieś
kwestie, na których punkcie jest mniej lub bardziej przewrażliwiony a to
zakłóca odbiór – dlatego zawsze wybierając się na takie nauki trzeba
być przygotowanym, że nie wszystko, co usłyszymy nam się spodoba i
będzie zgodne z naszymi przekonaniami. Ważne jednak, żeby mimo wszystko
znaleźć coś dla siebie – my skupiliśmy się na tym, co do nas bardziej
przemawiało i to z tego czerpaliśmy najwięcej korzyści.