*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Margolce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Margolce. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Sukces rekrutacyjny...

Takim mianem zostałam określona dzisiaj przez dyrektor HR w naszej firmie. Usłyszałam też, że nie mam obawiać się, że wraz z przybyciem nowego dyrektora działu stracę pracę, bo jestem zbyt cennym pracownikiem...
Powinnam zacząć od początku. Tylko jak to zrobić, skoro sytuacja jest tak dynamiczna?? Szkoda, że nie opisywałam na bieżąco tego, co się działo i dzieje u nas w firmie, ale z drugiej strony to chyba nie byłoby możliwe :) W każdym razie, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rotacja pracowników jest ogromna. Chyba też trochę brakuje pomysłu na rozwiązanie pewnych problemów... Nie wiem, jak to się wszystko dalej ułoży, nic nie jest pewne. Ale z jakiegoś powodu jestem spokojna. 

Nie wiem, być może po prostu to, co się wydarzyło w mojej poprzedniej pracy mnie tak zahartowało, a może się tak bardzo zmieniłam od półtora roku, ale niewiele sytuacji zawodowych jest w stanie wytrącić mnie z równowagi, wprowadzić w stan niepokoju i zestresować. Prawdę mówiąc od stycznia, nie przypominam sobie ani jednej. Nawet wiadomość o tym, że dyrektor naszego działu - ta sama, z którą (oprócz dyrektor działu HR) miałam rozmowę kwalifikacyjną - została zwolniona, przyjęłam raczej ze spokojem.
Pamiętam doskonale ten permanentny stres i niepokój, który cały czas wisiał mi nad głową przez ponad rok w poprzednim miejscu pracy. Robiłam swoje i robiłam to najlepiej, jak umiałam. Lubiłam swoją pracę, nie chciałam jej stracić i cały czas miałam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Miałam nadzieję, a jednak chyba cały czas gdzieś w głębi serca czułam, że tak nie będzie. Z kolei teraz jest zupełnie inaczej. Sytuacja w tej firmie jest o wiele mniej stabilna, a jednak nie mam w sobie tego stresu, który dwa lata temu towarzyszył mi non stop. Cały czas mam wrażenie, że jakoś się poukłada i że wszystko będzie dobrze. Może to ta słynna kobieca intuicja?
A może się mylę i przejadę się na tym moim optymizmie,? Ale w tym wypadku chyba najlepiej wyjdę na takim podejściu do sprawy. Bo jeśli nawet straciłabym tę pracę z jakiegoś powodu, to i tak nie mam na to wpływu. Więc chyba lepiej się tym nie przejmować, prawda? ;) 
Jest mi tak lekko i dobrze z tym nowym podejściem do życia, które przyszło do mnie nie wiedzieć kiedy i jak. A trzyma się mnie ono już całkiem długo. I lepiej niech nie opuszcza :) Bo przecież nie wiem co będzie za miesiąc, pół roku, rok... Mogę spodziewać się zarówno dobrych rzeczy, jak i tych złych. Tylko co to zmieni, że będę się nad tym zastanawiała i przejmowała tymi ewentualnymi złymi? Absolutnie nic. Zawsze to wiedziałam, ale i tak się przejmowałam. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że tym razem jest inaczej.

Wpis miał być o czymś innym, a wyszedł taki filozoficzny. Postaram się następnym razem napisać trochę bardziej konkretnie :)Może uda mi się opowiedzieć po krótce moją dotychczasową historię zatrudnienia w Jabłeczniku, jak postanowiłam nazwać moją firmę na potrzeby tego bloga ;)

Ps. Jestem w trakcie odpowiadania na komentarze - również te bardzo zaległe ;) Ale w końcu to zrobię, więc możecie się spodziewać odpowiedzi nawet na komentarze pod notkami sprzed kilku tygodni.



piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

niedziela, 27 grudnia 2015

W grudniu po południu.

Teraz to już naprawdę się po świętach zrobiło i zostało jeszcze tych kilka intrygujących dni przed ostatnim dniem starego i pierwszym nowego roku. Dla mnie są one właśnie takie intrygujące, bo zawsze się wtedy dziwnie czuję :) Różne myśli przechodzą mi przez głowę, nad różnymi kwestiami się zastanawiam, sporo wspominam i analizuję. To są takie dni, które sprawiają, że się człowiek jeszcze jakoś po świętach trzyma, bo ma wrażenie, że to nie koniec świętowania ;) Zazwyczaj dopiero po szóstym stycznia poziom energii powoli spada.

Jakiś czas temu myślałam sobie o tym, że czasami, kiedy mówi się o czymś, na co długo się czeka albo o czym nie wiadomo, kiedy (i czy) się wydarzy, to się mówi "w grudniu po południu!" Przyznam się Wam, że cały ten miesiąc mam w głowie tę frazę! Bo jest grudzień, często popołudniowa pora i ciągle się nic nie dzieje :P Nie wiem dlaczego akurat w tym roku włączył mi się taki tryb rozmyślań o tym, jaka chciałabym być i co chciałabym mieć w przyszłości.
Dotychczas wydawało mi się, że marzenia to coś dla dzieci. Tak, ja wiem, że dorośli mają marzenia, ale ja ich nigdy nie miałam. W dodatku Franek też nie. Mieliśmy plany, oczekiwania, cele. Ale nie marzenia. Marzenia wydawały mi się jakieś takie mało realne, mało konkretne i mało racjonalne. To do mnie nie pasowało. Stwierdziłam więc, że z marzeń się chyba po prostu wyrasta. Nie było mi z tym źle, ani trochę. Ale w tym roku stwierdziłam, że być może do marzeń można potem z powrotem dojrzeć (wiem, że to paradoks, ale taki właśnie miałam tok rozumowania i się nim tutaj dzielę na forum:)) I zaczęłam myśleć, o czym marzę.

Przez tyle lat marzenia nie były mi do niczego potrzebne, więc nie bardzo wiem, skąd mi się wzięły akurat teraz. Może to dlatego, że zaczęłam się trochę obawiać, że to co kiedyś było dla mnie celami i planami jest tak bardzo nierealne, że można to już tylko do sfery marzeń zaliczyć? :) Poza tym często też kiedy miałam jakieś oczekiwania co do swojej przyszłości, to raczej niechętnie o tym mówiłam i nie lubiłam się tym dzielić. Nawet nie na zasadzie zapeszania, po prostu nie chciałam, żeby ktoś za wcześnie mi się w tę moją przyszłość mieszał :) Tym razem mam ochotę się trochę otworzyć. Nie wiem dlaczego, ale idę za głosem serca, skoro ono tak czuje, postanowiłam podzielić się na blogu tym, o czym od pewnego czasu myślę "marzenie".

Są to sprawy, które trudno mi w ogóle umiejscowić w przyszłości - nie wiem, czy jest ona bliższa, czy dalsza, nie wiem kiedy i czy w ogóle. Ale opowiem Wam, czego bym chciała... Chciałabym móc urządzać swoje własne mieszkanie. To znaczy nasze - moje i Franka. Chciałabym, aby było nas na nie stać - na trzypokojowe mieszkanie na jakimś sympatycznym osiedlu nie znajdującym się w Wygwizdowie Małym, ale też nie w Centralnym Centrum. Wystarczyłoby mi jakieś Centralne Ubocze ;) Chciałabym, żeby mieszkanie miało duży balkon i okna przynajmniej na dwie strony świata. Jeszcze nie zdecydowałam, czy miałby to być wschód i zachód, czy może wschód i południe. Marzy mi się, że urządzamy sobie to mieszkanko ze względnym spokojem, a później sielsko sobie w niem mieszkamy :) My, czyli rodzina Frankowskich. Ja, Franek, Wiking. Myślę sobie o jeszcze jakimś jednym potomku (płci obojętnej - naprawdę, już teraz jest mi obojętne, wcale nie musiałaby być dziewczynka) i o psie. Płci raczej męskiej i rasie... hmmm, chyba jednak cocker spaniel, ale nie wiem, czy upieralibyśmy się tylko przy tej opcji.
Marzy mi się, że oboje z Frankiem pracujemy i czujemy się tą pracą usatysfakcjonowani. Lubimy to, co robimy, zarabiamy godnie - czyli bez fajerwerków, ale tak, że można coś odłożyć przy naszym niezbyt hedonistycznym trybie życia, ale jednocześnie nie wypruwamy sobie żył - chcemy przecież mieć jeszcze wystarczająco dużo sił i energii, żeby cieszyć się tym wszystkim co mamy i żeby spędzać czas w towarzystwie rodziny. Po prostu towarzyszy nam umiarkowane zmęczenie - tak jak to bywało dotychczas, raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie do zniesienia. 
Chciałabym, abyśmy tworzyli szczęśliwą i wesołą rodzinę, w której panuje wzajemny szacunek, zrozumienie i miłość. To jest dla mnie najistotniejsze. Abym każdego dnia mogła być wdzięczna za to co, a raczej kogo, mam. Abyśmy się dużo przytulali i jeszcze więcej ze sobą rozmawiali. Ciepło i poczucie bezpieczeństwa emanujące zza progu naszego wymarzonego wcześniej mieszkania. To mi się marzy.
Marzy mi się, że nadal otaczamy się tylko ludźmi, którzy są nam bliscy i życzliwy. Prowadzimy umiarkowanie bujne życie towarzyskie (wystarczy tak, jak teraz), goście od nas nie stronią, widujemy się regularnie z osobami, które są dla nas najważniejsze a czas, który z nimi spędzamy jest dla nas doskonałym i wystarczającym źródłem rozrywki. 
Chciałabym, abyśmy z Frankiem cały czas się kochali i potrafili pokonać razem każdą przeszkodę. Żebyśmy cały czas pamiętali o tym, co jest ważne i że mamy za sobą tyle pięknych lat, a kolejne tak samo piękne są na wyciągnięcie ręki, bo tylko od nas zależy to, jak będą wyglądały. Chciałabym, żebyśmy lubili i chcieli ze sobą rozmawiać i żebyśmy mieli czasami okazję do bycia nawet przez chwilę tylko we dwoje. Bardzo chciałabym, żebyśmy darzyli się szczerą miłością i szacunkiem.
Co jeszcze mi się marzy? Na przykład wyjazd do Hiszpanii, najlepiej na południe, ale niekoniecznie. Mogłoby być nawet całą rodziną. Bardzo marzy mi się zwiedzenie Sankt Petersburga - i to mogłoby być już nawet tylko z Frankiem, na przykład kiedy dzieci na kolonie pojadą :P Albo u dziadków będą. Marzy mi się też Australia albo chociaż Stany Zjednoczone, ale to już jest tak nierealne, że to już chyba nawet nie marzenie, tylko jakaś mrzonka :) Marzy mi się solidny samochód, nie musi być wypasiony, wystarczy, że pomieści nas wszystkich razem z gratami. Marzą mi się coroczne wyjazdy na wakacje - nawet niedaleko, może być w Polsce i częste weekendowe wypady do Miasteczka. Do Poznania też mogłoby być, byle nie zamiast :P
A przede wszystkim marzy mi się, to, co niby jest oczywiste, ale muszę o tym głośno powiedzieć, bo skoro już szczerze, to na całego - a więc marzy mi się, że wszyscy jesteśmy zdrowi i dzięki temu możemy wieść swój żywot w miarę beztrosko. W miarę, bo tak całkiem bez trosk się nie da. Ale wiem, że da się tak, że te troski nie przytłaczają, a są tylko takimi drobnymi śmieciami, które wiatr nawiewa na nasze podwórko (kiedyś o tym pisałam) - bo przecież mam za sobą lata, które takimi właśnie problemami tylko (na szczęście) się odznaczały.

Taaak, to wszystko - i może jeszcze trochę więcej, tylko teraz szczegółów nie pamiętam - mi się marzy. Chciałabym bardzo to osiągnąć. Chciałabym, aby te moje życzenia dotyczące przyszłości się spełniły i żebym w którymś grudniu po południu mogła powiedzieć - tak, spełniło się, jestem szczęśliwa. I tak już teraz się cieszę, że jeszcze trzy tygodnie temu byłam na etapie marzenia o tym, żeby nie być bezrobotną w roku 2016 i na razie się spełniło, w dodatku dość szybko, więc napawa mnie to optymizmem. Staram się cały czas trzymać tych pozytywnych przeczuć, które wtedy miałam i myśleć, że ze wszystkim sobie poradzę a praca okaże się tak samo przyjemna, jak moje dotychczasowe :)
Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby takie marzenia się spełniły, ale może wystarczy trochę zaczarować rzeczywistość i na przykład wypowiedzieć życzenie w grudniu po południu... ;)
Ech, chciałabym, chciała...

piątek, 23 października 2015

Słonecznikowe refleksje.

Mniej więcej od czerwca mogłam liczyć w tej kwestii na nasz warzywniak na rogu.. Mamy w pobliżu naprawdę rewelacyjny sklep, który jest niby ogólnospożywczy, ale mają tam bardzo piękne i świeże warzywa i owoce. Cieszyło mnie to, bo nie musiałam szukać po targach ani nigdzie jeździć, tylko miałam pod nosem - w dodatku do tego sklepu mogłam wejść z wózkiem.
Aż tu nagle pod koniec września wchodzę i... nie ma! Po raz pierwszy od trzech miesięcy! Nie ma mojego ukochanego słonecznika! Być może pamiętacie, że jestem słonecznikową maniaczką? Oj, na pewno pamiętacie :) Przecież biadoliłam w roku 2012, że muszę sobie zrobić odwyk, bo paznokcie na ślub sobie zniszczę :P

Rekord pobiłam w ubiegłym roku. Niemal przez całe lato nic innego nie robiłam tylko dziobałam i dziobałam te pestki :) Mogłam wtedy tylko co najwyżej czytać albo nadrabiać serialowe zaległości, bo wiadomo, że dwie rączki do tego dziobania są potrzebne. Ale nie żałowałam i nie miałam poczucia marnotrawienia czasu, bo przecież słonecznik to rzecz sezonowa i wiedziałam, że muszę korzystać, póki jest :) Szkoda tylko, że rok temu nie policzyłam sobie ile faktycznie tych słoneczników zdziobałam, ale tak licząc na oko było ich ponad sto... Serio. Wyobrażacie sobie? :) To jest naprawdę moje uzależnienie :D Franek był kochany, bo szedł na targ i kupował mi od razu sześć sztuk na przykład (bo wtedy było taniej :P) - mimo, że zawsze się wścieka, że potem tyle sprzątania jest :D Ja zajadałam się przynajmniej jednym dziennie, a czasami nawet dwa pochłaniałam (tyle to było kalorii, że mogłam nawet nic innego nie jeść :P) - bywało, że któregoś dnia robiłam sobie odpoczynek albo z jakiegoś powodu nie mogłam usiąść w pokoju i poskubać pestek, ale nadrabiałam kolejnego. Dlatego też wychodzi mi z prostego rachunku, że było tego przynajmniej sto sztuk - bo skoro ponad trzy miesiące przynajmniej jeden dziennie pochłaniałam... :)
Oj, piękny to był czas! :) W ubiegłym roku - pamiętam to dokładnie - jeszcze na początku października można było dorwać słonecznik tu i ówdzie. Wiem,  bo ostatni kupiłam 9 października - w ramach pożegnania... Dzień wcześniej dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową i musiałam zrezygnować nawet z tego zdrowego rodzaju tłuszczu w takich ilościach.
Już rok temu martwiłam się, jak to będzie, kiedy Tasiemiec przyjdzie na świat - i że na pewno nie będę mogła poświęcić się swojej słonecznikowej manii. Rzeczywiście w dużej mierze tak było, ale muszę Wam powiedzieć, że Wiking i tak był łaskawy. Co prawda w tym roku słoneczników zdziobałam znacznie mniej, bo tylko około dwudziestu pięciu, ale to i tak nieźle zważywszy na fakt, że zajmuje to ręce i czas :) Nie mogłam się zajadać słonecznikiem, kiedy Wiking kręcił się obok, bo niezmiernie go on interesował i zaraz odgryzłby kawałek kwiatka. Zazwyczaj więc pakowałam Wikinga do łóżeczka, wrzucałam mu tam zabawki, a sama siadałam obok ze słonecznikiem i książką i od czasu do czasu wygłupiałam się z Dzieciakiem :)

A potem pewnego wrześniowego dnia weszłam do warzywniaka, ale miałam przy sobie tylko parę groszy, więc kupiłam sobie bułkę i pomyślałam, że po słonecznik wrócę jutro. Jutro nie mogłam, ale pojutrze wracaliśmy z Frankiem ze spaceru i wstąpiłam. Wyszłam ze smutną minką, po której Franek od razu poznał, że sezon słonecznikowy dobiegł końca :( Tak bez uprzedzenia. Tak nagle. I tak szybko. Echh...Poza tym, że skończył się sezon na słonecznik, wiedziałam, ze skończyło się już lato...

Pocieszyłam się trochę orzechami włoskimi - takimi świeżymi, które mają skórkę odchodzącą od orzecha. To już nie jest takie uzależnienie, jak słonecznikowe, ale kilka orzeszków na dzień sobie zjadłam. Tu w Miasteczku też, bo mój tata z kolei jest maniakiem orzechowym. Ale i świeże, mokre orzechy już się kończą. I po tym właśnie poznaję, że jesień - ta przyjemna (choć w tym roku i tak niewiele jej było) też się już kończy.

A swoją drogą, pamiętam, jak się poznaliśmy z Frankiem - właśnie w porze letniej, to się na początku kryłam przed nim z tym moim słonecznikowym bzikiem :D Bo mi się jakoś tak wstydziło przyznać do tego. Kiedy miał do mnie przyjść to chowałam słoneczniki, kiedy jechałam po nie na targ, ściemniałam, że jadę po coś innego :D Dlaczego? Nie mam pojęcia. I nie pamiętam nawet kiedy się "wydało", ale gdybym wiedziała, że Franek mi potem będzie przynosił stosy słoneczników, to bym się na pewno przyznała wcześniej :)
I pamiętam jeszcze, jak kiedyś na początku wspólnego mieszkania z Frankiem się pokłóciliśmy i pojechałam do Doroty się wypłakać. Byłam totalnie zdołowana. Ona musiała gdzieś wyjść, a ja siedziałam u niej w domu, czytałam, trochę drzemałam i czekałam na nią. A jak wróciła, to przywiozła mi na pocieszenie słonecznik... To było taaakie słodkie :) No proszę, dla takich wspomnień to warto mieć takiego bzika ;)

***
A propos bzików - czy ja już go mam na punkcie pisania tego bloga? Czy już całkiem oszalałam? Wiking teraz śpi już coraz mniej, a mnie wręcz klawiatura się pali pod palcami a głowa paruje od natłoku myśli, które chciałabym przedstawić tu, moimi kredkami. Doszłam już do wprawy i w 30 minut potrafię napisać notkę a nieraz nawet jeszcze na maila odpowiedzieć :P Korzystam, póki wena jest i chciałabym, żeby udało mi się pisać o tym wszystkim, co mi w duszy gra - chodzi o codzienność, o głębsze przemyślenia, o prozaiczne sprawy a nawet takie głupotki i skojarzenia podobne do dzisiejszego. Więc może i mam tego bzika, ale z drugiej strony, te z Was, które znają mnie najdłużej pewnie kojarzą, że kiedyś też tak miałam (kiedy to pisałam i 200  notek rocznie),  że pisałam o wszystkim i o niczym, może więc mój blog przeżywa jakąś drugą młodość albo coś :D I może wkrótce mi przejdzie, ale na razie trwa, więc czytajcie na zdrowie, kto ma ochotę ;)

czwartek, 22 października 2015

Po Szopenie i refleksja o życiu.

Koniec konkursu. Gratulacje dla Seong-Jin Cho z Korei Południowej, zwycięzcy konkursu.
Jakie są moje wrażenia? Przede wszystkim będzie mi brakowało emisji z poszczególnych etapów :) Nie będę pisać o faworytach, o tym czy zgadzam się z sędziami, czy też nie, bo zwyczajnie nie znam się na tym. Niektóre utwory wpadały mi w ucho bardziej, inne mniej, ale niekoniecznie musiało to zależeć od grającego, choć oczywiście nie raz tak było.
Słuchałam ekspertów w studio komentujących występy a także komentarzy innych widzów i myślałam sobie, jaka szkoda, że nie znam się na tym tak dobrze, jak oni! Naprawdę chciałabym słyszeć te wszystkie niuanse i chciałabym umieć wypowiadać takie uwagi i oceniać grę poszczególnych uczestników. Tymczasem się na to nie poważyłam, bo zwyczajnie nie powinnam tego robić.
Przy okazji moich ostatnich wpisów na ten temat okazało się, że dla niektórych mogę brzmieć jak ekspert. Niniejszym prostuję - nie jestem ekspertem, a przede wszystkim nigdy nawet do tego miana nie aspirowałam. Owszem, do tematu podchodzę bardzo entuzjastycznie, bo po prostu naprawdę lubię słuchać klasyki. Ale dla mnie to, że coś bardzo lubię nie jest jednoznaczne z tym, że się na tym bardzo znam, zwłaszcza jeśli chodzi o dziedzinę tak szeroką jak muzyka klasyczna. Znam się na tym na pewno nieco lepiej niż wiele osób, ale też dużo gorzej niż inna spora grupa :) Ale nie udaję, że jest inaczej. 
I żałuję trochę :) Bo naprawdę czasami nie potrafiłam odnaleźć w wykonaniach tego, o czym mówili komentatorzy. Dla mnie konkurs był gratką, ale nie dlatego, że porównywałam wykonania, oceniałam grę, zastanawiałam się nad wrażeniem artystycznym i techniką, ale dlatego, że mogłam po prostu słuchać :) Część utworów Chopina znam, ale oczywiście nie wszystkie i taki konkurs dawał mi możliwość usłyszenia czegoś nowego i zasłuchania się w tym.
Przyznaję jednak, że ostatniego etapu już nie śledziłam tak gorliwie. Po prostu godziny mi nie odpowiadały, bo chociaż dla normalnych ludzi były one przystępniejsze (późnopopołudniowe i wieczorne) to u nas jest to czas, kiedy szykujemy Wikinga do spania - i siebie też :)

Myślę, że fenomen konkursu pianistycznego im. Fryderyka Chopina polega na tym, że odbywa się on co pięć lat. Gdyby to było coroczne wydarzenie, nie byłoby tak atrakcyjne dla wielu osób - w tym dla mnie. I nie miałby takiego prestiżu.
Ten pięcioletni odstęp czasu pozwala mi też na pewną refleksję... Kiedy ostatnio żarliwie słuchałam koncertów w roku 2010, w moim życiu niedługo wcześniej wydarzyło się kilka ważnych rzeczy - skończyłam studia magisterskie i rozpoczęłam podyplomowe, zaczęłam szukać nowej pracy, wyprowadziłam się z mieszkania studenckiego i zamieszkałam z Frankiem, który rozpoczął pracę w Zielonej Firmie. To wszystko było wstępem do kolejnych przełomów a także początkiem bardzo dobrego okresu w moim życiu, kiedy czułam się spełniona i szczęśliwa.
Pięć lat nie wydaje się szczególnie długim okresem czasu w naszym życiu, a jednak tak dużo się zmieniło. W roku 2010 chodziłam na wiele rozmów kwalifikacyjnych, na których często musiałam odpowiadać na znienawidzone przeze mnie pytanie - "jak widzisz siebie i swoje życie za 5 lat". Znienawidzone dlatego, że planować to ja uwielbiam, ale co najwyżej z wyprzedzeniem kilkumiesięcznym ;) Dalsza przyszłość jest dla mnie czarną magią i nie lubię się nad nią za bardzo zastanawiać, bo to budzi mój niepokój.
Odpowiadałam jednak na tamte pytania jakimiś ogólnikami i w taki sposób, żeby się przypodobać potencjalnemu pracodawcy. Nigdy jednak nie pomyślałabym, że za pięć lat będę w zupełnie innym punkcie życia - że będę po ślubie z Frankiem (to tego to się mogłam jednak spodziewać, mimo, że nie byliśmy jeszcze zaręczeni), że będę miała za sobą pracę na stanowisku kierowniczym w firmie, która wydawała się spełnieniem marzeń (a przypominam, że pracowałam wtedy u R. i wydawało mi się już lepiej być nie może), ale że ostatecznie będę bez pracy, a przede wszystkim, że będę mieszkać w Warszawie (popukałabym się w głowę na taką sugestię) i że będę miała małego, prawie już rocznego (!) Wikinga! Swoją drogą kiedy o tym myślę, to przerażające jest to, że nadal piszę tego bloga :D
Chciałabym, żeby ten rok 2015 również był mocnym fundamentem pod kolejne tłuste lata, bo już mam dość tych chudych :(, oby nie było ich jednak siedem. I nie mam pojęcia, co będzie się działo w moim życiu, kiedy rozpocznie się XVIII Konkurs Chopinowski w roku 2020. Mam jednak nadzieję, że będę szczęśliwa. Że będziemy z Frankiem żyli w zgodzie i szczęściu, w otoczeniu bliskich osób, będących w dobrym zdrowiu,  że oboje będziemy się cieszyć dobrą pracą i nasz Wikuś, który będzie miał już prawie sześć lat (nie do wiary! ten maluch, który chrapie teraz obok mnie w swoim łóżeczku??) będzie rezolutnym, zdrowym chłopczykiem i naszym ukochanym synkiem. O innych rzeczach nie śmiem nawet marzyć.
I ciekawe, czy jeszcze będę miała okazję na podobną refleksję :)
Hmm, tak jakoś... noworocznie się zrobiło :D

wtorek, 29 września 2015

Muzyka mojego życia.

Bardzo często słyszę od różnych osób, że bez muzyki nie mogłyby żyć. Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie i zawsze dochodziłam do wniosku, że ze mną jest inaczej. Muzyka nie stanowi jakiejś ważnej części mojego życia, nigdy nie chodzę ze słuchawkami w uszach (a jeśli już to słucham radiowej gadaniny), głośna muzyka mnie raczej drażni (no, chyba, że na imprezie), lubię ciszę.
Z drugiej jednak strony być może po prostu tak bardzo przywykłam do tego, że muzyka wokół mnie jest, że trochę jej nie doceniam i faktycznie byłoby tak, że nie mogłabym bez niej żyć. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie na pewno nie jest tak, że słucham tej muzyki jakoś bardzo dużo, ani tak, że jej nie lubię i nie słucham wcale.
Mam kilka ulubionych piosenek, na których pierwsze takty od razu daję głośniej radio :) Jest kilku wykonawców, których lubię bardziej. Ale na co dzień to jednak najbardziej lubię słuchać muzyki spokojnej - np. na Chilli Zet lub jakiejś relaksacyjnej z internetu (np. taka, jak dla kobiet w ciąży), a najbardziej cenię sobie muzykę klasyczną.

Wiem, że to się wielu osobom wydaje dziwne, bo taka muzyka uchodzi za nudną, a jednak to naprawdę jedyne, co mnie nie męczy i co staje się dla mnie po prostu tłem, więc mi nie przeszkadza. Bo jeśli chodzi o inny rodzaj muzyki, nawet taki, który lubię, to podczas słuchania jej, skupiam się na tym bardziej, jak na jakiejś czynności i po jakimś czasie po prostu mnie to męczy, pragnę ciszy. Natomiast w tym wypadku jest nieco inaczej. Bardzo lubię słuchać RMF Classic (gdzie oprócz klasyki jest również muzyka filmowa, którą również lubię) lub radia internetowego z muzyką klasyczną. Poza tym mam też kilka płyt - głównie Chopina, które lecą u mnie w domu na okrągło, przynajmniej przez pierwszą połowę dnia :)

W zasadzie nie wiem skąd mi się to wzięło. Ten rodzaj muzyki lubiłam zawsze i zawsze słuchałam jej z przyjemnością. Od czasu do czasu wybrałam się na jakiś koncert, podczas którego mocno się relaksowałam. Swego czasu grałam na pianinie - przez pięć lat, lubiłam to, choć przyznaję, że mogłam się do tego trochę bardziej przykładać, ale zawsze absorbowały mnie jeszcze inne rzeczy :) W każdym razie szło mi całkiem dobrze, choć nie byłam w tym wybitna :) W sam raz na tamten okres i tak, żeby bez żalu zakończyć tę przygodę, kiedy nie było już czasu na ćwiczenie. Przez chwilę nawet moi rodzice rozważali, czy nie zapisać mnie do szkoły, jak sugerowała nauczycielka gry na pianinie, ale ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowali i w sumie jestem im teraz za to wdzięczna, bo to byłoby jednak dla mnie zbyt obciążające i o beztrosce dnia codziennego już zupełnie mogłabym zapomnieć.
Tak, czy inaczej, nie wiem, czy to, ze kiedyś grałam ma jakikolwiek związek z tym, że dziś świadomie lubię słuchać muzyki klasycznej. Być może osłuchałam się z niektórymi utworami, mam jakąś wiedzę, ale możliwe, że po prostu od zawsze miałam ku temu jakieś predyspozycje. A może przyczynił się do tego też mój dziadek, który zawsze słuchał tego rodzaju muzyki? :)

Chyba wszyscy już słyszeli o tym, że dobrze jest, gdy kobiety w ciąży słuchają Mozarta, bo to świetnie wpływa na inteligencję dziecka nawet, kiedy jest jeszcze w brzuchu mamy. Potem mówiło się o tym, że nie musi być Mozart, może być jakakolwiek muzyka klasyczna. A teraz - że  nie ma sensu się katować klasyką, jeśli się jej nie lubi i wtedy na pewno nie przyniesie to żadnych pozytywnych efektów. Mnie się też wydaje, że jak ktoś nie lubi takiej muzyki, to bez sensu, żeby słuchał jej na siłę. To tak, jakby ktoś mi kazał słuchać np. dwie godziny dziennie radia Eska (słowo daję, zwariowałabym, nie znoszę tego wrzeszczącego radia!, zresztą RMF i ZET też mnie denerwują, ale tam przynajmniej można też spotkać normalną muzykę). Gdy mam ochotę posłuchać czegoś "normalnego" zwykle włączam Radio Złote Przeboje albo warszawskie Radio Kolor. Jednak najczęściej w tle sączy się muzyczka z RMF Classic. Tak było również, gdy byłam w ciąży. Absolutnie się tym nie katowałam, wręcz cieszyłam się, że być może relaksując się sama przy takich dźwiękach, wspieram rozwój Tasiemca.
Teraz Wiking nie ma wyboru :P Siedzi ze mną w domu, więc przez większość czasu słucha tego, co ja. A kiedy idzie spać w ciagu dnia, bardzo często włączam mu płytę Chopina - nie, żeby wspierać jego mózg :) Tylko po to, żeby zagłuszyć ewentualne hałasy z innych części mieszkania. Sama jestem ciekawa, czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie i czy np. będzie miało wpływ na jego muzykalność. Bo z jednej strony może być tak, że jakieś konkretne neurony odpowiedzialne za to są pobudzane przez taką muzykę. Z drugiej - ta muzyka może być potraktowana jako tło i zupełnie zignorowana. Czas pokaże jak będzie. Nie zależy mi na tym, żeby Wiking był szczególnie uzdolniony muzycznie, ale dobrze, żeby miał słuch, poczucie rytmu i nie zaszkodzi, jeśli muzyka klasyczna nie będzie go w uszy kłuła ;)

Wspominałam Wam jakiś czas temu, że kupiliśmy sobie w Żelazowej Woli płytę "Chopin dla ucha malucha". Oczywiście ucho naszego malucha to był pretekst, bo główne kupiłam tę płytę dla siebie :) I zasłuchiwałam się nią na naszych wakacjach. Długo będzie mi się na przykład Polones As-dur kojarzył z tym czasem...

Tak poza tym mam jeszcze kilka ulubionych utworów muzyki klasycznej, choć raczej wszystkich tutaj nie wymienię. Ale dla zainteresowanych, podam kilka, które przyszły mi do głowy
Contredanse Ges-Dur Chopina, którego zawsze bardzo chciałam się nauczyć grać i molestowałam o to moją nauczycielkę, która twierdziła, że to za trudne. W końcu w ostatnim roku nauki się udało :)
Marzenie Schumana, nostalgiczne... Trudno było mi się go nauczyć, bo cały czas chciało mi się grać ten utwór szybko, zanim pojęłam jak to powinno być :)
Menuety Bacha, na przykład ten - kto by pomyślał, że będę je lubić! Bach sprawiał mi największe problemy! Miałam go dość, dość i jeszcze raz dość. A po latach - proszę bardzo ;)
Mazurek F-dur Chopina
Scherzo "Żart" A Corellego
Marsz Radeckiego Straussa - absolutny hit noworoczny jak dla mnie ;)

Echh, chyba muszę na tym poprzestać, bo mogłabym tak wymieniać bez końca :) Beethoven, Vivaldi, Czajkowski, Debussy... O i Jezioro Łabędzie - ostatnio z Wikingiem do tego tańczyłam i bardzo mu się to podobało :P W każdym razie...
Chyba lepiej będzie, jak od czasu do czasu się podzielę z Wami jakąś nutką, która w sposób szczególny utkwiła mi w uchu :)

A za parę dni rozpocznie się raj dla mojego ucha! Konkurs Chopinowski! Cudo! Po raz pierwszy będę miała okazję słuchać tych koncertów, bo będę w domu a nie w pracy :) Bardzo się cieszę na tę okoliczność. Mam nadzieję, ze Wiking również.

piątek, 28 sierpnia 2015

Po trzecie: jeśli nie masz znajomych to sobie ich zorganizuj ;)

Niedawno znowu spotkałam się z koleżanką z Podwarszawia. Jeszcze chyba w ogóle o niej nie wspominałam tutaj, a nasza znajomość trwa już prawie trzy miesiące.Poznałyśmy się w... przychodni :P

A było tak, że ja poszłam z Wikingiem do lekarza po zaświadczenie, że może brać udział w zajęciach na basenie. Kiedy weszłam do poczekalni, siedziała tam dziewczyna z noworodkiem, który darł się wniebogłosy a ona nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić.Znałam ten płacz, a przede wszystkim znałam uczucia, z którymi matka w takim momencie musi się uporać. Wiedziałam, że niewiele w tym momencie mogę zrobić, poza jednym - po prostu uśmiechnęłam się pocieszająco do tej dziewczyny, co miało być zachętą do rozmowy - jeśli miałaby na to ochotę. Agnieszka (bo tak ma na imię) dobrze odczytała moje intencje i zaczęła po krótce opowiadać o problemach z małym Adasiem. W rewanżu opowiedziałam jej o tym, jak zachowywał się Wiking kiedy sam miał raptem parę tygodni i starałam się pocieszyć ją, że wszystko minie... Gawędziłyśmy tak do momentu, kiedy nadeszła ich kolej, aby wejść do gabinetu. Kiedy wyszli, zapytałam, czy lekarz im pomógł, a potem, jakoś tak spontanicznie spytałam, czy ma ochotę wymienić się numerem telefonu...
Naprawdę dobrze trafiłam (choć mam wrażenie, że to nie był traf, a intuicja podpowiadała mi właśnie coś takiego), bo okazało się, że Agnieszka niedawno się przeprowadziła do Podwarszawia i nikogo tu nie zna. Ucieszyła się więc bardzo z mojej propozycji i jeszcze tego samego dnia napisała do mnie smsa. Wkrótce umówiłyśmy się na wspólny spacer i od tamtej pory tak się spotykamy. Nie jakoś bardzo często, ale dość regularnie. Agnieszka jest starsza ode mnie siedem lat, ale Adaś również jest jej pierwszym dzieckiem. Szybko znalazłyśmy wspólny język, choć oczywiście macierzyństwo i wymienianie się doświadczeniami są naszymi głównymi tematami.
Nie twierdzę, że na pewno się zaprzyjaźnimy i  że to będzie znajomość na całe życie. Grunt, że umila nam trochę to codziennie funkcjonowanie w raczej obcym miasteczku. Fajnie jest mieć kogoś, z kim można się spotkać i trochę pogadać. Być może z czasem będzie lepiej, może spotkania będą łatwiejsze, w miarę, jak dzieci będą starsze. Może nawet poznają się tez nasi mężowie, bo Agnieszka wspomniała, że jak już skończą u siebie remont, to nas zaproszą. Zobaczymy, na razie nie mam jakichś wielkich oczekiwań, po prostu cieszę się, że mam taką znajomą.

Jak na osobę, która przeprowadziła się tutaj dwa lata temu, całkiem sporo mam już takich znajomych. Oczywiście duża w tym zasługa Wikinga (a konkretnie w tym, że się pojawił), ale jednak jeszcze większa moja :) A konkretnie mojego charakteru. Może zabrzmię tutaj mało skromnie, ale kiedy o tym myślę, naprawdę cieszę się, że jestem dość otwarta na nowe znajomości, a przede wszystkim, że kiedy brakuje mi towarzystwa to potrafię je sobie zorganizować. 
Pisałam już o tym przy okazji opisywania spotkań, na które jeżdżę z Wikingiem do Warszawy. Cóż, jestem zwierzęciem towarzyskim, jest mi źle, kiedy nie mam do kogo ust otworzyć i kiedy nie mogę sobie trochę pogadać o drobiazgach dnia codziennego. W mojej sytuacji mogłabym oczywiście siedzieć w domu i utyskiwać nad swoim losem - nad tym, że wszystkie koleżanki zostały w Poznaniu, Franek pracuje, a ja jak ta kura domowa siedzę zamknięta w czterech ścianach z dzieckiem. Myślę, że nawet byłabym usprawiedliwiona. Jednak jestem taka, że wolę sama wyjść do ludzi i skoro nie mam znajomych, to staram się ich sobie w jakiś sposób zorganizować. 
Nie liczę na żadne wielkie, długotrwałe przyjaźnie. Mam kilka bardzo dobrych koleżanek w różnych częściach Polski a nawet Europy i to z nimi rozmawiam, kiedy muszę się na przykład wygadać albo czymś podzielić, to mi wystarcza. Jasne, miło byłoby spotkać jakąś bratnią duszę, ale nie narzekam póki co. Na chwilę obecną zadowalają mnie lekkie rozmowy - choćby to nawet o dzieciakach było. Przynajmniej to jest "na czasie". Satysfakcjonuje mnie samo to, że mam kontakt z innymi ludźmi, że nie czuję się tak zupełnie samotna, a przynajmniej nie mam okazji o tej samotności pomyśleć.

Wtedy w przychodni mogłam całkowicie zignorować Agnieszkę. Albo mogłam z nią po prostu pogadać - jak to nie raz się rozmawia z kimś w kolejce (odkąd chodzę z Wikingiem po różnych lekarzach często mi się to zdarza; czasami zagaduję pierwsza, ale bardzo często to mnie mamy zaczepiają, a ja chętnie im odpowiadam) i potem po prostu poszłybyśmy każda w inną stronę. Jednak ja postanowiłam, że nie mam nic do stracenia i że zapytam o ten numer telefonu, choć przyznaję, że obawiałam się, czy będzie to dobrze odebrane, bo przecież nie każdy ma ochotę bratać się z obcymi. Wiele zależy od okoliczności, ja też nie zawsze mam na to ochotę :) W tym wypadku jednak dobrze się stało i dzięki temu, że się odważyłam, mam z kim sobie pospacerować po Podwarszawie :) A odważyłam się, bo sobie pomyślałam, że nie mam nic do stracenia, a naprawdę uważam, że aby mieć znajomych, trzeba przede wszystkim samemu wyjść do ludzi, a nie czekać, aż inni na nas zwrócą uwagę. Oczywiście można czekać i można się doczekać (wszak to Dorota pierwsza podeszła do mnie :P), ale ja korzystam z tego, że jestem bezpośrednia i otwarta na innych. Być może nie wszystkim się to podoba, ale to są zwykle osoby, które mają inny charakter niż ja i są raczej introwertykami i przeważnie i tak się z nimi nie trzymam, bo ciągnie swój do swego. Przekonałam się wiele razy, że najlepiej dogaduję się z osobami, które są tak samo otwarte, jak ja.

środa, 5 sierpnia 2015

Urodziny na okrągło.

Jak część z Was już wie, podczas pobytu w puszczy, nieco się zestarzałam :) Przy okazji - jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za życzenia smsowe, mailowe tudzież w innej formie! I przepraszam te z Was, którym jeszcze nie zdążyłam za nie indywidualnie podziękować, ale na pewno wkrótce to zrobię!

Stuknęła mi ta rzekomo straszna trzydziestka. Pamiętam kilka lat temu, gdy miałam jakieś 24/25 lat, pracowałam z koleżanką starszą od siebie o osiem lat i ona wspominała, jak ogromną traumą były dla niej trzydzieste urodziny. Mówiła, że cały dzień przepłakała. Nie mogłam tego zrozumieć, a ona mówiła, że może zrozumiem za parę lat, w dniu swoich trzydziestych urodzin. No więc nadal nie rozumiem :) Nie mam żadnych kompleksów na punkcie swojego wieku, nie czuję się stara, nie czuję też upływu lat, a więc nie mam też powodów, aby rozpaczać z powodu tego, że lat mi przybywa. Jest to dla mnie naturalna kolej rzeczy po prostu, a dzień urodzin niezmiennie jest dla mnie moim świętem i jednym z ulubionych dni w roku :) Czuję się dobrze - ani stara, ani młoda, po prostu jestem sobą, a rok w te czy wewte nie robi mi różnicy. Można powiedzieć, że ja sobie a metryka sobie :)
Przyznam, że trochę mnie nawet drażni, kiedy ktoś dzwoniąc do mnie z życzeniami (na przykład szwagier :)) podkreśla, jakie to straszne, że ten czas tak leci i że się starzejemy i żebym się cieszyła, tą trzydziestką, bo za moment już będzie znowu gorzej itp :P Mam wrażenie, że bardziej przeżywa to, że się starzeję, niż ja :P

W każdym razie mnie cieszy mimo wszystko ta trzydziestka. Jest taka okrągła i w sam raz. Łączy w sobie pewną dojrzałość i zdobyte doświadczenia ze świeżością, nadzieją na dobrą przyszłość i poczuciem, że nadal wszystko jeszcze przede mną. Ale nie czuję absolutnie, że przekroczyłam jakąś granicę albo że osiągnęłam jakiś konkretny punkt w życiu. Mimo wszystko tegoroczna inwentaryzacja już nie wypada dla mnie tak pomyślnie jak ta z roku ubiegłego. Niestety na stronę tego, czego nie mam przeszła moja ukochana praca, więc teraz nie mam nie tylko mieszkania i psa, ale także zatrudnienia... Nadzieja i wiara też jakby nieco mniejsze, choć nadal są, bo bez nich to pewnie i mnie by nie było ;) No i kilka kilka kilogramów również straciłam, ale to akurat jest pozytywna strata ;)
Nie mam też Tasiemca, ale za to mam Wikinga, a to przecież bardzo dużo. I cieszę się, że w ten trzydziesty rok życia weszłam już razem z nim - zawsze będzie łatwiej liczyć :D Reszta się na szczęście nie zmieniła i wciąż mam wokół siebie sporo życzliwych ludzi, którzy pamiętali o mnie w tym szczególnym dla mnie dniu, a w sobie sporo energii i nadal jeszcze pozytywnego myślenia. Tradycyjnie wzbogaciłam się też o parę drobiazgów :)



Kosmetyki, biżuteria, kwiatek do posadzenia i ciasto do zrobienia (to to kolorowe :)). Nie mogło się też obejść bez książki od Franka, która została jednak w Podwarszawie. A prawdziwą wisienkę na tym urodzinowym torcie stanowi prezent od męża, jakim jest popołudnie w SPA! Franek mówi, że na ten prezent miał już chrapkę w grudniu, ale się wstrzymał. I całe szczęście, bo teraz jest mi on potrzebny o niebo bardziej niż przed porodem! Oczywiście wtedy też byłby do wykorzystania przez cały rok, ale to właśnie teraz prezent w postaci świadomości, że któregoś dnia będę mogła sobie pójść na jakiś relaksujący masaż albo inny przyjemny zabieg kosmetyczny, zostawiając chłopaków samych, jest szczególnie budujący! Tylko mam wyrzuty sumienia, że prezent do tanich nie należy. Ale w sumie to tym bardziej - bo wiadomo, że sama bym go sobie na pewno nie zasponsorowała :) Już się nie mogę doczekać! Jeszcze nie wiem kiedy, ale nadejdzie pewnie taki smutny, szary, dobijający czas, kiedy moje akumulatory będą na gwałt potrzebowały doładowania i wtedy wyciągnę asa z rękawa w postaci tego bonu podarunkowego właśnie :)
Co ciekawe, nigdy tego rodzaju prezenty nie robiły na mnie większego wrażenia. Do kosmetyczki chodziłam sama i nie potrzebowałam prezentu w takiej postaci. Teraz jednak to się trochę zmieniło, bo taki prezent jest dla mnie zarazem obietnicą czasu spędzonego jedynie w swoim własnym towarzystwie. Kiedyś tego nie potrzebowałam. Teraz kiedy mam przy sobie takiego zewnętrznego Tasiemca, każda taka chwila jest na wagę złota. Jakiś czas temu, chyba jeszcze w tym najtrudniejszym okresie przeszło mi raz, czy dwa przez myśl, że fajnie byłoby taki prezent dostać. I nie doceniłam chyba swojego męża, bo uczciwie przyznam, że nie spodziewałam się, że sam mógłby na taki pomysł wpaść - wydawało mi się to nie w jego stylu (to trochę takie pójście na łatwiznę, kupno "gotowca" a on zawsze lubił się trochę bardziej wysilić). W tym wypadku jednak absolutnie łatwizną to nie jest, bo Franek doskonale wpasował się w moje potrzeby na chwilę obecną, bo bardzo możliwe, że na przykład dwa lata temu ten prezent nie ucieszyłby mnie aż tak bardzo jak w tym roku. Jak zwykle okazało się, że ma świetne wyczucie jeśli chodzi o prezenty...

wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

środa, 17 czerwca 2015

Odważna ;)

Jakieś dwa tygodnie temu, w niedzielę, pisałam Wam, że wybieram się na basen. No i się wybrałam. Pojechaliśmy we trójkę, ale plan był taki, że ja idę popływać a Franek pospaceruje trochę z Wikingiem w okolicy. Rozdzieliliśmy się więc. Weszłam na pływalnie, wykupiłam bilet (a dokładniej - z mojego karnetu została pobrana opłata) i poszłam do przebieralni. Zaskoczyło mnie trochę, że było w niej sporo dzieciaków, również małych chłopców, ale stwierdziłam, że w przededniu Dnia Dziecka zorganizowano dla nich jakąś imprezę na małym basenie. 
W pełni przygotowana do pływania, wyszłam z przebieralni pod prysznice i wtedy usłyszałam, że na basenie (ale dużym) rzeczywiście odbywa się jakaś impreza. Głos prowadzącego ogłaszał właśnie, kto otrzymał jaką nagrodę za przebycie jakiego dystansu. Stwierdziłam więc, że pewnie odbywały się tam jakieś zawody, które dobiegły końca i rozdają nagrody. Ale kiedy weszłam już na basen, okazało się, że... nikt w nim nie pływa. Wszystkie tory są puste. Za to dookoła jest pełno ludzi - głównie młodych pływaków (sądząc po zapowiedziach, głównie z roczników 2004-2006) a także ich trenerów i rodziców. Widownia pełna, a i dookoła torów całe mnóstwo kibiców. Postałam tak chwilę, zastanawiając się co robić... Nikt nie pływa... Ja przebrana, w końcu się nadarzyła okazja, żeby przyjechać, Franek z małym spaceruje.. Co robić?
Akurat przechodził ratownik. Zaczepiłam go i zapytałam, czy dzisiaj nie ma pływania. Odpowiedział, że tylko na pierwszych dwóch torach. 

Podziękowałam. Wzięłam głęboki oddech, podrapałam się po głowie i... skierowałam się w stronę drabinek, po których zeszłam do wody. Ignorowałam fakt, że zapewne zwracam na siebie uwagę (może tylko rodzice dzieci, które właśnie otrzymywały medale, byli skupieni na kimś innym :)), skoro w tym momencie nie pływa absolutnie nikt i jestem jedyną pluskającą się osobą, zwłaszcza, że wyborowym pływakiem nie jestem ;) Nie lubię nawet za bardzo moczyć głowy i zazwyczaj moja basenowa aktywność ogranicza się do pływania w tę i z powrotem żabką (żadną tam krytą :)) Ale skoro się wreszcie na ten wyczekany basen wybrałam, nie zamierzałam dopuścić do tego, żeby jakieś zawody pokrzyżowały mi plany! :) O dziwo, kiedy weszłam do wody, chwilę po mnie wszedł jeszcze jeden facet, którego przyuważyłam chowającego się za filarem, kiedy zmierzałam w kierunku wody :) Widocznie samemu było mu głupio pływać - w przeciwieństwie do mnie ;))

Jak się okazało, zawody trwały w najlepsze, bo kiedy rozdano nagrody, to rozpoczęły się kolejne starty. Musiałam zabawnie wyglądać na tym pierwszym torze, pomykająca żabką, w porównaniu do tych świetnych małoletnich pływaków ;) Ale co tam! Nie wykurzyli mnie nawet dwaj nastolatkowie (to już pewnie jakiś rocznik 2000 albo nawet wcześniej), którzy sobie urządzili trening na "moim" torze i wskakiwali do wody albo ścigali się obok mnie, chlapiąc niemiłosiernie. Chwilami miałam wrażenie, że robią to specjalnie, ale niezrażona pływałam dalej, więc im się znudziło. 
Przez większość czasu pływałam jednak sama i olewając tłumy na widowni i wokół basenu, robiłam swoje :) Przynajmniej miałam dla siebie dużo miejsca! :) Później przyszło jeszcze trochę zagubionych pływaków, więc się zrobiło bardziej tłoczno, ale ja i tak planowałam wychodzić po 40 minutach i tak też zrobiłam.
Najważniejsze, że moja wyprawa na basen ostatecznie się powiodła! Być może nie każdy by się odważył wejść do wody, wiedząc, że obserwuje go kilkadziesiąt (może więcej? aż tak się nie przyglądałam) par oczu, zwłaszcza nie będąc pływakiem doskonałym. Ja pewnie nie zdobyłabym się na to na przykład w Miasteczku, ale skoro tu mnie nikt nie znał, to nie miałam nic do stracenia.
Pomyślałam sobie, że człowiek czuje się naprawdę wolny, kiedy nie martwi się tym, co sobie inni pomyślą i nie ograniczają go ewentualne spojrzenia innych. Jasne, bywam wstydliwa albo nieśmiała w niektórych sytuacjach (choć chyba z biegiem lat coraz mniej), ale z reguły nie przejmuję się obcymi. Nie wiem, czy to jest kwestia jakiegoś rodzaju odwagi, czy pewności siebie, a może po prostu kompleksów, których raczej nie mam (a w każdym razie nie utrudniają mi życia), ale dobrze mi z tym, że potrafię być sobą w każdej sytuacji.

***
A co do pływania wikingowego, to na razie jeszcze nam nie powiedział, czy mu się podoba, czy nie ;) Na basenie wyglądał przede wszystkim na zainteresowanego - jak zawsze, gdy gdzieś jesteśmy. Rozglądał się na wszystkie strony, uważnie słuchał. W wodzie wyglądał pociesznie (Franek z nim wszedł, moja kolej będzie następnym razem), ale raczej nie robiła na nim większego wrażenia :) Nie spodobało mu się na razie za bardzo moczenie uszu i pływanie na plecach, ale nie miał nic przeciwko zamaczaniu główki i pływaniu na brzuchu. Pierwsze koty za płoty, zobaczymy co będzie dalej. Może za dziesięć lat i on wystartuje w takich zawodach :D

środa, 12 czerwca 2013

Jaksiemam.

Dzisiaj nie czuję się najlepiej. Chyba mam pierwszy prawdziwie gorszy dzień. Nie jestem załamana ani nic z tych rzeczy, doskonale wiem, że nic nie da mi, jeśli zacznę się teraz dołować. Ale czasami dopada mnie taka tęsknota za chwilami, gdy czułam się szczęśliwa, kiedy miałam poczucie, że niczego więcej mi nie trzeba. To wcale nie było tak dawno.Właśnie spojrzałam w kalendarz... - jutro minie dokładnie pół roku od momentu, gdy w moim pamiętniku napisałam, że czuję się po prostu szczęśliwa. To było ostatnie zdanie, bo coś mi przerwało mój wywód. A trzy dni później wszystko się zmieniło i wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo.
Nie chodzi o to, że czegoś żałuję. Na pewno nie.Uważam, że postąpiłam najlepiej, jak mogłam w danej sytuacji. Ale nadal nie rozumiem - dlaczego nie mogłam sobie żyć spokojnie, tak jak żyłam. Nie miałam wielkich wymagań, byłam zadowolona z tego, co mam, nie chciałam ciągle więcej. Czasami wręcz nie mogę uwierzyć, że wszystko się tak odwróciło.
Nie chodzi też o to, że teraz czuję się wielce nieszczęśliwa. Absolutnie nie. I tak uważam, że mam sporo szczęścia, tylko tak mi żal tamtego czasu, tamtych marzeń, które chyba po raz pierwszy zaczęłam mieć... Widzicie - i jak tu marzyć? :) Po raz pierwszy zaczęłam mieć coś na ten kształt i okazało się, że po chwili wszystko się rozsypało. Jak tu głośno mówić o swoim poczuciu szczęścia, skoro za chwilę wszystko się zmienia. A mówiłam, bo nie bałam się, że zapeszę. Nadal nie bardzo w to wierzę, chociaż mój ówczesny wpis ironicznie się ze mnie śmieje.
Generalnie na co dzień wierzę, że i ryzyko się opłaci i fakt, że nie przepuściłam okazji i to, że poświęcamy coś dla lepszego jutra. Myślę o tym, że chyba warto, bo za jakiś czas coś tego na pewno będę miała - ja  i my. Ale dzisiaj jakby trochę mniej w to wierzę - albo inaczej, dzisiaj po prostu mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. Że zawsze będę żyła w zawieszeniu, z dnia na dzień, sama, bez uniesień. Oczywiście, da się tak żyć. Można tak funkcjonować i wcale nie popadać w depresję (kiedy chyba mi się wydawało, że to byłaby jedyna opcja). Można funkcjonować bez absolutnie żadnych planów, bez poczucia, że ma się coś stałego, że do czegoś się dąży. Tylko że ja się przyzwyczaiłam do innego życia.
Głupi karnisz mnie dzisiaj dobił, bo spadł w nocy razem z firankami i zasłonami. W nocy o mało zawału nie dostałam, rano zobaczyłam to wszystko na podłodze, te wielkie dziury w ścianach i świadomość, że Franek będzie dopiero za dwa tygodnie, a ja nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić.
Jutro Asystent przyjedzie do mnie rano z jakimiś swoimi narzędziami i zobaczy co da się z tym zrobić. Jak on to powiedział: "nic się nie martw Małgonia, coś się wymyśli, taki problem, to nie problem" Ma rację oczywiście (chociaż gdyby nie on, to już byłby to trochę większy dla mnie problem), ale tak naprawdę to nie o ten karnisz przecież chodzi...

Taka się trochę rozdarta czuję, bo z jednej strony bardzo lubię moje (w przenośni, bo oczywiście nie własne) nowe mieszkanie. Podoba mi się osiedle. Zadomowiłam się tu i gdy wyglądam przez okno czuję niemal błogość. Do pracy idę z radością i ogromną chęcią. Ciągle mi mało. Sporo czytam. Ze wszystkim sobie radzę. I wiem, że mogłoby być naprawdę fajnie... No ale... ale nie jest po prostu aż tak fajnie, bo... nie wiem jak to określić. Czuję się trochę tak, jakbym już dostała wyczekanego cukierka w nagrodę za wytrwałość, wiarę i wkład własny z obietnicą, że on już będzie mój na zawsze, a potem nagle mi go zabrano ze słowami: "jeszcze trochę musisz poczekać, dostaniesz później".... albo wcale?

Nie jestem chyba nawet smutna. Raczej zrezygnowana.
Chciałabym wiedzieć, co będzie za rok. Chociaż w tym momencie chyba sama siebie oszukuję - bo tak naprawdę chciałabym wiedzieć nie co będzie, a że będzie dobrze, że wreszcie się zacznie układać, ze będę czuła się całkiem inaczej niż dzisiaj. A najgorsze jest to, że z drugiej strony nie chciałabym tego wiedzieć, bo boję się, że tak nie będzie, a wtedy to już może się załamię :):) Namieszałam trochę, co? :))

Lubię te długie czerwcowe dni (brak zasłon i fakt, że siedzę po ciemku, żeby nie być na widelcu dodatkowo uświadamia mi ich długość :)). Te zapachy wiosenno-letnie, krajobrazy, kolory. Tutaj zdecydowanie jest to wszystko jeszcze bardziej widoczne niż w Poznaniu. Niech się tylko ta pogoda utrzyma. Mogę wtedy jeździć rowerem a to mi sprawia dodatkową frajdę. Uwielbiam tak dojeżdżać do pracy :)
Podjechałam też dzisiaj podpytać wreszcie o aerobik. To nie będzie to samo, co kilkugodzinny wycisk tygodniowo w towarzystwie Doroty, ale zawsze coś. 
A Dorota przyjeżdża pojutrze i.. wczoraj zadzwoniła, że jednak - jeśli to nie problem (głupia :P) mogłaby spać u mnie też z soboty na niedzielę :D

niedziela, 10 marca 2013

Przemyślałam sprawę i już wiem

dlaczego napisałam, że nie do końca się utożsamiam z tym tekstem? :)

1.Nie czytam żadnych instrukcji. Wciskam guziki, aż zadziała.
Zupełnie na odwrót! :) Zanim ruszę jakikolwiek nowy sprzęt, studiuję instrukcję :) Nie zawsze, ale zazwyczaj. Zdarza się, że nie czytam całej instrukcji a tylko część najbardziej mnie interesującą, ale nie lubię na sprzętach działać intuicyjnie :)

2. Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu. I bez alkoholu daję radę.

Trudno mi to skomentować :) Nie wiem, czy się z tym zgadzam, czy nie :) W ogóle staram się nie robić sobie obciachu! A jeśli już mi się to zdarza... To nie mam pojęcia, czy jest to na trzeźwo, czy nie. Chociaż... kiedy się napiję to jest mi bardziej wszystko jedno, więc może i prawda..

3. Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!

Uważam, że bywam rozkapryszona, tudzież "emocjonalnie elastyczna" z równą częstotliwością, co Franek :) To się może zdarzyć każdemu, niezależnie od płci. Być może rzeczywiście kobiety mają ku temu większe skłonności, ale ja rzadko nie wiem, czego chcę i rzadko miewam huśtawki nastrojów, a jeśli już, to zazwyczaj coś za tym stoi - i nie chodzi mi o hormony, a raczej sytuację zewnętrzną.

4. Najpiękniejsze słowa świata: "Idę na zakupy"

Oj nie, jest dużo więcej najpiękniejszych słów świata :) 

5. Nie mam żadnych dziwactw! To są "special effects"!

Oczywiście, że mam dziwactwa! A któż ich nie ma? :)


6. Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie - wytapetowane kości!

Tu się zgadzam! Owszem, podobają mi się - bez podtekstu seksualnego! - raczej drobne dziewczyny (chociaż tu głównie chodzi o wzrost), ale zdecydowanie nie uważam, że szkieletorki są ładne :)

7. Przebaczyć i zapomnieć? Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!

Hmm, hmmm, hmmm.... Jezusem może i bywam, ale Alzheimera nie mam na pewno! :) Pamiętliwa jestem, to fakt. Nie żebym się mściła - absolutnie, ale jeśli ktoś mi raz podpadnie, to długo potem o tym pamiętam. I tylko naprawdę bliskie mi osoby mogą liczyć na to, że taka wpadka nie będzie miała większego wpływu na nasze relacje :)

8. My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła, lecimy dalej - na miotle!

Wszystko jedno jak, ważne, żeby dolecieć jak najszybciej :)

9. To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!

No nie, tak to się nigdy nie tłumaczę :) Mam miejsce gdzie tłuszczyk mi się odkłada, ale jeśli tylko jest go nieco więcej, niż jestem w stanie zaakceptować, walczę!

10. Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał, że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu....a potem uczynił ziemię okrągłą ?

No tak, ale nie wiemy, co Bóg obiecał facetom ;) Myślę, że też mogą się czuć rozczarowani, więc jesteśmy kwita :P

11. Na moim nagrobku niech będzie napis: "Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"

:D Tego chyba nie muszę komentować :)

12. Tak tak...my kobiety jesteśmy jedyne w swoim rodzaju! 

Oczywiście, że jesteśmy! :) Ktoś ma jakieś wątpliwości? :P
 ***
Można więc powiedzieć, że tekst pasuje do mnie tak w 50% :) Niemniej jednak, uważam, że jako ten pisany z przymrużeniem oka jest świetny i że są kobitki, które utożsamiają się z nim bardziej. Co jest fajne, bo nie są to cechy, które uważałabym za jakieś szczególnie uciążliwe dla otoczenia :)