*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport publiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport publiczny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Aktywizujemy się

Oczywiście ciągle trudno mi znaleźć czas na wszystko, na co bym chciała. Każdemu brakuje czasu, wiadomo. A ze mną jest jeszcze problem dodatkowy - ja po prostu za dużo bym chciała :) Mam głowę pełną pomysłów i jestem pełna chęci, ale czasu nie mam na realizację tego wszystkiego, za to mam bardzo absorbującego niemowlaka w domu :) 
A w tym tygodniu nie miałam czasu jeszcze z innego powodu, mianowicie udzielamy się z Wikingiem towarzysko. Dwa razy w tym tygodniu pojechaliśmy na kilka godzin do Warszawy, gdzie ja mogłam porozmawiać z innymi mamami, a Wikuś "pobawić się" z innymi dziećmi.
Zaczęło się od tego, że od jakiegoś już czasu przymierzałam się do tego, żeby iść na spotkanie Klubu Kangura. Informację o nim znalazłam, kiedy szukałam czegoś na temat chust i pomyślałam, że mam ochotę zobaczyć, co to takiego ten klub. Napisałam do pani, która go zorganizowała i dostałam zielone światło. Jednego dnia mieliśmy szczepienie, innym razem byli u nas rodzice, ale tym razem wiedziałam, że MUSZĘ jechać, zwłaszcza, że po wyjeździe rodziców, znowu nie miałam najlepszego nastroju. 
Kiedy dzień wcześniej chciałam jeszcze sprawdzić szczegóły dotyczące godziny i lokalizacji, zobaczyłam, że w tym samym miejscu (taka kawiarnia dla rodziców z dziećmi) odbywają się ogólnorozwojowe, umuzykalniające zajęcia dla niemowląt. Spojrzałam na termin - za dwie godziny! Zadzwoniłam szybko, żeby zapytać, czy są jeszcze miejsca i podjęłam spontaniczną decyzję, że jedziemy! Choć musiałam jeszcze nakarmić i ubrać Wikusia a dojazd zajął mi godzinę, zdążyłam, a nawet byłam pół godziny wcześniej, dzięki czemu miałam jeszcze chwilę, żeby zamówić sobie coś do jedzenia.
Zajęcia bardzo mi się podobały! Trwały 45 minut, grupa była mała - nie liczyłam dokładnie, ale tak z pamięci, wydaje mi się, że 8-10 par mama-dziecko. Podczas nich było śpiewanie, maszerowanie, tańczenie, rytmiczne klaskanie, tupanie oraz zabawy z akcesoriami w postaci kolorowych rurek i piórek. Warsztaty skierowane były dla maluchów od 0 do 12 miesięcy, ale kiedy tam weszłam okazało się, że Wikuś był najmłodszy, wręcz dużo młodszy od innych dzieciaków, bo tamte miały już powyżej pół roku (zazwyczaj około ósmego miesiąca). W pierwszej chwili byłam lekko zbita z tropu, zastanowiłam się, czy się nie pospieszyłam, ale zanim zdążyłam zwątpić na dobre bądź podzielić się tym zwątpieniem z kimkolwiek, pani prowadząca powiedziała, że absolutnie to są zajęcia również dla takich dzieci jak Wikuś, że dzieci bardzo szybko łapią rytm, melodię, muzykę i że im szybciej się je z nimi zapoznaje, tym lepiej :) Powiedziała tylko, że będę musiała uważnie obserwować synka, żeby w porę zareagować, gdy zobaczę, że ma już za dużo bodźców i wrażeń. A tymczasem Wikingowi się bardzo podobało! Oczywiście nie powiedział mi tego :P, ale po prostu od samego początku był bardzo spokojny, uważnie wszystkich obserwował - trzymałam go na rękach, kładłam przed sobą na brzuszku albo tak, że opierał się o moje nogi. Słuchał uważnie piosenek, patrzył na prowadzącą, obserwował inne dzieci, tańczył razem ze mną. Wszyscy byli pod wrażeniem, że dwumiesięczniak jest taki spokojny! Prowadząca wręcz nie mogła w to uwierzyć :) Dopiero po 35 minutach Wikuś trochę zastękał, więc odeszłam na bok i usiadłam na kanapie tuląc go - zmęczył się już tymi obserwacjami, bo szybko zamknął oczy. Ale pani go pochwaliła, że i tak długo wytrzymał - zwłaszcza, że dosłownie chwilkę po nim inne dzieci już też zaczęły się niecierpliwić i marudzić, a przecież były starsze.
Później wróciliśmy do domu. Byłam w doskonałym humorze! Bardzo się cieszyłam, że pojechałam :) Po pierwsze byłam zachwycona tym, że Wiking był taki grzeczny i uważny, a po drugie przyjemnie obserwowało mi się jak inne dzieci chwytają za kolorowe rurki, śmieją się z piórek fruwających w powietrzu, siedzą i raczkują - czyli robią wszystko to, o czym Wiking (i ja:)) na razie może tylko pomarzyć :) Już się nie mogę doczekać, kiedy i on taki będzie!
Następnego dnia pojechałam na spotkanie klubu i byłam jeszcze bardziej zachwycona! Tym razem Wikuś też był najmłodszy, ale była też jedna trzymiesięczna dziewczynka i Wojtuś z 1 stycznia, więc różnica była żadna :) Mogłam więc sobie porozmawiać z mamami, a także z dziewczynami w ciąży, które przyszły na spotkanie oraz z wzbudzającą zaufanie i sympatię prowadzącą. Znowu się wszyscy zachwycali zachowaniem Wikinga - choć ich stopowałam, bo wiedziałam, ze jak zacznę go wiązać w chustę to się rozwyje i się nie pomyliłam ;) Ale i tak usłyszałam, że mój maluch jest przeuroczy :) Byliśmy tam trzy godziny i podczas tego czasu pół godziny drzemał, 10 minut jadł i chwilkę płakać, ale przez pozostały czas znowu był bardzo spokojny i tylko uważnie słuchał i obserwował :)

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo potrzebowałam takiego wyjścia! Spotkałam się z ludźmi - z innymi mamami, a jednocześnie spędzałam czas z Wikusiem i na pewno w jakiś sposób wspomagałam jego rozwój. Nie, nie jestem jedną z tych zwariowanych mamusiek, które chcą od urodzenia ustawić dziecko na starcie do wyścigu szczurów. Raczej chodzi o to, że jak wiecie, zawsze byłam osobą bardzo aktywną, nie znoszę bezczynności, nie umiem się nudzić, uwielbiam się uczyć, doświadczać nowości, spotykać się z ludźmi. I próbuję się tego trzymać również teraz jako mama - a że wykluczone jest raczej to, żebym spędzała czas tak, jak dotychczas - to szukam innych form aktywności. Jeśli przy okazji spędzam czas z dzieckiem i uczę go od małego takiego spędzania wolnego czasu, to tym lepiej. Czym skorupka za młodu nasiąknie i tak dalej... A inna sprawa, że jesteśmy tu sami, Wiking na co dzień będzie oglądał ciągle tylko mamę i tatę, to niech się oswaja z tym, że na świecie jest trochę więcej ludzi :P

Zamierzam uczęszczać na te spotkania! Nie mówię, że dwa razy w każdym tygodniu, ale na pewno w miarę możliwości regularnie. Czułam się na nich i po nich doskonale. Wikuś też wyglądał na zadowolonego. On po prostu jest takim typem "wizytowym", jak określiła go czwartkowa prowadząca. I to się naprawdę potwierdza już po raz kolejny, bo już Wam pisałam, że mały jest zawsze najgrzeczniejszy wtedy, gdy mamy gości oraz wtedy, gdy się wokół bardzo dużo dzieje. A kiedy jestem z nim sama, to dużo płacze i marudzi - pewnie mu nudno... Od samego początku tak było, od pierwszych dni! W szpitalu płakał, kiedy wszystkie inne dzieci spokojnie spały. Ale gdy tylko zaczynał się obchód - wszystkie dzieciaki w ryk, a Wikuś się uspokajał i z zainteresowaniem rozglądał się wokół! Położne wiele razy mówiły, że on jest typem towarzyskim i ciekawskim i że podobno tak zachowują się dzieci bardzo inteligentne. Wydaje mi się więc, że tego rodzaju spotkania nie zaszkodzą, a tylko będą miały na niego dobry wpływ. A do tego jeszcze mi poprawiają humor i powodują, że jestem mniej zestresowana, skoro i mały jest spokojny.

Cieszę się, że odważyłam się pojechać sama, mimo, że Franek był sceptycznie nastawiony (on z kolei nie jest typem szczególnie towarzyskim - tzn lubi się spotykać z ludźmi, ale nie lubi poznawać nowych). Nie dałam się jednak zniechęcić i potem nawet Franek zobaczył, że dobrze, że pojechałam.
I dodać jeszcze chciałam, że jechałam z wózkiem kolejką i metrem :P Prowadzące gratulowały mi kondycji (że już dwa miesiące po porodzie wyrwałam się z domu) i determinacji (przyjechałam z Podwarszawia i to jeszcze komunikacją miejską:)). A jak wychodziłam (na sali siedzimy boso) to jedna z nich (pani w sportowym ubraniu i adidasach) krzyknęła - i jeszcze na obcasach! :D
Wracając jednak do środków transportu - przyznaję, to trochę wyprawa, ale dałam radę! Wypróbowałam warszawskie windy i przetestowałam uprzejmość ludzi :) Co ciekawe do pomocy we wsiadaniu, czy wysiadaniu rwały się panie - pewnie dlatego, że same wiedzą, ile może ważyć wózek z dzieckiem :D A co do wind - tylko jedna na szczęście nie działała. Ale mam inne zastrzeżenie - jest na nich wyraźnie zaznaczone, że są one dla osób niepełnosprawnych, z wózkami oraz bardzo dużymi bagażami. Tymczasem korzystało z nich bardzo dużo osób "nieuprzywilejowanych", nie tylko starszych. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie to, że uważam, że jednak w takiej sytuacji powinny ustąpić miejsca osobom "wózkowym". A nie, władowały się do windy i dla mnie miejsca już nie wystarczyło :) I o mały włos się nie spóźniłam na kolejkę!


piątek, 18 marca 2011

Rajd poznański :)

Egzamin na prawko zdawałam prawie dziesięć lat temu w Opolu. Dość szybko poczułam się za kierownicą w miarę pewnie a rodzice nie robili większych problemów, żeby dać mi samochód i na przykład w klasie maturalnej, sama dojeżdżałam na lekcje angielskiego 50 km w jedną stronę. Nie bałam się jeździć i nie boję się do dzisiaj. Prawie :)
Problemem dla mnie jest jeżdżenie… po Poznaniu :) Niektóre moje koleżanki mówią, że nie jest dla nich problemem poruszanie się po mieście, ale na trasę raczej się nie porywają. Ja na odwrót – nie boję się długich dystansów, wyprzedzania ani prędkości powyżej 80 km/h :) Ale jak mam gdzieś dojechać samochodem w Poznaniu, to wybieram komunikację miejską.
Oczywiście jest to także związane ze względami praktycznymi – nie muszę martwić się o parking, o opłatę za niego, o to, że gdzieś jest jednokierunkowa no i nie stoję w korkach – a nawet jeśli to sobie siedzę wygodnie i czytam… Ale w dużej mierze nie jeżdżę po Poznaniu, bo się tego boję :) Opole jednak jest miastem jakieś sześć razy mniejszym, więc kiedy po raz pierwszy prowadziłam samochód w Pyrlandii to myślałam, że zawału serca dostanę :)


Nigdy nie jeżdżę samochodem „w ciemno” w jakieś nowe miejsce – to znaczy, kiedy na przykład kupiłam samochód, to najpierw Franek musiał się ze mną przejechać trasą do pracy i z powrotem. I zawsze tak robimy, gdy mam gdzieś jechać – zwykle jest tak, że on prowadzi a ja siedzę obok, a później ja prowadzę a on siedzi obok pilotuje mnie i zachowuje się jak instruktor jazdy :P Później nie ma już żadnego problemu. Nowej trasy szybko się uczę i nie boję się już zmian pasów ani szalonych rond poznańskich (dla obeznanych – czyt. Rataje)
Ze mną to jest tak, że trasę sobie zawsze obcykam w internecie i na mapach tak, że mam ją w jednym paluszku. I niby wiem jak jechać – w głowie mam GPSa, ale po prostu nie potrafię się wbić w te ulice! Zmiany pasów, kilkupasmowe ronda itd… Co z tego, że wiem jak jechać i gdzie skręcić, skoro nie wiem, w którym miejscu najlepiej zmienić pas, gdzie są bardziej niebezpieczne miejsca i gdzie na co trzeba zwrócić szczególną uwagę? Dlatego zawsze muszę się wcześniej daną trasą przejechać.

Dzisiaj po południu muszę pojechać autem na drugi koniec Poznania -  miejsce gdzie się jeszcze nigdy nie zapuszczałam, bo nie było mi to wcale potrzebne. Wczoraj Franuś się poświęcił – skończył pracę o 20 i pojechał ze mną na rundkę po mieście. Rundka zamieniła się w rundę, bo Franek pokazał mi jeszcze drugą trasę, a potem jeszcze raz obróciliśmy w drugą stronę i wyobraźcie sobie, że tak wczoraj jeździliśmy dwie godziny. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, bo lało cały czas, do tego było ciemno, więc ledwo widziałam pasy na jezdni, ale obecność Franka działała dość uspokajająco i daliśmy radę :) Myślę, że dzisiaj (zwłaszcza, że będzie jasno i może nie będzie tak padać) sobie już poradzę bez problemu – trzymajcie kciuki.
Franek to się ze mnie czasem śmieje, że niby taki pewny kierowca ze mnie z dziewięcioletnim stażem i ze średnią dziesięciu tysięcy kilometrów rocznie na liczniku, a boję się wjechać do miasta bez wcześniejszego rekonesansu. Ale łatwo mu mówić, skoro on Poznaniak od pokoleń jest, a ja z małego Miasteczka pochodzę i mnogość pasów ruchu potrafi mnie przerazić :) Co z tego, że umiem jeździć, skoro nie znam zbyt dobrze miasta a już w ogóle kiepsko orientuję się w pasach ruchu i nie wiem, na którym się ustawić? :) Ale na szczęście wszystkiego można się nauczyć, a Franek w tej kwestii – muszę mu to przyznać – nigdy nie odmawia i nie marudzi, tylko chętnie poświęca swój czas na to by poprowadzić naukę jazdy po Poznaniu dla Margolki :)
A tak na koniec dodam, że na szczęście mam „obcą” rejestrację :) To mnie ratuje, gdy pomylę pasy, bo kierowcy są bardziej wyrozumiali dla opolskiego kierowcy ;)

niedziela, 5 grudnia 2010

Podróżuj Kolego z Przygodami Dwa :)

Wiedziałam, że będzie wesoło :) Cały weekend też był fajny – na tyle, że nie miałam nawet chwili, żeby posiedzieć dłużej na blogowisku. 
No to od początku:

Do domu miałam zamiar jechać bezpośrednim pociągiem do Miasteczka, który był po godzinie 17tej. Ponieważ wiem już mniej więcej, ile czasu potrzebuję, żeby kupić sobie bilet, ewentualnie coś do jedzenia i znaleźć się na peronie na tyle wcześniej, żeby zająć sobie w pociągu jakąś miejscówkę, postanowiłam pojawić się na dworcu godzinę wcześniej. 
Kiedy weszłam do holu, poczułam się jak na lotnisku :) Gęba mi się od razu uśmiechnęła i rozmawiając przez telefon z mamą powiedziałam jej: „mamo, to prawda, co mówią w telewizji, tu naprawdę jest Armagedon” :) Ale to był fajny Armagedon, jak dla mnie. Podoba mi się ta atmosfera na dworcu – pół tysiąca ludzi wpatrzonych z jednej i z drugiej strony na tablice informacyjne. Na tych tablicach, w rubryce „uwagi” z góry do dołu opóźnienia. Wszyscy biegają, krzyczą, kolejki do informacji :) Podobało mi się.
Spojrzałam więc sobie na tę tablicę informacyjną i zobaczyłam, że pociąg do Miasteczka, który miał odjazd po 15tej ma opóźnienie 80 minut. Dawno już nie jechałam pociągiem, więc nie wiedziałam, że zamontowali u nas biletomaty. Nie było tam kolejek, więc pomyślałam, że jak tam kupię bilet to jeszcze w ten pociąg wsiądę! Ale w automacie można było kupić bilety tylko jednej spółki, więc musiałam się dowiedzieć, która obsługuje mój pociąg. Tablica przy informacji zasłonięta przez ludzi stojących w kolejce. Cóż, podleciałam i się tam kulturalnie wbiłam: „przepraszam, ale ja muszę się dostać do tej żółtej tablicy”, „ależ proszę bardzo” – odpowiedział mi kulturalny młody chłopak ;) 
Z tablicy dowiedziałam się tyle, że ten po 15tej to pociąg taki sam jak ten o 17tej. No to telefon do bardziej zorientowanej Juski, która co prawda nie wiedziała, jaki to jest pociąg o 15tej, ale „na ten o 17tej  można kupić bilet w biletomacie”. W takim razie na ten wcześniejszy też. Podleciałam do automatu a tu nie ma Miasteczka na liście. Zgłupłam. Na szczęście za mną stał jakiś miły chłopak i mi pomógł. Już wszystko się zgadzało, miałam kliknąć „kupuj”, wyciągam swoją stówkę (nigdy nie mam przy sobie gotówki, chwilę wcześniej wyciągnęłam na wszelki wypadek z bankomatu), a tu zonk – automat przyjmuje tylko banknoty 10cio i 20to złotowe :) No to biegiem – znowu do bankomatu, slalom między ludźmi i powrót pod automat. Do odjazdu pięć minut. Zdenerwuję się, jak nie zdążę, bo ten o 17tej będzie pewnie też opóźniony przynajmniej godzinę i zajadę w nocy… Udało się, kupiłam. 
Biegnę na siódmy peron, taki co to trzeba wyjść w ogóle z dworca, żeby się na niego dostać (dla Poznaniaków – ten od Dworca Zachodniego). Pociągu ani widu ani słychu. A na tablicy informacyjnej kierunek Leszno. Ja w inną stronę… Konsternacja. Ale, ale słyszę: „ding, dong..” Myślę: „może się czegoś dowiem”. Dowiedziałam się tylko, że „Pociąg osobowy do Wrześni, planowy odjazd godzina 15:06 został w dniu dzisiejszym odwołany. Pociąg nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach”. Ostatnie zdanie wywołało ogólną wesołość wszystkich słuchających komunikatu :)) W końcu powiedzieli też, że mój pociąg jest wyjątkowo na peronie czwartym. No to dawaj, bieg z przeszkodami, między ludźmi, bagażami, po śliskich schodach. Jestem. Zapowiadają właśnie, że pociąg odjeżdża. Tyle, że jeszcze go nie ma na tym peronie :P Okazało się jednak, że wystarczyło zmienić tabliczkę na składzie i już jest mój pociąg. Wsiadłam szybko, usiadłam i byłam zadowolona. Koło mnie wsiadły jakieś fajne młode dziewczyny i mogłyśmy się razem śmiać z tego wszystkiego i cieszyć się jakie to jesteśmy sprytne, że wsiadłyśmy jeszcze w pociąg o 15tej. Jak się potem okazało, nasza duma z siebie, była przedwczesna :)

Pierwszy sukces – pociąg ruszył. Niestety po dwudziestu minutach zatrzymał się. Światło się przyciemniło – zły znak. Przyszedł konduktor (bardzo miły facet! pozdrawiam serdecznie) i powiedział, że „mamy małą awarię, ale spróbujemy sobie z nią poradzić” Poradzili sobie po około półgodzinie, ale jako, że w przedziale siedzieli sami fajni ludzie, było wesoło, czas ten upłynął dość szybko na pogaduszkach i żarcikach. Niestety, daleko nie ujechaliśmy. Zatrzymaliśmy się a konduktor przyszedł i powiedział: „Proszę Państwa, teraz stoimy nie z naszej winy, proszę się nie niepokoić, tory zasypało, ale już człowiek poszedł odśnieżyć” :D No to stoimy. Za chwilę patrzymy, a po drugim torze mknie pociąg – prawie pusty. Tabliczka na wagonie oznajmia „Miasteczko” :) Oho, to ten po 17tej właśnie nas wyprzedził. Masz nauczkę człowieku – nie próbuj być za cwany :D
Kiedy przyszedł konduktor, wszyscy rzucili się na niego z pytaniami, ze jak to, że dlaczego, że czemu tamten nie czeka, przecież tory zasypane (dodam, że wszyscy byli raczej rozbawieni, więc nie atakowali go, a po prostu byli zainteresowani ;)) Konduktor odpowiedział: „bo my jedziemy szybszym torem, my jesteśmy pociągiem przyspieszonym, a tamten zatrzymuje się na wszystkich stacjach” :)) Ale potem dodał jeszcze, że jesteśmy opóźnionym przyspieszonym pociągiem, a żeby inne pociągi nie miały opóźnienia, to przepuszczają je przed nami, bo przecież my i tak jesteśmy już ponad dwie godziny do tyłu :) Przy okazji dowiedziałam się, że taka jest zawsze filozofia kolei – opóźnione zostawiać w tyle, żeby kolejne nie miały opóźnienia :) – Pamiętajcie na przyszłość, żeby nie próbować być sprytniejszym ;)

Później wyprzedził nas jeszcze jeden pociąg, a potem to już tylko jechaliśmy. I dojechaliśmy do stacji końcowej :) Byłam tylko godzinę później, niż gdybym pojechała pociągiem właściwym, co mnie bardzo usatysfakcjonowało, bo zakładałam wcześniej, ze dojadę na 22gą przy dobrych wiatrach. Podróż trwała nieco ponad cztery godziny, a więc całkiem normalnie :) 
Poza tym było naprawdę miło :) Nie było tych znielubianych przeze mnie „Narzekaczy” Owszem, śmialiśmy się wszyscy z całej sytuacji, ironizowaliśmy trochę, ale nie było nikogo, kto byłby obrażony na cały świat. Co najwyżej ponarzekaliśmy trochę na ten nasz  ”spryt” :)
To mi się zawsze podoba w takich sytuacjach. Ludzie zaczynają się do siebie odzywać, uśmiechać, zacieśniają więzi :) Z jedną dziewczyną dojechałam do samego Miasteczka. Spotkałyśmy się także w pociągu powrotnym i przywitałyśmy się jak stare znajome :) 

Niestety, w niedzielę nie było żadnych przygód. Jedyny incydent jaki odnotowałam to ten, ze kiedy tata wpakował mnie do przedziału, przyszła pani konduktor (też bardzo miła!) i powiedziała, żebym sobie poszła do następnego przedziału, bo w tym wysiadły grzejniki. Co prawda potem wszyscy marudzili, że grzeją za mocno, więc może dla nich to był rodzaj przygody, ale kiedy Nowa Koleżanka zapytała, czy nie jest mi za gorąco (miałam na sobie dwie bluzki i sweter, a kolejny zarzuciłam sobie na ramiona) odpowiedziałam jej, ze jestem przyzwyczajona, że gdy wszyscy narzekają na gorąco, mnie jest akurat w sam raz :) Wszystkie zdeklarowane „zmarźluchy” przy mnie się chowają. One nie wiedzą co to znaczy marznąć :) 
Poza tym było nudno. Nawet przyjechaliśmy punktualnie.

Mówcie sobie co chcecie, ja tam jestem zadowolona. Wszyscy wiedzą, z jakimi problemami kolej się boryka zimą. Opóźnienia, odwołane pociągi i zamarznięta trakcja to nie są sytuacje nadzwyczajne u nas. Dlatego jeśli ktoś się tego obawiał, to po prostu rezygnował z podróży lub wybierał inny środek transportu. Ja na szczęście jechałam w większości z pozytywnymi ludźmi, którzy nastawili się na niedogodności i dzięki temu zachowali dobry humor :)

Na koniec powtórzę to, co napisałam w zeszłym roku: ja chcę jeszcze raz :D

czwartek, 15 lipca 2010

Dojazd.

Jak wiadomo, wszystko ma dwie strony. W pierwszych dniach na nowym miejscu oczywiście wszystko mi przeszkadzało i ciągle wydawało mi się, że coś jest nie tak. Ale ze względu na to, że wiedziałam, że jakiś czas, być może kilka najbliższych lat w tym miejscu spędzę, starałam się wyszukiwać jednak pozytywne strony każdej rzeczy, która mnie denerwowała. Najgorzej było z dojazdami do pracy no i dzisiaj o tym właśnie chciałam :) 

Jak wiecie, pracuję w dwóch miejscach u jednego pracodawcy. W miejsce A dojeżdżam dwa razy w tygodniu samochodem, w miejsce B jeżdżę trzy razy w tygodniu komunikacją miejską. Z mojego osiedla samochodem jeździłam około 15 minut do miejsca A, natomiast do miejsca B miałam doskonały dojazd – cztery minuty do przystanku, z którego tramwaj zawoził mnie w 19 minut bezpośrednio na miejsce. Z nowego mieszkania mam zdecydowanie bliżej do miejsca A – teraz ze spokojem dojeżdżam do pracy maksymalnie w 10 minut. Do tego nie ma korków – podczas gdy wracając na poprzednie osiedle bywało, ze pakowałam się w taki jeden od czasu do czasu. Tu za bardzo nie ma gdzie się korkować.
Niestety, z miejscem B nie jest tak łatwo – odległość niby taka sama, ale dojazd dużo gorszy. Owszem, jeżdżą tramwaje, ale musiałabym się przynajmniej raz przesiadać. Ale i tak najgorsze jest to, że do przystanku tramwajowego mam dziesięć minut (może się to komuś wydawać niewiele, jednak w porównaniu z tym jak blisko miałam w poprzednim miejscu zamieszkania, różnica jest kolosalna). Jeździ jeszcze autobus – w zasadzie zaraz spod mojej bramy. Tylko, że z ostatniego przystanku muszę się jeszcze przejść spory kawałek. Latem 10 minut nie przeszkadza, ale zimą… Jakoś tego nie widzę, zwłaszcza, że muszę dwa razy wchodzić i schodzić po schodach – już mam wizję jak minimum raz w tygodniu ląduję na tyłku :P

Tydzień temu po raz pierwszy jechałam do miejsca B z nowego mieszkania. Miałam pojechać autobusem, niestety tak się zdarzyło, że zaspałam (to jest możliwe tylko na nowym miejscu, przecież ja nie umiałam zaspać, nawet jak chciałam! :)), poszłam więc na tramwaj. Dojechałam do pracy po 53, słownie pięćdziesięciu trzech minutach! Byłam załamana. Do przystanku daleko, trzy razy się przesiadałam, do tego wszędzie musiałam czekać. Wierzcie mi, do pracy dotarłam totalnie zrezygnowana. Mimo tego, starałam sama siebie pocieszać, ze nie będzie tak źle, że jakoś sobie poradzę, że za to do miejsca B mam bliżej, więc to się wyrównuje i takie tam. No i jeszcze, że następnym razem spróbuję autobusem. 

Tak też zrobiłam. I muszę powiedzieć, że jestem zadowolona :) Autobus jak na razie zawsze jest punktualny (odpukać ;)), do tego nie jest zatłoczony i zawsze mam w nim miejsce siedzące – co powoduje, że komfort jazdy już jest dużo lepszy niż w tramwaju, którym jeździłam :) Jeździ przez ścisłe centrum, ale rzadko stoi w korkach. A nawet jeśli to przecież siedzę sobie i czytam książkę, więc w czym problem? :) Ostatni przystanek co prawda jest dość daleko od miejsca A, ale wykombinowałam sobie, że wysiadam jeszcze jeden wcześniej i schodzę na tramwaj, bo przystanek jest parę kroków po schodkach dalej :) Tym sposobem ostatecznie wysiadam tam, gdzie wysiadałam do tej pory. Z powrotem w ogóle nie mam takiego problemu, bo zarówno przystanek na którym wsiadam, jak i ten na którym wysiadam mam pod nosem. Jadę trochę dłużej niż kiedyś, ale to tylko jakieś pięć-dziesięć minut – przynajmniej dłużej sobie poczytam :)

Pewnie nie spodziewałyście się, że można tyle napisać na temat tak prozaiczny i w gruncie rzeczy mało ciekawy, jak dojazd do pracy :P Ale postanowiłam o tym napisać, żeby Wam udowodnić, że ja wcale nie marudzę tak non stop, jak to się może ostatnio wydawać :) Staram się po prostu we wszystkim znaleźć coś pozytywnego. Tak się bałam tych dojazdów, a ostatecznie jest ok – mimo, że kiedyś i tak miałam nieco łatwiej, to jestem zadowolona i skupiam się na tym, co teraz jest lepsze. Obiektywnie mogłabym powiedzieć, że wygodniej miałam z tamtego mieszkania, subiektywnie stwierdzam, że teraz mi się bardziej podoba. Dziwna jestem co? :)
A w ogóle to się nie dziwcie proszę, że ja tak często się odnoszę do tematyki komunikacji miejskiej, bo uwielbiam tę branżę :P Zawsze ją uwielbiałam. Kiedyś chciałam nawet zostać panią „tramwajarką” :P No ale musi mi wystarczyć Osobisty Facet pracujący jako kierowca autobusów :) Lubię jeździć tramwajami i autobusami, nie przeszkadza mi czekanie na przystankach a jak tylko znalazłam jakieś pozytywne strony nowej trasy, to już nic więcej mi w tej kwestii do szczęścia nie potrzeba :)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Dylematy osiołka

Dzisiaj będzie o dylematach osiołka :) Czyli o wyższości samochodu nad pociągiem bądźjej braku :) Wiele osób, kiedy słyszy, że zastanawiam się, czy jechać do domu samochodem, czy pociągiem, puka się wymownie w czoło. Bo wydawałoby się,że w ogóle nie powinno się porównywać tych dwóch środków transportu –zwłaszcza, że wszyscy wiedzą na jakim poziomie jest nasza kolej. Ale ja uważam,że wybór nie zawsze jest taki oczywisty.
Samochód kupiłam jedynie ze względu na to, że dwa razy w tygodniu jeżdżę do biura pod Poznaniem. Kiedy nie miałam auta, musiałam jechać z przesiadkami i do tego jeszcze iść całkiem spory kawałek piechotą. Przy dobrym wietrze trwało to około godziny w jedną stronę. Przemęczyłam się niecały rok i zdecydowałam się na kupno samochodu. Teraz jadę do pracy dokładnie 12 minut. W pozostałe dni tygodnia, pracuję w Poznaniu i wtedy wolę tramwaj, bo wsiadam na przystanku niedaleko domu, niczym się nie przejmuję przez kolejne 20 minut i jeszcze sobie książkę poczytam. Jest taniej a żadne korki i złe warunki pogodowe mi nie straszne.
Pociągiem jeździłam do domu przez cztery lata. Nie lubiłam połączeń z przesiadką, czasami miałam problem z ciężkim bagażem, innym razem musiałam się mocno zwalniać z zajęć czy z pracy, żeby zdążyć na ostatni pociąg, ale nigdy specjalnie nie psioczyłam na fakt, że nie mam samochodu. Za to od kiedy miałam auto, często sobie myślałam, że miło byłoby pojechać pociągiem. I tu dochodzimy do mojego dylematu piątkowego.
Zaletą podróży samochodem jest to, że nie jest się od nikogo i niczego uzależnionym – sama decyduję o tym, kiedy wyjadę i nie muszę się dostosowywać do żadnego rozkładu. Poza tym mogę zabrać ze sobą tyle rzeczy, ile się zmieści, a nie, ile uniosę :)
Z drugiej strony jednak, samochód prowadzę minimum przez trzy godziny i są to trochę godziny stracone. A jak jestem zmęczona, podróż bywa uciążliwa. Czasami naprawdę wolę pojechać trochę dłużej pociągiem, ale za to mieć okazję do tego, żeby sobie poczytać albo się zdrzemnąć. No i pociąg, nawet teraz, kiedy już nie mam zniżki studenckiej, wychodzi taniej o około 25 złotych w jedną stronę. A od kiedy w grudniu zmienił się rozkład jazdy, połączenia są w korzystniejszych dla mnie godzinach i bez przesiadek, nie mam więc dylematu, że trzeba się zwolnić z pracy albo zrezygnować z niedzielnego obiadu.
Wygoda? To jest pojęcie względne :) Bo zależy na jakiej wygodzie akurat człowiekowi zależy – oczywiście, przy niektórych warunkach pogodowych jazda samochodem jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Ale za to trzeba być cały czas skoncentrowanym no i siedzi się przez kilka godzin w jednej pozycji. Z drugiej strony czasami pociągiem jest po prostu bezpieczniej.
Jak widać to wcale nie jest takie jednoznaczne, że lepiej jest samochodem albo pociągiem :) Czy teraz rozumiecie, dlaczego się zastanawiałam? :) Wszystko zależy przede wszystkim od okoliczności i zwykle biorę pod uwagę, jakie są warunki pogodowe, ile mam rzeczy do zabrania zesobą, czy jestem bardzo zmęczona, jak bardzo mam ochotę poczytać książkę w podróży i czy zależy mi na czasie.