*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problematycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problematycznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 listopada 2014

Maratonu ciąg dalszy

Ech, tyle zaległych notek czeka na napisanie lub publikację, a tymczasem nie mam na to czasu, bo codziennie biegam po lekarzach. Pojechałam dzisiaj do tego szpitala na oddział patologii ciąży. Dobrze, że tam przynajmniej można ot tak sobie wejść... Siedziała tam miła pani (położna, pielęgniarka?), powiedziałam jej, że w wypisie ze szpitala mam napisane, że w przypadku nieprawidłowych wartości glikemii mam się zgłosić i chyba te wartości są nieprawidłowe... Pani powiedziała, żebym chwilę poczekała, bo pokaże te wyniki pani doktor. Za moment pani doktor się pojawiła, chwilę ze mną porozmawiała i powiedziała, że mam zrezygnować z jedzenia jakiegokolwiek chleba na śniadanie, bo dotychczas był przykaz, żeby jeść pieczywo razowe - trzy kromki i absolutnie żadnego nabiału na I śniadanie. Ja i tak nie jadłam trzech, bo to dla mnie za dużo, tylko jedną lub dwie, a od tygodnia cukier miałam właśnie po śniadaniu bardzo wysoki. No to teraz chleba też mam nie jeść i jedyne co mi pozostaje to chrupkie pieczywo. Jeśli po tygodniu takich śniadań wartości nadal będą wysokie mam się zgłosić i dostanę insulinę.

A tymczasem rano okazało się, że te paski do mierzenia poziomu cukru, po receptę na które szłam ostatnio specjalnie do lekarza rodzinnego, nie są do mojego glukometru! Nazywały się podobnie, tylko wariant był jakiś inny i zauważyłam to dopiero rano, gdy otworzyłam opakowanie i zobaczyłam pudełko :( W szpitalu nie mogli mi wypisać nowej recepty, bo to była tylko konsultacja a nie zarejestrowana wizyta. Zadzwoniłam więc znowu do przychodni, ale okazało się, że nie ma już miejsc do mojej lekarki. 
Najpierw poszłam do apteki, żeby sprawdzić, co było na recepcie. Na szczęście w aptece byli sami bardzo mili farmaceuci, którzy nie robili żadnego problemu. Na recepcie rzeczywiście były wypisane złe paski, poradzili mi więc, żebym oddała dwa nieotwarte opakowania i założyła za to trzecie otwarte, które sprzedadzą mi bez refundacji i oddadzą mi receptę do poprawki. Poszłam do przychodni i na recepcji powiedzieli mi, żebym weszła jako pierwsza poza kolejką i wyjaśniła, o co chodzi. Łatwo powiedzieć :/ Wiadomo, jak ludzie patrzą na takie osoby wchodzące poza kolejnością :( Ale bez tego zostałabym bez pasków przez cały tydzień :( Poprosiłam więc starszego pana, który miał być przyjęty jako pierwszy, żeby mnie wpuścił na chwilę przed sobą. Zgodził się. Ale pech chciał (chociaż raczej mam wrażenie, że to norma u lekarzy), że pani doktor się spóźniła i zamiast o 14 zaczęła przyjmować 20 minut później. W międzyczasie przyszła już kolejna pacjentka, starsza pani - po której od razu było widać, że będzie problem i już mnie to strasznie zestresowało... I rzeczywiście - kiedy pani doktor wołała pacjenta do gabinetu pan wskazał na mnie, a kiedy wyszłam, wstała ta kobieta wołając, że teraz jej kolej, bo ona była na 14:15! Ale zatorowaliśmy jej drogę z Frankiem (bo przyszedł po mnie) tłumacząc, że pan był przed nią a mi po prostu kazali w recepcji wejść na tę samą godzinę. Jakoś poszło, a pan bez problemu wszedł do gabinetu, nie musiał się nawet słowem odezwać.
Ale wracając do mojej wizyty - bardzo się denerwowałam, kiedy tłumaczyłam całą sytuację (ech, chyba za to nie lubię lekarzy - wybacz Meg! :* - że się człowiek przy większości z nich czuje taki malutki i zdany na ich łaskę...) - bo chodziło o to, żeby poprawiła mi receptę na 3 opakowania dobrych pasków i 1 tych złych, żebym miała je refundowane (różnica naprawdę ogromna). Pani doktor od razu powiedziała: "no, ale to skąd ja wzięłam te drugie paski, przecież sobie ich nie wymyśliłam!" sugerując, że to ja poprosiłam o złe... A ja jej pokazywałam nazwę na wypisie ze szpitala... Na szczęście lekarka zajrzała do mojej karty i tam były wpisane przez nią te dobre paski, a na recepcie również jej ręką wpisane złe, więc widać było, że istotnie sobie tamte wymyśliła. Uff. Dostałam to, co chciałam, poszłam do apteki i zrealizowałam nową receptę. Mam co prawda jedno opakowanie niepotrzebnych pasków (nieużywanych, ale otwartych, że też nie pomyślałam, żeby zakleić opakowanie!), ale przynajmniej kosztowały mnie one tylko kilkanaście złotych a nie kilkadziesiąt, a poza tym nie wiem, czy to nie są przypadkiem te, których używa mój tata, więc może się przydadzą jednak...
Oj naprawdę człowieku, na chorowanie to Ty musisz mieć czas :/

Na niechorowanie zresztą też - Franek miał pół roku temu badania, kiedy przyjmował się do pracy, ale teraz kończą mu się uprawnienia do przewozu osób i musi wszystko robić jeszcze raz. Dzisiaj miał wolne, więc chodził od lekarza, do lekarza i zbierał pieczątki, że jest zdolny do pracy. Zajęło mu to pół dnia, a i tak jeszcze jutro ma okulistę. No i żeby nie było tak różowo, okazało się, że coś jest nie tak z jego zapisem EKG :( Nie wiemy dokładnie o co chodzi, bo lekarka medycyny pracy powiedziała, że nie zna się na tym aż tak dobrze i później wypisze Frankowi skierowanie do kardiologa - tyle, że to nie stan przedzawałowy. Więc mamy kolejne zmartwienie :( Zwłaszcza, że nie wiemy, czy wobec tego Franek dostanie zdolność! Dopiero jak już będzie miał wszystkich lekarzy załatwionych to musi wrócić do tej od medycyny pracy (a ona przyjmuje tylko we wtorki i czwartki - przyszły wtorek święto) i ona mu wypisuje zdolność, ale nie wiemy, czy to może być tak, że ze względu na ten zapis Franek zdolności nie dostanie :( Serio już mam dość tego wszystkiego.

Ps. Pani doktor w szpitalu pozbawiła mnie złudzeń, jeśli chodzi o to, że moją ciążę widać. Od paru dni miałam wrażenie, że brzuch mi się zaokrąglił i byłam wręcz pewna, że teraz to już nie da się go nie zauważyć! A pani się mnie pyta, w którym jestem tygodniu, odpowiadam, więc, że w 30tym, a ona patrzy na mój brzuch i woła "Boże, gdzie ta ciąża?" Ja nie wiem, Tasiemiec jakiś uświęcony będzie, bo ciągle ktoś na jego widok (a raczej "niewidok") przyzywa imienia Pana Boga nadaremno.

poniedziałek, 12 maja 2014

Kumulacja

Rzeczywistość chyba zaczyna mnie przerastać -  a konkretnie ta przytłaczająca ilość stresu, z którym ostatnimi czasy przyszło nam się zmierzyć. Zaczynam się zastanawiać, jaka dawka jest śmiertelna, bo chwilami mam wrażenie, że jestem u kresu wytrzymałości - że to jest po prostu nie do przeżycia! A wtedy spada na nas jeszcze jedna stresująca sprawa i okazuje się, że jednak może być gorzej. Zdumiewające, ile człowiek musi znosić.

Od czwartku żyję w stanie permanentnego stresu. Tak, wiem, coś się właśnie w czwartek miało wyjaśnić i poniekąd tak było, ale nie do końca i na ostatecznie rozstrzygnięcie musimy czekać do jutra. W zasadzie staraliśmy się być dobrej myśli, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nie ma powodów do niepokoju, ale dziś rano okazało się, że nie mamy jednego dokumentu, który jest  potrzebny :( Nie mamy pojęcia, co się z nim mogło stać, bo raczej mamy porządek w papierach, przeszukaliśmy wszystko i po prostu nie ma. Zresztą nie dziwi mnie to, bo w ostatnich miesiącach tyle razy robiłam porządek w naszych szpargałach, że gdyby był, to na pewno bym, się na niego natknęła. Franek dzwonił do mamy, ale powiedziała, że w Poznaniu też nie ma, jeszcze ja zadzwonię do swoich rodziców popołudniu, ale tylko tak dla formalności, bo to po prostu niemożliwe, żeby znalazło się w Miasteczku - dopiero co tam byliśmy, rzuciłoby sie nam w oczy, że jakimś cudem leży tam tego rodzaju papier. :( 
Okazuje się więc, że nawet pozornie sprawa pewna może stanąć pod znakiem zapytania i nie wiem, co wtedy będzie.

W dodatku chyba sobie wykrakałam ten czwartek, bo właśnie wtedy dowiedziałam się jeszcze o tym, że prawdopodobnie zaczyna się coś dziać w innej kwestii, która wisi nad nami od prawie roku. Być może ten tydzień będzie rozstrzygający - a być może nie, bo wszystko owiane jest tajemnicą i to jest chyba najgorsze, że sama nie wiem, czego się spodziewać - i czy czegoś w ogóle, a w takiej sytuacji można sobie wyobrazić dosłownie każdy scenariusz.
Racjonalny argument w postaci tego, że nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, co się wydarzy, nie pomaga, choć oczywiście próbuję sobie go wtłoczyć do głowy kilka razy dziennie. Oboje z Frankiem chodzimy jak struci, bo mamy świadomość, że być może właśnie ważą się nasze losy, a my nie możemy kompletnie nic zrobić (chyba poza modleniem się). Niepewność jest straszna, wydawało mi się, że to najgorsze, co może być. Ale w obecnej sytuacji już wcale nie jestem taka pewna - prawda jest taka, że teraz najgorsze byłoby, gdyby sie okazało, że wieści są złe. To przerażające, bo to już by było za wiele, nie wiem, jak bym sobie z tym poradziła. Staram się o tym nie myśleć, bo to i tak nie ma sensu, ale myśli o tym, że w ogóle być może coś się dzieje już nie umiem odpędzić.

Miałam ochotę odwołać miniony weekend, żeby tylko czas szybciej mijał. W czwartek popołudniu byłam w takim stanie, że tylko siedziałam i gapiłam się bezrefleksyjnie w telewizor (nie pytajcie, co "oglądałam") - dosłownie sparaliżowana stresem. Nie wyobrażałam sobie tak funkcjonować przez kolejne kilka dni. Ale na szczęście w weekend jakoś daliśmy radę ruszyć się na miasto i całe dnie spędziliśmy poza domem. Nie twierdzę, że zapomnieliśmy, ale przynajmniej trochę przyjemności udało nam się zaczerpnąć.
<UWAGA! Dokładnie w tym momencie zadzwonił Franek, żeby powiedzieć, że znalazł się ten dokument! Teść znalazł w swoich papierach! Przynajmniej trochę mi ulżyło. Niech to będzie dobry znak! I niech wystarczy skan, bo oryginał dotrze najwcześniej pojutrze..>

No to macie notkę pisaną na żywo :) Odrobinę poprawił mi się nastrój. Co nie oznacza oczywiście, że cały stres wyparował, ale przynajmniej nie mam poczucia, że los nam ciągle rzuca kłody pod nogi. Ta kumulacja stresów, która na nas teraz spadła jest naprawdę nie do zniesienia. Żeby tak jeszcze człowiek wiedział, że może być dobrej myśli.. Ale nie wie, bo wszystko się może zdarzyć.
Echh, nie wiem, jak to wytrzymam. 

Na pewno jak już wszystko będzie jasne, to się o tym dowiecie- przecież zawsze prędzej czy później tak jest. Ale nie piszę wprost, bo skupiam się bardziej na tym, co czuję i jak mi niewygodnie z tymi uczuciami. Poza tym, jak już wspomniałam wyżej, nawet dla mnie wiele spraw jest niejasnych, więc zapewniam Was, że absolutnie nie chodzi mi o żadną gradację napięcia. Po prostu nie mam ochoty rozpisywać się na temat czegoś, co być może za moment okaże się już nieaktualne i będę musiała wszystko odkręcać. Dopóki nie będe mogła napisać - wóz albo przewóz, nie chce mi się zagłębiać w temat jeszcze i tutaj, bo wystarczy, że "przedawkowujemy" go cały czas z Frankiem w głowach i w rozmowach między sobą...
 

poniedziałek, 5 maja 2014

I łup! Spadłam.

Poniedziałek sprowadził mnie na ziemię :( Kurczę, przeczuwałam, że tak będzie i niestety nie pomyliłam się. Nie, nie chodzi tym razem po prostu o syndrom przedszkolaka.
Cały długi weekend był naprawdę bardzo przyjemny. Odpoczęliśmy, zrelaksowaliśmy się i w ogóle zrobiliśmy wiele rzeczy, które nam były potrzebne. Czuję, że wykorzystaliśmy ten czas na maksa i nie mam poczucia, że coś mi uciekło.

Ale niestety obawiam się, że już standardem będzie ten lekki ucisk w żołądku w momencie, gdy w poniedziałkowy ranek siedzę w samochodzie, którym pokonujemy te prawie 300 kilometrów. Bo jakoś tak się złożyło, że nawet jeśli wracamy z naładowanymi bateriami i w całkiem niezłych nastrojach, to wkrótce otrzymujemy jakąś niezbyt przyjemną wiadomość. Nie zawsze oczywiście tak jest, ale ten raz, a potem drugi sprawił, że właśnie często podczas porannej podróży powrotnej odczuwam te "motyle w brzuchu" i bynajmniej nie są one spokrewnione z tymi, które wywołują przyjemne odczucie ekscytacji bądź euforii przed przyjemnymi zdarzeniami lub gdy się człowiek zakocha.
I dzisiaj też właśnie tak było. Konkretnych powodów niby nie miałam - tłumaczyłam to sobie tym, że być może w tym oraz następnym tygodniu rozstrzygnie się chociaż jedna istotna dla nas sprawa i po prostu już się tym lekko stresuję. Ale starałam się jednak to zignorować, bo przecież i tak niczego nie przyspieszę, dobrego nastroju też do reszty nie straciłam.
Franek odstawił mnie do pracy, ale niestety już po godzinie zadzwonił z tą właśnie niezbyt dobrą informacją :( Nastąpiło małe nieporozumienie, którego skutki niestety mogą być już większe, a chodzi o jego pracę. 
W normalnych okolicznościach (czytaj: jeszcze miesiąc temu) bylibyśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu spraw, ale że trochę sie od tamtego czasu zmieniło, to teraz jest to nam niekoniecznie na rękę. Gorzej, że na razie niewiele można zrobić, żeby cokolwiek sprostować, bo nie wiadomo, czy gra jest warta świeczki. Los trzyma nas teraz w szachu. Daje nam nadzieję na coś dobrego, ale nauczyłam się już w ostatnich miesiącach, że dopóki nie będzie konkretów, nie można się na nic nastawiać. Dobija mnie to czekanie! Zwłaszcza dziś, gdy okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo być biernym i można za to oberwać.
Nawet nie wiem, kiedy będziemy wiedzieć coś na pewno. Jutro Franek ma do załatwienia pewną sprawę, która przeciągnie się aż do czwartku. A i w czwartek nie wiadomo, czy już coś z tego wyjdzie, czy jeszcze trzeba będzie czekać.
Ale może przynajmniej jutro będziemy wiedzieć, na ile poważne konsekwencje może mieć ten dzisiejszy telefon. Tylko co z tego, bo jak się okaże, że poważne, to już chyba zupełnie zwariuję z tego stresu!

Nie mogę pisać na razie konkretnie. Nawet nie bardzo mam na to ochotę, bo wystarczy, że cały czas o tym rozmyślam, mimo usilnych prób zepchnięcia tematu na margines moich myśli - wszak i tak tym niczego nie przyspieszę.
Chciałabym tak, jak Franek.  Ja w takich sytuacjach tracę apetyt, chęć na przyjemności i dobry sen. Franek po prostu traci ochotę na zwyczajne funkcjonowanie - na przykład miał iść na duże zakupy, bo nic w domu do jedzenia nie mamy, ale mu się odechciało (co w sumie i tak idzie w parze z moją utratą apetytu) i po prostu... poszedł spać! Jak ja mu zazdroszczę tej umiejętności przesypiania stresów! Ja wtedy wręcz przeciwnie - spać dobrze nie mogę.
No i jeszcze to wredne stado ciem w moim żołądku (bo to jednak nie mogą być motyle), które teraz jeszcze bardziej się rozszalały... Długo z nimi nie wytrzymam.

środa, 29 stycznia 2014

Limit wyczerpany

Obiecałam sobie, że będzie dobrze. Że wszystko się ułoży. Że będę w to wierzyć mocno. Jak wiadomo, podejście to klucz do sukcesu, dlatego wierzyłam, że jak będę pozytywnie do wszystkiego nastawiona, to będzie mi jakoś lepiej - weselej, mniej stresująco. Działało - przez chwilę.
Teraz mam - albo mamy - bardzo złe dni :(
Bo niestety, ale nie jest mi łatwo wierzyć w to, że będzie tak dobrze, kiedy widzę, że Franek się męczy. Ja nie żałuję decyzji i nie żałuję tego, że tu jestem, a Franek chyba zaczyna. Ja z kolei zaczynam się zastanawiać, czy potrzebne było to, żeby faktycznie zwalniał się z Zielonej Firmy i tu przyjeżdżał na stałe? Było mu tam dobrze, a wcale nie było nam tak źle funkcjonować jako weekendowe malżeństwo. Oczywiście, że lepiej jest być ciągle razem, ale może cena była jednak za wysoka?

Chcę myśleć pozytywnie, chcę czuć się szczęśliwa. Ale potrzebuję trochę wsparcia ze strony Franka. Tymczasem on ostatnio jest mocno rozdrażniony i nie wiem, jak z nim postępować. Oczywiście nie chce ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak on się czymś martwi albo stresuje, to nigdy o tym nie mówi. Ja się staram, próbuję podejścia z jednej strony, z drugiej, ale nic nie wychodzi. Jest coraz gorzej. Nie sprawdza się nic, nawet skrajne postawy ignorowania albo odwrotnie - nadskakiwania. Wiem, że męczy go ta sytuacja, że nie wie co zrobić ze sobą i z nadmiarem wolnego czasu. Nie dziwię się temu. Chciałabym mu bardzo pomóc, ale nie wiem jak. To powoduje, że i ja się bardzo męczę i czuję się naprawdę źle, a mój optymizm całkowicie się ulatnia.

Nie chodzi o to, że się kłócimy albo mamy "ciche dni". Nic z tych rzeczy. Ale po prostu nie jest tak przyjemnie, jak chciałabym, żeby było. A to tworzy błędne koło - taka atmosfera powoduje, że ja się dołuję, kiedy się dołuję, atmosfera robi się jeszcze gorsza, a ja nie mogę powstrzymać łez, które z kolei denerwują Franka a to na poprawę nie wpływa. Nie wiem, jak to rozwiązać. Jest mi bardzo przykro i przytłacza mnie to wszystko. Powracają myśli, że jednak całkowicie wyczerpałam swój limit szczęścia.

sobota, 9 listopada 2013

Cisza nocna - ciąg dalszy




Uwaga! Będzie długo, bo sytuacja jest złożona. Czytacie na własną odpowiedzialność ;)
***
Niestety, wygląda na to, że nasi sąsiedzi to przypadek beznadziejny. W poniedziałek wieczorem, kiedy znowu wrócili po 22 i włączyli radio i telewizję, Franek zadzwonił do ich drzwi.  Ja przez ścianę słyszałam jakieś poruszenie i Franek też słyszał, że pod drzwi na pewno ktoś podszedł, ale mu nie otworzyli, mimo, że dzwonił ponownie i czekał dość długo.
Jednak odnieśliśmy wrażenie, że jest trochę ciszej. Zasnęliśmy, a kiedy przebudziłam się później, stwierdziliśmy, że jest naprawdę dużo lepiej. Następnego dnia byłam naprawdę w dobrym nastroju. Kto by pomyślał, że taki drobiazg może tak wpłynąć na człowieka. Ale niestety, mój optymizm okazał się przedwczesny, bo następnej nocy spałam łącznie może trzy godziny. Zasypiałam, budziłam się, zasypiałam, budziłam – średnio co godzinę. Aż w końcu obudziłam się o 3:40 i już do rana nie zasnęłam. O 6:40 muzyka przycichła. W środę byłam zmęczona i zdołowana. Franek postanowił, że tym razem zaczai się na nich pod drzwiami (praktycznie codziennie wracają o tej samej porze) jak będą wracać i z nimi pogada. Ale ja pomyślałam, że wcześniej zapytam innych sąsiadów, czy nie mają z tym problemu, bo wydawało mi się to niemożliwe! I dobrze mi się wydawało.

Sąsiadka, która mieszka bezpośrednio pod tym głośnym mieszkaniem od razu powiedziała, że owszem, przeszkadza im ta muzyka, zwłaszcza, że gra całą noc, ale już się do tego przyzwyczaili w ciągu tych dwóch lat, bo ci ludzie w momencie, gdy zwraca im się uwagę są agresywni i w ogóle zachowują się dziwnie. Opowiadała mi, że mieli z nimi nieciekawe przejścia, że dostawali do skrzynki pogróżki, że facet wlazł sąsiadce do domu i się awanturował, że oskarżał ją, że pali papierosy i jemu dym leci do mieszkania (ona mówi, że ma niemowlę w domu i ani ona ani nikt z domowników nie pali). Dodała, że ta muzyka to w zasadzie od niedawna jest, ale najgorsze są awantury, które się tam u nich odbywają, że się biją i wręcz sobą rzucają. (tego akurat nie słyszeliśmy – raz tylko słyszeliśmy jakąś krótką kłótnię, ale to akurat jak dla mnie o niczym nie świadczy, ja też jak się wkurzę to krzyczę). Że w ogóle to oni zwrócili im uwagę z powodu tego, że ta kobieta głośno się zachowywała podczas seksu oraz właśnie o krzyki i stukanie w rury i od tego się wszystko zaczęło.  Generalnie opowiadała mi dużo i dość chaotycznie, nie jestem pewna, czy wszystko dobrze zrozumiałam, ale pointa była taka, że oni się po prostu poddali, bo już nie mieli siły się użerać. Że ci ludzie po prostu nie są normalni, a już na pewno mają wszystko poprzestawiane jeśli chodzi o tryb życia.
Oczywiście po tym, co usłyszałam poczułam się jeszcze gorzej i postanowiliśmy, że Franek nie będzie z nimi rozmawiał, bo nawet jeśli będzie grzeczny, to się okaże, że będą zachowywać się jeszcze bardziej złośliwie. Zamiast tego zadzwoniłam do właścicielki właściwie tylko po to, żeby jej przedstawić sytuację. Ona się bardzo tym przejęła (co mnie zdziwiło, bo od jakiegoś już czasu jestem przyzwyczajona, że musimy sobie ze wszystkim sami radzić, bo właściciele mieszkania , nawet jeśli życzliwi, to zdecydowanie się nie interesują za bardzo mieszkaniem i naszymi problemami, tylko w mieszkaniu studenckim miałam właścicieli, na których można było liczyć w każdej sytuacji). Kiedy powiedziałam jej, że nie podejmujemy się rozmowy z nimi, bo się zwyczajnie boimy, to ona stwierdziła, ze w takim razie ona się w to musi włączyć i żebym dała znać, jak sąsiedzi wrócą do domu (nawet jak będzie późno) to ona z mężem przyjedzie i z nimi porozmawia.

Rzeczywiście tak zrobili – otwarto im drzwi (pewnie dlatego, ze byli w kurtkach, sąsiad nie wiedział, kto to) i rozmawiali dość długo. Właściciele powiedzieli, że mieszkają obok i grzecznie prosili o przyciszenie telewizora jeśli nie o 22, to chociaż o tej 23. Nie słyszeliśmy tej rozmowy, ale właściciele od razu po niej do nas przyszli i powiedzieli co i jak. Mówili, że ten sąsiad też się skarży na innych – właśnie na te papierosy i coś tam jeszcze. Że oni są rzekomo księgowymi (!!??) i pracują po nocach, więc, żeby nie zasnąć, puszczają telewizję i radio. Generalnie właściciel powiedział, że to są normalni ludzie i nie ma co się ich bać. Właścicielka natomiast chyba miała mieszane uczucia, powiedziała, ze nie są to ludzie jakoś specjalnie otwarci, ale dało się porozmawiać i jakoś się dogadali. Na tym stanęło. Jak to właściciele powiedzieli – oni zrobili pierwszy krok i teraz musimy poczekać na efekty, oni byli bardzo grzeczni i po prostu bardzo prosili o tę ciszę. Zobaczymy co będzie dalej. Ale właściciele dodali jeszcze, że w tej sytuacji zrozumieją, jeśli będziemy chcieli zrezygnować i godzą się na to (umowę mamy do końca sierpnia, a jeśli wyprowadzimy się wcześniej tracimy kaucję) bez żadnych warunków.

Tamta noc była... – po prostu błoga! Jak się kładliśmy, to coś tam było słychać, ale delikatnie. Zasnęliśmy i spaliśmy calutką noc, a rano obudziliśmy się wypoczęci i w doskonałych humorach. Wczoraj to dopiero byłam w dobrym nastroju, choć gdzieś tam z tyłu głowy miałam obawy, że... No właśnie. Nie pomyliłam się, bo znowu to okazało się krótkotrwałe i dzisiejsza noc już taka cicha nie była.  Ale i tak nie było najgorzej, bo telewizora rzeczywiście nie było słychać, tylko muzykę. Franek nie mógł zasnąć i ostatecznie położył się w drugim pokoju. Ja zasnęłam i spałam kilka godzin. Przebudziłam się koło czwartej i muzykę słyszałam, ale od razu zasnęłam i kiedy wstawałam o szóstej to była cisza. Nie wiem na ile było ciszej niż w inne dni, a na ile po prostu psychicznie się inaczej nastawiłam na tyle, że udało mi się w miarę spokojnie przespać tę noc.
Niemniej jednak rano obudziłam się dość zrezygnowana. A to nie koniec tej opowieści, bo rano, zupełnie przypadkiem spotkałam tego sąsiada! Wyszłam na korytarz po rower, który tam zostawiłam a facet akurat wychodził z domu. Ostrożnie powiedziałam „dzień dobry” a gdy mi odpowiedział (zawsze to coś), bardzo grzecznie, niemal uniżenie powiedziałam, ze wiem, że „ciocia” z nim już rozmawiała i dziękuję za to, że jest faktycznie ciszej, ale gdyby tak się jeszcze dało trochę muzykę przyciszyć. On mi na to, ze muzyki w ogóle by nie było, gdyby nie tupanie w mieszkaniu nad nimi i że już tym na górze zwracał uwagę i więcej do nich nie pójdzie, bo oni na pewno robią to złośliwie. A lepiej słuchać muzyki niż tego tupania. Zgodziłam się z nim, ale powiedziałam, że niestety u nas to słychać  - na co on, że to wina ścian, bo muzyka to już nie w tym pokoju sąsiadującym z nami (był już w połowie schodów, jak ja nie znoszę, gdy do kogoś coś mówię, a ten zamiast się zatrzymać to idzie!). Zdążyłam się jeszcze z nim zgodzić, ale mimo to powiedziałam, że chodzi o odrobinę cichsze słuchanie, bo przedwczoraj naprawdę było idealnie. Ale w zasadzie na to już mi nic nie odpowiedział, tylko coś tam mruknął w stylu „mhm” i już był na dole.

Cóż, jak widać, wygląda na to, że nic z tym się nie da zrobić. Nie wiem na ile ściszenie telewizora wynika z tego, że faktycznie dostosowali się do ustaleń z właścicielami i wzięli sobie prośby do serca, a na ile z ich kaprysu. Nie wiem, kto w tym wszystkim jest tym złośliwym, a kto agresywnym. Nie wiem, ile prawdy było w opowieści sąsiadki z dołu (nie sądzę, żeby miała ściemniać, ale chodzi o to, że może oni też nie byli w porządku i na przykład zwracali uwagę po chamsku lub robili awantury). Nie wiem, jacy to tak naprawdę ludzie. Prawda na pewno leży gdzieś po środku. Ale jest mi przykro, że ludzie robią sobie na złość a my na tym cierpimy. Staramy się być w porządku, a tak naprawdę nie wiem, czy mimo tego, że naprawdę byłam baardzo grzeczna, to czy na przykład nie wkurzyłam faceta. Nie był jakoś bardzo chamski, ale na pewno też nie nazwałabym go sympatycznym. Był może lekko opryskliwy, ale z drugiej strony nie odebrałam tego personalnie. Nie wiem nadal tak naprawdę jaki to człowiek i czy naprawdę ktoś wobec nich jest złośliwy, ale wiem, że to jednak nie jest normalne, żeby przez całą noc prowadzić dzienny tryb życia, przeszkadzając innym w odpoczynku. Praca pracą, ściany ścianami, ale cisza nocna ciszą nocną i najbardziej boli mnie ta bezradność, bo co niby możemy zrobić, skoro dobrej woli brak, a oni najwyraźniej mają gdzieś to, czy komuś przeszkadzają.

Nie wiem, co dalej. Dzisiaj znowu wyjeżdżamy, tym razem do Poznania i nie dowiem się, jaka pod względem głośności będzie dzisiejsza noc.
Podniosło mnie na duchu – bardzo – zachowanie właścicieli. To, że się zaangażowali w sprawę i że w razie czego moglibyśmy zrezygnować (chociaż ani trochę nie jest nam to na rękę, bo naprawdę wcale nie tak łatwo znaleźć fajne mieszkanie, ale przede wszystkim nie chce nam się już szukać i – najważniejsze – znowu się pakować, przewozić, rozpakowywać!).  Przynajmniej wiemy, że są w porządku. Od razu się lepiej poczułam, nawet wiedząc, że raczej nic nie wskórają. Spróbuję się psychicznie jakoś do tego pozytywnie nastawić – w sensie nauczyć się ignorować muzykę (wszak nie jest najgorzej, mogło być jakieś dudnienie, albo imprezy) i nie zakładać, że nie zasnę. Wczoraj już mi się to w dużej mierze udało, ale to trudne, bo gdy zbliża się wieczór, naprawdę czuję jak rośnie we mnie niepokój. Ale teraz już wiem jak to wygląda i przynajmniej pozbyłam się nadziei, że jak się pogada, to coś się zmieni... Kupię sobie stopery do uszu – może nauczę się jednak z nimi spać. Ostatecznie naprawdę przeniesiemy się chociaż na niektóre noce do drugiego pokoju, ale naprawdę nie chciałabym, bo przecież nie po to mamy dwa pokoje... Cóż, zobaczymy. Jakoś trzeba będzie przetrzymać tę sytuację.

Na pewno nie mam zamiaru popadać w konflikt z tymi ludźmi ani robić nikomu na złość – nawet w myśl zasady „oko za oko”. To nie w moim stylu – ani mi to humoru nie poprawi, ani problemu nie rozwiąże. Ktoś musi być mądrzejszy i wolę, żebym to była ja.

środa, 30 października 2013

Cisza nocna.

Tym razem mamy problem dużo bardziej prozaiczny w porównaniu do tych innych, z którymi musimy się borykać od jakiegoś czasu i na które niewiele możemy poradzić, tylko musimy się uzbroić w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.

Prozaiczny, ale niestety nie taki błahy, bo bardzo uciążliwy. Problem z sąsiadami. Nigdy nie miałam problemów ze snem. Zasypiałam szybko, budziłam się po ośmiu godzinach wypoczęta. W nocy czasami się na chwilę przebudzałam, czasami nie. Tymczasem od tygodnia - a dokładnie od ubiegłego poniedziałku, kiedy to po raz pierwszy spaliśmy w nowym mieszkaniu, nie przespałam spokojnie, bez stresu i przebudzania się ani jednej nocy. Franek tak samo. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej zmęczona i w sumie zmartwiona sytuacją, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli przejść nad tym do porządku dziennego. 

Tydzień temu napisałam notkę, ale nie opublikowałam jej ostatatecznie bez konkretnego powodu. Oto jej fragment: 

(...)sąsiedzi za ścianą niestety mają włączony telewizor non stop w dodatku na tyle głośno, że go słyszymy. Rozumiem, że ściany są cienkie, ale na pewno głośność jest ustawiona wyżej niż normalnie. Ubolewaliśmy z Frankiem nad tym, że ciągle nie możemy trafić na jakichś normalnych ludzi, którzy zachowują się w miarę cicho po 22giej! Ok, ja rozumiem, że nie każdy chodzi spać tak, jak my. Nie ma przymusu. Ale czy naprawdę nie można zachowywać się w miarę cicho? Już nawet nie chodzi o imprezy (choć to też musieliśmy czasami przeboleć - ale jeśli zdarza się od czasu do czasu, to się nie czepiamy, bo każdemu się należy) - ale o głośne rozmowy, telewizję, muzykę. Czy nie można trochę tego ściszyć skoro trwa cisza nocna? Nie rozumiem tych ludzi.  Ja wstaję o szóstej - czyli wcześniej niż wiele osób. Cisza nocna akurat się kończy, ale to nie znaczy wcale, że włączam radio i telewizor na cały regulator albo wydzieram się zamiast mówić do Franka. Powiedzcie mi (bo przecież wiele z Was chodzi spać późno) czy naprawdę nie da się późnym wieczorem i w nocy funkcjonować ciszej z poszanowaniem tych, którzy chcą spać? Ktoś może uznać, że się czepiam, bo w końcu ktoś sobie tylko telewizję ogląda (to z boku, bo z góry płynęła jakaś muzyka - nie żadna rąbanka, spokojna, nawet przyjemna - ale nie w momencie, gdy miesza się z Polsatem i wtedy, gdy chcę spać). Nie chcę, naprawdę nie chcę wyjść na czepialską (...)

Tak pisałam po dwóch nocach przespanych (albo raczej nie do końca przespanych) w nowym miejscu. W zasadzie nie podchodziłam do tego jeszcze do końca serio, byłam pewna, że tak się po prostu zdarzyło i chociaż doskwierało mi to, to myślałam, że może trochę się czepiam. Generalnie myślałam, że to zwykła sytuacja - dzisiaj wkurzają mnie sąsiedzi, ale za chwilę o tym zapomnę, bo to jednorazowa sytuacja. Ale teraz już tak nie myślę.
Sąsiedzi codziennie wracają do domu w okolicach 22giej. Mniej więcej pół godziny później włączają telewizor a chwilę później radio. Mam wrażenie, że im głośniej on nastawia telewizję, tym głośniej ona słucha muzyki (tak, bo okazało się, że ta muzyka to nie z góry płynie, tylko z tego samego mieszkania). 
Telewizja jest tak głośno, że słyszę dokładnie każde słowo! I ściany na pewno są cienkie, ale dla porównania napiszę Wam, że w tym samym czasie Franek siedzi w drugim pokoju i nie ma zamkniętych drzwi. Też ogląda TV, ale ja nie słyszę jego programu, tylko ten za ścianą! Mało tego - Franek w tamtym pokoju, który jest narożny i jego ściany nie sąsiadują z innymi mieszkaniami,również słyszy telewizję i muzykę sąsiadów!

Wiecie, to jest naprawdę nie do wytrzymania, bo o ile jestem w stanie zasnąć, to budzę się po godzinie i nie mogę zasnąć, bo jest jeszcze głośniej. Od czasu do czasu słychać jeszcze, jak do siebie krzyczą - a jest już po północy. Przysypiamy na chwilę, budzimy się znowu na przykład o drugiej i z ulgą stwierdzamy, że telewizja chyba wyłączona (choć nie zawsze), ale jest to ulga krótkotrwała, bo okazuje się, że muzyka cały czas jest na tyle głośno, że słychać dokładnie jaki to utwór. Śpimy, ale w tle cały czas słyszymy, że jest głośno, więc nie jest to mocny sen. Przebudzamy się o czwartej, a sytuacja jest bez zmian.
Wczoraj uciszyło się o szóstej. Dziś parę minut po piątej. Czy to jest normalne??

Zawsze mieszkałam w bloku i zawsze to sobie chwaliłam. Nie marzę o własnym domu,   a to, że czasami słychać sąsiadów po prostu akceptowałam jako wadę, ale nie taką, żeby obrzydziła mi to mieszkanie (piszę to, bo nie chciałabym, żeby niechcący dyskusja pod postem sprowadziła się do wyższości mieszkania nad domem i na odwrót, bo uważam, że jedno i drugie ma wady i zalety, a co kto wybiera zależy wyłącznie od subiektywnych predyspozycji, przyzwyczajeń i oczekiwań :)). Różne bywały sytuacje, sąsiedztwo bywało mniej lub bardziej uciążliwe. Wkurzaliśmy się czasami na głośną muzykę, albo studentów zbiegających z góry (to w Poznaniu), ale zazwyczaj były to sytuacje sporadyczne, o których wiedzieliśmy, że się skończą np około trzeciej, albo po prostu wiedzieliśmy, że akurat ktoś ma urodziny. 
Zdajemy sobie sprawę z tego, że chodzimy spać stosunkowo wcześnie i nie mieliśmy wielkich pretensji nawet, gdy ktoś zachowywał się dość głośno do północy. Ale tym razem jest inaczej - po pierwsze dlatego, że to trwa calutką noc, po drugie dlatego, że to nie jest jakaś tam okazja, ale wygląda na to, że taki zwyczaj mają ci ludzie. Wracają późno i nie oglądając się na innych włączają i radio i telewizję. Rozumiem, że można oglądać/słuchać nawet całą noc, ale przecież można to robić trochę ciszej. Tymczasem głośność jest na pewno wyższa od standardowej, bo kiedy wyjdzie się na klatkę schodową, wszystko słychać. Kiedy my mamy włączone radio, to ledwo słychać je w kuchni... A w nocy wszystko przecież jeszcze bardziej się niesie.

Franek wczoraj próbował dotrzeć do tych ludzi, ale nie otworzyli mu - nie wiem, czy nie słyszeli pukania, czy nie chcieli otworzyć... Dzisiaj wyjeżdżamy na kilka dni (i nocy), więc odpuścił, ale po weekendzie będzie już dzwonił dopóki mu nie otworzą albo zaczepimy ich na korytarzu w momencie, gdy będą wracać do domu (zawsze to słyszymy).
Nie chcemy żadnych konfliktów, nie chcemy się czepiać. Nigdy w zasadzie nie zwracaliśmy uwagi sąsiadom, nawet jak coś nas denerwowało, bo w dużej mierze hołdujemy zasadzie "wolnoć Tomku w swoim domku", ale to już naprawdę jest trudne do zniesienia. Chcielibyśmy załatwić to polubownie, ale boję się, bo nie wiem co to za ludzie, a zachowują się w moim odczuciu trochę dziwnie. Zwłaszcza, że raz Franek spotkał sąsiadkę na korytarzu i nie odpowiedziała mu na powitanie.
Druga kwestia, która mnie dziwi i powoduje, że czuję się jeszcze gorzej to fakt, że właścicielka mieszkania (notabene zaoferowała, że jako właściciel zadzwoni po straż miejską, gdyby nie udało nam się tego załatwić) mówi, że nikt jej się nigdy na to nie skarżył. Zastanawia mnie też, że innym sąsiadom to nie przeszkadza.

Czy to my jesteśmy jacyś nienormalni? Przewrażliwieni? W gorszych momentach zaczynam tak myśleć. Ale powiedzcie, czy tak powinno być, że o godzinie 3 nad ranem jestem we własnej sypialni i dokładnie słyszę każde słowo filmu, który ogląda sąsiad i wiem, jakiej piosenki słucha sąsiadka?? (bądź na odwrót, ale tak przyjęliśmy sądząc po natężeniu ich głosów, gdy ze sobą "rozmawiają")

Musiałam się chyba trochę wyżalić. Wiem, że ludzie mają większe problemy (sami takie mamy!) i nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego może stanowić kłopot. Ale nigdy dotychczas nie miałam sytuacji, żebym nie mogła spokojnie przespać kilku nocy z rzędu, żebym nie mogła zaznać ani chwili ciszy w godzinach 22-6. Codziennie jestem bardziej zmęczona.

piątek, 18 października 2013

Bez świętowania

W tym roku nie świętowaliśmy. Oczywiście złożyłam Frankowi życzenia urodzinowe, a dziś imieninowe. On mi wczoraj również. Prezenty też były, ale nastrojów do świętowania nie mamy na pewno. Moje imieniny i tak obchodzone są właściwie bardziej przez rodzinę Franka niż przeze mnie - wczoraj, kiedy Asystent stanął przede mną z czekoladkami i różą pomyślałam sobie, że chyba Dzień Kobiet jest i ja zapomniałam. Naprawdę! Dopiero po chwili spojrzałam w kalendarz i pamięć mi wróciła. 
Tak więc nie przeszkadza mi, że nie świętowaliśmy imienin. Ale żal mi trochę urodzin Franka. Okrągłych. Wydawałoby się, że powinny być obchodzone huczniej. Z drugiej jednak strony, on nie przywiązuje do tego takiej wagi i wcale mu to nie przeszkadzało, więc to trochę łagodzi mój żal.
I tak wczoraj o dziwo poczułam się nieco lepiej. Najpierw się rano wypłakałam, ale później było mi nieco raźniej, choć właściwie nie wiem dlaczego. Tyle dobrze. Ale i tak świętować ochoty nie miałam.
Być może w weekend uczcimy tę okazję. Przyjeżdżają teściowie, przyjeżdża mój wujek i dziadek. Ale nie wiem, jak to będzie, bo przyjeżdżają przede wszystkim pomóc nam w przeprowadzce. To znaczy rodzice Franka mieli i tak przyjechać - właśnie na nasze urodziny i imieniny, ale teraz już wiadomo, że przede wszystkim będziemy się przenosić.
Mamy już spakowaną większość rzeczy. Zostały nam ubrania, buty, kosmetyki i naczynia - czyli rzeczy, których po prostu cały czas używamy. Całą resztę przewieziemy jutro. W niedzielę byc może dowieziemy część tego, co jest potrzebne na bieżąco - a może już wszystko. Nie wiem po prostu od kiedy zamieszkamy w nowym miejscu. Umowę mamy od przyszłego piątku, ale klucze już dostaliśmy - więc możemy mieszkać, tylko będziemy musieli już za media płacić. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak rozliczymy się z właścicielką obecnego mieszkania - musi nam oddać kaucję, oraz część opłaty za wynajem - proporcjonalną do przemieszkanych dni. Ale Franek chce uciekać jak najszybciej, więc pewnie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od poniedziałku już będziemy w nowym miejscu.
Mieszkanie to tak naprawdę nie jest aż tak wielkie zmartwienie (choć trochę też, ale o powodach tego innym razem) - zdecydowanie do przełknięcia. To praca cały czas mnie niepokoi. Właściwie myślę, że musimy liczyć się z tym, że Franek do końca roku nie popracuje i już w listopadzie dostanie wypowiedzenie. Po L4 poszedł w poniedziałek do pracy i chociaż wytrzymał, to plecy go bardzo bolaly. Zapewne trochę ze względu na niedoleczenie, ale w dużej mierze też z powodu stresu. We wtorek wstał do pracy bardzo zestresowany. Nie widziałam go jeszcze nigdy w takim stanie. Plecy bolały go tak bardzo, że w końcu zadzwonił do pracy, że nie da rady przyjść i musi iść do lekarza. 
Lekarz dał mu skierowanie na RTG i do neurologa. Dodał też, że to jest poważna sprawa i dziwi się, że Franek miał zwolnienie tylko na tydzień (to był inny ortopeda niż ostatnio) - i że w ogóle nie powinien był iść do pracy w poniedziałek, bo mógł bardzo pogorszyć sprawę. Franek zwolnienie ma do 29 października. Wychodzi na to, że w tym miesiącu będzie w pracy trzy dni. Prezes był bardzo uprzejmy i wyrozumiały. Mówił Frankowi, że zdrowie jest najważniejsze i że ma się nie przejmować. Ale cóż... Nie zdziwi nas, jeśli 30 wręczą Frankowi wypowiedzenie. Myślę, że to bardzo prawdopodobne. 
Zresztą sama nie wiem, co mnie bardziej martwi - świadomość tego, czy może fakt odwlekania nieuniknionego, bo przecież od stycznia i tak tej pracy nie będzie, a do tego czasu Franek osiwieje z powodu stresu, a ja razem z nim.

Nie chcę jęczeć tu i marudzić. Nie lubię tego, ale po prostu trudno jest mi znaleźć ostatnio powody do radości. A jeszcze trudniej jest przecież pisanie wesolutkim tonem o tym wszystkim, co powyżej, skoro wesoło wcale nie jest.
Dalej jestem rozdarta jeśli chodzi o pisanie. Umówmy się, że nie będę się ani zarzekać ani niczego obiecywać.

środa, 9 października 2013

I gorzej.

Ciesz się człowieku, chwytaj się każdej drobnej dobrej wiadomości. Bierz ją za dobrą monetę, podsycaj w sobie nadzieję, wmawiaj sobie, że przecież musi być dobrze. Tak właśnie żyjemy od dobrych kilku miesięcy z Frankiem, bo w przeciwnym wypadku już dawno byśmy zwariowali i załamali się pod ciężarem ciągłych złych wiadomości ciężkiego kalibru.
Widzicie zresztą, że wyliczam tutaj najmniejsze informacje, które w jakiś sposób wydają mi się pozytywne. Nawet kiedy nie są jeszcze potwierdzone, szukam oznak dających mi nadzieję. Nie cieszę się na wyrost, żeby się potem nie rozczarować. Ale tym razem się mocno przeliczyliśmy.

Franek dostał umowę, ale tylko na trzy miesiące. Potem ma szukać nowej pracy. O my naiwni! Uwierzyliśmy, że skoro wydają kasę na strój roboczy, dają mu kartę do przychodni medycznej i obiecują podpisanie umowy, to będzie to na tych samych zasadach, na jakich umawiali się półtora miesiąca temu. A mowa była, że po okresie próbnym albo go biorą na stałe (umowa na czas nieokreślony) albo wcale. Dlatego się tak stresowaliśmy i dlatego cieszyliśmy się, kiedy okazało się, że ma chodzić nadal do pracy. A dzisiaj z samiutkiego rana obuchem w łeb.
Gdybyśmy się o tym dowiedzieli tydzień temu, to byśmy się nawet ucieszyli - bo mając do wyboru utratę pracy już albo za trzy miesiące, cieszylibyśmy się z tego, że Franek ma trzy miesiące na znalezienie czegoś nowego. Ale teraz rozczarowanie trochę nam przyćmiło powody do zadowolenia. Bo dlaczego Prezes nie mógł mu już w piątek powiedzieć, że umowa owszem będzie, ale nie na stałe?! Oswoilibyśmy się z tą myślą, przełknęlibyśmy to, bo przecież spodziewaliśmy się takiej sytuacji. A tak byliśmy karmieni głupią nadzieją. W ogóle miało być tak, że po okresie próbnym wynagrodzenie brutto będzie wyższe, że zrobią Frankowi kurs na wózki widłowe... No miało.

Podobno przed Frankiem na tym stanowisku były już dwie osoby (a nam mówiono, że jest nowo utworzone), więc może po prostu polityka Prezesa jest taka, żeby zatrudniać na krótko za małe pieniądze. Poza tym od stycznia jest tam zdecydowanie mniej pracy, więc może od początku taki był zamysł. Ale to tylko plotki, więc nie chcę na ślepo dawać im wiary. Prezes znał naszą sytuację, więc trochę trudno mi uwierzyć w to, że ściągałby tu Franka wiedząc, że to tylko na parę miesięcy. My wiedzieliśmy, że to nic pewnego, bo jasno było powiedziane, że jak się Franek nie sprawdzi, to go nie zatrudnią na dłużej. Nadal twierdzę, że Prezes nie jest taki zły - w jakiś sposób przecież nam jednak pomógł. Ale chodzi mi o ten ostatni tydzień! Dlaczego zwodził Franka? Dlaczego nie mógł mu jasno powiedzieć co i jak, dając złudne nadzieje? Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. I nic nie wiem.

Bo to możliwe, że Franek się po prostu nie nadawał (choć z drugiej strony trochę nie rozumiem, czego się spodziewali wiedząc, że zatrudniają kogoś, kto nie miał nic wspólnego z takim rodzajem pracy oraz dlaczego nie dali mu zbyt wiele czasu do przyuczenia się) To nie była jego wymarzona praca, bardzo się w niej stresował i to nie było dobre. Atmosfera z powodu niektórych osób też była taka sobie i w sumie wiedziałam, że na dłuższą metę Franek tam nie wytrzyma i że tylko te wolne weekendy go do niej przekonują. Ale mimo wszystko jakaś praca to była. A teraz jej nie będzie.

A ja coś podświadomie czułam, że to chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe :( Ale nie dopuszczałam tej myśli do glosu. Chyba już po prostu wyćwiczyłam się w ignorowaniu tych przykrych i niepewnych wiadomości na tyle, na ile to możliwe.
Gdyby chociaż sytuacja w mojej pracy była pewna! Nie martwilibyśmy się tak. A tu może się okazać, że oboje zostaniemy na lodzie. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Ta niepewność naprawdę jest straszna.

Dzisiaj to mi się po prostu chce już ryczeć. Bo człowiek się stara nie zamartwiać, stara się wierzyć, że będzie dobrze, stara się nie poddawać. Chwyta się najmniejszych pozytywów i rozdmuchuje je, żeby było z czego się cieszyć i na czym opierać nadzieję. A teraz zła jestem, że się daliśmy nabrać, że się cieszyliśmy w ostatnich dniach.

Ja wiem, że to jeszcze nie jest najgorsze, bo jednak te trzy miesiące dalszego zatrudnienia to jest coś. Ale nic nie poradzę na to, że jest mi smutno i że nadal strasznie boję się o naszą przyszłość.

czwartek, 3 października 2013

Dobrze i źle

Czyli jednym słowem, nic nowego. Ciągle dobre wiadomości przeplatają nam się ze złymi. Tak, ja wiem, że w życiu o to chodzi, tyle, że rzadko zdarza się, żeby te wiadomości miały taką wagę i na które czekamy siedząc jak na szpilkach.
Wspominałam już, że Zielona Firma nie obciążyła Franka karą finansową i to była naprawdę dobra informacja. Druga - też dobra - jest taka, że chyba Franek ma prawie umowę o pracę przedłużoną. Dlaczego chyba i prawie? Bo już trzeci dzień żadnej nowej umowy nie podpisał (a poprzednią miał do poniedziałku), a do pracy chodzi i nikt mu nie kazał przestać. W dodatku dali mu imienną kartę do placówki medycznej, z którą firma ma umowę i wzięli namiary na strój roboczy. Franek od wtorku nie może złapać prezesa, a kiedy w końcu złapał kadrową, ta mu powiedziała, że musi poczekać, bo prezes chyba dopiero w przyszłym tygodniu znajdzie chwilę, a musi z nim porozmawiać, ale że Franek ma się nie martwić. No to chyba dobrze. Ale tak naprawdę nie znamy żadnych warunków i nie wiemy nic na pewno.
W dodatku prawda jest taka, że ta praca nie podbiła serca Franka. Jest bardzo stresująca, odpowiedzialna i dość męcząca. Franek ma praktycznie kierownicze stanowisko, a nigdy nie miał takich aspiracji i wręcz woli wykonywać rozkazy niż je wydawać - ale i tak idzie mu całkiem nieźle. Ale poprzednią pracę naprawdę lubił a tą po prostu szanuje. Pocieszające jest to, że Niezielona Firma w Warszawie cały czas ma ogłoszenia, że potrzebuje ludzi, więc w razie czego mamy jakąś opcję, chociaż Franek nie zna topografii stolicy i to go na razie trochę zniechęca. Ale głównym powodem, dla którego chcemy, żeby on się trzymał obecnej pracy są po prostu wszystkie weekendy i święta wolne. I regularne godziny pracy (chociaż nigdy chyba nie pojmę jak to jest, że Franek bez problemu wstawał o 3 a o 6 trzeba go siłą wyciągać z łóżka). Nie no, te wolne weekendy są po prostu nie do pobicia na chwilę obecną...
A teraz ta zła wiadomość - no więc Franek dzisiaj wstał połamany. Bolą go plecy i ból promieniuje do nogi (ale to nie rwa), w pracy wytrzymał całe pół godziny i pojechał do lekarza. Na drugi koniec miasta, bo dzisiaj ortopeda tylko tam przyjmował. Franek jako rodowity Poznaniak nie zdawał sobie sprawy, że tutaj drugi koniec miasta oznacza minimum dwie godziny podróży a to i tak przy doskonałym połączeniu... A musiał obrócić dwa razy, bo lekarz się pomylił i wpisał zły NIP. Od 7:30 do 14:30 jeździł więc sobie wte i wewte po Warszawie. Dostał antybiotyk i L4 do końca przyszłego tygodnia. I skierowanie na rehabilitację, jeśli mu nie przejdzie po sześciu dniach. No i to zwolnienie trochę nas niepokoi, bo jak to wygląda, że nowy pracownik i już na L4 wylądował? Franek nie ściemnia i gdyby nie to, że musi w tej pracy często się schylać i dźwigać, to nie byłoby problemu. Powiedział nawet, że zobaczy po weekendzie i jak będzie się dobrze czuł, to przyjdzie. Ale wiadomo, że z kręgosłupem to nie ma żartów, więc szarżować nie będzie mógł. Mam nadzieję, że szefostwo będzie jednak wyrozumiałe i nie będzie się doszukiwało przekrętów.
No dobra. Starczy tych złych wiadomości na dzisiaj. Czas najwyższy spać! :)

A wiecie, posprzeczaliśmy się dzisiaj z Frankiem o nasze dziecko. Nie, nic Was nie ominęło :P Nadal nie mamy żadnego. Ale nie przeszkadzało nam to w tym, żeby się pokłócić o to, jak byśmy postąpili w pewnej kwestii. Dodam jeszcze, że dziecko o które się pokłóciliśmy chodziło już do szkoły :D Powiedzmy, że ostatecznie doszliśmy do porozumienia, choć obawiam się, że pogląd mój i mężowski są trochę odmienne. Będziemy musieli popracować nad zgodnością i konsekwencją rodzicielską, ale myślę, że zaczniemy ćwiczyć dopiero jak jakiś bachorek (naprawdę proszę się nie oburzać, to w naszym wydaniu jest forma pieszczotliwa) faktycznie się u nas pojawi, a na razie na to się nie zanosi.