Mówi
się, że kobieta zmienną jest. Cóż, wygląda na to, że jestem prawdziwą
kobietą, bo od wczoraj znajduję się w stanie euforycznej radości. Hihi.
Nie no może przegięłam, ale ogólnie dobrze jest. A właściwie to już w
sobotę mi się poprawiło. Pojechaliśmy z Frankiem zrobić świąteczne
zakupy. Potem on zaczął się szykować na urodziny kumpla a ja zasiadłam
do uzupełnienia mojej prezentacji. Zostały mi tylko jakieś cztery zdania
wstępu i „pytania do publiczności” dotyczące tematu. Z drugim nie było
problemu natomiast jeśli chodzi o wstęp zaczynałam dostawać wścieklizny!
Dopadł mnie całkowity brak weny. Olałam sprawę i poszłyśmy z Elą
(współlokatorka numer dwa :)) na Stary Rynek na drinka. Przesiedziałyśmy
tam i przegadałyśmy ponad dwie godziny. A w niedzielę punktualnie o
8:30 rozpoczęłam prezentować…
Ocena
prezentacji wygląda w ten sposób, że wykładowca przyznaje punkty od 0
do 10 za fonetykę, słownictwo, gramatykę i fluency (niby chodzi o
płynność wypowiedzi, ale nie tylko o to, czy się prezentujący zacina
jąka i za długo zastanawia, ale również o sposób ujęcia tematu,
spójność, stopień przygotowania – ja bym to nazwała wrażenie
artystyczne:)). Potem wyciąga średnią. Żeby zaliczyć trzeba dostać 6
punktów. Dostałam 9

Ale najbardziej cieszyłam się z tego, że facet rozpłynął nad moją
prezentacją, stwierdził, że właśnie o takie prezentacje mu chodzi i że
byłam świetnie przygotowana. Dostałam 10 punktów za fluency i słownictwo
(stwierdził, że go powaliło zupełnie). Jeśli chodzi o konstrukcje
gramatyczne skwitował je jednym zdaniem „That was incredible”, a potem
dodał, że jak ktoś mnie kiedyś usłyszy, to od razu będzie wiedział, że
jestem z IFA w Poznaniu :). Ale chociaż używałam licznych zaawansowanych
struktur gramatycznych, popełniłam kilka błędów, których nie powinnam
była popełnić i dlatego dostałam 9. Za fonetykę dostałam 8 punktów,
czyli jak dla mnie – świetnie. Z fonetyką zawsze miałam problem, po
prostu nie mam tego daru… Kiedyś nawet oblałam egzamin przez wymowę. Ale
ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam. Aż sobie gardło zdarłam od takiego
gadania po kilka godzin dziennie po angielsku. I chyba rezultaty są, bo oto nareszcie usłyszałam, że brzmię po amerykańsku!!! To mnie ucieszyło
najbardziej! Wykładowca stwierdził, że mój angielski jest bardzo dobry,
akcent jest w porządku, doradził tylko żebym się skupiła na
nieakcentowanych sylabach – a właściwie na jeszcze wyraźniejszym
nieakcentowaniu ich :)Podsumowując stwierdził, że prezentacja była na
bardzo wysokim poziomie i gdyby nie te drobne błędy gramatyczne
dostałabym 10 pkt. Ale ja się cieszę, że ich nie dostałam, bo w lutym
jeszcze jedna prezentacja mnie czeka i bałabym się, że nie sprostam
wymaganiom jakie stawiałoby się osobie z najwyższą liczbą punktów. Poza
tym uważam, że jest u nas w grupie osoba, która jest ode mnie lepsza a
również dostała 9 pkt więc, to nie byłoby do końca fair. W każdym razie
cały wczorajszy dzień byłam cała w skowronkach. Ocena oceną, ale
najbardziej cieszę się, ze zostałam doceniona. Włożyłam w tę prezentację
mnóstwo pracy, spędziłam całe godziny ćwicząc fonetykę i opłaciło się.
Amen. 
