*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekko i przyjemnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekko i przyjemnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jaka pyszna sanna ;)

Jestem naprawdę nieprzyzwyczajona do tego, że nie muszę siedzieć nad magisterką. Nawet kiedy miałam ją już napisaną, to siadałam, żeby coś tam dopisać, zmienić, poprawić. A w sobotę oddałam poprawione wersje i z powrotem dostałam zakończenie, w którym było tylko kilka błędów, w tym żadnych merytorycznych – tylko jakieś przecinki, apostrofy i takie tam. Od razu poprawiłam i odesłałam całość mailem. No i nie mam nad czym pracować, czekam na zwrot – dopiero za dwa tygodnie prawdopodobnie. Dziwnie mi ;))
Ale najśmieszniejsze jest to, że nie mam tytułu pracy :P Cały czas mam tylko „tentative title”, czyli coś na zasadzie roboczego. Trochę niezgrabnie brzmi po angielsku i nie podoba się ani mnie ani promotorowi :) Mam nadzieję, że do obrony na coś wpadnę :)
Ale skoro już zostałam obdarzona tą większą dawką wolnego czasu, postanowiłam to wykorzystać. Miałam wczoraj niedzielę z prawdziwego zdarzenia – nie pamiętam kiedy ostatni raz tak sobie leniuchowałam :) Aktywnie leniuchowałam, dodam.
Takiej zimy w Poznaniu to ja nie widziałam odkąd tu mieszkam, czyli od prawie sześciu lat. Ale to nic, bo Franek mieszka tu dwadześcia sześć lat i też nie pamięta :) Pamiętam jak kiedyś na weekendy jeździłam do domu i przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy tak w połowie drogi zauważałam śnieg leżący na polach a potem kiedy przyjeżdżałam do całkowicie białego Miasteczka. Albo jak robiłam zdjęcia komórką, żeby Frankowi prawdziwą zimę pokazać :P W Poznaniu śnieg właściwie nie leżał, przynajmniej nie w częściach miasta, po których ja się poruszałam. Mrozy owszem, zdarzały się, ale zima w Poznaniu przeważnie była szara bura i mokra :) A tu nagle w tym roku śnieg. No to trzeba było to wykorzystać. Otóż wybraliśmy się na sanki :P
Mało brakowało a Franek by się wykręcił, ale przekonałam go tym, że zdążyłam już powiedzieć Dorocie, że się wybieramy a ona tylko przyklasnęła. Nie miał już nic do gadania. Co prawda okazało się, że sanki nie mają linki, ale Dorota przyniosła coś a’la skakankę i po problemie. I tak oto trzy stare konie (jak to moja mama określiła) wybrały się na górki nad Wartą. Zabawa była genialna. Przewróciliśmy się chyba ze sto razy :) Królował w tym Franek, bo po prostu ma za długie kończyny, szkoda że nie widziałyście jak fruwały mu w powietrzu :) Dorota najadła się śniegu. Za to ja kilka razy zjechałam sobie na brzuchu (bez sanek :P) po zboczu górki. Włożyłam buty, których nie szkoda mi było zniszczyć. Nie przewidziałam tylko tego, że są tak śliskie, że nie będę mogla wejść z powrotem :)Robiłam jeden krok do przodu po czym zjeżdżałam z powrotem na brzuchu i kolanach. Franek z Dorotą ryczeli ze śmiechu. Dorota chciała mi podać rękę, ale skończyło się tym, że i ona zjechała na dół :) Ostatecznie nie pozostało mi nic innego jak włazić na czworakach.
Słuchajcie, dawno się tak dobrze nie bawiłam. Było mnóstwo frajdy, śmiechu, a przy okazji i spaliśliśmy trochę kalorii, bo nieźle się namęczyliśmy przy bieganiu tam i z powrotem. Żałuję, ze nie mieliśy aparatu. Wróciliśmy przemoczeni i szczęśliwi :) Trochę się tylko boję, czy nie przeziębiłam pęcherza, ale nawet jeśli to było warto ;)
Wieczorem natomiast jeszcze wyskoczyliśmy na miasto zobaczyć „światełko do nieba”.  Przemarzliśmy wczoraj równo :) Ale to takie zdrowe przemarznięcie było (no ok, czy zdrowe, to się pewnie dopiero okaże;)) i przyznać muszę, że warto było skorzystać z tych uroków zimy ;) No dobra, to już sobie na sankach pojeździłam, poślizgałam się a teraz zimo możesz sobie iść :) Ale słyszałam, że coś Ci się nie spieszy…

sobota, 3 października 2009

Hej ho, hej ho, do szkoły by się szło.

Było o karierze zawodowej Franka, teraz trochę o karierze Margolki. Jak wiadomo Margolka od ładnych trzech lat pracuje jako księgowa, kadrowa i asystentka szefa R. w jednym. Pracę swoją bardzo lubi i zdaje się, że praca, a konkretnie szef R. Margolkę też lubi, zważywszy na fakt, że ostatnio określił ją mianem „lojalnego pracownika” i powiedział, że bez niej by sobie nie poradził. Margolka siedzi sobie w biurze i nikt jej przez ramię nie zagląda. Sama organizuje sobie pracę i jedynym wymogiem jest to, że praca ma być wykonana. I jest zawsze wykonana, choćby trzeba było siedzieć dwanaście godzin nad papierami.
Margolka pracuje z około siedemdziesięcioma facetami, z których większość ją karmi, komplementuje i przynosi jej kwiaty :) Niektórzy nawet wielokrotnie w ciągu dnia mówią, że mogą zrobić dla niej wszystko. A propos: w biurze mamy przenośny telefon, który najczęściej kucharze zabierają do kuchni. Wchodzę ostatnio do kuchni i pytam „mogę telefon?”, na co Kucharz odpowiada: „Margolka, Ty to możesz nawet całą budkę telefoniczną, jak trzeba będzie to na plecach Ci ją przyniosę.” Fajnie jest być rodzynkiem.
Generalnie Margolka narzekać nie może i tego nie robi. Czasami tylko troszkę się martwi jak „góra” za dużo kombinuje i los lokali, w których pracuje jest nie do końca pewny. Ale Margolka ma zapewnienie od R, że jak długo on będzie to ona też będzie. R. ma silną wolę walki i dużo optymizmu w sobie, więc Margolka za dużo się na razie nie martwi, chociaż czasami jednak tak…
Jednak jak wiadomo, praca ta niewiele ma wspólnego z Margolki studiami. No chyba, że akurat zadzwoni jakiś obcokrajowiec z rezerwacją, ale to się za często nie zdarza. Więc Margolka będzie musiała pomyśleć o zmianie zatrudnienia, ale z szukaniem nowej pracy czeka przynajmniej do lutego, jak już będzie magistrem (wersja optymistyczna, w pesymistycznej trzeba będzie poczekać do czerwca).
Przed Margolką ostatnia prosta w biegu po tytuł magistra. I oto dziś rozpoczyna się ostatni semestr w ciągu dwuipółetnich uzupełniających studiów magisterskich. Głupota to niesłychana, bo do końca semestru jest tylko siedem zjazdów. Zajęcia, które obejmują tylko trzy wykłady i seminarium magisterskie, odbywają się tylko w soboty. No, ale wiadomo o co chodzi jak nie wiadomo nie? :) Margolka nadal nie narzeka. Zawsze trochę dłużej może nacieszyć się statusem studentki. Dzisiaj Margolka będzie miała seminarium. Miała oddać jeden rozdział pracy. Plan udało się zrealizować w dwustu procentach, bo oddaje dziś dwa rozdziały :) Nie licząc wstępu i zakończenia, ma już połowę pracy. Pod warunkiem oczywiście, że promotor nie pokreśli wszystkiego. Tak więc proszę za Margolkę trzymać kciuki :)