*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współlokatorki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współlokatorki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 sierpnia 2010

Studenckie mieszkanie.

Przeczytałam dzisiaj na Onecie tekst o castingach na współlokatorów. Albo na lokatorów. W ogóle temat ostatnio jest na czasie, bo już kilka reportaży w telewizji widziałam, również o tym co się dzieje w tej kwestii w samym Poznaniu. I przyznam, że to wszystko jest dla mnie totalną abstrakcją. Wierzę, że tak jest, ale mimo wszystko wydaje mi się to absurdalne. Przyznam, że miałam wyjątkowe szczęście od samego początku w związku z mieszkaniem. (Przynajmniej tym w Poznaniu, bo hiszpańskie mieszkanie to już inna bajka :))

Większość moich znajomych z liceum i nie tylko na studia wybierała się do Wrocławia. Tylko ja, Dorota i jeszcze jeden kolega z klasy wybrał Poznań. Kiedy dostałam się na uczelnię w Pyrlandii i dowiedziałam się, że Dorota też będzie tu właśnie studiować, skontaktowałam się z nią i umówiłyśmy się, że poszukamy mieszkania razem. Jak powiedziałyśmy, tak zrobiłyśmy, kilka dni później wybrałyśmy się nocnym pociągiem w czterogodzinną podróż do Poznania. Jechałyśmy zupełnie w ciemno. To nie były jeszcze czasy, kiedy byłyśmy specjalnie zaznajomione z internetem, nie miałyśmy żadnej gazety z ogłoszeniami. Po prostu wysiadłyśmy na dworcu i na piechotę (przyzwyczajone byłyśmy, że się wszędzie chodzi, komunikacja miejska to było niemal jak UFO ;)) poszłyśmy w jedyne miejsce gdzie byłam w stanie trafić z pamięci – na moją uczelnię. Tam wyciągnęłyśmy mapę, zaznaczyłyśmy obszar, który nas interesuje – czyli wszędzie miało być blisko :) Obszar był naprawdę niewielki i obejmował raczej centrum. Zerwałyśmy kilka ogłoszeń (wiem, wiem, nieładnie, ale nie chciałyśmy konkurencji :)), zaopatrzyłyśmy się w kartę telefoniczną (bo z komórki to jeszcze drogo wychodziło :)) i zaczęłyśmy dzwonić. Umówiłyśmy się w czterech miejscach.

Pierwsze – stancja, mieszkanie ze starszym panem (tak po siedemdziesiątce). Chyba miał nadzieję, że pomożemy mu z gotowaniem, sprzątaniem i takie tam. Kiedy zapytałyśmy, czy mogą nas odwiedzać znajomi odpowiedział: „no tak, czasami jakaś siostra albo mama, no bo chłopaki to nieee, oczywiście, że nie”… Pożegnałyśmy się i dość szybko zdecydowałyśmy, że tam nie chcemy mieszkać :)
Drugie miejsce było mieszkaniem studenckim. Oprócz nas mieszkałoby tam chyba pięć osób, łazienka, kuchnia do podziału. Dla nas jeden pokój, tylko zupełnie nieumeblowany. Nawet bez łóżka. Napaliłyśmy się strasznie, bo nam się spodobało (nie wiedziałyśmy chyba co oznacza takie mieszkanie :)) Już prawie się zdecydowałyśmy. Ale pojechałyśmy dalej.
Tyle, że w trzecie miejsce nie dojechałyśmy, bo nie wiedziałyśmy co to znaczy po poznańsku „nadusić” :)) Ale to jest do opowiedzenia przy innej okazji.
Od razu pojechałyśmy w czwarte miejsce.

I tam zostałyśmy. Dorota przez następne pięć a ja sześć lat.

Mieszkanie dwupokojowe, dość dobrze wyposażone niemal w centrum. Dorota na swoją uczelnię miała 10 minut piechotą lub jeden przystanek tramwajem. Ja, odpowiednio – 20 lub 4 :) Lokal co prawda nie był urządzony nowocześnie, ani nawet niezbyt ładnie – ot, każda szafka z innej parafii :) Ale było swojsko, domowo, właściciele byli w porządku (wszystko dla nas załatwiali, co tylko było nam potrzebne, łącznie z pralką) i było tanio. Od razu się zdecydowałyśmy. O 15tej już wracałyśmy do Miasteczka. W ogóle się nie zmęczyłyśmy, nie zdołowałyśmy fatalnymi warunkami, czy cenami z kosmosu. Szybko, łatwo i przyjemnie znalazłyśmy mieszkanko na kilka następnych lat.

Mieszkanie miało dwa pokoje, my chciałyśmy mieszkać w jednym no i na nas dwie cena była dość wysoka, więc trzeba było znaleźć kogoś do drugiego pokoju. Przez sześć lat obeszło się bez castingów. Przez dwa lata mieszkała z nami Ola, kolejne dwa Asia i ostatnie – Ela. Wszystkie były moimi bliższymi lub dalszymi znajomymi. O współlokatorkach w zasadzie też mogłabym napisać osobną notkę, więc teraz powiem tylko, że żyło nam się razem całkiem dobrze. I nie wiem, czy to kwestia szczęścia, czy tego, że po prostu byłyśmy bezkonfliktowe i tolerancyjne wobec swoich dziwactw mniejszych i większych.

Jeśli chodzi o moje obecne mieszkanie, to już wiecie, że również go nie szukałam, tylko w zasadzie ono znalazło mnie :) Nie wiem nic o tych wielotygodniowych poszukiwaniach, wrednych właścicielach, cenach z kosmosu, fatalnych warunkach, nieznośnych współlokatorach… Poszukiwanie mieszkania i późniejsze mieszkanie w nim było (i jest) dla mnie po prostu sielanką. Szczęściara ze mnie :) 

  ***
Nic jeszcze nie wiadomo. Siostra leżała sama w sali pooperacyjnej, więc na chwilę wpuścili do niej moich rodziców. Była przytomna, ale bardzo wycieńczona po narkozie. Nic nie wiadomo – lekarza już nie było, a ona wcześniej nie była w stanie o nic pytać. Nie wiemy jak wyglądał zabieg (choć kobiety, które z nią leżały na sali mówiły, że operacja była dość krótka) i co dalej. Może jutro. Nadal proszę o wsparcie i dziękuję za to wszystko, co już od Was dostałam :*

sobota, 1 sierpnia 2009

I już...

… wyprowadziła się:( Dorota w sensie. Od wczoraj pomagałam jej przenosić rzeczy. No i godzinę temu opuściła mnie na dobre. Szukała kawalerki, ale nie mogła nic znaleźć i ostatecznie zamieszka z naszą wspólną koleżanką z liceum, która przyjechała z Miasteczka do Poznania… Dobrze, że mieszkanie znalazły dwa bloki dalej, nie jest to aż tak drastyczne rozstanie. Zresztą za chwilę do nich wychodzę, żeby nie siedzieć samej wieczorem w domu (bo Franek umówił się z bratem na coś w rodzaju wieczoru kawalerskiego) Ale mimo wszystko.. smutno trochę. Pięć lat mieszkałyśmy w jednym pokoju… to jednak kawałek czasu… Pocieszam się na przykład tym, że teraz będę miała więcej miejsca na półkach:) Ale ściany puste… przydałby się jakiś fajny kolorowy obrazek. Ehhhhhh
I wiecie co jeszcze? Przyznam się do czegoś. Ja się zwyczajnie boję sama spać… Jak Ela jest w pokoju obok, to nie ma problemu, ale jak jestem sama w domu, to ciężko jest. Zasnę co prawda, ale mój sen jest bardzo czujny, budzę się co chwilę i jakaś taka nerwowa jestem. I za nic w świecie nie odwrócę się tyłem do drzwi, a ile można spać na jednym boku? Franek niestety nie zawsze będzie mógł przychodzić do mnie spać. No dobrze, dosyć tego marudzenia. Czas dorosnąć nie?
A na koniec jeszcze jeden bukiecik:
 
Wczoraj w pracy dostałam. Znowu.. Tym razem bez okazji. I nie tylko od chłopaków, ale również od pani, która jest pomocą kuchenną. Nie no, to jest strasznie miłe, uwielbiam kwiatki, ale to się robi podejrzane :) Czego oni ode mnie chcą?? :))

wtorek, 28 kwietnia 2009

Mieszkaniowy problem

No dobra, to ostatnio było sielsko i anielsko a dzisiaj czas porozmawiać o problemach. Muszę przestać udawać, że na stole nie ma wielkiego słonia – że się tak posłużę idiomem angielskim… Problem mam już tak naprawdę od dobrych dwóch miesięcy, ale omijałam myślenie o nim jak tylko się dało. I nie tylko ja, podobnie robiła Dorota, której sprawa również dotyczy. 

Dorota postanowiła się wyprowadzić. A właściwie konkretniej chodzi jej o to, żeby mieć własny pokój Skończyła studia i nie wiem co zamierza dalej, ani nie wiem tak do końca dlaczego chce się wyprowadzać. Oficjalna wersja jest taka,że nie mieści się ze swoimi rzeczami. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo mamy tylko po jednym segmencie i po połowie szafy a przez pięć lat trochę się mogło tego nazbierać. Nie wiem czy jest jakaś wersja nieoficjalna… Może chce się jeszcze bawić (bo ostatnimi czasy się bardzo rozrywkowa zrobiła) a ja jej sprawy nie ułatwiam chodząc spać przed 23 i wstając o 6. Chociaż kiedy nie wychodzi, nieraz kładzie się spać nawet przede mną, więc nie jestem taka pewna, że rzeczywiście o to chodzi. Może chce mieć więcej swobody, albo coś zmienić w swoim życiu… Nie wiem, pomysłów jest dużo… A może wcale nie ma żadnej wersji nieoficjalnej. W każdym razie, powiedziała, że chciałaby mieszkać ze mną nadal, tylko w osobnych pokojach. I mamy problem. 

Najbardziej pasowałoby nam nie zmieniać mieszkania. Mamy świetną lokalizację i czujemy się tam po pięciu latach świetnie. Ale jest jeszcze Ela, której nie możemy przecież „eksmitować”, mimo, że mieszka dopiero od roku z nami. Tak się po prostu nie robi. Z Elą sprawa wygląda tak, że ona uczy się  w jakimś studium, zajęcia ma w weekendy, dość nieregularnie. Nie pracuje. Często więc jest tak, że przyjeżdża w czwartek, zostaje do poniedziałku i wyjeżdża na dwa tygodnie. Mniej więcej połowę miesiąca jej w ogóle nie ma. Miałyśmy taką cichą nadzieję, że ona stwierdzi, że jej się nie opłaca po prostu wynajmować to mieszkanie, wtedy zostałybyśmy we dwie na dwóch pokojach. Niestety przeprowadziłyśmy z Elą rozmowę i ona o wyprowadzce nie myślała. I teraz każda z nas ma problem. Ja jednak skupię się tylko na moim dylemacie. Opcje są dwie – albo zostaję z Elą na starym mieszkaniu, albo przeprowadzam się z Dorotą. Ela jeszcze wspomniała o poszukaniu mieszkania z trzema pokojami, ale opcja szybko odpadła kiedy zobaczyłyśmy jakie są ceny wynajmu…
Nie wyobrażam sobie mieszkać bez Doroty. Nie i już. Eli prawie nie ma w Poznaniu, a nawet jeśli jest, to przeważnie siedzi zamknięta w pokoju. Boję się, że będę miała permanentnego doła spowodowanego brakiem Doroty. Ja nawet nie lubię sama spać w pokoju… Teoretycznie więc powinnam się wyprowadzić razem z Dorotą. Ale tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Jeśli już miałabym się wyprowadzać, to na pewno nie tak, żeby utrudniać sobie życie. Czyli pasowałoby mi najbardziej przeprowadzić się na osiedle w północnej części miasta, ale wtedy będę miała do Franka daleko… Teraz możemy sobie przez okno machać… Poza tym Dorota nie chce w tej części Poznania,bo jest dalej do centrum. Gdybyśmy szukały w naszej okolicy, to raczej tylko na południe, bo z drugiej strony jest rzeka, więc oddaliłabym się nie tylko od Franka, ale też od pracy… No i ostatnia rzecz, przeprowadzać się z całym majdanem na chwilę? Bo za parę miesięcy prawdopodobnie będziemy szukać czegoś z Frankiem. Przynajmniej on ma takie plany :) 

Dołuje mnie ta cała sytuacja, bo tak naprawdę najchętniej zostawiłabym wszystko tak jak jest. Oczywiście żaliłam się mamie i ona poradziła mi, żebym została. Powiedziała, że za niecały rok ja też będę po studiach i będę pewnie coś zmieniać w swoim życiu. A poza tym powiedziała,że przecież nie będę z Dorotą mieszkać całe życie, więc co za różnica, czy się„rozstaniemy” teraz, czy za rok. Niby racja, ale jak to bez Doroty???

sobota, 18 kwietnia 2009

Samodzielna mamincóreczka.

To, że jestem taką „mamincóreczką” można łatwo wydedukować z niektórych moich postów. Do domu jeżdżę jak często się da, wakacje też spędzałam w domu. No i oczywiście mój słynny syndrom przedszkolaka. Uwielbiam jeździć do domu i czasami jestem rozdarta jak sobie myślę, że prawdopodobnie dalszego życia w tej małej rodzinnej mieścinie wieść nie będę, tylko już zostanę w Poznaniu.

A jednak… A jednak gdybym miała znowu zamieszkać z rodzicami, to bym zwariowała:) Mieszkam sama już pięć lat i po prostu już nie ma odwrotu. Prawda, mieszkanie wynajmuję z dziewczynami, a więc wiadomo, że wiąże się to z wieloma kompromisami oraz dużą dozą tolerancji, jaką musimy się wykazać. Nie do końca mogę robi wszystko tak jakbym chciała. Czasem muszę z czegoś zrezygnować albo odpuścić jakąś rzecz z powodu niezgodności charakterów:) Ale mimo wszystko przyzwyczaiłam się do tego, że jak mi się czegoś nie chce, to mi się nie chce i już. Nie muszę. Ogólnie to w naszym mieszkaniu ja jestem orędowniczką porządku. To ja zarządzam cotygodniowe sprzątanie, coroczne mycie okien, ustalam grafik i wydzwaniam do właścicieli mieszkania jak się coś zepsuje. Ale jak nie chce mi się w danym momencie umyć naczyń, to tego nie robię. Oczywiście po jednej osobie, jeszcze spędzającej w domu tyle czasu co ja, nawet po trzech dniach będą w zlewie co najwyżej trzy kubeczki i ewentualnie jakiś talerzyk:) Jak przyleciałam z Londynu i miałam totalne urwanie głowy w szkole i w pracy, moja rozbebeszona walizka stała prawie na środku pokoju, bo nie miałam czasu jej ruszyć. Dziewczyny przeprosiłam i powiedziałam, że zajmę się nią w wolnej chwili. I tak też zrobiłam. Ale nikt nie powtarzał mi dziesięć razy dziennie, żebym wreszcie się rozpakowała:) Porządek dnia mam z reguły ustalony i wszystko robię w takim momencie, kiedy mi pasuje, nikt mnie nie ponagla.

Niestety kiedy przyjeżdżam do domu, a przeważnie jest to sobota, która w większości domów jest dniem porządków, muszę dostosować się do reguł mojej mamy. To jest oczywiste. Ale czasami naprawdę trudne do zrobienia. Oczywiście czuję się w obowiązku pomóc w sprzątaniu, nawet jeśli przez miesiąc mnie nie było i mogłabym zawsze wymigać się logiką „w końcu to nie ja nabrudziłam” :D No ale bez przesady… po prostu nie tyle muszę, co chcę pomóc. W każdym razie ciężko mi czasami się nie zbuntować. Bo ja oczywiście to zrobię, ale doczytam tylko ten rozdział książki…. Nie jest mi to dane, bo mama stoi nade mną i ma być już:) Albo myję naczynia. A mama stoi obok i mów: „a jakbyś sobie napuściła wody do drugiej komory to…” I takie tam. Słowo daję, zwariowałabym, mimo, że uwielbiam jeździć do domu. I choćbym miała nawet o te porządki się pokłócić z mamą, to i tak będę jeździć tak często jak się da:)

Ale jednak morał z tego taki, że dorosłe dzieci niestety mogą mieć poważne problemy z dogadaniem się z rodzicami jeśli razem mieszkają. Na szczęście i moi rodzice, i rodzice Franka już dawno powiedzieli, że ich zdaniem młodzi muszą mieszkać sami i oni nie chcą żadnych nowych porządków w swoim starym domu domu :) My młodzi zapewne też nie będziemy chcieli w nowym domu starych porządków. I w tym wszyscy się zgadzają :P

czwartek, 29 stycznia 2009

Przegrzany manekin :P

Mój wcześniejszy post powstał w akcie desperacji :) Naprawdę wariowałam już. Męczyłam się nad tym esejem od zeszłego tygodnia! Codziennie pisałam po trochę. Bo to nie taki zwykły esej na jakiś konkretny temat. To ma być praca badawcza. Idiotyczna praca badawcza. Facet kazał nam łazić ostatnio po klasie i zadawać innym pytania typu „kiedy byłeś najszczęśliwszy?, co cię dołuje?”. Ludzie gadali głupoty – „kiedy Lech wygrał z Austrią”, „głupi ludzie”… A potem się okazało, że na podstawie tych odpowiedzi mamy napisać pracę badawczą. Wymyślić temat, tezę i jej obronić. No szlag by to… Ciężko było coś sensownego wyciągnąć. Ostatecznie napisałam pracę na prawie 1000 słów na temat: „Wspomnienia z dzieciństwa, relacje z innymi ludźmi i poczucie kontroli nad własnym życiem jako wartości, które mają największy wpływ na emocje i sposób postrzegania świata przez młodzież” No genialne… elokwentne… wprost wspięłam się na wyżyny intelektualne. No do jasnej anielki, nie studiuję ani socjologii, ani psychologii ani nic z tych rzeczy, które ten temat mógłby zasugerować, tylko anglistykę! No dobra, grunt, że napisałam. Nie do końca wyrobiłam się na 18:30, bo musiałam iść na hiszpański, ale po powrocie się zawzięłam i naniosłam ostateczne poprawki. Najgorsze, że i tak mam wrażenie, że to jest kiepskie :( Ale są też pozytywy – nie muszę o tym myśleć ani jutro ani pojutrze, podczas gdy połowa mojej grupy pewnie dopiero jutro się zabierze za pisanie…
W nagrodę siedzę teraz i oglądam „Gotowe na wszystko” oddając do dyspozycji Doroty moje nogi :) Ma jakiś egzamin z medycyny sportu i ćwiczy bandażowanie a ja służę jej za manekina. Lewą kostkę mam już unieruchomioną, natomiast prawa czeka aż Dorota „odwróci mechanizm urazu” :P
Padło mi na mózg przez ten esej. Doprawdy.

Ps. Dziękuję Wam kochane… Te pozytywne impulsy na pewno pomogły :)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Samochwała w kącie stała :)

Mówi się, że kobieta zmienną jest. Cóż, wygląda na to, że jestem prawdziwą kobietą, bo od wczoraj znajduję się w stanie euforycznej radości. Hihi. Nie no może przegięłam, ale ogólnie dobrze jest. A właściwie to już w sobotę mi się poprawiło. Pojechaliśmy z Frankiem zrobić świąteczne zakupy. Potem on zaczął się szykować na urodziny kumpla a ja zasiadłam do uzupełnienia mojej prezentacji. Zostały mi tylko jakieś cztery zdania wstępu i „pytania do publiczności” dotyczące tematu. Z drugim nie było problemu natomiast jeśli chodzi o wstęp zaczynałam dostawać wścieklizny! Dopadł mnie całkowity brak weny. Olałam sprawę i poszłyśmy z Elą (współlokatorka numer dwa :)) na Stary Rynek na drinka. Przesiedziałyśmy tam i przegadałyśmy ponad dwie godziny. A w niedzielę punktualnie o 8:30 rozpoczęłam prezentować…

Ocena prezentacji wygląda w ten sposób, że wykładowca przyznaje punkty od 0 do 10 za fonetykę, słownictwo, gramatykę i fluency (niby chodzi o płynność wypowiedzi, ale nie tylko o to, czy się prezentujący zacina jąka i za długo zastanawia, ale również o sposób ujęcia tematu, spójność, stopień przygotowania – ja bym to nazwała wrażenie artystyczne:)). Potem wyciąga średnią. Żeby zaliczyć trzeba dostać 6 punktów. Dostałam 9 :) 
Ale najbardziej cieszyłam się z tego, że facet rozpłynął nad moją prezentacją, stwierdził, że właśnie o takie prezentacje mu chodzi i że byłam świetnie przygotowana. Dostałam 10 punktów za fluency i słownictwo (stwierdził, że go powaliło zupełnie). Jeśli chodzi o konstrukcje gramatyczne skwitował je jednym zdaniem „That was incredible”, a potem dodał, że jak ktoś mnie kiedyś usłyszy, to od razu będzie wiedział, że jestem z IFA w Poznaniu :). Ale chociaż używałam licznych zaawansowanych struktur gramatycznych, popełniłam kilka błędów, których nie powinnam była popełnić i dlatego dostałam 9. Za fonetykę dostałam 8 punktów, czyli jak dla mnie – świetnie. Z fonetyką zawsze miałam problem, po prostu nie mam tego daru… Kiedyś nawet oblałam egzamin przez wymowę. Ale ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam. Aż sobie gardło zdarłam od takiego gadania po kilka godzin dziennie po angielsku. I chyba rezultaty są, bo oto nareszcie usłyszałam, że brzmię po amerykańsku!!! To mnie ucieszyło najbardziej! Wykładowca stwierdził, że mój angielski jest bardzo dobry, akcent jest w porządku, doradził tylko żebym się skupiła na nieakcentowanych sylabach – a właściwie na jeszcze wyraźniejszym nieakcentowaniu ich :)Podsumowując stwierdził, że prezentacja była na bardzo wysokim poziomie i gdyby nie te drobne błędy gramatyczne dostałabym 10 pkt. Ale ja się cieszę, że ich nie dostałam, bo w lutym jeszcze jedna prezentacja mnie czeka i bałabym się, że nie sprostam wymaganiom jakie stawiałoby się osobie z najwyższą liczbą punktów. Poza tym uważam, że jest u nas w grupie osoba, która jest ode mnie lepsza a również dostała 9 pkt więc, to nie byłoby do końca fair. W każdym razie cały wczorajszy dzień byłam cała w skowronkach. Ocena oceną, ale najbardziej cieszę się, ze zostałam doceniona. Włożyłam w tę prezentację mnóstwo pracy, spędziłam całe godziny ćwicząc fonetykę i opłaciło się. Amen. :)

niedziela, 5 października 2008

I koniec wakacji, śpiewamy od nowa :)

Co prawda takich prawdziwych wakacji to już od paru lat nie mam, ale niech będzie, że wczoraj skończyły mi się wakacje. Wróciły dziewczyny – właściwie Dorota wróciła na dobre, bo chodzi na zajęcia od poniedziałku do piątku. A w czwartek przyjechała również Ela- nasza nowa współlokatorka, która będzie miała zajęcia podobnie jak ja w soboty i niedziele. No i chociażby po tym można poznać, że koniec wakacji nadszedł:) Franek już u mnie nie będzie tak często bywał – to znaczy często może i będzie, ale nie na długo. No i spać raczej u mnie już nie będzie. Koniec ze śniadankami rano :)
Miałam wczoraj pierwsze zajęcia, dzisiaj kolejne. Przeżyłam, nawet fajnie było mogłabym powiedzieć. Śmiesznie tylko trochę, bo każdy co innego nam mówi odnośnie pisania pracy magisterskiej… Bo moje studia są takie dziwne trochę – taki wytwór dwu i półletni :) Więc bronić się mamy dopiero w lutym tego roku. I mój promotor powiedział na naszym seminarium, że mamy do końca maja 2009 dostarczyć mu temat wraz z outlinem pracy. Mnie to pasuje. Potem jeszcze dwa miesiące wakacji – ja się potrafię sama mobilizować, więc nawet w lecie jestem w stanie poświęcić parę godzin tygodniowo na naukę. A nawet jeśli mi się bardzo nie będzie chciało, to potem będę miała jeszcze przynajmniej cztery miesiące na napisanie tej pracy. No jak ja napisałam licencjacką w dwa miesiące to magisterki w cztery nie napiszę? Wolne żarty.
A tu się okazuje, że w innych grupach ludzie do końca grudnia mają już całe rozdziały pooddawać. I w ogóle na spotkaniu organizacyjnym powiedziano nam, że do końca października mamy zadeklarować temat. (Przepraszam komu, skoro nasz promotor nie jest na razie zbyt zainteresowany? :) A do końca maja oddać pracę. Założenie jest takie, że w maju mamy mieć pracę  już „poskładaną” jak to się wyraziła pani opiekun roku. I co? Potem od czerwca do stycznia mamy poprawiać tą pracę?? Bez sensu. Przecież to śmieszne. Wolę słuchać promotora. Plan mam taki, żeby do końca tego roku już mieć temat. Wcale to nie jest takie proste, bo piszę pracę z literatury a źródeł nie ma wcale tak wiele na te tematy o których chciałabym pisać. Jak pisałam licencjat to sobie wszystkie książki z Hiszpanii przywiozłam. Teraz będzie ciężko. Sam promotor stwierdził, że nasza biblioteka jest kiepska. Ale pocieszył nas, że zawsze możemy się do biblioteki uniwersyteckiej w Berlinie przejechać :) No nic, trzeba będzie się przejść na razie do mojej biblioteki, widziałam, że ją trochę przeorganizowali i wreszcie więcej książek jest na widoku a nie schowanych gdzieś na innych piętrach.
A od drugiego tygodnia października zaczynam kurs przygotowujący do egzaminu z hiszpańskiego. No to naprawdę koniec wakacji :) Skończyło się leniwe wylegiwanie się przed telewizorem po powrocie z pracy. I serfowanie po necie całymi godzinami. Ale to chyba akurat dobrze, bo stwierdziłam, ze zdecydowanie muszę ograniczyć używanie komputera. W pracy osiem godzin przed monitorem siedzę, a potem wracam i co robię? Włączam kompa przecież :) A moje oczy błagają o ratunek. Niedługo oślepnę chyba.
A tymczasem dzisiaj wieczorek relaksacyjny. Książka, herbatka a potem „Teraz albo nigdy”. Mój drugi po „Gotowych na wszystko” ulubiony serial. 
Franek gdzie? No jak to gdzie w końcu Lech z Legią grał dzisiaj – poszedł drużynę wspierać hehe.

czwartek, 11 września 2008

Nieproszeni goście na obiadku

Stoczyłyśmy dzisiaj z Dorotą bardzo intensywną walkę w kuchni. Z molami! Coś strasznego było tego pełno! U nas w mieszkaniu zawsze było trochę moli. Od ponad czterech lat jak tu mieszkamy zawsze latały jakieś pojedyncze „egzemplarze”. Prawdę mówiąc przestałyśmy zwracać na nie uwagę.  Jak jeszcze kiedyś mieszkała z nami Ola miała obsesję na tym punkcie, nawet pamiętam jak kiedyś spędziła całą noc (!!!) siedząc z odkurzaczem w ręce i polując na te mole. Strasznie się ich bała. Ale jak się wyprowadziła dwa lata temu to naprawdę olałyśmy sprawę. Jakby to były pająki, których boję się strasznie, na pewno żaden by się nie ostał, ale moli się nie boję. Więc jak jakiś latał – to sobie latał. Ostatnio było ich trochę więcej, ale stwierdziłam, że zimno się robi na dworze, to wleciały do domu. A przedwczoraj rano się obudziłam i zobaczyłam, ze po suficie pełza jakaś biała glizda. Trochę mnie obrzydziła, ale ją zabiłam i po sprawie. A potem weszłam do kuchni a tu druga taka. To już mnie zdziwiło, ale w zasadzie nie wiedziałam co to za robal, wiedziałam tylko, że to prawdopodobnie jakieś larwy. Dopiero jak przyjechała Dorota, powiedziała mi, że tak wyglądają larwy moli jedzeniowych. Zastanawiałyśmy się skąd się mogły tu wziąć, ale jest wiele tematów, które są bardziej interesujące niż mole :) Więc szybko o nich zapomniałyśmy.
A dzisiaj przyszłam do domu potwornie głodna. Zajrzałam do szafki, żeby zobaczyć, co mogłabym zjeść a stamtąd wyleciało kilka moli… Zaniepokoiło mnie to, zawołałam Dorotę i zaczęłyśmy wyciągać wszystko z szafki. A tam masakra! Pełno tych latających stworów i jeszcze więcej białych robali w ryżu, mące… Ohydne to było… Wywaliłyśmy wszystko co tam było, poodkurzałyśmy każdy możliwy kącik, umyłyśmy wszystko a ciągle jeszcze te białe robactwo się gdzieś pojawiało. W końcu jednak chyba pozbyłyśmy się wszystkiego… Mamy przynajmniej taką nadzieję :)
Ale nie wiem jak się zalęgło to dziadostwo! Najpierw w lipcu Franek wysprzątał nam całe mieszkanie, łącznie  z szafkami w kuchni. No i jakiś miesiąc temu, posprzątaliśmy po raz drugi – zresztą pisałam o tym w poście fochy, doły i sprzątanie :) wyciągnęłam wszystko z tej szafki wtedy i wyrzuciłam część rzeczy. Było czyściutko a one i tak się zalęgły… Fuj! Ale jak już wspominałam – dobrze, że to nie pająki, bo chyba bym się wyniosła w minutę. A tak chociaż trochę śmiesznie było – na przykład jak Dorota poświęciła swojego kapcia i zaczęła wybijać nim na ślepo dorosłe osobniki. Na larwy poświęciłyśmy całą rolkę papieru toaletowego. Może okoliczności niezbyt zabawne, ale naprawdę się uśmiałyśmy. A przy okazji po raz kolejny wysprzątałyśmy kuchnię a błysk. Ale jakby nie było, mole zeżarły mi obiad. Więc po dwóch godzinach sprzątania wybrałyśmy się do sklepu – po kolację właściwie a nie po obiad. A skończyło się na tym, że kupiłyśmy po browarku i po drinku z  Biedronki ( Izzy – piłyście? – pycha:)) i tak odreagowałyśmy naszą walkę z insektami.
Wybaczcie ten jakże mało wdzięczny temat, ale cóż – tak właśnie spędziłam dzisiejsze popołudnie:) Ściemniać nie będę. Pozdrawiam serdecznie i idę spać. Oby mi się żaden robal nie przyśnił :)

czwartek, 4 września 2008

Obecna :)

No cóż, przyznaję się, że w tym tygodniu zaniedbałam trochę świat blogowy :( Starałam się codziennie do Was zaglądać, ale ostatnio gorzej mi to szło. No, ale przecież tydzień jeszcze się nie skończył, ledwo połowa minęła, więc zdążę jeszcze wszystko nadrobić.
A co robiłam jak nie siedziałam z nosem w laptopie? Ano intensywnie załatwiałam różne sprawy. Zdążyłam zapisać się na aqua aerobik, popytać o kursy z hiszpańskiego, rozwiązać test diagnostyczny, umówić się na rozmowę z lektorem i załatwić przegląd techniczny samochodu, bo mi się dowód rejestracyjny zdeaktualizował.
A poza tym przez te trzy dni mój dzień wyglądał dokładnie tak samo. Wstawałam przed siódmą, pracowałam, wracałam z roboty, załatwiałam różne sprawy. Po przyjściu do domu jadłam obiad i czekałam aż mi się sadełko zawiąże czytając książkę :) A koło osiemnastej wychodziłyśmy z Dorotą na długi spacer wzdłuż Warty, wracałyśmy na „Na Wspólnej” i W-11. A potem na przykład You can dance i piwko :) Może i nic specjalnego, ale podobają mi się takie dni. Lubię spacery i takie odmóżdżanie się przed telewizorem. Ale jutro Dorota wyjeżdża do domu i nie przyjedzie aż do rozpoczęcia roku akademickiego. No trudno.
Może trochę Franka brakuje w tym opowiadaniu, ale tak się składa, ze nie widziałam się z nim od poniedziałku. Jak jest Dorota, to nie śpi u mnie. We wtorek poszedł do babci, wczoraj był w pracy a potem mieli jakąś imprezę pracowniczą, dzisiaj ja wróciłam z roboty a on poszedł na nockę, więc nie było okazji, żeby się zobaczyć. Ale we wtorek jak do mnie zadzwonił, to tak się trochę nie dogadaliśmy i trochę nerwowo między nami się znowu zrobiło. Więc może i dobrze, że się rzadziej widzieliśmy. Ale dzwonił dzisiaj parę razy i chyba dojdziemy do porozumienia.
Wiem, często się kłócimy ostatnio… Ale tak naprawdę cały czas o to samo. A przede wszystkim mamy takie same charaktery – jesteśmy strasznie impulsywni. Mieszanka wybuchowa…
No ciekawe czy jutro dojdziemy do porozumienia. Pozdrawiam wszystkich!

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Powrót i syndrom przedszkolaka

Nie wiem jak to się stało… Jak to się stało, że dzisiaj jest już poniedziałek?? I jak to się stało, że ostatnią notkę pisałam tydzień temu?? Wydawało mi się, że może przedwczoraj… :) Czas naprawdę, że się tak brzydko wyrażę zapier…. . Wybaczcie, ale on naprawdę nie płynie, leci, ani nawet nie zapieprza :D No i jestem już po urlopie. Już siedzę przy swoim biurku w pracy. I wyobraźcie sobie, że jest dopiero 13.30 a ja już się prawie ze wszystkim ogarnęłam. Co prawda za jakieś pół godziny R. przywiezie mi z ksera dokumenty, które będę musiała „obrobić”, więc jakieś dwie, trzy godziny mi to zajmie, ale i tak jestem ze wszystkim na bieżąco :)
Wróciliśmy z Frankiem do Poznania wczoraj wieczorem. Jeszcze się nawet rozpakować nie zdążyłam. Rano ciężko mi się wstawało, a i tak postanowiłam sobie, że budzika nie nastawiam i przyjadę do pracy jak mi wypadnie :) Przyjechałam po dziewiątej dopiero.  A i tak było ciężko. Jak ja się znowu przyzwyczaję do wstawania przed siódmą ?? No dobra, jakoś to będzie. Ale ogólnie jestem dzisiaj nawet pozytywnie nastawiona, bo bałam się, że będę dzisiaj w robocie do wieczora, a wygląda na to, że jednak uda mi się wyjść po siedemnastej. Franek kończy godzinę później, może uda nam się pójść do kina?? Mam co prawda w domu trochę robótek, ale… – nie zając… :)
O tym jak spędziliśmy ten tydzień napiszę następnym razem. I może jakieś zdjęcia uda się nawet dorzucić. Ale tak ogólnie to przyjechałam wczoraj i oczywiście nabawiłam się syndromu przedszkolaka :( Wspominałam już kiedyś o nim prawda? No i mam trochę doła, że tak sama siedzę w tym mieszkaniu. Co prawda Franek jak nie pracuje, to siedzi u mnie, ale i tak mam syndrom. Niech już ta Dorota wraca. Była w Poznaniu w sobotę, bo wyjeżdżała stąd na następną kolonię. Przyjechałam a tu na moim łóżku liścik, w którym Dorota pisze, że ma straszny syndrom przedszkolaka i że do kogo innego ma o tym napisać, jak nie do mnie, skoro tylko ja wiem jak to jest :) No tak, my dwie tylko takie jesteśmy żeby w wieku 23 lat jeszcze przedszkolaka łapać. To już chyba dożywotnio będzie hehe. No nic, pora kończyć na razie. I do następnej notki. Myślę, że tym razem będzie wkrótce. Ale jeszcze słówko podsumowujące – jakby nie było – wypoczęłam i trochę świeżej energii mam w sobie. A więc witajcie ponownie ;) Idę teraz Was poodwiedzać zanim szef przyjedzie.

środa, 23 lipca 2008

Współlokatorka

Dorota była pierwszą osobą, którą poznałam w liceum. Stałam pierwszego września pod klasą i się strasznie głupio czułam, bo nikogo nie znałam.Ona czuła się tak samo i dlatego podeszła do mnie i się przedstawiła(podobno wydałam jej się sympatyczna:). Pierwszą lekcją był angielski i już do końca liceum nie było innej opcji, żebyśmy nie siedziały na tej lekcji razem. Pamiętam jak mi łokcie pchała na moją połowę ławki, albo jak mnie tymi właśnie łokciami szturchała, kiedy mi się przysnęło:)Przez pierwsze dwa lata byłyśmy bardzo dobrymi koleżankami. Później nadal się kolegowałyśmy, ale nasze drogi trochę się rozeszły.  Kiedy liceum się skończyło, ponad połowa ludzi z mojej klasy złożyła papiery na studia do Wrocławia. Ja zdecydowałam się na Poznań, mimo, że było to dwa razy dalej. Kiedy dowiedziałam się, że dostałam się na studia,,musiałam zastanowić się nad mieszkaniem i nie miałam na to żadnego pomysłu. I wtedy dowiedziałam się, że Dorota też będzie studiować w Poznaniu. Zadzwoniłam do niej i za dwa dni pojechałyśmy szukać mieszkania.Zdecydowałyśmy się już na trzecie, które widziałyśmy i w którym mieszkamy do dzisiaj. Jest dwupokojowe, ale my mieszkamy w jednym pokoju. Ten drugi jest taki trochę przechodni – co dwa lata zmienia się lokatorka, teraz mamy już trzecią. A my nadal we wspólnym pokoju, łóżko przy łóżku, komputer przy komputerze. Jakoś nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej :) Ani ona. Mamy szczęście, ze akurat na siebie trafiłyśmy, bo nie z każdym można tyle czasu wytrzymać.Oczywiście, że wkurzają mnie u niej niektóre rzeczy, tak jak ją u mnie,ale widocznie nie są one zbyt istotne skoro ze sobą wytrzymujemy.Jeszcze pewnie nie raz będę na nią psioczyć, ale to chyba normalne.Rodzina też nas wkurza nie? :) Każda z nas ma swoje życie, swoich znajomych, swoje sprawy, a jednak przeplatają się nasze losy w tym naszym małym mieszkanku. Nie powiem, że jesteśmy przyjaciółkami, ale jak było źle to mogłam na nią liczyć. Jak siedziałam w Hiszpanii i usychałam z tęsknoty, ona zawsze potrafiła powiedzieć mi coś takiego,co mnie pokrzepiło. Jak się z Frankiem pokłócę – jest na miejscu. Nawet kiedy nie jesteśmy obie w Poznaniu zawsze jak się u mnie lub u niej zdarzy coś godnego uwagi – dobrego, czy złego, wysyłamy sobie smsy.Dobrze nam się żyje. Kiedyś nawet rozmawiałyśmy, że to jest w ogólenie możliwe,żebyśmy nie miały mieszkać razem do końca życia i wymyśliłyśmy, że jak już będziemy miały mężów to my w jednym a oni w drugim pokoju będą mieszkać :) Doroty studia są od moich krótsze i za pół roku będzie się bronić.Zaniepokoiłam się, co dalej. Ale niedawno przy piwku ustaliłyśmy, że jak na razie to ona się z Poznania nie zamierza wynosić. Trzeba będzie znaleźć coś,oprócz mieszkania i mnie rzecz jasna :) , co ją tu zatrzyma :) Biedna ostatnio mi się żaliła, że boi się, że starą panną zostanie. No właśnie ja tego nie rozumiem! Tyle fajnych dziewczyn jest dookoła, mam takie ładne i sympatyczne koleżanki, a gdzie Ci faceci? No normalnie nie mają dziewczyny na kim oka zawiesić. Dorota to w ogóle miała jakiegoś pecha z facetami, na samych bałwanów trafiała.
No i ostatnio (po tym długim wstępie przechodzę do sedna sprawy:) jak byłam na urlopie napisała mi sms, że szykuje się na randkę… Trzymałam kciuki i randka się udała. Jedna,potem druga i wszystko było ok. A w niedzielę zadzwoniła, że ma doła, bo ten cały Tomek ma jakąś niedokończoną sprawę ze swoją niedoszłą narzeczoną… Echh,ale się zmartwiłam. Tak mi szkoda jej było. Ale dzisiaj dobra wiadomość:)Zadzwoniła, że Tomek powiedział jej, że zakończył na dobre sprawę ze swoją byłą. Dorota strasznie się ucieszyła, ale z drugiej strony tak do końca boi się w to uwierzyć i zaufać. Jutro przyjedzie do Poznania a w piątek jadą razem z innymi znajomymi pod namiot. Trzymam kciuki za nich. I Was też proszę, żebyście trzymały :) Niech będzie szczęśliwa ta moja współlokatorka. No bo w końcu jak męża nie będzie miała, to z kim mój Franek będzie mieszkał w tym drugim pokoju? :)

środa, 2 lipca 2008

Nie będę narzekać na mojego faceta...

dzisiaj… :) Dzisiaj będę chwalić. Powszechnie wiadomo, że faceci są Marsa i w ogóle, że to duże dzieci. Nie znam dziewczyny, która nigdy nie narzekała na swoją drugą połówkę. I ja też narzekam, a jakże, ale sądzę, że mój Franuś chwilami naprawdę jest moim wymarzonym mężczyzną :)
Już wspominałam, że jestem sama w mieszkaniu.To znaczy jedna współlokatorka wyprowadziła się na amen. W zamian wprowadziła się Ela, ale wakacje spędza w rodzinnym Kołobrzegu. A Dorota tak jeździ to tu, to tam:) Przyjechała na weekend po kolonii z dzieciakami, ale już w poniedziałek pojechała. Pewnie niedługo znowu przyjedzie na dzień lub dwa i pomknie dalej. I tak już jest, że na czas wakacyjny Franek wprowadza się do mnie. To znaczy może to za dużo powiedziane, bo nie przynosi ze sobą ani jednej torby:) I bynajmniej nie dlatego, że nie zmienia bielizny. Po prostu mieszka naprzeciwko, więc w każdej chwili może się zaopatrzyć w potrzebne akcesoria:)
Kiedy wychodzę do pracy, Franek jeszcze śpi. Jak się wyśpi to zwykle idzie do siebie i przychodzi dopiero jak ja już jestem.A kiedy wracam po pracy co widzę?? Nie, żadna apokalipsa. Otóż wchodzę i…Naczynia wczorajsze i dzisiejsze umyte. Śmieci wyniesione. Łóżko pościelone.Wszystko czyściutkie. Naprawdę.
Tydzień temu Franek wysprzątał całą kuchnię, posprzątał mi w szafkach, nawet z ubraniami (co prawda potem musiałam do niego co chwilę dzwonić, żeby zapytać gdzie moje rzeczy, ale szybko się zorientowałam w terenie:) ), poodkurzał i umył podłogi w całym domu!! No oprócz pokoju po Asi, bo powiedział, że po niej sprzątać nie będzie.
No ja jestem w szoku… Jestem przyzwyczajona,że facet też robi koło domu, bo mój tata zawsze mamie pomagał, ale nie spodziewałam się, że to będzie takie proste w przypadku Franka. Bo on tak ogólnie to jest leniem. Zapytałam go, czy on tak zawsze, czy tylko mi się podlizuje… Powiedział, że wieczorem brudne naczynia mogą sobie stać w zlewie,ale rano nie! I że jak będę w pracy to on może poodkurzać (nie znoszę tego!).Ale prać i prasować on nie będzie. No chyba się mogę poświęcić na tyle co ? :) I skarpetki też mu wybaczę. Bo dla niego ta część garderoby to chyba zasługuje na specjalne uwielbienie. Ubranie zawsze składa w jedno miejsce a skarpetki? Czasem w przedpokoju, czasami zwinięte w kuleczkę w kącie a innym razem w łazience z namaszczeniem ułożone na podłodze obok sedesu. Trzeci rok z tym walczę. I nic. Skarpetki vs. Margolka 3:0. Ale klapę od sedesu już opuszcza* :)
A tak na poważnie… Bardzo się cieszę, że Franek, podobnie jak ja, wychował się w domu, gdzie panuje równouprawnienie. On jest nauczony, że obowiązki się dzieli. Jeśli ja robię obiad, Ty zmywasz. Taki mamy układ. Oczywiście czasami mu się nie chce. Woli się przespać albo pogapić w telewizor, ale poznałam go już na tyle, że wiem, że musi mieć natchnienie,żeby posprzątać. Zresztą, mi się też czasem nie chce nie? :)
Oby tylko się Franek nie rozpłynął od tych pochwał ;) 

*nigdy nie miał z tym problemu, naprawdę faceci tego nie robią? :)