*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka i studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka i studia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

Coroczne spotkanie

I przyleciała hiszpańska Karolina :) Z piętnastominutowym opóźnieniem co prawda, ale nie czekaliśmy za długo, bo wcześniej sprawdziłam w internecie, że samolot już wyleciał z Zurychu z opóźnieniem, a później i na stronie Okęcia (ups, przepraszam, Lotniska Chopina - jakoś nie umiem się przestawić :P) była informacja o spóźnieniu.
Karolina się martwiła, że nie podała mi numeru lotu ani nie zdążyła wysłać mi informacji, ale potem pomyślała sobie, że przecież ja jestem taka ogarnięta i zorganizowana, że na pewno sobie z tym poradzę. Miała rację, ale zawsze zdumiewa mnie, kiedy ona o tym mówi - to znaczy o tym albo o innych moich cechach :P Chyba po prostu zapominam, że studiowałyśmy w końcu razem parę bardzo dobrych lat - wielokrotnie pisałam Wam o tym, że z dziewczynami na studiach byłyśmy bardzo blisko (wspólne obiady, nauka, zakupy, imprezy a nawet święta), poznałyśmy się prawie od każdej strony. Ale to było już siedem lat temu (sic!) i naprawdę tamte czasy zacierają mi się w pamięci... Dopiero takie wizyty uświadamiają mi, że przecież to, że się znamy nie wzięło się znikąd :)
W każdym razie najważniejszą informację mi podała (bo zapytałam :P) - że leci ze Szwajcarii, w przeciwnym razie byłabym przekonana, że mam patrzeć na lądowanie samolotu z Madrytu, bo było planowane na tę samą godzinę :)

Franek pojechał razem ze mną, bo też cieszył się na to spotkanie. Zawsze mówi, że jego ulubioną z moich koleżanek jest Dorota. A zaraz po niej hiszpańska Karolina - mimo, że tak naprawdę spotkali się tylko parę razy. Ale widocznie wystarczyło, bo naprawdę zawsze dostrzegam to, że świetnie się dogadują - mają podobne poczucie humoru i w mig podchwytują swoje żarty, a do tego zawsze bardzo błyskotliwie reagują na swoje przekomarzanki. Fajnie się tego słucha :)
Przywieźliśmy Karolinę do nas, nakarmiliśmy (była zachwycona moją zupą - wręcz mówiła, że czytałam jej w myślach, bo cały dzień była na kanapkach i w samolocie miała ogromną ochotę na zupę - oraz frankowym ryżem z warzywami) i posadziliśmy przed ekranem :) Bo założenie było takie, że Karolina wreszcie obejrzy film z naszego wesela - dotychczas jakoś się nie składało. Oglądając oczywiście omówiliśmy bieżące sprawy a późnym wieczorem odwieźliśmy ją do koleżanki u której nocowała.
Tylko kilkugodzinne, ale bardzo miłe było to spotkanie - jak zawsze... Wiecie z bloga, że widujemy się właściwie raz na rok i zawsze o tym wspominam - chyba zresztą w podobny sposób. Bo zawsze te spotkania wywołują we mnie podobne emocje :) Cieszę się z tego, że mieszkamy tak daleko od siebie, wiedziemy tak inne życie, widujemy się tak rzadko i tylko od czasu do czasu wymieniamy maile, a jednak ten kontakt cały czas jest i kiedy się spotykamy, to tak, jakbyśmy się nie widziały od wczoraj :)

I następne spotkanie pewnie dopiero za rok. Chociaż Karolina twierdzi, że w grudniu, bo chce mnie zobaczyć z brzuchem :P Ale z grudniem to zawsze różnie bywa. My wyjedziemy na święta, ona znowu w Warszawie będzie - dosłownie - przelotem, więc na to nie liczę. Na początku roku mieliśmy plan, że może się wybierzemy wreszcie do dziewczyn do Hiszpanii (bo z hiszpańską Anią to chyba w ogóle się nie spotkam :( nie przylatuje na tegoroczne wakacje), ale najpierw niepewność w pracy Franka, a potem Tasiemiec pokrzyżował nam plany :P Bo szykuje nam się urlop na końcówkę października - wypad do ciepłej Sewilli byłby idealny, no ale to już będzie akurat początek III trymestru, więc tak nie bardzo z lataniem. Pomijając już kwestie, czy się powinno, czy nie - za dużo jest papierków, które trzeba sobie załatwiać, za dużo dowiadywania się, które linie lotnicze, jakie mają kryteria i za duże ryzyko, że gdzieś mnie nie wpuszczą na pokład samolotu :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Niech żyją wakacje - nawet jeśli ich nie ma :)

No i doczekały się dzieciaki wakacji :) Pewnie bym tego nawet nie zauważyła, gdyby nie paradujące po ulicach w piątkowy poranek ubrane na galowo nastolatki, zakończenie mojego sezonu korepetycyjnego oraz fakt, że kilka osób z mojego bliskiego otoczenia to nauczyciele.
Trochę im -to znaczy tym dzieciakom - zazdroszczę. Ale nie tyle samych wakacji - bo to, że są wakacje oznacza, że we wrześniu trzeba by pójść do szkoły, a do tego etapu zdecydowanie bym się nie cofnęła :) Ale doskonale pamiętam, jak się czułam w momencie, kiedy już trzymałam w ręce świadectwo (zawsze z czerwonym paskiem :)) i zmierzałam w kierunku domu! Przede wszystkim czułam ogromną ulgę, że to już! Że będę miała teraz dwa miesiące luzu i przez ten czas nie będę musiała się stresować żadną kartkówką i żadną odpytką. Że będę miała czas na relaks, na ukochane książki, na porządki w szafkach. Że odsapnę, zmienię otoczenie, wyjadę. Czułam też dużą satysfakcję, że znowu udało mi się zrealizować pewne moje cele, że mam dobre oceny i wysoką średnią - czasami pozostawał jakiś niesmak po trudniejszej przeprawie z jakimś przedmiotem albo po prostu po gorszej ocenie, niż bym sobie życzyła, ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej, więc szybko o tym zapominałam. Cieszyłam się, że mogę zamknąć ten rozdział - ten rok a w przyszłym roku będę mogła zacząć od nowa i skorygować ewentualne błędy.

Za tym trochę tęsknię - za takim poczuciem laby absolutnej :) I tego właśnie trochę zazdroszczę. Ale niezbyt mocno, bo teraz jest mi całkiem wygodnie. Szkoda mi tylko, że raczej sobie w tym roku porządnie nie wypocznę. Bo niestety wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będziemy musieli sobie jednak odpuścić. Pewnie wezmę sobie jakieś pojedyncze dni wolnego, być może uda mi się nawet gdzieś wybyć na chwilę, ale raczej nie ma co liczyć na jakiś długi, wspólny wyjazd gdzieś daleko razem z Frankiem tak, żebyśmy przez chwilę mogli zapomnieć o całym świecie :) Ale czasami tak trzeba. Franek zresztą sam mówi, że on sobie w domu już posiedział i na razie za tym nie tęskni. Jeszcze nie zdążył się zmęczyć, więc woli sobie ten urlop, który mu zaproponowali na październik zostawić na później, gdy będzie bardzie potrzebny - bo faktem jest, że mnie jego październikowy urlop nie bardzo urządza, bo swój będę musiała wykorzystać prawdopodobnie wcześniej.

Wiem, że się powtarzam, ale ta pogoda mnie naprawdę dobija. Mam już dość tego zachmurzonego nieba, mokrych ulic i przenikliwego chłodu, który wymusza na mnie, żebym u progu lipca wkładała na siebie podkoszulkę, sweter z długim rękawem i kurtkę! To już nie jest anomalia - to jest po prostu skandal! 
A w ogóle to dzisiaj chyba wstałam lewą nogą - choć właściwie zły nastrój miałam od razu jak otworzyłam oczy, zanim jeszcze zdążyłam wstać :) Być może to właśnie ten brak słońca i mokre szyby, które dojrzałam przez przymknięte powieki mnie tak zdemotywowały na cały dzień? A dzień dziś istotny, bo za chwilę się zbieram i wychodzę pełnić zaszczytną funkcję przewodniczącej komisji inwentaryzacyjnej. Zamykamy rok i trzeba sprawdzić, czy aby żaden alkohol nam niepostrzeżenie nie wyparował ;)

A z odpowiedziami do komentarzy pod poprzednią notką wrócę później, bo już nie zdążyłam.

środa, 2 października 2013

Październikowa refleksja o nauce



Październik - miesiąc, który wielu osobom kojarzy się z rozpoczęciem roku akademickiego... Z tej okazji snułam sobie różne przemyślenia na temat nauki i studiów.
Lubię uczyć się czegoś nowego i jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, których chciałabym się nauczyć. Lubiłam moje studia pierwszego i drugiego stopnia, chociaż bywało, że doprowadzały mnie do łez.Byłam bardzo zadowolona z moich studiów podyplomowych i chodziłam na wykłady z przyjemnością. Ale odczułam ogromną ulgę, że je skończyłam.Od jakiegoś juz czasu wiem, że na razie to koniec z nauką – niestety, albo stety, tego jeszcze pewna nie jestem :)
Ale pewna jestem, że nie mam już chwilowo na to siły. Mimo tego, że naprawdę sprawia mi przyjemność dowiadywanie się czegoś nowego, czy pogłębianie już zdobytej wiedzy, to zwyczajnie teraz mam już inne priorytety i nie wyrabiam ze wszystkim. 
Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że nie przeszkadzałoby mi może poświęcanie swoich weekendów na to, żeby spędzić po osiem godzin dziennie na uczelni. Ale niestety, przeszkadzałoby już to, że ten wolny czas – mój czas, którego mam i tak niewiele, muszę poświęcać w domu jeszcze na naukę... Gdyby nie konieczność zdawania egzaminów, czy w ogóle uczenie się we własnym zakresie do egzaminów być może zdecydowałabym się na coś jeszcze –za jakiś czas. Ale myślę, że i tak dużo już w siebie zainwestowałam pod tym względem i na razie wystarczy... Zwłaszcza, że teraz weekendy mamy zdecydowanie przeznaczone na coś innego. Gdybym w nasze plany musiała jeszcze wplatać zajęcia, nie wyrobiłabym.
 
Pamiętam, że maj 2011 - czyli ostatni miesiąc nauki przed obroną pracy na studiach podyplomowych mnie wykończył – doszły mi dodatkowe obowiązki w postaci korepetycji, w pracy zaczął się ruch i nagle okazywało się, że musiałam wybierać – albo gotuję zupę na jutro, albo się uczę :) Jeść trzeba. Tak samo jak posprzątać, wyprać i wyprasować :) Zwłaszcza, że nie prowadziłam już życia studenckiego. I tak Franek robił (i robi) połowę tego wszystkiego, co w domu jest do zrobienia, o ile nie więcej... W każdym razie kiedy się tak męczyłam tym, że nie mam ani chwili wytchnienia i z trudem znajdowałam czas, żeby chociaż dwa razy w tygodniu wyskoczyć na aerobik, pomyślałam sobie – jak to dobrze, że mi nie odbiło i nie postanowiłam robić doktoratu :) Bo swego czasu miałam takie myśli. Jak pomyślę sobie, że prawdopodobnie cały czas jeszcze byłabym na studiach, to aż mi ciarki przechodzą po plecach :) 
Okazuje się, że po prostu na wszystko jest czas. Dla mnie czas na studia już minął – nie oznacza to, że nie mam zamiaru do końca życia się już niczego uczyć :) Nie zarzekam się też, ze nigdy... Ale na chwilę obecną stwierdzam, że zakończyłam swoją edukację... Inne rzeczy się dla mnie liczą. Teraz chcę się rozwijać w pracy, chcę utrwalać to, czego już się nauczyłam. Zwłaszcza, że tak wiele się w moim życiu ostatnio nauczyłam.

Być może jeszcze kiedyś powrócę do nauki. Moja mama robiła dodatkowe studia, gdy ja i moja siostra chodziłyśmy już do szkoły. Tata indeks studiów podyplomowych odebrał w tym samym miesiącu, w którym ja odebrałam swój na studia pierwszego stopnia, a teraz robi jakiś kurs ufundowany przez UE. Dlatego nie wykluczam, że i ja za kilka, kilkanaście lat znowu znajdę czas i chęci, żeby się zapisać na jakieś studia, czy kurs. Teraz zdecydowanie coś innego jest dla mnie w życiu, a z moich dotychczasowych osiągnięć jestem naprawdę zadowolona.

Wracając jeszcze do pomysłu robienia doktoratu - trochę nie podoba mi się tendencja naszych czasów. Teraz wiele osób po studiach, nie wiedząc co ze sobą zrobić, wybiera doktorat. A ja nie wyobrażam sobie być wieczną studentką - skoro nawet nie wiązałam swojej zawodowej przyszłości ze studiami pierwszego i drugiego stopnia! Jak najbardziej rozumiem studia doktoranckie w przypadku, gdy ktoś jest naukowcem lub pozostaje na uczelni. W takim wypadku jak najbardziej pochwalam dalszy rozwój, prowadzenie badań itd. Daleko szukać nie muszę - Dorota za chwilę obroni tytuł doktora. Kosztowało ją to wiele wysiłku, wytrwałości i czasu. Jest specjalistką w swojej dziedzinie i jestem dumna z tego, że mam taką mądrą koleżankę :) Pracowała na uczelni na zastępstwo przez kilka lat. W kwietniu pracę straciła, ale od tego roku akademickiego dostała etat wykładowcy na Uniwersytecie Szczecińskim :) Bardzo się z tego cieszę, bo kibicowałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę odbiegłam od tematu - chodzi mi o to, że ona jednak cały czas w tej swojej dziedzinie siedzi! Cały czas się dokształca, czyta, pisze, prowadzi badania. Jak najbardziej rozumiem w takim wypadku ideę robienia doktoratu. Ale jeśli ktoś idzie na takie studia dla samego tytułu? Trochę to bez sensu i powoduje, że sam tytuł się dewaluuje. 

Ja pracowałam w biurze jako księgowa - po jakie licho byłby mi tytuł doktora filologii angielskiej? :D 
Zdecydowałam się więc na podyplomówkę. Wiem, że niektórzy uważają, że studia podyplomowe powinno się robić, kiedy już się pracuje kilka lat i że głównym ich celem ma być dokształcenie się bądź zdobycie wiedzy teoretycznej do codziennie wykonywanej praktyki. Tymczasem ja zrobiłam inaczej - wybrałam takie studia podyplomowe, bo akurat miałam na nie czas, interesowało mnie to i chciałam nauczyć się czegoś nowego. I to był najlepszy z możliwych wyborów - mogę tak powiedzieć z perspektywy czasu, ponieważ gdyby nie te studia, nie zostałabym zatrudniona w firmie, w której pracuję! Ówczesny pracodawca zwrócił uwagę na to, że mam studia logistyczne... A i obecna szefowa awansując być może kojarzy, że studiowałam filologię, ale przede wszystkim skupia się na tym, że mam dyplom logistyka. Jak widać naprawdę było warto - piszę to ja: kierownik logistyki, która bardzo lubi swoją pracę :) I obym tylko miała możliwość lubić ją jak najdłużej.


środa, 22 czerwca 2011

Wszystko się zmieniło, mimo, że nic się nie zmieniło…

To nie jest tak, że mi się życie posypało, a świat się zawalił… W gruncie rzeczy, najbardziej ucierpiała moja psychika i emocje, a wokół mnie źle się wcale nie dzieje i wiedziałam o tym od samego początku. Inna sprawa, że wcale nie jest mi łatwo powrócić do tej równowagi emocjonalnej i nadal cały czas rozmyślam. Pozytywy są takie, że odzyskałam apetyt. Niestety do normalnego snu jeszcze nie powróciłam… Zasypiam z jedną myślą, choć odpycham ją od siebie jak się da… W nocy i tak wszystko do mnie powraca, czego nie mogę zrozumieć, bo to był epizod, który nie powinien odgrywać aż takiej roli w moim życiu!
Nie wiem, po co mi to było, wprawdzie dowiedziałam się o sobie czegoś bardzo ważnego, ale i tak nie sądzę, żeby ta wiedza była warta tego wszystkiego, co czułam. Mogłabym chyba się bez niej obejść…
Niby nic się nie stało, a jednak stało się bardzo dużo, a pewne cztery nocne godziny i spotkanie z jedną osobą tak bardzo zmieniły wszystko wokół mnie, nie zmieniając w zasadzie nic…
Wiem, że trudno Wam cokolwiek z tego zrozumieć. Ale nie potrafię napisać o tym wprost – może kiedyś, a dookoła nie da się napisać tak, żeby wszyscy zrozumieli…

A tymczasem, co się u mnie działo? Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi przede wszystkim pod znakiem ciężkiej pracy i imprezowania… Po wieczorze panieńskim byłam na weselu, potem jeszcze wybrałam się na imprezę, która się przedłużyła do rana. Później jeszcze służbowa kolacja do trzeciej i z dużą ilością wina – branża zobowiązuje… (chociaż wytrwałam w mocnym postanowieniu, że tym razem nie dam się upić i będę piła tylko po jednym kieliszku z każdego rodzaju wina, rano nie zaryzykowałam i nie wsiadłam za kierownicę, co znacznie utrudniło mi dotarcie do pracy). Pracy jest mnóstwo – zgodnie z tym, co powtarzano mi jeszcze na rozmowie kwalifikacyjnej, w czerwcu mamy prawdziwy młyn, skończyły się błogie nudy, teraz z wywieszonym jęzorem biegam od biura do magazynu. Podoba mi się, i owszem, ale bywam wykończona. A mimo tego, ze piątek będę miała wolny (znaczy się znowu na zasadzie, że jestem pod telefonem i kompem służbowym), ten i przyszły tydzień zapowiadają się jeszcze bardziej (czy to w ogóle możliwe?) intensywnie i pewnie będę musiała zostawać w pracy dłużej. Zamykamy rok, wprowadzamy nowy system, wszystko ma się zakończyć ostatniego dnia czerwca – kolejną służbową kolacją z jeszcze większym sztabem prezesów, dyrektorów i angielskich informatyków. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że naprawdę od lipca będzie spokojniej…
Cała ta sprawa poniekąd dotyczy Franka, ale tylko pośrednio. W naszych relacjach nic się nie zmieniło, choć wiem, że niektóre z Was to właśnie podejrzewały. Na pewno mój nastrój miał jakiś wpływ na to, jak jest między nami, ale jednak niewielki. Chociaż może jest jedna rzecz, która się zmieniła – a w zasadzie zmienił się mój pogląd dotyczący nie tyle nas i naszych uczuć, co naszego związku, ale o tym może już innym razem. A ogólnie żyjemy sobie jak zwykle – pracujemy, czasami się mijamy,czasami spędzamy wspólnie bardzo udany weekend. Rozmawiamy, żartujemy,sprzeczamy się – funkcjonujemy więc normalnie.
Tylko ja nie jestem jeszcze normalna i nie wiem, kiedy będę. To jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, że cały czas siedzi we mnie jedno małe zdarzenie…

A w ogóle to jestem bardzo niedobra – zabrałam Frankowi koleżankę… :))
Tyle u nas.
Aha! Zapomniałabym, obroniłam się na piątkę :) Jedno z pytań na obronie było zaskakujące i dość trudne, ale ponieważ wodolejstwa nauczyłam się już jakiś czas temu, skupiłam się na mówieniu o tym, co wiem i udawałam, że nie dosłyszałam drugiej części pytania. Komisja co prawda nie dała się na to nabrać, ale mimo wszystko chyba uznała, ze jednak wiem o czym mówię, bo dostałam za egzamin piątkę, co wraz z piątką za pracę i średnią 4,25 za studia dało mi ocenę bardzo dobrą na dyplomie.

sobota, 4 czerwca 2011

Nareszcie.

Doczekałam się! Sobota, 4 czerwca! Czekałam na ten dzień przynajmniej od miesiąca i oto pokonałam ostatnią prostą! Jestem już po egzaminie (co prawda nie wiem, czy na pewno zdałam, ale w zasadzie mam odpowiedzi identyczne z większością grupy, a tyle osób chyba nie mogło się mylić :)), pracę wydrukowałam i oddałam. Co prawda za dwa tygodnie jeszcze obrona, ale traktuję to już raczej jako rundę honorową :) Chyba nie będę miała problemu z obroną, a tak czy inaczej – nie sądzę, żebym musiała się jakoś specjalnie do niej przygotowywać. A więc, niech żyje wolność! :) (mam nadzieję, ze nie zapeszam :P) Najpierw muszę trochę odespać. Potem trochę odreagować – wieczorem wychodzę na wieczór panieński koleżanki. A potem reszta – między innymi nadrabianie zaległości u Was. I u siebie zresztą też :) Margolka wraca (chyba:))

niedziela, 29 maja 2011

Już bliżej niż dalej.

Tak jest, coraz bliżej celu jestem. Wczoraj skończyłam pisać moją pracę podyplomową! Hurra! Pisało mi się ją dość trudno, bo jak zapewne pamiętacie, moją magisterkę pisałam sobie małymi kroczkami – codziennie po pół strony. W tym wypadku nie mogłam sobie na to pozwolić, bo zwyczajnie nie miałam w tygodniu czasu. Zostały mi więc weekendy, a ja nie potrafię tak usiąść na tyłku i po prostu pisać przez parę godzin, bo mnie nosi :) Ale na szczęście udało się – trzy weekendy i po krzyku. I na szczęście nie musiałam spędzać całych dni na pisaniu, czasami wystarczyły dwie, trzy godzinki.
Utknęłam natomiast na trzecim rozdziale, który miał być empiryczny. Z różnych względów nie wiedziałam do końca co tam napisać. I oświeciło mnie… wczoraj w nocy :) Normalnie jeszcze w piątek wieczorem rozmawiałam z mamą i mówiłam, że nie mam pojęcia co napisać. Poszłam spać i śniło mi się, że piszę pracę, pomijam to, że śniły mi się konkretne zdania, ale obudziłam się i wiedziałam o czym pisać! Od razu usiadłam i napisałam trzeci rozdział, a z rozpędu jeszcze wstęp i zakończenie :) Teraz zostały mi jeszcze te kosmetyczne drobiazgi (których notabene nie znoszę i mogłabym komuś zapłacić za tę robotę! :)) typu – przypisy, drobne poprawki, doszlifowanie bibliografii i takie tam.
Teraz jeszcze nauka do egzaminu, który będzie w sobotę a potem LABA! Nareszcie :) Co prawda potem 19 czerwca mam obronę, ale kto by się tam przejmował :) W końcu będą mnie pytać o zarządzanie gospodarką magazynową, a pracę napisałam własnymi ręcami, więc dam sobie radę nawet bez przygotowania, bo w końcu wiem, czym się w robocie zajmuję – tej i poprzedniej :)
Tak więc już za parę dni, za dni parę…

wtorek, 24 maja 2011

Weekendowa wizyta.

Tu już połowa tygodnia nam się zbliża, a ja dopiero o weekendzie chciałam :) To chyba najlepszy dowód na to, jak czas szybko pędzi u mnie, a ja niestety jeszcze trochę w tyle zostaję ;) Ale już jest coraz lepiej. A tak w ogóle to żyję tylko myślą o pierwszym tygodniu czerwca… Wtedy będę miała egzamin i oddam pracę… Potem co prawda jeszcze obrona, ale i tak nie mam zamiaru się na nią uczyć, bo nie bardzo jest z czego… W każdym razie, nie mogę się już doczekać i snuję plany jak to będzie, jak już będę miała popołudnia wolne :) Echhh.. rozmarzyłam się… Jeszcze muszę wytrzymać te jedenaście dni…
A weekend był wspaniały… Przyjechali moi rodzice, Franek miał wolne, ja co prawda jeszcze miałam w sobotę zajęcia, ale pouczyłam się wcześniej i tak sobie wszystko zorganizowałam, żeby w sobotę i niedzielę nie rozmyślać o tym, co jeszcze powinnam zrobić… Franek z moim tatą wybrali się na stadion na mecz, a ja z mamą na rundkę po sklepach. Potem spotkaliśmy się na rynku i chodziliśmy od knajpy do knajpy :) Tu jakiś obiad, tu sałatka, tu na deser i jeszcze na drinka… I tak nam upłynął cały wieczór. Świetnie było sobie tak połazić od lokalu do lokalu i niczym się nie przejmować, a delektować się tylko wolnym czasem i swoim towarzystwem :) W niedzielę plan był taki, że znowu połazimy po sklepach, ale tym razem mi i mojej mamie udało się przekonać Franka i tatę, że poszukamy marynarek dla nich, bo obaj potrzebują. Łaskawie się zgodzili.
Ale niestety z przykrością muszę stwierdzić, iż Franek podpatrzył u mojego taty niezbyt korzystne zachowanie – kiedy kupowaliśmy coś dla niego, zawsze chodził ze mną i razem szukaliśmy tego, co mogłoby na niego pasować. Mój tata natomiast zawsze idzie na łatwiznę, siada sobie na ławeczce z tekstem do mamy: „to jak znajdziesz coś dla mnie, to mnie zawołaj”… No i okazało się, ze Franek szybko się uczy, bo szybko usłyszałam podobny tekst od niego i dwaj spryciarze siedzieli sobie na ławeczce, podczas gdy my z mamą robiłyśmy przegląd męskich sklepów :) Jednak szybko nam się znudziło – i nam babom, i im facetom, więc zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy skorzystać z pięknej niedzieli… Bo była naprawdę piękna, zwłaszcza kiedy się spacerowało wokół poznańskiej Malty… Jeziora, nie centrum handlowego.. :D I tak nam upłynęło kilka godzin, a później niestety trzeba było już wracać, bo rodziców czekała jeszcze podróż do Miasteczka…
Takich weekendów trzeba mi więcej…

A tymczasem wracam do szarej rzeczywistości, która już niedługo, mam nadzieję, zrobi się trochę bardziej kolorowa :) Już coraz lepiej idzie mi ogarnianie wszystkiego i nawet zaczynam znowu u Was powoli komentować :) A właśnie – nadal mam problem na niektórych blogach blogspota! Nie na wszystkich, ale na części nie mam możliwości skomentowania niestety :(
Ps. Zastanawia mnie jak to jest, że kiedy kobieta porusza temat zakupów – niezależnie w jakim kontekście – od razu zakłada się, ze ona kocha chodzić po sklepach i wręcz jest zakupoholiczką? :) W tej notce bardziej podniecam się chodzeniem od knajpy do knajpy niż od sklepu do sklepu, więc skąd wniosek, że lubię robić zakupy? :)

czwartek, 12 maja 2011

Kryzys czasu/Ogłoszenie.

Chyba widzicie, że tak źle z moim wolnym czasem to jeszcze nie było… Żebym przez cztery dni odpowiadała na komentarze pod jedną notką?? A jednak…
Naprawdę nie mam czasu  :( Nie mam kiedy nawet iść na pocztę, żeby odebrać przesyłkę, która czeka na mnie już od dwóch tygodni! Tak źle to naprawdę jeszcze nie było, bo zawsze jakoś się parę minut znalazło między jednymi a drugimi zajęciami. Teraz wszystko robię w biegu i bardzo mnie to irytuje. Nie znoszę takiego życia. Lubię jak się dużo dzieje i muszę mieć w życiu wiele zajęć, ale przede wszystkim muszę mieć codziennie chociaż parę minut dla siebie. Muszę mieć czas na zastanowienie się nad wszystkim, na zaczerpnięcie oddechu, czy choćby na zaplanowanie dnia. Bez tego czuję, że tracę kontrolę nad wszystkim, że wszystko dzieje się poza mną, doprowadza mnie to do frustracji i ostatecznie się dołuję.
Tak naprawdę w tym momencie najbardziej przeszkadzają mi moje studia podyplomowe :( Szkoda, że nie trwały tylko do maja. Za miesiąc mam egzaminy ze wszystkich przedmiotów a do tego jeszcze muszę pisać pracę. Staram się więc wolny czas poświęcać choćby na przejrzenie notatek, ale tego wolnego wcale zbyt wiele nie ma…
W zasadzie to nie wiem, dlaczego tak się stało. Zawsze byłam dość zabiegana i świetnie sobie ze wszystkim radziłam. Nie czuję, że wzięłam na siebie zbyt wiele, bo zawsze rozsądnie dobieram sobie obowiązki. Nie wyobrażam sobie nawet, że teraz miałabym z czegoś rezygnować, ale trudno mi zrozumieć ten bałagan, który się wokół mnie zrobił.

Obliczyłam sobie, że dziennie mam jakieś 4-5 godzin czasu teoretycznie wolnego. Trzeba od niego jeszcze odjąć czas na takie prozaiczne sprawy jak kąpiel, ubieranie się, jedzenie… Zostają więc niecałe cztery w ciągu całego dnia i ten czas muszę podzielić na podstawowe obowiązki, sprzątanie, naukę czy przyjemności… Zapewne się domyślacie, że na to ostatnie czasu już zazwyczaj nie wystarcza. Jedynym sposobem na zwiększenie liczby godzin czasu wolnego byłoby skrócenie snu. Ale tego nie zrobię nigdy. Od dziecka byłam uczona, że osiem godzin snu to podstawa i do dzisiaj trzymam się tego, że poza wyjątkowymi przypadkami, nie śpię krócej niż siedem godzin. Wiem, że skrócenie tego czasu na dobre by mi nie wyszło, bo zdaję sobie sprawę z tego, czego potrzebuje mój organizm.
Więc na razie czekam z utęsknieniem na czerwiec, kiedy będę miała już przynajmniej naukę z głowy…
A tymczasem nadal staram się kopiować sobie Wasze notki do worda i czytać w chwilach wolnych w pracy, żeby być na bieżąco. Paradoksalnie akurat ostatnio dość dużo się u nas dzieje i nie mam żadnych przestojów… Chyba problem właśnie w tym, że wszystko mi się teraz skumulowało.
***
Dziewczyny, które macie bloga na blogspocie (te, które wymagają tego, żeby być zalogowanym).. Nie mogę do Was wejść już od dwóch dni. Pojawia mi się cały czas komunikat „blogger jest niedostępny” Czy tylko ja mam ten problem??

sobota, 16 kwietnia 2011

Byle do niedzieli.

Miała być dzisiaj wirtualna podróż po Maladze. Ale okazało się, że chyba ostatnio zostawiłam włączony aparat i nie zauważyłam, że bateria mi padła. Tak więc będzie temat zastępczy :)
Śniło mi się dzisiaj, że tańczyłam… W dodatku tango!  :) Z Frankiem. Sprawdziłam już w senniku, że może to oznaczać, że zrobię coś głupiego, ale nie będę tego żałować :D A poza tym taniec z kimś to zapowiedź pokoju w uczuciach, idealnej harmonii i głębokiego wzajemnego zrozumienia. W ogóle sen był trochę pokręcony, ale najbardziej podobał mi się mocny uścisk Franka. Fajnie się czułam w tym śnie, ale paradoksalnie, obudziłam się w fatalnym nastroju… Macie tak czasami? Że zupełnie bez powodu budzicie się rano i wiecie, że cała reszta będzie do kitu? Nie pomaga nawet słońce i wizja pierwszego wolnego weekendu od dłuższego czasu.. No ja tak dzisiaj właśnie miałam :/ Od rana wszystko mnie wkurzało (dobrze, że Franek pojechał do pracy, bo bez kłótni by się pewnie nie obyło) albo powodowało, że chciało mi się ryczeć.
Ostatecznie pojechałam do biblioteki na uniwerku, bo stwierdziłam, ze tam są same książki, więc chyba niewiele będzie mnie mogło naprawdę wkurzyć :D I przyznam, ze dobrze zrobiłam. Bo humor znacznie mi się poprawił – udało mi się ruszyć z pracą dyplomową :) Napisałam pierwsze dwie i pół strony :) Zważywszy na fakt, ze rozdział mógłby mieć nawet jedyne siedem stron, poszło mi całkiem nieźle :P Wyszłam więc stamtąd w dużo lepszym humorze. Tak więc pamiętajcie – jak zdarzy Wam się fatalny dzień, wybierzcie się do biblioteki Uniwersytetu Ekonomicznego :)
Ale tak poza tym sobota i tak jest dla mnie jakoś tak średnio udana. Dobrze więc, że się kończy, może jutro obudzę się w lepszym nastroju i niedziela zostanie odczarowana :) Zwłaszcza, że mam zamiar wybrać się jeszcze do biblioteki z samego rana. Niestety teraz w tygodniu nie bardzo mam kiedy pisać, pozostają więc weekendy…

Taaa, wygląda na to, ze wracam do blogowania na dobre, skoro już nawet takie nudne notki zaczynam znowu pisać :)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Odrobinę o wszystkim / Chwalę się.

Jak zapewne zauważyłyście :P już jest po sobocie. A obiecałam, że po sobocie wrócę do świata żywych :) No i właśnie stopniowo staram się spełnić moją obietnicę :)
Mam za sobą bardzo fajny weekend. A właściwie całkiem zwyczajny, ale ponieważ moje ostatnie trzy weekendy wyglądały zupełnie inaczej i polegały głównie na czytaniu notatek, doceniłam normalność wczorajszego dnia.
Jestem po zaliczeniu. Co prawda nie znam jeszcze wyników, ale i tak cieszę się, że mam to już za sobą. Egzamin nie był najtrudniejszy, aczkolwiek przyznać muszę, że bułka z masłem to też nie była. Niby to był test wyboru, ale niektóre pytania były bardzo podchwytliwe i jestem pewna, że nie wszystkie nasze odpowiedzi są poprawne. Piszę „nasze”, bo to właściwie była praca zbiorowa ;) Tego się nie spodziewałam. Cały czas się konsultowaliśmy ze sobą, a opiekun naszego studium patrzył się – to na sufit, to w okno, to w ekran komputera. A czasami nawet na nas. Ale byliśmy cichutko, porozumiewaliśmy się tylko szeptem :) W każdym razie – ocen będzie pięć i jeżeli nawet nie zaliczę któregoś z przedmiotów, to przynajmniej razem z połową grupy, bo mamy identyczne odpowiedzi :P

Wieczorem umówiłam się z koleżanką, posiedziałyśmy trochę przy piwku. I… straszne rzeczy normalnie, wypiłam dwa piwa i już mi się całkiem konkretnie kręciło w głowie! Ojj, wyszłam z wprawy, zdecydowanie. Ale ma to swoje dobre strony również – ekonomiczna jestem ;)
W niedzielę natomiast poszłam z Frankiem do kościoła, później ugotowałam obiad, wyprasowałam mu mundur (Frankowi, obiad munduru nie potrzebuje:)) i wyprawiłam go do pracy (też Franka, chociaż z obiadem – w brzuchu:P). I miałam czas dla siebie. Obłożyłam się książkami i czytałam, czytałam, czytałam… A potem zasnęłam snem tak twardym, że nie słyszałam nawet jak Franek przyszedł, jak się krzątał po domu i  nad ranem stwierdziłam z ogromnym zdziwieniem, że leży obok mnie.
Dzisiaj po pracy musiałam pozałatwiać kilka zaległych spraw. A przede wszystkim… Obleciałam połowę bibliotek, do których jestem zapisana. Wróciłam do domu z nowymi łupami :) Żebyście Wy wiedziały, jak ja uwielbiam czytać! Czasami cały dzień jestem w dobrym humorze tylko dlatego, że wiem, że popołudniu pogrążę się w lekturze :)
I co poza tym? Jutro Franek ma wolne. Po cichu liczę na to, że może odbijemy sobie jakoś dzisiejsze Walentynki. A w środę idziemy oboje do pracy, a po południu jedziemy razem do Miasteczka. Franek ma urlop w czwartek i piątek, więc też sobie wzięłam i spędzimy razem cztery dni :)
***
Właśnie dostałam maila, iż egzamin do przodu :) Piątki z zarządzania jakością, zarządzania dystrybucją i transportu i spedycji międzynarodowej. Czwórki z logistyki międzynarodowej i z prawa transportowego :)
Laba! :)

środa, 2 lutego 2011

Nie będzie notki! :)

Ciężkie czasy nastały dla mojego blogowania. Czas skurczył się do granic niemożliwości. W pracy syndrom początku miesiąca, a kiedy wracam do domu to nawet nie włączam komputera tylko od razu siadam do nauki. Egzamin już za dziesięć dni i zaczynam lekko panikować. Jest to jeden egzamin, ale z pięciu przedmiotów. Muszę więc opanować materiał z dokładnie z całego poprzedniego semestru i nie mogę rozłożyć sobie tego w czasie. Niby wszyscy mówią, że na studiach podyplomowych przecież niemożliwe jest nie zdać egzaminu, ale dopóki się nie przekonam to nie uwierzę… Boję się trochę, bo co prawda zostały mi tylko do przejrzenia notatki z zarządzania jakością, ale czy jeden tydzień wystarczy mi, żeby powtórzyć wszystko, czego się nauczyłam ostatnio, a co domaga się powtórki, bo powoli ulatuje z głowy?
W związku z poprzednią notką otrzymałam kilka próśb o szczegóły mojej diety. Dziewczyny, naprawdę nie mam czasu chwilowo na maila, ale obiecuję, że napiszę jeszcze jedną notkę na ten temat, w której będzie więcej szczegółów. A że dieta naprawdę jest nieskomplikowana, to wydaje mi się, że to będzie wystarczające.
Zaczęłam nawet pisać tę notkę, ale chwilowo mam tyle na głowie, że  nie potrafię się skupić na pisaniu, gdy jakiś głosik w głowie krzyczy, że jest jeszcze tyyyle do zrobienia :) A więc teraz melduję się tylko na chwilę, coby moja częstotliwość pisania już nie poleciała tak całkiem na łeb na szyję, i być może wrócę z dietetyczną notką jutro lub w piątek :)
Pozdrawiam :)