*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margolki sposób na życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margolki sposób na życie. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Co robiłam w tym roku, czyli wstęp do podsumowania :)

Wiecie, bo wiele razy o tym wspominałam, że nie znosiłam (i nie znoszę) kiedy ktoś wmawiał mi, jak będzie wyglądała moja przyszłość - na przykład jako matki. Kiedy byłam w ciąży, ciągle słyszałam, że zobaczę, jak wszystko się zmieni, jak na nic nie będę miała czasu, jak będę musiała zapomnieć o swoich przyjemnościach i tak dalej...
Nie zamierzam ściemniać, że kiedy pojawia się dziecko, to życie się nie zmienia. Owszem, zmienia się i to bardzo. Jest to rewolucja, której zresztą byłam świadoma od samego początku. Ale jeśli chodzi o resztę to jest już przede wszystkim kwestia organizacji. To prawda, że nie mam już tyle czasu, ile miałam kiedyś, bo przecież nie jest on z gumy, a logiczne jest, że dochodzi całe mnóstwo innych, czasochłonnych czynności a przez większość dnia zajmuję się Wikingiem, choćby bawiąc się z nim. Ale pojawienie się Wikusia nie oznaczało dla mnie automatycznie rezygnacji z robienia wszystkiego co lubię i poświęcania się temu, co sprawia mi przyjemność. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dość szybko doszłam do perfekcji jeśli chodzi o wielozadaniowość i jeszcze lepszą organizację czasu.

To fakt, że na początku trochę miałam problem z tym, że nie mogę w dalszym ciągu stosować się do mojego planu dnia i grafiku, który sama sobie rozpisałam. Nie umiałam się początkowo odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie potrafiłam kilku rzeczy odpuścić i cały czas miałam wrażenie, że niepotrzebnie tracę czas. Wiedziałam jednak, że to jest błędne myślenie i wyleczyłam się z niego, a potem opracowałam sobie nowe grafiki i nowe plany dnia :) Zresztą wiecie, że początki mojego macierzyństwa w ogóle były dziwne i trudne, ale grunt, że udało mi się dość szybko wszystko sobie poukładać. W gruncie rzeczy, kiedy jakiś czas temu o tym myślałam, stwierdziłam, że przez ten rok miałam całkiem sporo czasu dla siebie. Ok, może nie tyle, ile bym miała bez Wikinga, ale jednak dużo udało mi się zdziałać, a poza tym, byłam bardziej efektywna, bo wiedziałam, że czasu nie mogę marnować, tak, jak to czasami bywało w moim innym życiu :P czyli w życiu przed dzieckiem.

Dzisiaj chciałam zrobić taki wstęp do podsumowania tego roku i skupić się na tym, co mi się udało jeśli chodzi o moje plany i czynności, których wykonywanie sprawia mi przyjemność - choć nie wiem, czy słowo pasje albo nawet hobby by pasowało :) Po raz kolejny cieszę się, że Wikuś urodził się na początku roku, bo dzięki temu można sobie tak fajnie wszystko podsumowywać :D
Wspominałam ostatnio o kilku sprawach, które chciałam pozamykać. Założyłam sobie, że do 31 grudnia skończę parę rzeczy. Na przykład śpiworek dla Wikinga, który robiłam na szydełku. Zabrałam się za niego dokładnie rok temu - w grudniu 2014. Późno, wiedziałam, że nie zdążę przed jego narodzinami, ale początkowo tempo miałam całkiem niezłe. Jeszcze w szpitalu trochę dziergałam, ale kiedy Wikuś się urodził, na jakiś czas szydełko poszło w odstawkę. Potem wróciło do łask - mniej więcej w kwietniu, kiedy to Wikuś potrafił się już bawić sam na macie. Ja wtedy siadałam obok  niego i szydełkowałam. Ale wtedy kończyłam swój sweter. Udało mi się to zrobić, ale ostatecznie trochę mi tam parę rzeczy nie wyszło, jak najdzie mnie natchnienie, to popracuję nad poprawkami, ale na jakiś czas szydełko odstawiłam. Wróciłam do niego jesienią, kiedy przypomniałam sobie o tym śpiworku i za punkt honoru sobie wzięłam, żeby Wiking jeszcze tej zimy z niego skorzystał. I proszę, oto i on! W całości zrobiony przeze mnie. Nie jest bez felerów, bo szyć nie bardzo już umiem i zamek jest wszyty niezbyt efektownym ściegiem, poza tym jak widać, zabrakło mi włóczki na końcówkę, a w sklepie był tylko inny odcień, ale powiedzmy, że tak miało być :P W gruncie rzeczy i tak uważam, że najważniejsze jest to, że robiłam to własnoręcznie specjalnie dla Wikusia.


Oprócz szydełkowania zajmowałam się także rejestrowaniem i analizą naszych wydatków, o czym Wam już parę razy wspominałam. Miałam sporo do nadrabiania, bo na początku tego roku okazało się, że trochę to zaniedbałam i że mam stosy paragonów od maja (!) 2014. Szkoda mi było je wyrzucić, więc nadrabiałam zaległości przez parę miesięcy. Wpisywałam po kolei paragony, analizowałam wyciągi bankowe i w lipcu byłam już na bieżąco. Wyobraźcie sobie, że jak sobie przeliczyłam wszystkie wpływy i wydatki, to nawet się okazało, że niewiele rzeczy mi umknęło, mimo tego, że przez tyle miesięcy nie zapisywałam wszystkiego, ale jednak udało się odtworzyć większość :) W lipcu tata pomógł mi dopracować moje excelowskie tabelki i od tamtej pory szło mi trochę sprawniej. Starałam się też już nie dopuszczać do zbyt dużych zaległości. Każdy miesiąc sumiennie analizowałam pod kątem wpływów, wydatków i oszczędności. To co udało się odłożyć, inwestowałam. Trochę czasu zajmuje mi zawsze przeanalizowanie tego wszystkiego i znalezienie najbardziej korzystnej opcji na ulokowanie pieniędzy w danym momencie, ale daję radę. W naszym małżeństwie można powiedzieć, że to ja trzymam kasę i to do mnie należy zarządzanie naszymi finansami :) Teraz pozostaje mi jeszcze podsumowanie roczne i o tym również pisałam wczoraj wspominając o zamykaniu projektów :P, ale stwierdziłam, że jednak muszę poczekać na początek roku, bo dopiero wtedy wpływa większość odsetek na rachunkach oszczędnościowych. Ale grunt, że wszystkie paragony mam zanotowane.

W tym roku miałam też sporo czasu na czytanie książek. Łącznie przeczytałam ich 29, do 30 brakuje mi jeszcze 200 stron książki Grocholi "Houston, mamy problem", ale szybko się ją czyta, więc myślę, że uda mi się do jutra sfinalizować również to :) Wiem, że na prawdziwych molach książkowych ilość pozycji nie robi wrażenia, ale chciałabym podkreślić, że jednak w wolnym czasie nie tylko czytałam. Gdybym każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie, to spokojnie przeczytałabym przynajmniej dwa razy więcej. Ale jak już wspominałam, lubię multitasking i robienie na raz wielu rzeczy sprawia mi przyjemność. Dodam jeszcze, że wszystkie książki były dość potężne jeśli chodzi o objętość. Rzadko miały mniej niż 500 stron i zdarzyło się tylko kilka pozycji, które liczyły ich 300. Najwięcej czytałam na początku podczas długich karmień. Bardzo miło wspominam ten czas :) Potem trochę rzadziej, ale kiedy zrobiło się ciepło, to często czytałam na dworze, kiedy Wiking spał ja przysiadałam sobie na ławeczce i praktykowałam ten sposób jeszcze w pierwszych dniach listopada. Później zrobiło się za zimno. Ale często czytam siedząc na podłodze z Wikingiem. On się bawi, a ja obok czytam i od czasu do czasu podam mu jakiegoś klocka, powygłupiam się z nim albo się poprzytulamy.

Nie da się ukryć, że moje blogowanie, wbrew temu, co myślałam także nie ucierpiało :) Prawdę mówiąc kredki margaretki rozkwitły w tym roku i dawno nie byłam tak płodna jeśli chodzi o nowe wpisy. Gdyby nie stosunkowo mała ilość notek w lutym, marcu i kwietniu (poniżej 10) to może nawet udałoby mi się dorównać rekordom z pierwszych lat blogowania :D Fakt, że nie komentuję u Was każdej notki, ale za to czytam i jestem na bieżąco u większości osób - a przynajmniej u tej części, która do mnie również zagląda regularnie.
Jeśli chodzi o blogowanie, to udało mi się zrealizować także inne przedsięwzięcie. Postanowiłam sobie bowiem, że do końca tego roku przekopiuję całe archiwum z bloga onetowskiego! Udało się to, a była to czynność bardzo czasochłonna, bo każdą notkę czytałam. Mało tego, czytałam również komentarze pod nią. A tych notek do przeniesienia było grubo ponad pięćset. Sporo więc czasu mi to zajęło, ale cieszę się, że zamknęłam tę sprawę. Pewnie jeszcze kiedyś pokuszę się o refleksję na ten temat, która mnie naszła podczas tych przenosin.

Zrobiłam też sporo porządków w domu. To jest akurat często syzyfowa praca, bo w domu często tak jest, że jak się skończy jedno, to drugie już czeka, potem trzecie, a jak się uda wszystko, to w pierwszym często już się zrobił bałagan albo porządek się zdezaktualizował :P Ale tak już chyba jest urządzony ten świat ;) Niemniej jednak zrobiłam porządki w dokumentach i w ubraniach. Przewertowałam nasze szuflady i przeorganizowałam kuchnię oraz łazienkę. Zabrałam się też za stare gazety i artykuły, choć to wymaga już sprecyzowania :) Otóż kiedy się przeprowadzałam z Poznania, miałam całkiem spory stosik kolejnych numerów jedynej babskiej gazety, którą czytuję w miarę regularnie (również teraz). Zostawiałam sobie je, bo czasami znajdowałam tam jakieś ciekawostki. Ale ponieważ ważyło to dość dużo, stwierdziłam, ze bez sensu to wszystko przewozić i po prostu przejrzałam każdy numer, wyrywając strony, które mnie interesowały z zamiarem późniejszego przeczytania i posegregowania tego. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabrałam się za to w innym życiu, tylko dopiero przy Wikingu, kiedy miałam już dużo mniej czasu :) Nie dałam rady jeszcze przejrzeć wszystkiego, ale jednak już całkiem sporo. Będę nad tym pracować dalej, choć pewnie teraz będzie jeszcze trudniej.

W ostatnim czasie sporo czasu zajęło mi też to, o czym pisałam niedawno. Czyli szukanie niani i szukanie pracy, a także to co się z tym wiązało, czyli pisanie CV i listów motywacyjnych, bo jednak nie poszłam na łatwiznę i nie wysyłałam do wszystkich tego samego szablonu :) Całe szczęście, że trwało to tylko przez część listopada i pierwszy tydzień grudnia.

Poza tym zajmowałam się oczywiście również domem. Gotowałam, prałam, prasowałam. Ogarniałam bieżące sprawy domowe. Oczywiście w tej kwestii miałam ogromną pomoc Franka. Wiem, że teraz nie jest modne używanie słowa "pomoc" w tym kontekście, ale zwał jak zwał ;) mnie to słowo nie bulwersuje, bo ja cały czas uważam, że my sobie po prostu pomagamy wzajemnie - Franek mi, a ja jemu. Faktem jest, że ja praktycznie wcale w domu nie odkurzam, nie myję podłóg ani łazienki i nie wykonuję jeszcze paru innych domowych czynności, bo zajmuje się tym Franek. Poza tym on często gotuje i sprząta w kuchni. Nie mam mu nic do zarzucenia jeśli o to chodzi, bo robi więcej, niż większość znanych mi facetów. Ale sobie też nie mam, bo też nie siedzę i nie pachnę, tylko dbam o to, żeby mieszkało nam się przyjemnie.

To są chyba sprawy, którym (oprócz rzecz jasna opieki nad Wikingiem :)) poświęcałam w tym roku najwięcej czasu. Ale to i tak nie wszystko, bo przecież jeszcze znajdowałam czas na spotkania ze znajomymi, na uczestnictwo w zajęciach dla maluchów, na rozwiązywanie krzyżówek albo czytanie czasopism w językach obcych. Jasne, że się nie rozdwoję (albo nawet i nie roztroję :P), więc świadoma byłam, że niektóre rzeczy muszę odpuścić. Nie wszystkim zajmowałam się tak samo intensywnie. Chyba jedyną rzeczą, której naprawdę zaczęło mi brakować, zwłaszcza w ostatnich miesiącach była aktywność fizyczna. Rzecz jasna w połogu nie ćwiczyłam, potem byłam na to trochę za chuda :P Powróciłam do ćwiczeń od czasu do czasu późną wiosną, ale potem stwierdziłam, że noszenie Wikinga, chodzenie z nim na długie spacery i ganianie za nim jest wystarczającą gimnastyką dla moich mięśni :) Odpuściłam więc. Chodziliśmy też na basen, ale późną jesienią poczułam, że brak mi trochę moich dawnych ćwiczeń. Niestety wtedy akurat trudno było mi jeszcze coś wcisnąć w mój grafik, bo zajęłam się wspomnianą wcześniej organizacją spraw zawodowo-rodzinnych :) Pomyślę, jak to zrobić w przyszłości...

Jak widać, nie próżnowałam jednak w tym roku, a moje życie nie ograniczało się do zabawy z Wikingiem i zmieniania mu pieluch :) Oczywiście, że mam o wiele mniej czasu, niż rok temu, ale też nie jest tak, że wcale go nie mam. A w ogóle to stwierdziłam, że jeśli na coś mi tego czasu nie wystarczyło i jeśli się z czymś nie wyrabiałam, to tylko dlatego, że jest tyle rzeczy, których nie umiem i nie chcę odpuszczać :) Gdyby nie to, tego czasu miałabym jeszcze więcej. Albo... mniej, bo przecież nie od dziś wiadomo, że im więcej jest do zrobienia, tym mniej czasu to zajmuje :D

Nie wiem, czy uda mi się wrócić jutro z podsumowaniem właściwym całego roku, ale może zajrzę choć na chwilę ;)

piątek, 27 marca 2015

O stosunkach międzyludzkich :)

W tym tygodniu znowu wybraliśmy się z Wikingiem do Warszawy na spotkania z innymi dziećmi i ich mamami :) Znowu dodało mi to skrzydeł! Atmosfera na tych zajęciach - choć ze względu na ich specyfikę inna w środę i w czwartek - jest naprawdę świetna. W środę skupiamy się na dzieciach - śpiewamy im, gramy, tańczymy z nimi. Wikuś oczywiście jeszcze raczej niewiele z tego rozumie, choć prowadząca twierdzi, że na pewno ma to jakiś wpływ na niego, bo po prostu te wszystkie bodźce pobudzają w jakiś sposób odpowiednie obszary mózgu. Trudno mi w to nie wierzyć - wydaje mi się, że to niemożliwe, żeby nawet takie małe dziecko naprawdę nie wynosiło niczego z tego rodzaju spotkań. Obserwuje, słucha, uczy się, że nie jest jedynym dzieckiem na świecie... Myślę, że kiedyś to w jakiś sposób zaprocentuje. Po zajęciach mamy chwilę, żeby jeszcze ze sobą i z prowadzącą trochę pogadać.
Ale to czwartkowe zajęcia skupiają się na mamach (rodzicach - choć nie wiem, czy panowie też przychodzą), a dzieci oczywiście są niezbędnym dodatkiem :) Dziewczyny, które tam przychodzą są w większości super! Ciepłe, życzliwe, interesujące. Spotkania teoretycznie kończą się o 15, ale zostajemy tam dłużej i jeszcze rozmawiamy. 
Lubię poznawać nowych ludzi, zawsze lubiłam, ale teraz to się stało wręcz moją potrzebą. Po prostu zawsze byłam towarzyska, ale chyba dopiero teraz naprawdę to dostrzegłam. Cieszę się, że wobec tego potrafię sama zadbać o tę potrzebę. Mogłam przecież siedzieć w domu, rozmyślać o tym, że wszystkie koleżanki są w Poznaniu lub Miasteczku, że nikogo tu nie znam, że nie mam z kim pogadać i frustrować się tym, że codziennie spędzam czas głównie w towarzystwie 2,5 miesięcznego niemowlaka. Ale jednak nie czekałam aż jakimś cudem ktoś się sam zjawi u mnie w domu tylko wzięłam los w swoje ręce i wyszłam z domu. Myślę, że to wymaga mimo wszystko trochę odwagi, żeby wyjść samemu na spotkanie, na którym będzie już kilka osób, które pewnie się znają. Oczywiście początkowo trochę się krępowałam i kiedy pierwszy raz zmierzałam w stronę tej kawiarni to miałam pewne obawy, jak to będzie. Ale okazało się, że niepotrzebnie. I oczywiście nie jestem jedyną osobą, która się zmobilizowała i odważyła na takie wyjście, bo dziewczyny, które tam przychodzą w większości trafiły do tego miejsca tak jak ja - przypadkowo szukając czegoś innego w internecie. Też przyszły same, bez innych znajomych. Przychodzą nawet dziewczyny w ciąży (szkoda, że sama na to nie wpadłam wcześniej :)). To powoduje, że wszyscy są otwarci na nowe znajomości, życzliwie witają nowe osoby, nie tworzą się żadne grupki - no, chyba, że na chwilę :) Podoba mi się to, że czasami rozmawiamy sobie na forum, a chwilę później można sobie usiąść na dywanie i pogawędzić tylko z kilkoma mamami, obserwując jednocześnie czołgające się po podłodze dzieciaki.
Kiedy jestem w towarzystwie osób, które nie znam, zazwyczaj jestem do nich pozytywnie nastawiona (chyba, że w dane miejsce nie przychodzę absolutnie w celach towarzyskich - np. kiedy chodziłam na aerobik, to poćwiczyć, a nie pogawędzić; poza tym wystarczało mi, że jestem z Dorotą). Jestem otwarta i często sama wychodzę z inicjatywą rozmowy. Ale też kieruję się dwiema zasadami - po pierwsze, że liczy się pierwsze wrażenie, a po drugie, że nic na siłę. Chyba się jeszcze nie pomyliłam z oceną, za każdym razem gdy wydawało mi się, że może jednak zbyt pochopnie kogoś skreśliłam albo wręcz przeciwnie, to za jakiś czas okazywało się, że jednak miałam rację. Zdarza się czasami, że ktoś zwyczajnie z jakiegoś powodu nie przypada mi do gustu. Sama nie wiem dlaczego, po prostu coś mi w tej osobie nie pasuje, mimo, że nie miałam z nią żadnego spięcia ani nic podobnego. Wtedy nadal jestem uprzejma, ale nie nalegam na kontakt z taką osobą i wręcz go unikam (choć nie ostentacyjnie - to jest zarezerwowane dla osób, które zalazły mi za skórę ;)) Po prostu nie zależy mi na znajomościach, co do których nie jestem przekonana. I na tych spotkaniach poznałam dwie takie dziewczyny, w których coś mi nie zagrało, no ale nie muszę kochać całego świata :) Nie zmienia to faktu, że czuję się tam wspaniale. Odliczam dni do kolejnego spotkania! Wiking chyba też jest całkiem zadowolony z tych wypadów. 

Jutro też się wyrywamy z domu, bo jedziemy rano na warsztaty "Mama wie". Ciekawa jestem na czym będą polegały, ale już się na nie cieszę. A potem wyrywamy się jeszcze dalej! Przyjeżdża po nas wujek i jutro popołudniu jedziemy we dwójkę do Miasteczka! To będzie pierwszy taki wypad Wikusia, zobaczymy jak zniesie czterogodzinną podróż. Mam nadzieję, że nie będzie z tym większych problemów - dotychczas nie było, a już zdarzało się, że spędził w sumie około trzech godzin w foteliku samochodowym...
Bardzo się cieszę na ten wyjazd! Nie byłam w Miasteczku od świąt. Pobiłam swój życiowy rekord! Już mi się śniło po nocach, że tam jestem. No i jestem bardzo podekscytowana faktem, że po raz pierwszy pojawię się tam z Wikingiem. Już się nie mogę doczekać min sąsiadów :P Oni nawet nie wiedzieli, że jestem w ciąży :D Ich małomiasteczkowość (bez obrazy dla nikogo, wszak ja też z małego miasteczka jestem :) chodzi tylko o tę specyficzną mentalność polegającą między innymi na życiu życiem innych) może tego szoku nie przeżyć! :D

środa, 3 grudnia 2014

Czym się zajmuje margolka?

Jak słusznie wiele z Was zauważyło, bardzo szybko zleciał ten czas. Niedawno dopiero oswajałam się z myślą o ciąży, kończył się I trymestr, później była setka, a teraz zostało już raptem czterdzieści parę dni. Przede wszystkim czekam do końca tego roku, kiedy to ciąża będzie donoszona. No i kiedy będę już mogła odetchnąć, że jednak załapiemy się już na rok 2015 :)
Jak zwykle - choć nie do końca wiem, dlaczego tak jest :) - cieszę się, że czas mija szybko. Choć z drugiej strony chwilami jestem zszokowana, że mamy już grudzień i oto zaczyna się mój trzeci miesiąc na bezrobociu. Wiecie przecież, jak bardzo się tego obawiałam. Na szczęście udaje mi się ten czas jakoś w pełni zagospodarowywać i nie mam poczucia, że go marnotrawię. Wręcz przeciwnie - wynalazłam sobie tyle zajęć, że nie wiem w co ręce włożyć. I jestem wręcz przerażona tym, że dni mi uciekają i coraz mniej jest przede mną tych, które mogę jeszcze poświęcić w pełni tylko sobie. Postawiłam sobie wysoką poprzeczkę i dużo chciałabym do tego momentu jeszcze zrealizować.
A czym właściwie się zajmuję na co dzień? Nie, nie, to nie są jakieś szczególnie ambitne czynności. Po prostu postanowiłam sobie nadrobić zaległości w niektórych sprawach, które w ostatnich miesiącach trochę zaniedbałam. Ułożyłam sobie swoisty "plan lekcji" na każdy dzień tygodnia. Niektóre punkty programu powtarzają się codziennie, inne co drugi dzień, a jeszcze inne na przykład raz w tygodniu.
Budzę się codziennie o szóstej. W zależności od dnia, wstaję od razu albo w ciągu 30-40 minut. Około siódmej zazwyczaj jestem już po porannej toalecie i zasiadam do śniadania robiąc przy okazji prasówkę - a raczej "blogówkę" ;)) Bo to czas dla mnie na zajrzenie do Was, odpowiedź na komentarze lub ewentualne maile. Potem ćwiczę, a następnie biorę się za porządki. Trzydzieści minut poświęcam na takie codzienne ogarnięcie tego, co się w ciągu doby nagromadziło - a to naczynia do pozmywania, a to jakieś ciuchy... A potem jeszcze godzinę na robienie porządku w jakimś konkretnym zakątku mieszkania. Ostatni raz robiłam taką segregację rok temu po przeprowadzce, ale po pierwsze nie dokończyłam, a po drugie trochę mi rzeczy przybyło od tamtej pory, a ja lubię wiedzieć gdzie co jest i lubię, kiedy każda rzecz ma swoje miejsce, więc chcę mieć dokładnie wszystko ułożone i posegregowane. Nie potrafię sprzątać cały dzień, bo szybko się niecierpliwię i skończyłoby się na tym, że rozgrzebałabym coś a potem wrzuciła z powrotem byle jak, zupełnie zniechęcona, więc rozkładam to sobie na kilka dni :) Podobnie jest ze sprzątaniem na dysku z mojego starego komputera. Mam tam mnóstwo rzeczy, które muszę przejrzeć i jeszcze więcej zdjęć, z którymi już dawno chciałam zrobić porządek.
Następnie jest czas mojego rozwoju duchowo-intelektualnego :P Czytam zaległe lektury, sięgam po obcojęzyczne czasopisma, uczę się słówek angielskich i hiszpańskich, przypominam sobie zagadnienia gramatyczne. I czytam na głos niektóre artykuły po angielsku, żeby mi się akcent nie zblazował :) Żebyście wiedziały, jak Tasiemiec na to reaguje! Serio! Jak wiecie, on i tak jest dość ruchliwy, ale w tych 11-15 raczej siedzi spokojnie, ale jak tylko zacznę po angielsku (ewentualnie po hiszpańsku czytać) to się wierci i nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle :P W tym czasie też zajmuję się naszymi finansami. W tej kwestii też mi się zrobiły małe zaległości i teraz porządkuję wszystkie paragony, podliczam, analizuję, porównuję. Trochę matematyki nie zaszkodzi :) W niektóre dni  z kolei włączam sobie jakąś relaksacyjną muzyczkę i sięgam po krzyżówki, które stały się od paru miesięcy dla mnie nie tylko formą rozrywki, ale także formą ożywienia umysłu i poszerzenia trochę zasobu słownictwa w naszym ojczystym języku. Za tymi panoramicznymi nie przepadam, ale kupuję sobie na przykład "Rewię rozrywki" i tam jest dużo krzyżówek i łamigłówek słownych w rozmaitych formach.
Poza tym ze względu na zbliżający się wielkimi krokami poród, dokształcam się trochę w tej kwestii - czytam materiały ze szkoły rodzenia, sprawdzam, co musimy dokupić z wyprawki (jak na razie zaliczyliśmy większość zakupów przy okazji dwóch wypadów, jeszcze tylko jeden - góra dwa i będziemy mieć to z głowy) i zastanawiam się, czego jeszcze nie wiem :)
Później zazwyczaj nadchodzi godzina, o której najczęściej Franek przychodzi do domu po pracy. Jemy obiad, rozmawiamy albo coś razem oglądamy. Mogłabym powiedzieć, że Franek rozwala mi plan dnia :P, ale tego nie powiem, bo właśnie na popołudnie już zwykle niczego nie planuję, wiedząc, że jak jestem z nim, to często jest tak, że zajmujemy się czymś innym. A jeśli nie, to wtedy wybieram sobie coś do roboty ze swojej listy.
Podobnie w weekendy - te dni też pozostawiam sobie bez planu i ewentualnie robię to, czego nie zdążyłam "zaliczyć" w tygodniu. Bo przecież różnie to bywa. Uwielbiam swoje plany i grafiki, ale nie jestem ich niewolnicą :) Potrafię czasami coś zmodyfikować albo odpuścić. Świat się wtedy nie wali.
Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że niestety w tym wszystkim nie znajduję już czasu na jeszcze jedną z moich ulubionych rozrywek, mianowicie na robótki ręczne. No już nie daję rady. Ale może za jakiś czas uporam się przynajmniej z częścią zaległych spraw, to i za szydełko uda się chwycić.

Widzicie więc, że jednak się nie nudzę :) Bardzo mi na tym zależało i osiągnęłam swój cel. Nie chciałam też zdziadzieć i pilnowałam tego, żeby nie zakopać się gdzieś w domowych pieleszach w dresie i bez makijażu, ale pogoda niestety nie sprzyja wycieczkom. Kiedy mam okazję, to wychodzę i staram się przy okazji zrobić jakiś dłuższy spacer - na przykład zamiast gdzieś podjeżdżać autobusem, to idę na piechotę. Ale żeby tak specjalnie wychodzić to mi się nie chce... Jak urodzi się Tasiemiec i trochę się zaaklimatyzuje, to będę miała  już motywację. Na razie nic na siłę. Zwłaszcza, że tu nawet nie bardzo mam gdzie łazić - czasami tylko z Frankiem się na jakiś krótki spacer wybierzemy.

A jutro zostanę słomianą wdową. Na chwilę tylko, bo do piątkowego wieczora, ale trochę dziwnie mi pewnie będzie :) Franek musi się przejechać do poznańskiego urzędu - jedzie Polskim Busem jutro popołudniu i wróci pojutrze wieczorem. Jednak płakać nie będę, na pewno jakoś to przeżyję :)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Chcę im pokazać!

Weekend był taki se, bo ze względu na to, że Franek był w pracy, ja bawiłam się w kurę domową (za to kolejny będzie już duuzo lepszy, bo Franek ma wolne a do tego przyjeżdżają moi rodzice i siostra na świętowanie moich urodzin :)). Nawet za bardzo nigdzie nie wychodziłam, bo sobota i tak była paskudna i cały dzień padało, a w niedzielę posiedziałam dwie godziny na balkonie a potem przeszliśmy się do kościoła. 
Ale i tak jestem zadowolona, bo w takie dni trenuję zazwyczaj swoją umiejętność dobrej organizacji :)

W sobotę nawet się wyspałam! Obudziłam się co prawda, kiedy Franek szedł do pracy o 3 i przez godzinę nie mogłam zasnąć, ale w końcu mi się udało. Otworzyłam jeszcze jedno oko przed siódmą, ale nakazałam sobie "śpij" i o dziwo podziałało! Spałam do 8:30! Nie pamiętam kiedy ostatni raz mi się to udało! Franek wrócił z pracy o 14:30. W ciągu tych sześciu godzin: zrobiłam pranie, pograłam w karty przez internet, pościerałam kurze, umyłam częściowo łazienkę (bez podłogi, to działka Franka :P), odbyłam trzy długie rozmowy telefoniczne z mamą, szwagierką i teściową o łącznym czasie trwania około godziny, posprzątałam kuchnię, poczytałam książkę. Równo o14:30 postawiłam na stole przed Frankiem talerz ze świeżo ugotowanym rosołem. Na drugie danie kopytka. Rzecz jasna również je zrobiłam własnymi ręcami w tych sześciu godzinach. Da się? Da się :) Potem jeszcze pozmywałam i do końca dnia miałam labę, którą spożytkowałam na czytanie książki.
W niedzielę to już w ogóle miałam luz, bo i rosół z soboty został i kopytka, no to jeszcze tylko dorobiłam jakiegoś mięsa w sosie, żeby było widać, że to niedziela ;)
Lubię takie momenty, jak sobotnie przedpołudnie, kiedy widzę, że wszystko mam pod kontrolą, kiedy planuję, którą czynność wykonam wcześniej, a które dwie mogę robić jednocześnie. A później ta satysfakcja, że nie dość, że się ze wszystkim wyrobiłam, to jeszcze obiad na stole a wokół czysto :)

Zawsze potrafiłam zmieścić wiele czynności w ciągu jednego dnia. Kompletnie nie rozumiałam kiedy ktoś zbliżony do mnie wiekiem i ogólnie żyjący w podobny sposób za coś mnie i Franka podziwiał - że na przykład codziennie jemy dwudaniowy obiad, że mamy czas na sprzątanie, pranie i prasowanie podczas gdy oboje pracujemy, że poza tym spotykamy się ze znajomymi, wyjeżdżamy w weekendy a do tego ja jeszcze biegam na aerobik, udzielam korepetycji i robię na szydełku. Przecież nie robiłam niczego nadzwyczajnego - nawet spałam po osiem godzin na dobę. Myślę, że sekret tkwi po prostu w tym, że po pierwsze mi się chce, a po drugie umiem sobie wszystko zorganizować.

Moja mama przez cztery lata wychowywała sama dwójkę dzieci, bo mój tato najpierw był w wojsku a później pracował w innym mieście. Owszem, popołudniami miała pomoc ze strony swoich rodziców, którzy wracali z pracy, ale jednak oprócz tego, że się zajmowała nami, sprzątała i gotowała. Później, kiedy moi rodzice zamieszkali już sami i nie mieli nikogo do pomocy, oboje pracowali a mimo to w domu zawsze było czysto, mama była zadbana, dwudaniowy obiad stał na stole i jeszcze był czas, żeby się z nami pobawić. 
Brat Franka i jego żona też mają dwójkę dzieci, ale oboje nie pracują (cały czas są na jakichś urlopach rodzicielskich) i kurczę nie potrafię zrozumieć tego, że zawsze są nieogarnięci, że na nic nie mają czasu i ciągle się wszędzie spóźniają (kiedy mieli tylko jedno dziecko było tak samo, co ja gadam, jak nie mieli dzieci, to też zawsze musieliśmy na nich czekać, ale wtedy nie mieli usprawiedliwienia). I tak naprawdę nic mi do tego, uważam, że mogą sobie żyć jak chcą - potrafię zrozumieć to, że ktoś jest słabo zorganizowany (moja siostra na przykład jest mistrzynią chaosu i robienia wszystkiego na ostatnią chwilę) albo, że nie ma żadnych planów, bo decyzje podejmuje głównie spontanicznie (tu też moja siostra, ale także Dorota). Ale wkurza mnie strasznie, że szwagier usiłuje nam teraz wmówić, że i u nas na pewno tak będzie i w ogóle nie ma innej opcji. Jako ten bardziej doświadczony (pech polega na tym, że zawsze tak będzie, bo on zawsze będzie starszy od Franka, a jego dzieci zawsze będą starsze od naszych dzieci), wie lepiej, jak będzie wyglądało nasze życie za pół roku i w kolejnych miesiącach :)

Ja wiem, że jak pojawi się dziecko, to pożre ogromne ilości naszego wolnego czasu. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko denerwuje mnie, kiedy ktoś usiłuje mi wmówić, że na pewno nie będę miała czasu, żeby się ubrać, uczesać, a o zupie i drugim daniu to mogę w ogóle zapomnieć. Mam ochotę wtedy powiedzieć: "ja wam jeszcze pokażę" :P Jeśli oni się odnajdują w takim sposobie na życie, to w porządku - to ich świat i ważne, żeby to im było w nim wygodnie i by czuli się szczęśliwi. Ale my z Frankiem naprawdę jesteśmy inni i ważne są dla nas inne sprawy. My czujemy się dobrze, gdy mamy wszystko choć mniej więcej rozplanowane, kiedy mamy stałe punkty dnia, lubimy nasze małe rytuały, które dają nam choć namiastkę poczucia stabilizacji. Oczywiście, że nie zawsze i nie ze wszystkim udaje nam się wyrobić, ale też nie spinamy się, gdy łazienka jest brudna o dwa dni dłużej, niż powinna. Jasne, że niektóre plany czasami trzeba nieco zmodyfikować. Nie wątpię, że dziecko wywróci nasz świat do góry nogami i wielu rzeczy będziemy musieli się uczyć od nowa, wiele spraw organizować na nowo i od początku szukać punktów, na których zaczepimy nasz nowy rytm dnia. Ale czy naprawdę musi być tak, żeby tego rytmu w ogóle nie było??  Trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza, przy moim charakterze... A i obserwowani przeze mnie inni rodzice są przykładem na to, że jednak można...

Pewnie, że boję się, jak to będzie i boję się tej początkowej dezorganizacji, ale wiele razy już w swoim życiu musiałam sobie wszystko przestawiać i uczyć się funkcjonować w nowym porządku dnia, więc wydaje mi się, że jeśli tylko będzie nam na tym zależało, to jakoś uda nam się znaleźć na wszystko, co ważne, czas. Wiem, że nigdy go już nie będzie tyle, ile teraz i być może nie uda mi się wszystkiego robić perfekcyjnie, ale akurat na tym mi aż tak nie zależy. Potrafię czasami odpuścić. 

Niemniej jednak mam wrażenie, że teraz jeszcze całkiem sporo wolnego czasu mimo wszystko marnotrawimy - i dobrze, w razie czego będzie skąd czerpać :)) Mam nadzieję, że jednak uda mi się "im pokazać", mimo, że nie mam złudzeń, że nic już nie będzie takie jak teraz, że niejeden trudny dzień przede mną i że łzy też się pewnie poleją...

I dodam jeszcze, że wcale nie chcę pokazywać, że można żyć lepiej - bo to zależy dla kogo lepiej. Ani, że to mój sposób na życie jest jedynym słusznym. Raczej, że można inaczej i że nie wszyscy muszą mieć zawsze tak samo...


sobota, 30 listopada 2013

Kierownica Margolka ;)



U mnie w pracy już święta.  A przynajmniej już się je czuje – rozpoczęliśmy właśnie sprzedaż z katalogu świątecznego, a to oznacza dla nas przynajmniej dwa razy większą ilość zamówień. Przekłada się to na wszystkie aspekty naszej pracy – w tym również na ten obsługiwany przeze mnie, czyli logistyczno-kontrolny, tak bym to nazwała ;)


Atmosfera świąteczna w mojej pracy objawia się przede wszystkim tym, że nie mam kompletnie na nic czasu. Wchodzę do biura i od razu zaczyna się młynek – tu trzeba wprowadzić zamówienie, tu zainterweniować w firmie kurierskiej, potem nie zgadza się saldo klienta, a następnie trzeba sprawdzić zgodność stanów magazynowych. W międzyczasie wpadnie jeszcze klient po butelkę (jak dobrze, ze jest Asystent, bo to on się zajmuje tą najmniej dla mnie przyjemną częścią mojej pracy, czyli obsługą klienta) i nagle robi się szesnasta, czyli pora wysłania pliku z zamówieniami na dzień kolejny do naszego magazynu. Ani się obejrzę, dzień pracy się zakończył...

Ale przyznam, że jestem w swoim żywiole! Zawsze lubię swoją pracę, ale tak na całego odczuwam to właśnie w tych „gorących okresach”. Owszem, jest to bardzo absorbujące i czasami poczucie, że naprawdę nie mam w co ręce włożyć jest przemożne, ale naprawdę nie męczące. Wracam z pracy raczej usatysfakcjonowana niż zmęczona.


Mój zakres obowiązków po zmianie stanowiska i miejsca pracy uległ znacznej zmianie i muszę przyznać, że teraz moją pracę uwielbiam jeszcze bardziej niż przedtem!  Komfort pracy nieporównywalnie się poprawił – choć akurat w tym wypadku widzę, jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma, bo przecież nie narzekałam wcale na to jak było (chociaż przykre sytuacje mnie nie omijały), ale dopiero teraz widzę, jak ogromną ulgą jest to, że pracuję z kimś innym (w sensie z innym podwykonawcą).  Ale  nawet abstrahując od tego aspektu – czasami wieczorem kładę się spać z myślą o tym, jak zabiorę się do swoich zadań następnego dnia – i ta myśl sprawia mi przyjemność. Po prostu bywają dni (bardzo często), kiedy nie mogę się doczekać kolejnego dnia pracy :) 

 Moja praca jest w dużej mierze zadaniowa – otrzymuję maila, na którego muszę natychmiast zareagować. W różny sposób: czasami coś sprawdzić, czasami coś komuś zlecić, innym razem coś przygotować, zaakceptować, potwierdzić. Takich maili w okresie dużych wysyłek otrzymuję kilkadziesiąt dziennie, blisko setki.  Ale oprócz tego mam jeszcze rutynowe czynności, które muszę wykonywać na bieżąco każdego dnia – przygotowanie zamówień do realizacji, akceptowanie płatności, analiza raportów sprzedaży i kontrola obrotu towarem. Już wcześniej byłam w dużej mierze łącznikiem pomiędzy magazynem a  biurem, ale teraz, jako kierownik (a właściwie kierownica :P) znalazłam się w centrum. Może nie dowodzenia ;), ale blisko – po prostu każde zamówienie przechodzi przez moje wirtualne ręce. Są oczywiście sprawy, którymi ja się nie zajmuję (i całe szczęście, bo to nie moja bajka! ;)), takie jak strategie rozwoju, czy marketing albo duża księgowość, ale jestem w ciągłym kontakcie ze wszystkimi  - i z marketingiem i z bazą danych i z księgowością i ze sprzedażą i z dystrybucją i z transportem.


Można powiedzieć, że moim głównym zadaniem jest dopilnowanie, żeby każda przesyłka  trafiła do klienta na czas i zgodnie z zamówieniem. A uwierzcie, mi, że to nie zawsze jest takie proste ;) Informacje o tym, że klient jest nieobecny albo że nie ma pieniędzy – to od kurierów. Od naszych kolsuntantów z kolei, że kurier dostarczył stłuczoną przesyłkę, albo, że klient otrzymał tylko w połowie to, co chciał i trzeba zorganizować wymianę. Między jedną a drugą odpowiedzią na maila, muszę jeszcze zadzwonić w kilka miejsc i omówić z magazynem technikę pakowania nowych zamówień, wyjaśnić błąd w pliku albo wstrzymać wysyłkę do klienta, który się rozmyślił.

Poza tym codziennie robię analizę sprzedaży pod kątem wydanego towaru – sprawdzam, co nam się kończy, czy nie trzeba zmienić składu zestawów, ewentualnie uzupełniam braki zwrotami, a przede wszystkim porównuję swoje obliczenia z dokumentem, który dostaję z magazynu. Ponadto prowadzę raport kasowy i wyjaśniam ewentualne niezgodności na saldach klientów.


Nie wiem, czy kiedykolwiek pisałam, czym się właściwie zajmuję. Może komuś taka notka nie wydaje się szczególnie interesująca, ale pisałam ją pod wpływem emocji, które miałam w sobie właśnie po szczególnie udanym dniu pracy. Cały dzień coś się działo, napotkałam trochę problemów, a jednak teraz czuję się bardzo usatysfakcjonowana. Moja praca naprawdę mnie pasjonuje, choć pewnie wiele osob nie wyobraża sobie, jak to możliwe :) W końcu to takie prozaiczne... Ale mnie właśnie coś takiego sprawia radość i powoduje, że nie ma dnia, żebym pomyślała, że mi się nie chce.

***

To wszystko napisałam wczoraj w samochodzie w drodze do Miasteczka. Franek przyjechał po mnie do biura, dokończyłam co było trzeba i wsiadłam do samochodu, a potem jeszcze przez jakieś pół godziny instruowałam Asystenta przez telefon jak ma sobie poradzić z jednym zamówieniem i załatwiałam telefonicznie parę innych kwestii. A potem mogłam uznać dzień pracy za zakończony i sięgnąć po obiad, który przygotował dla mnie Franek.

Szkoda mi było czasu, żeby wracać do domu, żeby coś zjeść, a po drodze nie chcieliśmy się zatrzymywać na obiad, więc Franek przygotował wszystko do pudełka, owinął folią, dorzucił talerz i sztućce. I tym sposobem w samochodzie zjadłam kulturalnie smaczny obiadek :)

Myślę, że zasłużyłam na ten weekend. Teraz czas na relaks przed kolejnym ciekawym tygodniem w pracy.

Ps. Głównie przez tą dużą ilość pracy moja aktywność blogowa spadła - choć przyznam, że nawet tego nie zauważyłam! Zaskoczyło mnie, gdy zobaczyłam, że w tym miesiącu opublikowałam raptem sześć notek.

środa, 2 października 2013

Październikowa refleksja o nauce



Październik - miesiąc, który wielu osobom kojarzy się z rozpoczęciem roku akademickiego... Z tej okazji snułam sobie różne przemyślenia na temat nauki i studiów.
Lubię uczyć się czegoś nowego i jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, których chciałabym się nauczyć. Lubiłam moje studia pierwszego i drugiego stopnia, chociaż bywało, że doprowadzały mnie do łez.Byłam bardzo zadowolona z moich studiów podyplomowych i chodziłam na wykłady z przyjemnością. Ale odczułam ogromną ulgę, że je skończyłam.Od jakiegoś juz czasu wiem, że na razie to koniec z nauką – niestety, albo stety, tego jeszcze pewna nie jestem :)
Ale pewna jestem, że nie mam już chwilowo na to siły. Mimo tego, że naprawdę sprawia mi przyjemność dowiadywanie się czegoś nowego, czy pogłębianie już zdobytej wiedzy, to zwyczajnie teraz mam już inne priorytety i nie wyrabiam ze wszystkim. 
Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że nie przeszkadzałoby mi może poświęcanie swoich weekendów na to, żeby spędzić po osiem godzin dziennie na uczelni. Ale niestety, przeszkadzałoby już to, że ten wolny czas – mój czas, którego mam i tak niewiele, muszę poświęcać w domu jeszcze na naukę... Gdyby nie konieczność zdawania egzaminów, czy w ogóle uczenie się we własnym zakresie do egzaminów być może zdecydowałabym się na coś jeszcze –za jakiś czas. Ale myślę, że i tak dużo już w siebie zainwestowałam pod tym względem i na razie wystarczy... Zwłaszcza, że teraz weekendy mamy zdecydowanie przeznaczone na coś innego. Gdybym w nasze plany musiała jeszcze wplatać zajęcia, nie wyrobiłabym.
 
Pamiętam, że maj 2011 - czyli ostatni miesiąc nauki przed obroną pracy na studiach podyplomowych mnie wykończył – doszły mi dodatkowe obowiązki w postaci korepetycji, w pracy zaczął się ruch i nagle okazywało się, że musiałam wybierać – albo gotuję zupę na jutro, albo się uczę :) Jeść trzeba. Tak samo jak posprzątać, wyprać i wyprasować :) Zwłaszcza, że nie prowadziłam już życia studenckiego. I tak Franek robił (i robi) połowę tego wszystkiego, co w domu jest do zrobienia, o ile nie więcej... W każdym razie kiedy się tak męczyłam tym, że nie mam ani chwili wytchnienia i z trudem znajdowałam czas, żeby chociaż dwa razy w tygodniu wyskoczyć na aerobik, pomyślałam sobie – jak to dobrze, że mi nie odbiło i nie postanowiłam robić doktoratu :) Bo swego czasu miałam takie myśli. Jak pomyślę sobie, że prawdopodobnie cały czas jeszcze byłabym na studiach, to aż mi ciarki przechodzą po plecach :) 
Okazuje się, że po prostu na wszystko jest czas. Dla mnie czas na studia już minął – nie oznacza to, że nie mam zamiaru do końca życia się już niczego uczyć :) Nie zarzekam się też, ze nigdy... Ale na chwilę obecną stwierdzam, że zakończyłam swoją edukację... Inne rzeczy się dla mnie liczą. Teraz chcę się rozwijać w pracy, chcę utrwalać to, czego już się nauczyłam. Zwłaszcza, że tak wiele się w moim życiu ostatnio nauczyłam.

Być może jeszcze kiedyś powrócę do nauki. Moja mama robiła dodatkowe studia, gdy ja i moja siostra chodziłyśmy już do szkoły. Tata indeks studiów podyplomowych odebrał w tym samym miesiącu, w którym ja odebrałam swój na studia pierwszego stopnia, a teraz robi jakiś kurs ufundowany przez UE. Dlatego nie wykluczam, że i ja za kilka, kilkanaście lat znowu znajdę czas i chęci, żeby się zapisać na jakieś studia, czy kurs. Teraz zdecydowanie coś innego jest dla mnie w życiu, a z moich dotychczasowych osiągnięć jestem naprawdę zadowolona.

Wracając jeszcze do pomysłu robienia doktoratu - trochę nie podoba mi się tendencja naszych czasów. Teraz wiele osób po studiach, nie wiedząc co ze sobą zrobić, wybiera doktorat. A ja nie wyobrażam sobie być wieczną studentką - skoro nawet nie wiązałam swojej zawodowej przyszłości ze studiami pierwszego i drugiego stopnia! Jak najbardziej rozumiem studia doktoranckie w przypadku, gdy ktoś jest naukowcem lub pozostaje na uczelni. W takim wypadku jak najbardziej pochwalam dalszy rozwój, prowadzenie badań itd. Daleko szukać nie muszę - Dorota za chwilę obroni tytuł doktora. Kosztowało ją to wiele wysiłku, wytrwałości i czasu. Jest specjalistką w swojej dziedzinie i jestem dumna z tego, że mam taką mądrą koleżankę :) Pracowała na uczelni na zastępstwo przez kilka lat. W kwietniu pracę straciła, ale od tego roku akademickiego dostała etat wykładowcy na Uniwersytecie Szczecińskim :) Bardzo się z tego cieszę, bo kibicowałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę odbiegłam od tematu - chodzi mi o to, że ona jednak cały czas w tej swojej dziedzinie siedzi! Cały czas się dokształca, czyta, pisze, prowadzi badania. Jak najbardziej rozumiem w takim wypadku ideę robienia doktoratu. Ale jeśli ktoś idzie na takie studia dla samego tytułu? Trochę to bez sensu i powoduje, że sam tytuł się dewaluuje. 

Ja pracowałam w biurze jako księgowa - po jakie licho byłby mi tytuł doktora filologii angielskiej? :D 
Zdecydowałam się więc na podyplomówkę. Wiem, że niektórzy uważają, że studia podyplomowe powinno się robić, kiedy już się pracuje kilka lat i że głównym ich celem ma być dokształcenie się bądź zdobycie wiedzy teoretycznej do codziennie wykonywanej praktyki. Tymczasem ja zrobiłam inaczej - wybrałam takie studia podyplomowe, bo akurat miałam na nie czas, interesowało mnie to i chciałam nauczyć się czegoś nowego. I to był najlepszy z możliwych wyborów - mogę tak powiedzieć z perspektywy czasu, ponieważ gdyby nie te studia, nie zostałabym zatrudniona w firmie, w której pracuję! Ówczesny pracodawca zwrócił uwagę na to, że mam studia logistyczne... A i obecna szefowa awansując być może kojarzy, że studiowałam filologię, ale przede wszystkim skupia się na tym, że mam dyplom logistyka. Jak widać naprawdę było warto - piszę to ja: kierownik logistyki, która bardzo lubi swoją pracę :) I obym tylko miała możliwość lubić ją jak najdłużej.