*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syndrom przedszkolaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syndrom przedszkolaka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2015

Dogłębna analiza uczuć :)

Ostatnio Pola słusznie zauważyła, że swoje emocje poddaję gruntownej analizie. Rzeczywiście tak właśnie jest. Przyznam, że nie potrafię się nad swoimi uczuciami nie zastanawiać. Rozmyślam o tym skąd się biorą, jakie jest ich źródło, czy chciałabym je zmienić, czy mogę to zrobić i jak... To zazwyczaj przynosi pozytywne efekty, bo jeśli coś mi doskwiera, jest mi łatwiej sobie z tym poradzić.

I na przykład w ostatnim czasie taka analiza pozwoliła mi stwierdzić, że myliłam się myśląc, że gorsze dni Wikinga negatywnie wpływają na mój nastrój. Oczywiście nie pozostają bez echa, bo to chyba dość naturalne, że jeśli coś nie idzie, jeśli Wikuś jest bardziej marudny niż zwykle to ja się bardziej stresuję lub martwię. Ale tak naprawdę takich sytuacji wcale nie ma wiele. Na co dzień Wiking jest dość prosty w obsłudze i wiele rzeczy dzieje się po prostu podobnie - rano budzi się dość wcześnie i jest trochę niedospany (ale położyć się nie chce), więc co za tym idzie marudny. Muszę więc mu znaleźć jakieś interesujące zajęcie, na czas kiedy ogarniam się porannie. Mniej więcej po dwóch godzinach jest drzemka, potem spacer, deserek, zabawa. Później znowu drzemka, obiadek, zabawa i ewentualny drugi spacer. Wieczorem jest różnie - w zależności od tego, jak bardzo Wiking jest już zmęczony, po 18tej marudzi mniej lub bardziej, ale zawsze trzymamy go do siódmej, kiedy to bardzo się ożywia, bo uwielbia się kąpać. Potem się wścieka, że wyciągamy go z wanny a poza tym nie znosi się ubierać :P A później już tylko jedzenie, czytanka na dobranoc i śpi. Nie mamy stałych godzin tych czynności, ale wszystko dzieje się mniej więcej w stałej kolejności. Czyli niby wszystko jak należy. A jednak czasami jestem z takiego stanu rzeczy zadowolona, innym razem czuję się trochę nieswojo, coś mi dolega wewnętrznie i sama nie wiem co.

Pisałam jakiś czas temu notkę, w której dzieliłam dni na idealne, dobre i tak dalej :) Z notki w zasadzie wynikało, że ten podział najbardziej zależy od tego, jak w danym dniu zachowuje się Wiking. W komentarzach już doprecyzowałam, że to bardziej kwestia moich subiektywnych uczuć. I dzisiaj absolutnie to potwierdzam! Jestem już przekonana o tym, że tak naprawdę to mój nastrój determinuje "łatkę", którą oznaczony zostanie dzień. Po pierwsze chodzi o to, że dla mnie problematyczne może być coś, co dla innej mamy w ogóle problemem nie jest, a po drugie, i to jest chyba ważniejsze, to, jak się czuję, czy jest mi dobrze, źle, czy jestem smutna, czy radosna, determinuje moje postrzeganie tego, co dzieje się wokół mnie. To jest zresztą chyba dość naturalne i wydaje mi się, że każdy tak ma. Kiedy ma się w życiu dobry czas i ogólne poczucie spełnienia i szczęścia, to nawet poważniejsze niepowodzenia tego nie rujnują i nie postrzegamy ich jako katastrofy. Z kolei gdy z jakiegoś powodu jest nam w życiu gorzej i tego szczęścia przez dłuższy czas znaleźć nie możemy, to nawet jakiś drobiazg urasta do rangi ogromnego problemu. 
Oczywiście to nie jest też tak, że codzienność wcale nie ma wpływu na nasz nastrój, bo jakieś zdarzenie może go poprawić albo pogorszyć i tak dalej. Więc chodzi mi po prostu o to, że tak naprawdę nic w tej kwestii nie jest bez znaczenia, ale jednak wszystko ma początek w stanie naszego ducha ;)

W każdym razie, ostatnio właśnie sporo się nad tym zastanawiałam... Doszłam do wniosku, że bywają dni, kiedy Wiking jest spokojny i ma dobry humor, a ja jednego dnia jestem w nastroju doskonałym, innym razem snuję się po domu ze łzami w oczach :) Albo inaczej - Wikuś ewidentnie ma gorszy dzień, jęczy, trudno mu dogodzić, a ja dzielnie stawiam temu czoła, radzę sobie ze wszystkim i w dodatku na koniec dnia jestem w stanie stwierdzić, że był on całkiem dobry. 
Ostatnio rzeczywiście mieliśmy małe kłopoty w postaci kryzysu drzemkowego, o którym Wam wspominałam ;) (i jak sama przyznałam, wiem, że w tej kwestii przesadzam i właśnie widzę problem tam, gdzie inni go nie mają ;)), ale kiedy bardziej się na tym skupiłam stwierdziłam, że choć nie pozostawało zupełnie bez znaczenia, to wcale nie było źródło mojego ewentualnego gorszego nastroju danego dnia. Bo kryzys trwał nawet, kiedy byłam w dobrym nastroju. A z kolei jak już nie było większych problemów ze spaniem i obiektywnie rzecz biorąc wieczorem stwierdzałam, że przez cały dzień Wiking zachowywał się bez zarzutu, nie wiedzieć czemu, ja sama nie czułam się w szczytowej formie psychicznej. 

Nie znoszę takich chwil, kiedy jest mi źle, a ja nie potrafię znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy. Od paru lat nie wszystko w życiu układa nam się tak, jak byśmy sobie życzyli i sporo już przeszliśmy, a jeszcze więcej przed nami. Mimo wszystko staram się nie myśleć o problemach, które nad nami wiszą i zazwyczaj nawet mi się to udaje, chociaż czasami przebija się jakiś żal, który cały czas siedzi mi w głębi serca. Żal o to, że miało być inaczej. Albo o to, że mogło się wszystko potoczyć inaczej gdyby nie to albo tamto. Jeszcze parę lat temu nie miałam takich myśli, pewnie dlatego, że jeszcze nigdy nie byłam tak blisko upragnionej stabilizacji jak w ostatnich latach i w ostatniej chwili zostało mi to odebrane. Ale już o tym pisałam parę razy, więc nie chce teraz do tego wracać, bo właśnie okazuje się, że nawet nie w tym rzecz ;)
Bowiem gdy zaczęłam szukać przyczyn mojego dołka stwierdziłam, że przyczyn może być kilka. 

Po pierwsze jest to chyba znudzenie monotonią dnia codziennego, która czasami mnie dopada. Czasami jest mi od rana smutno tylko dlatego, że mimo iż kocham rutynę, to bywa, że szlag mnie trafia na myśl o tym, że zaraz wszystko potoczy się tak, jak każdego innego dnia :) Mam wtedy takie przykre poczucie bezcelowości.

Po drugie, i to jest przyczyna mojego ostatniego kryzysu* - syndrom przedszkolaka! Tak! Olśniło mnie, że to wszystko przez to, że za długo już mnie nie było w Miasteczku. Zawsze przecież tak miałam, że jak tam nie jechałam przez okres dłuższy niż 3 tygodnie, to mnie łapał dołek. Odkąd Wiking się urodził moja tolerancja trochę się wydłużyła, ale i tak wynosi niewiele ponad miesiąc. I gdy pod koniec sierpnia zdałam sobie sprawę z tego, że już minął miesiąc od moich wakacji i że jeszcze przez kolejny miesiąc tam nie pojadę to mi się zrobiło smutno. Dużo wtedy myślę o tym co pisałam tu i tu... Nadal podtrzymuję, sami sobie ten los wybraliśmy i świadomie się na to zdecydowaliśmy, ale nic nie poradzę na to, że smutno mi się robi, kiedy uderza mnie to, że jesteśmy tu sami. Kiedy myślę o tym, że dziecko zupełnie inaczej wychowywało by się w domu pełnym ludzi... Bo nikt mi nie wmówi, że to bez większego znaczenia. Pomijam już oczywisty fakt odciążenia rodziców - bo tu jakaś ciocia przez chwilę ponosi, wujek zabawi, dziadkowie przejmą na dwie godziny... Tego się czasami nawet nie zauważa (na przykład ostatnio było tak, ze przez tydzień moi rodzice już chodzili do pracy, więc i tak byłam przez większość czasu z Wikingiem sama, ale jednak czasami ten czas między 16 a 19 gdy już nie byłam sama bardzo mocno odciążał mnie psychicznie), a jednak ma ogromne znaczenie. Moja mama też przyznała, że jej było łatwiej, bo choć siedziała w domu i ze mną i z moją siostrą, to nie ciążyło jej to szczególnie, bo po południu zawsze schodziła się cała rodzina. No właśnie - bo chodzi jeszcze o to, że takie dziecko ma zupełnie inne możliwości rozwoju. Jest więcej osób wokół niego, które mają większy wpływ (mniej lub bardziej bezpośredni) na jego wychowanie. Dziecko obserwuje więcej wzorców zachowań, słyszy więcej głosów, ten powie jeden wierszyk, tamten zaśpiewa jakąś piosenkę, jeszcze kto inny zagada... Nawet jeśli będzie to w kółko to samo, to będą to cztery albo więcej wersji tego samego a nie tylko dwie, jak w przypadku dwójki rodziców. I potem na przykład roczne dziecko potrafi pokazać Turbinę Peltona...**No, ale cóż, tego już nie zmienimy. Jest jak jest. Ale właśnie czasami dopada mnie smutek, kiedy tego rodzaju refleksje się pogłębiają i kiedy bardzo chciałabym znowu pojechać do Miasteczka... Na szczęście w następny weekend przyjadą do nas moi rodzice, potem Dorota, a później wujek z dziadkiem, więc już się jakoś raźniej robi ;) 

I wreszcie po trzecie -bardziej niż od nastrojów Wikinga, moje samopoczucie zależy od nastrojów Franka :) Kiedy on jest nie w sosie, zachodzi duże prawdopodobieństwo, że przeniesie się to także na mnie. Bardzo tego nie lubię. Ale to chyba dlatego, że kiedy on jest nie w humorze, to zamyka się w sobie i ja wtedy czuję się bardzo osamotniona.

I znowu popłynęłam ;) Domorosły psychoanalityk się ze mnie zrobił, ale póki co poprzestaję na analizie siebie :D

*Mowa o przełomie sierpnia i września, bo wtedy chyba czułam się psychicznie najgorzej. Później się poprawiło, a choć tydzień temu w notce o kacu poweekendowym pisałam, że obawiam się jak to będzie, to życie mnie zaskoczyło i okazało się, że właśnie przez ten czas byłam w wyśmienitym humorze ;) Chooociaż, dzisiaj trochę mamy do czynienia z trójeczką. Franek wrócił bardzo zmęczony z pracy, w dodatku źle się czuje. No i przez to mnie się też trochę pogorszyło popołudniu. Zły czas sobie wybrał. W takich nastrojach raczej trudno będzie świętować...

** Ja właśnie wychowywałam się w domu pełnym ludzi, bo moi rodzice mieszkali z rodzicami i bratem mojej mamy. I to właśnie mój wujek na zmianę z tatą usypiali mnie przeglądając Młodego Technika i nauczyli mnie co to jest Turbina Peltona :D

poniedziałek, 26 maja 2014

Garść przemyśleń na odblokowanie

Zawiesiłam się. Muszę chyba napisać notkę o czymkolwiek, żeby wreszcie ruszyła reszta, którą tylko sobie szkicuję, bo później tracę ochotę na publikowanie albo stwierdzam, że słowa mi się nie kleją :)

Ostatnio to w ogóle ja sama się nie kleję. Franek chodzi na popołudnia do pracy a ja przez ten czas paradoksalnie nie opublikowałam ani jednej notki - mimo, że mam wolny komputer i czasami nudnawe wieczory :)

Tak wracając jeszcze do poprzedniej notki - myślałam jeszcze trochę na ten temat i zdecydowanie mogłabym stwierdzić, że sporo rzeczy poukładało nam się bardzo dobrze i gdyby ktoś nam ponad rok temu powiedział, że tak będzie (w tych poszczególnych kwestiach) to bylibyśmy bardzo zadowoleni. Ogólnie dobrze nam się tu mieszka, żyjemy trochę spokojniej (mam na myśli codzienny pęd), mamy więcej czasu (a na pewno ja mam, bo dojazdy do pracy pożerały 1-2 godziny mojego czasu), dotychczas też nie mogliśmy narzekać na częstotliwość wyjazdów weekendowych (choć to się na pewno niestety zmieni). Prawie wszystko w porządku.

Prawie - bo oprócz tego, że niektóre sprawy są nadal niepewne (ale o tym na razie nie myślimy), to jednak doskwiera trochę to, że jesteśmy tutaj sami. Wiedzieliśmy, że tak będzie i na to się zgodziliśmy. Staramy się ten fakt ignorować i po prostu jeździć do Miasteczka albo Poznania, kiedy tylko jest taka możliwość. Ale czasami mimo wszystko trudno o tym nie myśleć i wtedy jest mi z tego powodu zwyczajnie smutno. Wielokrotnie pisałam o tym, że wyjazd na weekend - nawet w każdy - nie jest dla nas problemem. Ale nie zawsze jest taka możliwość. Jednak tak naprawdę przykre jest to, że tak na co dzień jesteśmy sami i w razie czego możemy liczyć tylko na siebie. Jeszcze bardziej boli myśl, że jeśli wszystko poukłada się tak, jakbyśmy chcieli, to tak już będzie zawsze - i zawsze od bliskich będzie dzieliło nas 300 km. Nie będzie możliwości, żeby wpaść do kogoś po drodze, spontanicznie spotkać się wieczorem, czy poprosić o małą przysługę - nie wspominając już o jakimś nagłym wypadku... To jest trudne i kiedy za dużo o tym myślę, robi mi się źle, bo ogarnia mnie pewien niepokój i taki żal, że tego czasu spędzonego z bliskimi zawsze będzie mało. Ale tak się po prostu poukładało. To była cena, którą musieliśmy zapłacić za perspektywę lepszej (mam nadzieję) przyszłości. Wiem, że ta kwestia nigdy nie da mi spokoju i pewnie nigdy nie zniknie żal, że nie może być inaczej (ok, zawsze może być inaczej - tylko, ze zawsze jest coś kosztem czegoś i zawsze coś trzeba wybrać). Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się z tym pogodzić - albo przynajmniej udawać, że się z tym pogodziło :) Wiem, że nie ma sensu rozważać co by było gdyby, ani zamartwiać się że nie jest inaczej. Dlatego na co dzień staram się o tym nie myśleć, przez większość czasu świetnie sobie radzę i udaje mi się tym w ogóle nie przejmować. Wiem, że mogłoby być gorzej. Ale widocznie tak to już jest, że czasami muszę sobie pójść do kącika smutku i trochę popłakać z tego powodu. 
Widocznie trzy weekendy bez żadnego wyjazdu i spotkania z rodziną oraz brak perspektywy na wyjazd w weekend czwarty skłaniają mnie do takich refleksji... :)

czwartek, 21 października 2010

Spadek formy.

Niestety, mój dobry nastrój się zdeaktualizował :( Bardzo nad tym boleję, bo brakuje mi go, ale nie wiem co zrobić, żeby wrócił.
A wszystko przez to, że Franek od wczoraj ma jakiegoś focha. Był spokój przez prawie dwa miesiące, nie miał żadnych dziwnych humorów, czasami się sprzeczaliśmy, ale ogólnie wszystko było dobrze. A wczoraj się jakoś posypało. Nie pokłóciliśmy się, ale niestety Franek ma to do siebie, że kiedy jest zmęczony albo źle się czuje, to się robi nie do zniesienia. To znaczy ja naprawdę próbuję go znosić i wcale nie  mam ochoty uciec gdzie pieprz rośnie – wręcz przeciwnie – chcę być koło niego, żeby poczuł się lepiej. Ale wygląda na to, że moja obecność tylko go drażni, a mnie jest bardzo przykro z tego powodu. Nie wiem dlaczego on tak reaguje. Staram się chodzić koło niego na paluszkach, być miła, ale nic nie pomaga. A kiedy tylko pytam co się stało, dlaczego jest zły, to odwarkuje – albo, że nie jest, albo że to dlatego, że jest zmęczony/źle się czuje. Naprawdę wszystko rozumiem, ale trudno jest mi to przełknąć. Przez takie jego zachowania mnie robi się przykro, łzy same cisną się do oczu i od razu dostaję syndromu przedszkolaka :( Chciałabym umieć się od tego odciąć, nie zwracać uwagi na jego humory i zająć się sobą. Ale nie potrafię. Strasznie źle to na mnie wpływa i od razu zaczynam się dołować. A na doły niestety nie mam sposobów, mogę udawać, że potrafię je zwalczać, ale w rzeczywistości dopóki same sobie nie pójdą, jestem skazana na ich towarzystwo. Gdyby tak jeszcze Frankowi się poprawiło, gdyby trochę mnie pocieszył, przytulił, pewnie poszłoby szybciej, ale w takich momentach raczej nie mogę na to liczyć.
A w dodatku od jutra będziemy się tylko mijać – w piątek i sobotę nie będziemy się ze sobą wcale widzieć, w niedzielę tylko rano… Cały następny tydzień on będzie chodził na popołudnia, więc też się nie zobaczymy.
Ehh, nie nastawia mnie to zbyt optymistycznie. Jak ja nie lubię być w takim nastroju! :(

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Wrócił.

Myślałam, że już nie wróci. Że się od niego uwolniłam. Już tak długo mnie nie odwiedzał. Cieszyłam się, bo było mi bez niego fajnie. Już prawie zapomniałam, że istnieje a tu znowu mnie dopadł :( Syndrom przedszkolaka. Chyba za długo siedziałam w domu i za dobrze mi się zrobiło. Wczoraj siedziałam sobie z rodzinką na działce przy grillu i się wygrzewałam na słoneczku. A parę godzin później już siedziałam w samochodzie z twarzą skierowaną na północny zachód. I już mi się jakoś nijako robiło. Dojechałam w średnim humorze. Z Frankiem widziałam się wczoraj tylko przez dziesięć minut. Dzisiaj się nie zobaczymy, bo jak ja wracam, on wychodzi. Może jutro się uda.

No i tak jakoś nie podoba mi się tu znowu :) Do pracy musiałam wstać. Lubię swoją pracę, ale rano z takim dołkiem jechałam. Eeeh. Ale muszę powiedzieć, że wczoraj w te 10 minut Franuś postarał się o chociaż chwilową poprawę mojego nastroju. Przyszedł z różyczką. Tak bez okazji. A jeszcze bardziej bez okazji przyniósł mi prezent. I to jaki! Otóż mój Franek kupił mi zestaw kosmetyków do makijażu:) I to nie jakieś badziewie tylko naprawdę fajne kosmetyki, których na pewno będę używać, chociaż za dużo się nie maluję. Ale to akurat na moje potrzeby. A do tego wszystko jest w takim fajnym kuferku. Ale najbardziej miło mi się zrobiło przez sam fakt, że o mnie pomyślał. To był przypadek. Po prostu miał okazję, zobaczył i nie olał, że to przecież jakieś malowidła, które jego nie dotyczą, tylko pomyślał o mnie :)

Troszkę mi osłodził ten syndrom. Ale nie do końca. Nie wiem jak się go pozbyć.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Mieszkaniowy problem

No dobra, to ostatnio było sielsko i anielsko a dzisiaj czas porozmawiać o problemach. Muszę przestać udawać, że na stole nie ma wielkiego słonia – że się tak posłużę idiomem angielskim… Problem mam już tak naprawdę od dobrych dwóch miesięcy, ale omijałam myślenie o nim jak tylko się dało. I nie tylko ja, podobnie robiła Dorota, której sprawa również dotyczy. 

Dorota postanowiła się wyprowadzić. A właściwie konkretniej chodzi jej o to, żeby mieć własny pokój Skończyła studia i nie wiem co zamierza dalej, ani nie wiem tak do końca dlaczego chce się wyprowadzać. Oficjalna wersja jest taka,że nie mieści się ze swoimi rzeczami. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo mamy tylko po jednym segmencie i po połowie szafy a przez pięć lat trochę się mogło tego nazbierać. Nie wiem czy jest jakaś wersja nieoficjalna… Może chce się jeszcze bawić (bo ostatnimi czasy się bardzo rozrywkowa zrobiła) a ja jej sprawy nie ułatwiam chodząc spać przed 23 i wstając o 6. Chociaż kiedy nie wychodzi, nieraz kładzie się spać nawet przede mną, więc nie jestem taka pewna, że rzeczywiście o to chodzi. Może chce mieć więcej swobody, albo coś zmienić w swoim życiu… Nie wiem, pomysłów jest dużo… A może wcale nie ma żadnej wersji nieoficjalnej. W każdym razie, powiedziała, że chciałaby mieszkać ze mną nadal, tylko w osobnych pokojach. I mamy problem. 

Najbardziej pasowałoby nam nie zmieniać mieszkania. Mamy świetną lokalizację i czujemy się tam po pięciu latach świetnie. Ale jest jeszcze Ela, której nie możemy przecież „eksmitować”, mimo, że mieszka dopiero od roku z nami. Tak się po prostu nie robi. Z Elą sprawa wygląda tak, że ona uczy się  w jakimś studium, zajęcia ma w weekendy, dość nieregularnie. Nie pracuje. Często więc jest tak, że przyjeżdża w czwartek, zostaje do poniedziałku i wyjeżdża na dwa tygodnie. Mniej więcej połowę miesiąca jej w ogóle nie ma. Miałyśmy taką cichą nadzieję, że ona stwierdzi, że jej się nie opłaca po prostu wynajmować to mieszkanie, wtedy zostałybyśmy we dwie na dwóch pokojach. Niestety przeprowadziłyśmy z Elą rozmowę i ona o wyprowadzce nie myślała. I teraz każda z nas ma problem. Ja jednak skupię się tylko na moim dylemacie. Opcje są dwie – albo zostaję z Elą na starym mieszkaniu, albo przeprowadzam się z Dorotą. Ela jeszcze wspomniała o poszukaniu mieszkania z trzema pokojami, ale opcja szybko odpadła kiedy zobaczyłyśmy jakie są ceny wynajmu…
Nie wyobrażam sobie mieszkać bez Doroty. Nie i już. Eli prawie nie ma w Poznaniu, a nawet jeśli jest, to przeważnie siedzi zamknięta w pokoju. Boję się, że będę miała permanentnego doła spowodowanego brakiem Doroty. Ja nawet nie lubię sama spać w pokoju… Teoretycznie więc powinnam się wyprowadzić razem z Dorotą. Ale tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Jeśli już miałabym się wyprowadzać, to na pewno nie tak, żeby utrudniać sobie życie. Czyli pasowałoby mi najbardziej przeprowadzić się na osiedle w północnej części miasta, ale wtedy będę miała do Franka daleko… Teraz możemy sobie przez okno machać… Poza tym Dorota nie chce w tej części Poznania,bo jest dalej do centrum. Gdybyśmy szukały w naszej okolicy, to raczej tylko na południe, bo z drugiej strony jest rzeka, więc oddaliłabym się nie tylko od Franka, ale też od pracy… No i ostatnia rzecz, przeprowadzać się z całym majdanem na chwilę? Bo za parę miesięcy prawdopodobnie będziemy szukać czegoś z Frankiem. Przynajmniej on ma takie plany :) 

Dołuje mnie ta cała sytuacja, bo tak naprawdę najchętniej zostawiłabym wszystko tak jak jest. Oczywiście żaliłam się mamie i ona poradziła mi, żebym została. Powiedziała, że za niecały rok ja też będę po studiach i będę pewnie coś zmieniać w swoim życiu. A poza tym powiedziała,że przecież nie będę z Dorotą mieszkać całe życie, więc co za różnica, czy się„rozstaniemy” teraz, czy za rok. Niby racja, ale jak to bez Doroty???

poniedziałek, 29 grudnia 2008

I obyło się bez syndromu ;)

Okazało się, że powrót do rzeczywistości nie był aż tak traumatyczny jak się tego obawiałam… I jest to głównie zasługa Franusia, który zrobił mi niespodziankę – zamienił się z kimś i poszedł do pracy na dniówkę a nie na nockę i o 18 był już w domu. To, że nie spędzę wieczoru sama nastroiło mnie dość optymistycznie. W dodatku jechało mi się wczoraj bardzo dobrze. Wbrew temu co mówili, że będą korki, wzmożony ruch i takie tam, droga była prawie pusta. Jeszcze nigdy nie jechało mi się tak dobrze – raz tylko trafiłam na jakąś zawalidrogę, która cały czas jechała sześćdziesiątką a wyprzedzić się akurat nie dało :/ Ale tak poza tym to pobiłam rekord :) Jeszcze nigdy nie dojechałam tak szybko do Poznania, ba! Nawet mojemu tacie ani wujkowi się nie udało zejść poniżej trzech godzin. A ja oto pokonałam 200km w dwie godziny i pięćdziesiąt minut. I wcale nie pędziłam.
Franuś przyszedł na parking i pomógł mi ze wszystkimi tobołami. Zabraliśmy się za jednym razem. Sama musiałabym obrócić przynajmniej ze trzy. A potem pomógł mi się rozpakować. Zajęło nam to pół godziny. Sama robiłabym to dwa dni :P Wywaliłabym wszystko naraz a potem nie wiedziałabym co zrobić z tym bałaganem. A resztę wieczoru spędziliśmy… grając w „Hamburgera”. To taka gra planszowa – w czasie świąt razem z siostrą zeszłyśmy do piwnicy i znalazłyśmy tam mnóstwo skarbów z naszego dzieciństwa. Między innymi gry. Oj fajnie było się tak cofnąć. Świetnie się z Franusiem bawiliśmy przy tym – jak dzieciaki :) I śmiechu dużo było. Więc nie miałam w ogóle czasu się smucić. Chyba pierwszy raz od czterech lat nie złapałam doła po przyjeździe z domu po świętach. Syndrom przedszkolaka się nie pojawił. A najlepsze, że ten nastrój utrzymuje mi się do dziś. I mimo, że mam mnóstwo papierkowej roboty w pracy, jakoś mi wszystko dobrze idzie.

Jak przyjechałam Franuś cały czas mi się przyglądał. Mówił, że tak dawno mnie nie widział i zapomniał, że taka śliczna jestem. On mi też wydał się jakiś taki przystojniejszy niż go zapamiętałam :) Chyba jednak trochę się stęskniliśmy za sobą :) Bo ze mną to jest tak, że zawsze tęsknię przez pierwsze dni. Potem się przyzwyczajam i oswajam z myślą, że nie ma kogoś przy mnie. Nie tęsknię coraz bardziej, tylko właśnie coraz mniej. Jeszcze tydzień w domu, a dzwoniłabym do Franka tylko raz dziennie :) Hihi. A tu przyjechałam i okazało się, że jednak się stęskniłam…

A dziś po powrocie z pracy urządzam w domu pokaz mody – przywiozłam z domu parę kiecek. Część moich, część mojej mamy – Franuś pomoże mi zdecydować co mam ubrać na Sylwestra. Wybieramy się na imprezę. Trochę bal, ale może nie do końca, bo raczej w gronie samych znajomych i nie aż tak oficjalny. Jedzenie też każdy przynosi we własnym zakresie. Ale jednak stroje wieczorowe obowiązują. Czeka mnie pracowita końcówka roku ;)

sobota, 27 grudnia 2008

Trudne powroty ;)

Tytuł być może trochę dwuznaczny:) A chodzi po prostu o powrót do rzeczywistości. Po świętach. Ale jak fajnie w tym roku wypadło, że zaraz po świętach jeszcze dwa dni na oswojenie się z nową sytuacją ;) Nadal jeszcze można trochę poleniuchować. Ale niestety sielanka się kończy. Jutro wracam do Poznania. Coś czuję, że będzie to dla mnie ciężki wieczór. Franek idzie na nockę do pracy, więc się nawet nie zobaczymy. A dziewczyn też jeszcze nie będzie, pewnie przyjadą dopiero po nowym roku. A po takim tygodniowym pobycie w domu syndrom przedszkolaka pewnie da o sobie znać.
Oczywiście pozytywną stroną mojego powrotu jest spotkanie z Franusiem. Chociaż dopiero w poniedziałek. Ale i tak coś czuję, że ciężko będzie znów wrócić do szarej rzeczywistości. No bo na co czekać teraz? Na kolejne święta? :) Taki średni humor mam dzisiaj jak sobie o tym wszystkim myślę. Taka już jest kolej rzeczy… Pozytywnych snów życzę Wam i sobie ;)

wtorek, 25 listopada 2008

Kakałko

Wróciłam właśnie z hiszpańskiego. Zrobiłam sobie gorącą czekoladę na mleku i zasiadłam do tłumaczenia. I odsiadłam od niego :) Bo mi się tak nostalgicznie zrobiło. Czekolada przypomniała mi w smaku kakao. A kakao kojarzy mi się z moim dzieciństwem. 

Kiedy chodziłam do przedszkola u mnie w domu zawsze był ten sam rytuał. Mama przychodziła przed szóstą do nas do pokoju. Najpierw szykowała nam ubranie. Do dzisiaj pamiętam to szuranie szufladami… Potem zanosiła to ubranie do drugiego pokoju. Na jednej kupce moje, na drugiej mojej siostry. Potem budziła moją siostrę. A właściwie wynosiła ją z łóżka. Zanosiła ją do łazienki, stawiała na taborecie i przemywała jej buzię zimną wodą. Jeszcze po drodze siku było, ale aż tak dokładnie nie pamiętam :) Potem zanosiła ją do pokoju, sadzała obok kupki z ubraniem, przykrywała swoim szlafrokiem i wręczała szklankę z gorącym kakao. I koniecznie z rurką. A potem szła po mnie. I mnie też wynosiła do łazienki, myła, zanosiła na drugą kupkę, przykrywała szlafrokiem taty i dostawałam swoje kakao. Koniecznie z rurką :) Kakao było w szklance, a szklanka w takim koszyczku, żebyśmy się nie poparzyły – kiedyś były takie różne ustrojstwa wiklinowe na szklanki pamiętacie? I tak sobie piłyśmy to „kakałko” i słuchałyśmy Radia Opole.
A potem już nie było tak miło. Bo moja siostra ubierała się błyskawicznie. A ja? Dziesięć razy musiałam się zastanowić zanim włożyłam jedną nogę w nogawkę wełnianych rajtuz. A dwadzieścia razy zanim zrobiłam użytek z drugiej. A mama się denerwowała coraz bardziej, bo musiała przecież dotrzeć na czas do pracy a po drodze zaliczyć jeszcze przedszkole i żłobek. No i się robiło niefajnie, bo zaczynała na mnie krzyczeć, a ja zaczynałam ryczeć. Ale czasami jak się szybko ubrałam, to w nagrodę dostawałam mambę :) Ale rzadko niestety się to zdarzało :) Przeważnie kończyło się na tym, że wybiegałyśmy z domu. Ja i mama. A moja siostra spokojnie siedziała sobie w wózku. Czego jej strasznie zazdrościłam! Mama pchała ten wózek prawie biegnąc a ja się tego wózka trzymałam i biegłam, a mimo to, zawsze zostawałam w tyle. Wreszcie docierałyśmy do celu. I zaczynał się mój dramat…

 Chyba już wspominałam czym dla mnie było przedszkole co? :) Ale mimo tego, że chodzenie do przedszkola było dla mnie traumatycznym przeżyciem i że na trwałe pozostawiło ślad w mojej psychice w postaci syndromu przedszkolaka, chciałabym się czasami cofnąć o te dwadzieścia lat. Co prawda nie było wtedy Franka. Ale za to był Wojtek. I z nim to nawet dalej zaszłam niż kiedykolwiek z Frankiem, bo nie dość, że byłam zaręczona, to chyba ze dwa razy braliśmy ślub :) Ale to już zupełnie inna historia…

No i tak mi się przypomniało to wszystko jak sobie piłam tę czekoladę. Kubek już pusty, dość tych wspomnień. Czas się zabrać za coś pożytecznego :)

poniedziałek, 13 października 2008

Syndrom przedszkolaka

No i wróciłam. Po weekendzie:( A tak fajnie było. Prawdziwie rodzinnie. W piątek wyjechałam już o 14:30 i gnałam jak szalona, żeby szybciej dojechać :) Na 18 byłam na miejscu. Zjadłam nareszcie zupę, bo sama dla siebie bardzo rzadko w domu robię -  a Franek to w ogóle nie uznaje zupy jako coś co można zjeść i jeszcze się tym najeść hehe. A potem siedziałam sobie wieczorem razem z rodzicami i z pieskiem przed telewizorem i oglądaliśmy jakieś głupoty. W sobotę tata z wujkiem pojechali na grzyby a ja wybrałam się z mamą na miasto. Tak chciałyśmy połazić tylko, w zasadzie nawet nie planowałyśmy nic kupować. Weszłyśmy do jednego sklepu i mama wypatrzyła śliczne kozaczki. Ale nie było jej rozmiaru (nic nowego zresztą bo mało gdzie można dostać rozmiar 34 :( ), no to kazała mi przymierzyć. Pasowały. Nie miałam w planie kupować butów, tym bardziej, że ostatnio krucho z kasą u mnie, ale mama mnie namówiła i pożyczyła mi pieniądze. Potem weszłyśmy do drugiego sklepu. Mama kupiła sobie płaszcz. Stwierdziłyśmy, że dalej nie idziemy, bo nie wiadomo z czym jeszcze wrócimy ;) Odwiedziłyśmy jeszcze dziadka i zjadłyśmy u niego pyszny żurek. A potem wróciłyśmy do domu i zajęłyśmy się robieniem knedli ze śliwkami na obiad.  Pycha :) A późnym popołudniem zasiadłam razem z tatą i obieraliśmy grzyby. A potem objadaliśmy się orzechami włoskimi :) Niedziela minęła bardzo szybko. Ze trzy razy wyszłam z moim kochanym pieskiem na spacer – pogoda była prześliczna, taka prawdziwa złota polska jesień. No ale niestety o 16 nadeszła pora wyjazdu. Niby nic specjalnego nie robiłam, ale było tak przyjemnie. Tak sielankowo niemalże :) Przynajmniej ja się tak czułam. Tylko siostry brakowało, ale zdecydowała, że zostaje w Krakowie na ten weekend. A poza tym ona taka trochę mało rodzinna jest i zawsze siedzi sama w pokoju przed kompem. A mnie fajnie było tak sobie posiedzieć w jednym pokoju z rodzinką, pogadać o głupotach, trochę się pośmiać i oglądać jakieś bzdury w telewizji. Następnym razem pojadę na Wszystkich Świętych, ale to już nie będzie to samo, bo wiadomo, że się wtedy raczej w domu za wiele nie siedzi. Tak mi szkoda, że tak rzadko mogę jeździć do domu :( Samochodem drogo, jedna taka podróż w obie strony to jedno tankowanie. Pociągiem uciążliwie – pociąg do domu mam o 15:15 a to oznacza, że z pracy musiałabym wychodzić o 13, żeby zdążyć. Kiedyś tak czasem robiłam, ale za często też nie można. A podróż powrotna to masakra, bo nie dość, że z przesiadkami, to jeszcze tyle ludzi jeździ, że nawet w korytarzu ciężko o miejsce… A poza tym czas… Nie ma czasu na to, żeby nawet co weekend pojechać :( Boję się, że kiedyś bardzo będę żałować, że nie jeździłam częściej…
No i tak ogólnie od wczoraj mam syndrom przedszkolaka. Wreszcie nadszedł czas, żeby pokrótce wyjaśnić to zjawisko :) W zasadzie to proste – to takie uczucie tęsknoty, bezradności, beznadziejności, znudzenia, zniechęcenia w jednym. A krócej to jest po prostu takie „ja chcę do mamy” :) Wymyśliłyśmy to z Dorotą na pierwszym roku studiów. Leżałyśmy w pierwszym tygodniu po przeprowadzce do Poznania w łóżkach i zaczęłyśmy gadać o tym jak się czujemy. Stwierdziłyśmy, że mamy wrażenie, jakbyśmy tu przyjechały tylko na chwilę i w ogóle nie docierało do nas, że przynajmniej najbliższe pięć lat spędzimy w tym miejscu… Czułyśmy się jakbyśmy na kolonię przyjechały, tylko zamiast wakacji mamy szkołę. A wreszcie doszłyśmy do wniosku, że się czujemy jak w przedszkolu. Bo może większość osób ma miłe wspomnienia z przedszkola, ale ja na przykład tylko pierwszy dzień zniosłam dzielnie. Potem przez jakieś półtora roku codziennie płakałam. Chyba w zerówce się dopiero trochę uspokoiłam :) Dorota podobnie. Dla mnie to była tragedia. Nie podobało mi się, że muszę leżakować, że większość zabawek jest zepsuta, że jest nudno, jeden chłopak się we mnie zakochał i ciągle za mną latał – a jak w końcu się wkurzyłam i walnęłam go za to, ze mi dokuczał to oczywiście mi się oberwało od pani przedszkolanki. I w ogóle nie było mamy i to była tragedia. I tak właśnie się czułam w te pierwsze dni studiów :) I stąd właśnie syndrom przedszkolaka. Doświadczacie? Ja właśnie chwilowo przez to przechodzę. Smutno mi, że już nie siedzę w domku z mamusią, tatusiem i psem Rokusiem. Ciekawe kiedy mi przejdzie :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Powrót i syndrom przedszkolaka

Nie wiem jak to się stało… Jak to się stało, że dzisiaj jest już poniedziałek?? I jak to się stało, że ostatnią notkę pisałam tydzień temu?? Wydawało mi się, że może przedwczoraj… :) Czas naprawdę, że się tak brzydko wyrażę zapier…. . Wybaczcie, ale on naprawdę nie płynie, leci, ani nawet nie zapieprza :D No i jestem już po urlopie. Już siedzę przy swoim biurku w pracy. I wyobraźcie sobie, że jest dopiero 13.30 a ja już się prawie ze wszystkim ogarnęłam. Co prawda za jakieś pół godziny R. przywiezie mi z ksera dokumenty, które będę musiała „obrobić”, więc jakieś dwie, trzy godziny mi to zajmie, ale i tak jestem ze wszystkim na bieżąco :)
Wróciliśmy z Frankiem do Poznania wczoraj wieczorem. Jeszcze się nawet rozpakować nie zdążyłam. Rano ciężko mi się wstawało, a i tak postanowiłam sobie, że budzika nie nastawiam i przyjadę do pracy jak mi wypadnie :) Przyjechałam po dziewiątej dopiero.  A i tak było ciężko. Jak ja się znowu przyzwyczaję do wstawania przed siódmą ?? No dobra, jakoś to będzie. Ale ogólnie jestem dzisiaj nawet pozytywnie nastawiona, bo bałam się, że będę dzisiaj w robocie do wieczora, a wygląda na to, że jednak uda mi się wyjść po siedemnastej. Franek kończy godzinę później, może uda nam się pójść do kina?? Mam co prawda w domu trochę robótek, ale… – nie zając… :)
O tym jak spędziliśmy ten tydzień napiszę następnym razem. I może jakieś zdjęcia uda się nawet dorzucić. Ale tak ogólnie to przyjechałam wczoraj i oczywiście nabawiłam się syndromu przedszkolaka :( Wspominałam już kiedyś o nim prawda? No i mam trochę doła, że tak sama siedzę w tym mieszkaniu. Co prawda Franek jak nie pracuje, to siedzi u mnie, ale i tak mam syndrom. Niech już ta Dorota wraca. Była w Poznaniu w sobotę, bo wyjeżdżała stąd na następną kolonię. Przyjechałam a tu na moim łóżku liścik, w którym Dorota pisze, że ma straszny syndrom przedszkolaka i że do kogo innego ma o tym napisać, jak nie do mnie, skoro tylko ja wiem jak to jest :) No tak, my dwie tylko takie jesteśmy żeby w wieku 23 lat jeszcze przedszkolaka łapać. To już chyba dożywotnio będzie hehe. No nic, pora kończyć na razie. I do następnej notki. Myślę, że tym razem będzie wkrótce. Ale jeszcze słówko podsumowujące – jakby nie było – wypoczęłam i trochę świeżej energii mam w sobie. A więc witajcie ponownie ;) Idę teraz Was poodwiedzać zanim szef przyjedzie.

niedziela, 1 czerwca 2008

Kiedy przestałam być dzieckiem?

Wielu nastolatków myśli, że dorosłym staje się z dnia na dzień – w dniu osiemnastych urodzin. I ja też tak myślałam:) Myślałam, że jak już będę miała dowód, to nie tylko będę mogła bezkarnie zaopatrzyć się w sklepie monopolowym, ale że już od tej chwili będę mogła o wszystkim sama decydować. Dzisiaj już jestem mądrzejsza(powiedzmy :) i z  perspektywy czasu widzę, że stawanie się osobą dorosłą było długotrwałym procesem.
Zaczęło się od wyjazdu na studia i samodzielnego mieszkania. Przez pierwsze pół roku cierpiałyśmy ze współlokatorką na „syndrom przedszkolaka”. Cały czas chciało nam się ryczeć, nic nam się w nowym mieście nie podobało. Koleżanki be,wykładowcy be. Co weekend wracałyśmy do domu i codziennie płakałyśmy mamie (każda swojej :) w słuchawkę. Ale z czasem normą stało się, że trzeba samemu pomyśleć o tym, żeby kupić papier toaletowy i coś do jedzenia. Jak przepaliły się korki wiadomo było, że mama z odległości 200 km nic nam na to nie poradzi i same musiałyśmy wezwać elektryka. I tak powoli stawałyśmy się coraz bardziej samodzielne. Potem już szybko poszło.
Pierwszy raz pomyślałam o tym, że chyba nie jestem już dzieckiem, kiedy zadałam rodzicom pytanie, na które nie potrafili mi odpowiedzieć. Pomyślałam, że może na tym polega dorosłość – że samemu trzeba szukać odpowiedzi na swoje pytania.
Nadal jeżdżę do domu dość często i rodzice wciąż mi pomagają, ale czuję się już  dorosła. Kilka razy w tygodniu dzwonię do mamy po radę, bo cały czas się uczę tego dorosłego życia, ale wiem, że teraz sama o sobie decyduję. Jestem zupełnie niezależna. Nikomu nie muszę się tłumaczyć. Jeśli nie chcę wrócić do domu na noc, po prostu informuję o tym moją współlokatorkę. I to mi się chyba w tej całej dorosłości najbardziej podoba:) Ale jak się nad tym zastanawiam, to widzę, że wcale nie korzystam z tych wszystkich przywilejów tak jak sobie kiedyś wyobrażałam. Nie chodzę codziennie na imprezy i nie zarywam nocy, bo wiem, że muszę następnego dnia iść do pracy. Nie włóczę się po mieście całymi dniami, bo wiem, że jeśli sama nie przysiądę do książek, to nikt mnie do tego nie zagoni i studia zawalę na własną odpowiedzialność.
Dorosły człowiek jest odpowiedzialny za swoje życie i musi ponosić konsekwencje wynikające z podjętych decyzji. Ale ważne jest też podejście rodziców – oni również muszą traktować nas jak osoby dorosłe i szanować nasz wybór. Dobry rodzic powinien być w pobliżu, powinien służyć radą i pomocą, ale nie na siłę. Czas kiedy jest osobą dominującą w życiu swojego dziecka minął i jeśli rodzic tego nie zrozumie, nie tylko może skrzywdzić syna lub córkę, ale również stracić szansę na piękną przyjaźń z własnym dzieckiem. Znam jednych dobrych rodziców. Wychowali mnie :)