*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazkowo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Dałam się nabrać.

Pamiętam bardzo dobrze zeszłoroczne Walentynki. Dzień wcześniej wyjechała teściowa i był to wyjazd nieplanowany, bo miała zostać do niedzieli. Nastawiałam się, że w weekend nie będę sama (Franek pracował), dlatego byłam pełna obaw. A tymczasem wszystko układało się dobrze. Wiking tego dnia dość dużo spał jak na niego - przysypiał mi przy piersi, ja potem go zsuwałam z kolan i leżał obok mnie na kanapie, podczas gdy ja siedziałam przy komputerze i przeglądałam paragony. Około 14:00 wyszliśmy na spacer i byłam naprawdę w dobrym humorze (mimo, że najczęściej wspominam o tym, jak było mi źle, to dobrze pamiętam, że były też takie dni jak tamte i to wcale nie aż tak mało). Pogoda była ładna - było co prawda dużo zimniej niż dziś, a przede wszystkim bardziej zimowo, ale to był naprawdę przyjemny dzień pod tym względem. Spacerowałam sobie z Wikingiem śpiącym w wózku i rozmyślałam o tym, że nie jest tak źle i sobie radzę. Kiedy wracałam do domu, mijałam kwiaciarnię, z której wychodził jakiś chłopak i niósł duży czerwony balon na patyku. Przeszło mi przez myśl, że fajnie ma ta jego dziewczyna/narzeczona/żona, bo też chciałabym dostać takie balonowe serce :)
Jakieś dwie godziny później do domu wszedł Franek i z okazji Walentynek dostałam od niego... duże, czerwone, balonowe serce na patyku :) Nie umawialiśmy się! Nawet nigdy nie wspominałam Frankowi, że mam takie "marzenie" :) A on trafił. I przyniósł jeszcze mini storczyka...

Balon trzyma się do dziś, proszę bardzo:
 
Storczyk zresztą też, tylko właśnie przekwitł i akurat kiedy go ustawiałam do zdjęcia, opadły ostatnie kwiaty...

W tym roku od rana bawiliśmy się z Wikingiem. Od wczesnego rana należy dodać, bo wczoraj Wikuś o 19:20 już spał, a że całą noc przespał spokojnie, to już kwadrans po szóstej obudził się zadowolony i od razu podreptał do drugiego pokoju. Musiałam więc podreptać za nim :) Spędziliśmy bardzo miły dzień, a wczesnym popołudniem wyszliśmy na spacer. Myślałam, że trochę sobie Wikuś pośpi, ale on wolał obserwować to, co się wokół niego dzieje. Zrobiliśmy nawet przystanek na placu zabaw, skoro pogoda sprzyjała - było ciepło i słonecznie. Łaziliśmy tak prawie dwie godziny. Na koniec jeszcze zahaczyliśmy o hipermarket, bo miałam tam małe zakupy do zrobienia, a kiedy wychodziłam, zobaczyłam stoisko z czerwonymi lizakami w kształcie serca i napisem "Kocham Cię", którego normalnie tam nie ma. Tym razem znowu przemknęło i przez głowę, że chciałabym takiego lizaka.
Wróciliśmy do domu - Franek już zdążył wrócić z pracy i przebrany "po domowemu", leżał w pokoju na podłodze (a gdzieżby indziej? :)) Odczekałam chwilę, a kiedy stwierdziłam, że żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, żeby miał dla mnie coś z okazji Walentynek, wyciągnęłam swój drobny, słodki upominek, który przygotowałam sobie już wczoraj. Franek zerwał się wtedy na równe nogi i zawołał "ojej! to dziś?? zapomniałem!" Zdziwiłam się nawet trochę na te słowa, bo kiedy rano do mnie dzwonił powiedział "Dzień dobry moja Walentynko", no ale stwierdziłam, że jeśli spieszył się do domu, to faktycznie mógł zapomnieć, że wcześniej kombinował wstąpić po drodze do sklepu po jakiś upominek. Ale o dziwo, nawet nie zrobiło mi się z tego powodu jakoś bardzo przykro, byłam raczej zdziwiona niż rozczarowana. Poszłam do łazienki umyć ręce, a kiedy wychodziłam, zderzyłam się z Frankiem trzymającym śliczny bukiet kolorowych kwiatów i czerwonego lizaka :)
No, przyznać muszę, że naprawdę dałam się nabrać :)
 
Wiem, że upominki, które dostałam zarówno w tym, jak i ubiegłym roku są kiczowate do bólu. Wiem też, że wiele osób podśmiewa się z osób które takie prezenciki kupują i otrzymują, czasami wręcz pogardliwie. Ale mnie to  nie przeszkadza. Tak się składa, że to jest taki dzień, kiedy z jakiegoś powodu naprawdę chcę dostać taki kiczowaty prezent. Nie potrafię się z tej chęci nawet wytłumaczyć. Ale faktem jest, że bardzo mnie ucieszyły te kwiaty, baloniki i lizaki!
Wiele razy już tu pisałam o swoim stosunku do Dnia Zakochanych, więc nie chcę powielać notek, ale powtórzę jedno - jeśli ktoś nie chce świętować tego dnia albo uważa, że jest to głupie, niepotrzebne święto, to ma do tego prawo. Ale mnie się ono dobrze kojarzy i chcę je obchodzić. I nie znaczy to wcale, że w pozostałe dni nie kocham swojego męża albo że on nie okazuje mi swojego uczucia. Po prostu jedno nie wyklucza drugiego i prawdę mówiąc uważam, że to jest akurat głupi argument, jeśli ktoś twierdzi, że nie świętuje tego dnia, bo świętuje we wszystkie inne :)
Tak, czy inaczej, kochać można się przez cały rok, ale nie przez cały rok przecież tak bezkarnie można sobie marzyć o dmuchanych lub słodkich sercach a chwilę potem je dostawać :) Ja tam się cieszę, że jest dodatkowy dzień w roku, kiedy celebruje się miłość :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Generalne porządki.

Zobaczcie, co sobie sprawiłam na nowy rok :) Tak na wszelki wypadek, gdyby mi się nudziło :P
Dwa komplety kredek miałam wcześniej w domu i te kolorowe żelowe długopisy również, ale dzisiaj sprawiłam sobie jeszcze do kompletu wypasione kredki Bambino i pudełko kredek świecowych. 
Nie mogłam się oprzeć temu kalendarzowi, bo on jest... taki mój :) Uwielbiam kalendarze oraz mijający czas, uwielbiam kolory, w dodatku lubię takie precyzyjne i czasami żmudne zajęcia jak kolorowanie. Teraz to już na pewno nie będę nudziła :D

***
Ten rok rozpoczęliśmy bardzo pracowicie. Robimy z Frankiem - i Wikingiem, który nam naprawdę dzielnie pomaga - generalne porządki! Mieliśmy taką potrzebę, żeby przed tą dużą zmianą w naszym życiu, (swoją drogą ciekawe, że nie mieliśmy czegoś takiego rok temu :P) która nas czeka za moment, zrobić porządek w swoim domu. Który jest też pewnie jakimś symbolicznym porządkiem w życiu :) Przeglądamy wszystkie półki, szafki i szuflady, wyrzucamy to, co zbędne, sortujemy to, co ważne, co się może przydać albo stanowi dla nas pamiątkę. Staramy się wygospodarować więcej miejsca, organizujemy od nowa nasze otoczenie, dążąc do tego, żeby było bardziej funkcjonalne i wygodne. Mamy już za sobą chyba trochę więcej niż połowę. Spokojnie się wyrobimy do końca tego tygodnia. Powiem Wam, że mamy z tego ogromną satysfakcję! Już kiedyś pisałam, że bardzo lubię robić takie porządki i odpoczywam przy nich. A teraz jeszcze dodatkowo cieszy mnie, że wszystko sobie uporządkujemy. Najważniejsze, że będziemy wiedzieli gdzie co jest po takiej inwentaryzacji :) Raz na jakiś czas trzeba sobie w chałupie zrobić taki remanent. 

***
No i przy okazji tego remanentu znalazłam zeszłoroczne wróżby jajcarskie. Nie podzieliłam się niby wtedy, więc dla porządku wrzucę zdjęcie dziś :) Tylko że znalazłam cztery figurki i nie jestem pewna, które są z Sylwestra, a które z innego dnia. Ale ciekawe jest to, że są trochę zbieżne :) Bo pamiętam, że moja była ta kula i bączek, a Franka te dwa pojazdy.
Można by powiedzieć, że się sprawdziło, bo kula teraz kojarzy mi się z jakimś zamkniętym światem, a przecież pisałam ostatnio, że miałam wrażenie, że żyłam w jakiejś innej rzeczywistości. Bączek interpretuję tak, że oznacza on obracanie się ciągle wokół tego samego a także dużą prędkość. Zgadza mi się :P Mimo, że po fakcie. Co do tego samochodu i drugiego pojazdu - może chodziło o to, że Franek będzie w jakiś sposób nas prowadził ;) A to drugie to takie trochę skorpionowate, więc może miało oznaczać, że Franek będzie uszczypliwy - też się sprawdziło :D 

Tak się złożyło, że w Sylwestra Wiking dostał od Anety jajko niespodziankę (zupełnie bez związku z naszą zabawą we wróżenie). Zapomnieliśmy o tym i dopiero dzisiaj sprawdziliśmy, co się mu trafiło w jajku. I proszę, Mikołaj. Pewnie chodzi o jakieś obdarowywanie lub otrzymywanie podarków. Wiking zapewne będzie nam przynosił w ciągu tego roku wiele radości, a sam będzie obdarowywany przez nas ciepłymi uczuciami :) I pasuje :)
Słowo, że już więcej na temat jajek niespodzianek nie będzie aż do przyszłego roku :P

poniedziałek, 6 lipca 2015

Spanie - czyli wikingowa rutyna dla zainteresowanych część 2 + dokumentacja :)

Dziś znowu bardzo długa notka, która zapewne nie każdego zainteresuje :)  Czujcie się usprawiedliwione te, którym się nie chce czytać ;P
Tym razem postanowiłam ugryźć temat spania i wyczerpać go na tyle, na ile to możliwe (tak całkiem to się chyba nie da, bo sytuacja jest dynamiczna ;)). Tak, jak poprzednio, aby nieco ułatwić, krótki plan:

1. Początki.
2. Pierwsze senne zwyczaje.
3. Drzemki w ciągu dnia.
4. Sen nocny.  
5. Zasypianie. 
6. Pobudki. 
7. Teoria vs. praktyka.
8. Powody do dumy :)
9. Podsumowanie.   
 
 1. Początki.
Pisałam Wam wiele razy, że Wiking praktycznie od samego początku niewiele spał. A przynajmniej nie tak wiele, jak sobie wyobrażałam, bo przecież naczytałam się i nasłuchałam, że takie noworodki to tylko śpią i jedzą! Jakże się rozczarowałam!
 Wiking już w szpitalu, tuż po tym jak się urodził, "przeczuwał" niemal całą noc. W każdym razie, kiedy w okolicach północy przewieźli nas do sali poporodowej, zasnęłam niemal od razu. Był to sen mocny, choć przerywany co chwilę. Za każdym razem, gdy się obudziłam, zaglądałam do łóżeczka, a tam leżało małe zawiniątko, które mimo środka nocy cały czas się gapiło w jeden punkt.
Później spał już trochę więcej i z perspektywy czasu oraz w porównaniu do tego, co jest teraz wydaje mi się, że to było mimo wszystko całkiem sporo. Teraz widzę, że Wiking spał a potem budził się na jedzenie. Problemem było to, żeby zasnął ponownie, a jeszcze większym to, że kiedy nie spał (i nie jadł) to po prostu strasznie płakał! Zdarzały się chwile, kiedy po prostu sobie leżał i na coś patrzył, ale nie było ich wiele. Przede wszystkim jednak płakał i to właśnie spowodowało, że nasze wspólne początki były takie trudne. Nie wiem, może inne dzieci płaczą tak samo dużo, ale ja miałam zupełnie inne odczucia.

Problematyczne było też uśpienie Wikinga, nie bardzo potrafiłam odczytywać poprawnie sygnały, które mi wysyłał. Ale przyznaję się też do tego, że wtedy, gdy z kolei nie płakał, często na siłę próbowałam go uśpić, bo zwyczajnie nie wiedziałam, że u noworodka występuje coś takiego jak faza czuwania (nikt - z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę- mi o tym nie mówił wcześniej :P). Straciłam zupełnie niepotrzebnie sporo nerwów irytując się, że dziecko nie zasypia, choć (w moim mniemaniu) powinno.
Co ciekawe, zrozumiałam swój błąd dopiero, gdy zauważyłam, że popełnia go ktoś inny - mianowicie moja teściowa :) Ona właśnie, kiedy do nas przyjechała, próbowała za wszelką cenę uśpić małego, mimo, że ja widziałam, że jemu się wcale nie chce spać. Ale musiałam stanąć z boku, żeby to dostrzec :)
Jedynie moja mama, kiedy żaliłam jej się przez telefon, że Wiking nie śpi, ciągle mi powtarzała (i powtarza do dzisiaj), że to normalne i że z dnia na dzień będzie spał coraz mniej.

2. Pierwsze senne zwyczaje.
Faktem jest jednak, że nie sądziłam, że tak szybko to nastąpi :) Bowiem nasz Wiking drastycznie zmniejszył sobie ilość snu dziennego.
Ale od początku... Przez długi czas nie było w tym spaniu i nie-spaniu żadnego rytmu. Ale później pojawił się jakiś jego zarys. Wstawaliśmy rano, ubieraliśmy się, potem chwilę Wikinga zabawiałam i brałam go do karmienia. A on przy piersi sobie zasypiał. Zwykle siedziałam wtedy przez cały czas jego drzemki (różnie, czasami tylko godzinę, ale potem był czas, że spał nawet trzy) trzymając go na kolanach i zajmując się swoimi sprawami, które sobie zawczasu przygotowałam, żeby mieć wszystko pod ręką. Czasami delikatnie odkładałam Wikinga obok siebie, choć to było ryzykowne, bo Wikuś miał i ma bardzo lekki sen.
Potem dziecko się budziło na jakiś czas a następnie zasypiało w chuście, do której zwykle je zawiązywałam, kiedy chciałam zrobić coś w domu. Kolejna dłuższa drzemka była około godziny 14/15, kiedy wychodziłam z Wikingiem na spacer. On zasypiał niemal od razu, potem wracałam do domu i Wiking nadal spał - łącznie jakieś 2-3 godziny.

3. Drzemki w ciągu dnia.
Były momenty, kiedy wydawało mi się, że jest "idealnie", a było to w dni, gdy Wiking niemal bez przerwy spał. Miałam wrażenie, że oto właśnie zagościła u nas "normalność" :) Tyle, ze to nigdy nie trwało długo. Myślę, że po trzecim miesiącu zaczęły się już u Wikinga kształtować jakieś nawyki. Zasypiał trzy lub cztery razy dziennie na godzinę lub dwie. Było to około godziny 9:00, 12:00 i 15:00 najczęściej, a czasami jeszcze około 18 zasypiał na jakieś 30 minut.
Zawsze kiedy następowało skrócenie czasu drzemek, bardzo je odczuwałam:) I frustrowało mnie to, bo zwykle kilka dni trwało zanim dotarło do mnie, że po prostu zwyczaje małego się właśnie zmieniły i dopiero wtedy opuszczała mnie irytacja związana z nieudaną próbą uśpienia Dzieciaka.
Najlepiej było, kiedy Wiking miał 4/5 miesięcy. Wtedy wszystko nam się ładnie ustabilizowało i każdy dzień wyglądał bardzo podobnie. Wikuś zasypiał trzy razy dziennie mniej więcej na godzinę (godziny mniej więcej były te same) i czasami dodawał sobie jeszcze tę jedną trzydziestominutową późnym popołudniem.
 
Ale i to się skończyło. Ta zmiana również kosztowała mnie chwilową utratę dobrego nastroju, zwłaszcza, że dokonała się stosunkowo niedawno, bo krótko po tym, gdy Wiking rozpoczął szósty miesiąc życia. Godziny drzemek nadal pozostały takie same, niestety teraz zazwyczaj synek zasypia raptem na 30 minut.
No proszę, jak się to wszystko zmienia - jeszcze trzy miesiące temu drzemka trwająca godzinę była rozczarowująca, teraz każda taka jest przyjemnym zaskoczeniem :)
Chociaż od trzech dni ta pierwsza, poranna drzemka (krótko po śnie nocnym, bo zazwyczaj nie mijają nawet dwie godziny od pobudki, bywa, że już po godzinie Wiking chce spać) trwa właśnie godzinę. Lepiej, kiedy tak jest, bo Wikuś budzi się z niej w zdecydowanie lepszym nastroju, no ale raczej zmusić go do niczego nie mogę, nawet jeśli wiem, że to będzie dla niego lepsze ;)


4. Sen nocny. 
Jeśli chodzi o sen nocny, to muszę przyznać, że od samego początku Wiking był dla nas łaskawy. Bardzo rzadko fundował nam nieprzespaną nockę, myślę, że do tej pory nie było takich sytuacji więcej niż palców u rąk... I to też nie było tak, że cała noc była nieprzespana. Co najwyżej budził się częściej niż zwykle, a sporadycznie zdarzało się, że Wiking z jakiegoś powodu nagle wrzeszczał w środku nocy i trudno było go uspokoić. Czasami pomagało nakarmienie mlekiem modyfikowanym, czasami suszarka, a czasami trzeba było po prostu przeczekać. Myślę, że problemem był bolący brzuszek, a niedawno zdarzyła nam się taka sytuacja ze względu na katar Wikinga, który mu ewidentnie przeszkadzał w oddychaniu i jedzeniu (z tym, że to już było po piątej, więc raczej nad ranem niż w nocy). Jeśli już to częściej się zdarza, że Wiking budzi się na przykład o drugiej albo trzeciej i... jest wyspany :) Śmieje się, gada do siebie, próbuje zwrócić na siebie uwagę, wstaje na czworaki itp. Ale to na szczęście też nie jest zbyt częste :)
Generalnie nocami się wysypiamy, choć nie oznacza to, że je przesypiamy... Nie, Wiking nadal budzi się regularnie na karmienie. Ciekawa jestem, czy to się zmieni, gdy osiągnie wagę 6,5kg, bo słyszałam, ze tak bywa, ale nie bardzo w to wierzę. Na razie Wiking budzi się 4/5 godzin po uśnięciu, a potem jeszcze ze dwa razy. Zwykle są to okolice północy, trzeciej i piątej nad ranem. Ale różnie to bywa. Dotąd dwa razy tylko się zdarzyło, że spał "ciurkiem" sześć godzin lub więcej w nocy. Niemniej jednak, nie uważam w związku z tym nocy za nieprzespane, bo te pobudki w "normalnym" wydaniu mi nie przeszkadzają. Zwykle chodzi tylko o to, żeby wyciągnąć Wikinga z łóżeczka i przystawić do piersi, przełożyć na drugą stronę albo dla odmiany do łóżeczka odłożyć. W takich wypadkach robię to niemal przez sen i od razu potem zasypiam. Gorzej, gdy Wikingowi coś dolega i trochę dłużej stęka i wierci się, bo czasami mnie to bardziej wybudza, ale ogólnie naprawdę się wysypiam.

Wiking chodzi spać stosunkowo wcześnie, bo zwykle o 19:40 już śpi. Ale skoro my  Frankiem kładziemy się wcześnie, no to raczej jest zrozumiałe :) Dzięki temu zawsze mamy jakąś godzinę - dwie dla siebie. Zresztą on chyba nawet nie byłby w stanie wytrzymać dłużej, bo już po osiemnastej jest bardzo zmęczony i często marudny z tego powodu, więc to w zasadzie samo tak wyszło, że on o tej porze chodzi spać, bo jeszcze cztery miesiące temu zasypiał później - koło 21, a wcześniej to nawet dopiero i 23, ale wtedy to jeszcze wszyscy byliśmy nieogarnięci :)
Oczywiście to się wiąże z tym, że Wiking się dość wcześnie budzi. Śpi średnio 10, maksymalnie 11 godzin w nocy. Ale prawdę mówiąc nawet nie jestem pewna, czy spałby dłużej, gdyby zasypiał później, zwłaszcza w miesiącach letnich. Bo mieliśmy już czas, gdy już od czwartej lub piątej robił pobudkę :) Chyba trochę pomogło powieszenie koca na oknie i przykrycie go matą piankową. Ale jako, że zawsze  byłam rannym ptaszkiem, pobudka w okolicach 6:30 nie jest dla mnie traumatyczna. Potem jeszcze sobie przez jakiś czas leżymy w łóżku i wstajemy, gdy Wiking zaczyna się niecierpliwić, zwykle w okolicach ósmej.

5. Zasypianie.
Jak już wspomniałam, zasypianie sprawiało Wikingowi sporo problemów. Właściwie zasypiał wyłącznie przy piersi. Czasami pomagało też noszenie. Kiedy miał dwa, trzy miesiące zasypiał przy piersi w ciągu dnia, natomiast wieczorem na rękach albo czasami, kiedy to nie wyszło, a nadchodziła pora naszego snu, po prostu kładłam się do łóżka, Wikinga obok i gasiłam światło. Czasami nawet zanim zgasiłam światło, czytałam przez chwilę książkę. Zwykle nie było problemu, żeby Wikuś zasnął. Mniej więcej od trzech miesięcy wieczorami Wiking zasypia sam - w takim sensie, że nie trzeba go nosić, przytulać itp. Na początku kładłam go do wózka i bujałam, dopóki nie zasnął. A gdy zobaczyłam, że zasypia bez problemu, położyłam go do łóżeczka. Zwykle Wikuś zasypia w ciągu 5-10 minut. Moje zadanie polega na tym, żeby obok niego siedzieć i... nie pozwalać przewracać mu się na brzuszek, bo wtedy od razu wstaje na czworaki i ze spania nici. Czasami jest tak, że kładę Wikinga i on tak sobie leży, patrzy na misia śpiewającego kołysanki, ssie smoczka (czasami nie ssie, ale jednak częściej zasypia ze smoczkiem) i powoli zamyka oczy. A czasami musi się powydzierać. Wrzeszczy-cisza-wrzeszczy-cisza. Ja przytrzymuję (żeby się nie przekręcał), głaszczę, podaję smoczka. Długo to nie trwa, zwykle do dziesięciu minut.  Najgorzej, kiedy Wiking jest rozbawiony -uśmiecha się, gada, próbuje się bawić. Wtedy z uporem maniaka ignoruję jego zaczepki, układam na boczku, przykrywam... Zwykle kończy się tym, że Wiking się w końcu wkurza i zaczyna wrzeszczeć, a ja wiem, że to dobry znak, bo za chwilę zaśnie ;) Tylko dwa razy nam się zdarzyło, że usypianie trwało dłużej, raz pół godziny. A raz oboje z Frankiem opadliśmy z sił! Przez półtorej godziny Wiking ani myślał zasnąć, cieszył się ze wszystkiego, bawił się i nie robił sobie nic z naszych dobranockowych buziaków. W końcu pomogła suszarka.

W ciągu dnia Wiking zasypia jeszcze szybciej, bo zwykle w 2-5 minut, ale prawie zawsze poprzedzone jest to wrzaskiem :) Był czas, gdy jeśli uchwyciłam w porę, że jest zmęczony i układałam go do snu (zazwyczaj w wózku kładę go na boczku, daję coś do trzymania do rączki lub daję coś, do czego może się przytulić) po chwili zasypiał. Ale teraz najczęściej nawet jeśli w samą porę zainterweniuję, to on i tak tuż przed zaśnięciem musi trochę pokrzyczeć :/ Wygląda to tak, że zamyka oczy, sprawia wrażenie, że "odpłynął" i nagle się zrywa, przewraca na czworaki i wrzeszczy - i tak parę razy. Chyba po prostu chciałby tak zamknąć oczy i od razu zasnąć, a jak się tak nie dzieje, to się wkurza. Na szczęście zwykle trwa to naprawdę krótko. Poza tym, to, że zawsze sobie trochę pokrzyczy wynika chyba z tego, że dużo rzeczy go interesuje wokół i sam jest rozdarty - jest śpiący ale nie chce spać, bo wydaje mu się, że prześpi coś ważnego :P

6. Pobudki.
Z pobudkami bywa różnie. Kiedy był malutki, zawsze budził się z płaczem, ogłaszając wszem i wobec, że jest głodny. Potem zwykle budził się stękaniem i pokasływaniem, które były wstępem do płaczu, ale czasami, jeśli w porę się podeszło i wzięło na ręce, obeszło się bez płaczu. Teraz w ciągu dnia w momencie przebudzenia albo po prostu szeroko otwiera oczy albo przewraca się na brzuszek (o ile już na nim nie leży, bo jego ulubiona pozycja do spania to już od jakiegoś czasu na brzuszku), wstaje na czworaki i płacze. W nocy stęka, że chce jeść. A po nocnym śnie nie wiem dokładnie jak się budzi, bo zwykle budzę się dopiero w momencie, kiedy on już jest w pozycji klęku podpartego lub na brzuszku, patrzy na mnie i gaworzy ;)

7. Teoria vs. praktyka.
Zawsze byłam zdania, że kiedy dziecko śpi, nie należy chodzić wokół niego na paluszkach. I tego się trzymaliśmy przez jakiś czas. Kiedy Wiking był malutki, rzeczywiście zachowywaliśmy się normalnie - rozmawialiśmy, gotowaliśmy, sprzątaliśmy itp. Niestety, życie zweryfikowało ten pogląd, bo z biegiem czasu Wiking zaczął mieć bardzo lekki sen (przynajmniej ten dzienny). I skończyło się na tym, że trochę na tych palcach chodzimy - co prawda w tle zazwyczaj słychać radio lub telewizję, ale rozmawiamy ściszonymi głosami i staramy się nie hałasować. Gdyby Wiking nie miał tak lekkiego snu, to pewnie byśmy się zachowywali normalnie, ale w takim wypadku jednak wolimy nie ryzykować niemal pewnego wybudzenia, w dodatku gwałtownego, więc z wrzaskiem... Staramy się w ten sposób uszanować jego prawo do odpoczynku (i swoje prawo do świętego spokoju w tym czasie :P) - w końcu kiedy ja zasypiam to też nie chcę, żeby ktoś mi nad głową tłukł talerzami :D

8. Powody do dumy :) 
Myślę, że fakt, że Wiking zasypia w łóżeczku jest bardzo dużym sukcesem. W dużej części moim, bo to moja determinacja i cierpliwość się do tego przyczyniły :) Jakże się cieszę, że przed snem Wikinga nie trzeba nosić ani bujać, a przede wszystkim, że nie zasypia przy piersi! Ufff! Dzięki temu ja nie jestem uwiązana, a co ważniejsze, uśpić może go każdy. Na karmienie nocne i tak zabieram go do naszego łóżka i potem śpi z nami (chociaż czasami ewidentnie domaga się odłożenia do łóżeczka i tam od razu zasypia). Być może pamiętacie, że na początku byłam rozczarowana faktem, że Wiking śpi z nami w łóżku. W dużej mierze zmieniłam zdanie, bo po pierwsze naprawdę to polubiłam, a po drugie jest to po prostu wygodne. Ale podkreślałam, że chodzi mi przede wszystkim o zasadę. Że inaczej jest, gdy dziecko śpi z nami, bo wszyscy tego chcemy, a inaczej, gdy tak jest, bo w inny sposób się nie da. Odkąd Wikuś zasypia w łóżeczku bez problemu, to, że sypia również z nami nie jest już dla mnie absolutnie żadnym problemem, a wręcz czerpię z tego przyjemność :) Po prostu świadomość, że nie musi wcale tak być jest dla mnie bardzo pokrzepiająca. Mam poczucie kontroli nad tym i nad zasadami, które sami ustalamy. 
Cieszę się też, że mamy wieczory dla siebie - krótkie, bo krótkie, ale zawsze! A także odczuwam ogromną satysfakcję na myśl o tym, że zwykle bezbłędnie rozpoznaję moment, kiedy Wikinga trzeba położyć.

9. Podsumowanie.
Notkę tę pisałam na raty, przez kilka dni. I przez ten czas okazało się, że doświadczyliśmy wszystkiego, o czym napisałam ;) Był wieczór z długim zasypianiem, była trudna noc, kiedy to Wikuś sporo jęczał i był rozbudzony, ale były też godzinne drzemki w ciągu dnia i zasypianie bez krzyków. Można więc podsumować, że w kwestii zasypiania każdy dzień jest inny, chociaż ewidentnie występują również elementy stałe. Jakiś czas temu, z ciekawości zaczęłam zapisywać godziny i czas trwania snu synka. Okazało się, że codziennie spał 12,5-13,5 godzin na dobę, z czego 2,5-3 godziny to były dzienne drzemki. Ale to się zmieniło i teraz ten czas się skrócił do 11-12 godzin. Ostatnio Wikuś śpi krócej w nocy, bo jest to raptem 9 godzin, czasami nawet niecałe. Niestety zaczął wcześniej wstawać, bo o 5:30 (nawet, gdy zasypiał później niż zwykle), wolałabym, żeby to było chwilowe, bo te pół godziny dla mnie jednak robi różnicę ;)
W każdym razie, teraz już się nauczyłam, że drzemki to jedynie przerywniki w ciągu dnia, a nie podstawa. Oczywiście czasami trochę żałuję, bo to oznacza mniej czasu dla mnie, ale chciałam mieć bardziej kumate dziecko, to mam :) Na szczęście zazwyczaj Wiking przynajmniej przez godzinę każdego dnia bawi się sam. Generalnie i tak uważam, że - tak, jak wspomniałam wcześniej - odnieśliśmy sporo sukcesów w dziedzinie usypiania i zasypiania, więc nie jest źle. 
Na koniec dodam jeszcze tylko, że na samym początku, kiedy Wiking spał do ósmej/dziewiątej, nie raz budziłam się wcześniej i myślałam o tym, że powinnam wrócić do swojego nawyku wstawania o szóstej. Myślałam o tym, co mogłabym zrobić w tym czasie... Przez tyle lat to była moja stała godzina pobudki, że czułam się niekomfortowo "wylegując" się jeszcze w łóżku, mimo, że nie czułam się wypoczęta. Na szczęście stosunkowo szybko wytłumaczyłam sobie, że czas mnie nie goni i mogę sobie jeszcze poleżeć. Wkrótce nie stanowiło to dla mnie problemu i wyrzuty sumienia mnie opuściły. Jakże się cieszę, że się do tego przekonałam, bo dzisiaj bym na pewno żałowała! W końcu co innego wstawać o szóstej z własnej woli, a co innego, kiedy ktoś (nawet taki mały ktoś) nas do tego zmusza ;)

A oto jedna z ulubionych pozycji Wikinga do spania! Kolejna rzecz, którą chyba ma po mnie ;) Odkąd się nauczył przewracać na brzuszek robi to również w nocy! W ogóle strasznie się wierci również w nocy, wędruje po całym łóżeczku . Lubi się do czegoś przytulić i prawie zawsze śpi na brzuchu.

 W swoim łóżeczku Wiking nie ma żadnych poduszek. To zdjęcie zrobiłam rano, kiedy mały sobie jeszcze przysnął obok mnie w łóżku, przytulony do frankowej poduchy ;)

Ps. Z ostatniej chwili: 
Jakąś godzinę temu położyłam się z Wikingiem i przysnęliśmy przy karmieniu. Potem ja wstałam i cyknęłam mu takie zdjęcie:
 
Problem w tym, że trzeba go pilnować, jak zaśnie u nas na łóżku, bo po chwili już spał w takiej pozycji:
 
 Ale zwykle jeśli śpi na dużym łóżku to z Frankiem:






wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

wtorek, 9 czerwca 2015

Przyłapany





Absolutna nowość u margolki na blogu :P Filmików jeszcze nie było! Oto mój debiut!
 
Przyłapałam Wikinga na zabawie :) A to nie taka prosta sprawa, bo on jak tylko widzi, że podchodzę do niego z aparatem, to przerywa to, czym się zajmował i patrzy w obiektyw.  Jakość trochę kiepska, ale coś mam nie tak z ustawieniami aparatu. 



Czasami się denerwuje - na przykład, że zabawka jest za wysoko i nie może jej do buzi wsadzić. Tu się pod koniec trochę udało to nagrać.


No i same zobaczcie, co on wyrabia ;)

czwartek, 30 października 2014

Góry w obrazkach

Obiecałam zdjęcia, więc są :) Najlepsze jest to, że zabrałam aparat i ładowarkę do akumulatorka, a potem się okazało, że zapomniałam o kablu :/ Nie mogliśmy więc naładować baterii, a padła nam zanim jeszcze zdążyliśmy wyjąć aparat (nie mam pojęcia dlaczego). Na szczęście mieliśmy tableta i nim robiliśmy zdjęcia, tylko trochę to trwało zanim się zorientowałam, jak przekopiować je na komputer :)
Oczywiście tradycyjnie buźka będzie blogowa, uprzedzam lojalnie, więc proszę nie marudzić :) W tej kwestii jestem konsekwentna i choć w anonimowość w sieci nie bardzo wierzę, to w ochronę wizerunku już tak :P Ale i tak macie podziwiać piękno przyrody a nie przyglądać się margolce :)
a okazało się, że niestety jestem prawie na każdym zdjęciu, więc nie mam takich typowych pejzaży.
I jakoś nie umiem się zakolegować z żadnym programem do obróbki zdjęć, więc niestety będzie zwyczajnie, jedno po drugim :)

Na początek moja ulubiona rozrywka, czyli wjazd wyciągiem! Gdybym mogła to jeździłabym w te i wewte :P

 I wjechaliśmy...
 

 A później jeszcze trochę pod górkę i już tylko w dół. Zwróćcie uwagę na to, jakiego miałam towarzysza podróży. Franuś mi zorganizował takiego kijaszka, żebym się miała na czym podeprzeć, kiedy czułam, że bolą mnie plecy i muszę je trochę rozciągnąć. O dziwo, pomagał nawet przy samym chodzeniu! Dopiero kiedy zeszliśmy na asfaltówkę, nagle stwierdziłam, że mi przeszkadza.
Taka byłam zakapturzona, bo na szczycie było naprawdę chłodno :) Ale za to można było się powygrzewać na słoneczku.



 A tutaj już kolejny dzień, czyli ten w wersji lżejszej "dojeżdżającej", a nie "dochodzącej". Przejechaliśmy się na zaporę na Jeziorze Czerniańskim.

 



 

 Tu mamy skocznię. Byłam niepocieszona, bo wyciąg niestety nie działał.Popatrzyliśmy więc sobie na nią z dołu. Ale przynajmniej będzie pretekst, żeby pojechać jeszcze raz :P

 A taką mieliśmy pogodę:
 


 Wspominałam też, że w wolnych chwilach naszą rozrywką była między innymi gra w bilarda. Udało mi się nawet ze dwa razy wygrać z Frankiem :P A wierzcie mi, że to jest coś! :) Ten to potrafi za jednym zamachem trafić dwiema bilami w łuzę. 
Kurczę, gdybym miała dom i nie miała co robić z kasą, to na pewno kupiłabym sobie taki stół bilardowy :) Bardzo mi się to spodobało.

A na koniec coś z zupełnie innej beczki. Zaliczyliśmy też małe romantyczne wyjście (wszak przecież pisałam we wrześniu, że będziemy jeszcze świętować rocznicę). To zdjęcie zrobiłam pod wpływem chwili. Siedzieliśmy czekając na jedzenie. Trochę sobie rozmawialiśmy. W tym momencie nawet o niczym romantycznym, bo Franek zastanawiał się jaki będzie jego grafik i czy będzie miał wolny weekend 1-2 listopada (dzisiaj się okazało, że tak, hura! o dwa dni dłuższy urlop :)) Ale snując te rozmyślania chwycił mnie za rękę. I tak mówił, i mówił, a ja... przestałam go słuchać (o ja niedobra!) i zaczęłam myśleć o tym, jak to fajnie, że to był z jego strony taki odruch bezwarunkowy. Nie musiał mówić o niczym podniosłym, nie musiał wyznawać mi miłości, bo ten gest znaczył dla mnie dużo więcej. Zerknęłam na te nasze dłonie i zwróciłam uwagę na to, jak ważnym symbolem są dla mnie nasze obrączki. Jak ogromną mają wartość - i wcale nie chodzi o pieniądze. Jak wiele mówi taki kawałek kruszcu na palcu...

 I tym nieco romantycznym akcentem, tak trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, kończę tę fotorelację :) Mam nadzieję, że nacieszyłyście oczy pięknymi widokami, bo ja jestem nimi zachwycona!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Inwentaryzacja

Dopiero co robiłam podsumowanie kolejnego minionego roku w naszym związku, więc chyba nie ma sensu podsumowywać mojego minionego roku, bo to wszak jeden i ten sam rok :) Ale inwentaryzację można zrobić na rok przed okrągłą rocznicą :) 
Stan na dziś:

Mam:
- 29 lat
- znośnego męża :P; no dobra, nie będę taka, lepiej napiszę, że mam męża, który potrafi być bardzo kochany
- rosnącego we mnie Tasiemca (a może Tasiemkę jednak:)), który jest cały czas dla mnie po pierwsze wielką zagadką a po drugie totalną abstrakcją... albo na odwrót
- najlepszą na świecie rodzinę
- Dorotę
-  kilka najlepszych koleżanek, z którymi zawsze mam o czym rozmawiać (i które pamiętają o moich urodzinach...)
-  kilkoro świetnych znajomych, z którymi mogę wspaniale spędzić czas
- fajną teściową; a jako że mąż znośny to i rodzinę męża mam znośną :)
- świetną pracę, którą uwielbiam
- czarne Renault Clio na spółę z Frankiem
- rower z podstawówki, który przeżywa drugą młodość po tym, jak rok temu ściągnęłam go do Podwarszawia :P
- na półce całe mnóstwo książek, które już przeczytałam albo właśnie czytam a nie na półce jeszcze większe mnóstwo tych, które chcę przeczytać :)
- zadowalająco zdrowe 50,6 kg ciała, które mieści w sobie chyba zdrowego ducha
- dużo chęci do działania
- ogromną potrzebę, żeby powrócić do ćwiczeń po przymusowej miesięcznej przerwie
- kilka celów na przyszłość, które niektórzy nazwaliby marzeniami, choć mi ta nazwa jakoś nie pasuje
- trochę lęków i zmartwień, które zupełnie nieproszone wkradają się w moje myśli i których chętnie bym się pozbyła
- za sobą bardzo udany weekend!
- nadzieję na to, że jednak teraz już będzie dobrze
- dużo wiary, która daje mi prawdziwą siłę i pozwala dostrzegać sens tam, gdzie go nie ma
- masę wdzięczności za to co mam

Nie mam:
- własnego kąta ani nawet widoków na niego 
- psa... 
- i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, ale mam tak wiele, ze nie chcę się skupiać na tym, czego nie mam - zwłaszcza, że nie mam też nieskończonej ilości rzeczy, których wcale mieć bym nie chciała :))

Spis z natury w dniu moich dwudziestych dziewiątych urodzin przedstawia się według mnie satysfakcjonująco. Chyba mogę z godnością wkroczyć w ten trzydziesty rok życia, który będę świętować dopiero za dwanaście miesięcy :) 
Tak naprawdę świętowaliśmy w sobotę więc dzisiaj od rana nawet nie czułam tego, że nadszedł TEN dzień - dopóki nie zaczęły spływać życzenia...
Jest pewna grupka ważnych dla mnie osób i każdego roku mam w sobie taki niepokój, że można któraś z nich się tego dnia nie odezwie... Byłoby mi przykro, choć pewnie znalazłabym dla tych osób usprawiedliwienie... Ale nie muszę, bo już wiem, że żadna z nich mnie nie zawiodła - dosłownie przed pięcioma minutami dostałam smsa z życzeniami od ostatniej, na której słowo czekałam... :) 
Może to głupie, ale bardzo ważne jest dla mnie tych kilka ciepłych urodzinowych życzeń, tych parę słów i pamięć...Każda z osób, które o mnie pamiętają w tym dniu ładuje mi akumulator pozytywną energią :)
Zresztą, przecież mnie znacie, wiecie, jak jest... :)

I jak zawsze, jak co roku nadchodzi ten moment, kiedy żałuję, że to już koniec i na następny raz muszę czekać okrąglutki rok...

A na deser jeszcze tegoroczne łupy :D