Długo
mnie to omijało. Kilka miesięcy nawet, mogłabym stwierdzić. Ale
niestety dopadł mnie wreszcie zły nastrój. Nie mam na myśli tutaj
gorszego dnia, ale po prostu utrzymujące się przez dłuższy okres czasu
obniżenie nastroju.Mam tak od kilku dni, raz jest lepiej, raz gorzej,
ale ogólnie rzecz biorąc – nie najlepiej. Doła mam po prostu i już. A
właściwie nie i już, tylko głębokiego jak Rów Mariański. Chociaż zdarza
mi się wynurzać na płyciznę.
Funkcjonuję
niby normalnie, wstaję rano, idę do pracy. Potem wracam, idę na
aerobik, na miasto albo usiłuję zrobić coś w domu, chociaż jakoś tak
zapał straciłam ostatnio do wszystkiego i niestety każda czynność, którą
jeszcze dwa tygodnie temu wykonywałam pełna energii w krótkim czasie,
teraz mi się dłuży albo wcale jej nie wykonuję.
Bywają
dni w miarę spokojne, kiedy jakoś się wszystko kula i nawet mam siłę na
uśmiech. Ale bywają też te kryzysowe, kiedy łzy ciągle się cisną do
oczu i wszystko mnie rozczula. Nie znam nawet powodu tego złego
nastroju, to raczej takie ogólne poczucie braku sensu. Czasami wydaje mi
się, że wszystko jest takie bezcelowe.
Oczywiście
staram się temu przeciwdziałać i generalnie udawać, że mnie ten dołek
nie dotyczy, ale nie zawsze się da. W poniedziałek na przykład wyszłam
sobie po pracy na miasto. Miałam trochę spraw do pozałatwiania,
pomyślałam, że to dobra okazja, która w dodatku pomoże mi zapomnieć o
smutku. Ale nie do końca mi wyszło. Owszem, załatwiłam większość rzeczy,
które chciałam, zrobiłam zakupy ostatnich prezentów dla bliskich,
odnalazłam krawcową, która mi się kiedyś przeniosła ze stałego punktu,
zaniosłam telefon do serwisu i, co sprawiło mi największą przyjemność,
odwiedziłam dwie biblioteki i wyszłam z nich oczywiście z łupami.
Funkcjonowałam jakoś i starałam się za dużo nie myśleć, ale to wcale nie
było takie łatwe, bo kiedy na przykład zapuściłam się w tę część
Poznania, po której spacerowałam przez kilka godzin razem z rodzicami,
podczas ich ostatnich odwiedzin, zrobiło mi się jakoś tak… żałośnie

We
wtorek trochę się wypłakiwałam Frankowi, ale on ma do tego średnią
cierpliwość i nie do końca rozumie, dlaczego jest mi smutno. Zresztą
nawet mu się nie dziwię, bo przecież ja sama też nie do końca to
rozumiem.
Echh,
niechby już te święta przyszły… Chociaż tutaj też żal, bo w gorszym
terminie to one się już trafić naprawdę nie mogły. Zero wolnego. Dobrze,
że zostało mi jeszcze siedem dni urlopu do wykorzystania za ten rok, to
sobie pojadę do Miasteczka już w środę po pracy, a wrócę dopiero w
poniedziałek. Gdyby nie możliwość wzięcia urlopu, zajechałabym do domu
akurat na Wieczerzę Wigilijną a wracać musiałabym tuż po obiedzie w
drugi dzień świat. Fatalnie.