*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezapomniane chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezapomniane chwile. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Zmierzamy ku końcowi

Trochę mnie tu nie było, dawno nie odnotowałam takiej przerwy :) Skorzystałam z tego, że była u nas teściowa i w wolnych chwilach zajmowałam się kilkoma sprawami, na które ostatnio nie mam w ogóle czasu, ponieważ bardzo absorbuje mnie taki mały ktoś :) Poza tym tę notkę pisałam na raty przez kilka dni - możecie więc ją sobie też na raty przeczytać, bo chyba jeszcze tak długiej w historii mojego bloga nie było :) Ale stwierdziłam, że już dość tej opowieści w odcinkach i nie będę notki dzielić :)

Wspomnę jeszcze, że sytuacja mojej koleżanki potwierdzałaby to, co pisałam w ostatniej notce - Karola ma cukrzycę ciążową i termin porodu na 14 lutego,czyli jutro. Wczoraj z nią rozmawiałam i pytałam, czy coś się dzieje. Na razie nic i lekarze jej zapowiedzieli, że jeśli do czternastego nie urodzi, to od razu w niedzielę ma się zgłosić do szpitala i będą indukować poród siłami natury. Więc nie wywołują przed terminem, ale nie czekają aż samo się ruszy po terminie. W moim przypadku zapewne byłoby tak samo, więc kto, wie, może dzisiaj zamiast miesięcznego niemowlaka mielibyśmy w domu dopiero półtoratygodniowego noworodka (przy założeniu, że wywoływanie też trwałoby ten tydzień :)) Ale w sumie dobrze, że już mamy za sobą ten miesiąc :)

Wracając do mojej opowieści:
Wróciłam z tej kaplicy, ledwo zdążyłam się umyć i przyszła położna, żeby podłączyć mnie, jak co wieczór pod KTG. Położyłam się i zostałam podłączona pod aparaturę, a że nastrój naprawdę mi się bardzo poprawił, pogrążyłam się w pogawędce z dwiema moimi "współlokatorkami". I nagle poczułam coś ciepłego między nogami. W pierwszej sekundzie pomyślałam, że to jakieś plamienie po badaniu, ale za moment się zreflektowałam, że jest tego dużo za dużo! Czułam, jakbym się zsikała dosłownie. Zadzwoniłam po położną, zbadała mnie i stwierdziła, że to nie wody. Ale nie bardzo wiedziała co, powiedziała, że po zapisie zbada mnie jeszcze raz w gabinecie. Po prawie godzinie siedziałam/leżałam (no wiecie jak to jest :)) na fotelu ginekologicznym, a położna szukała mojej szyjki... Długo to trwało - to znaczy badanie długo trwało, ale okazało się, że to jednak wody płodowe. Za chwilę zawołała drugą położną i trochę mnie tym zestresowała, zwłaszcza, że minę miała jakąś niepewną - poprosiła ją, żeby ta zadzwoniła po lekarza. Zanim się zjawił, pierwsza położna dalej czegoś szukała w wiadomym miejscu, druga natomiast szukała aparaturą na moim brzuchu tętna dziecka. I w tym momencie Tasiemiec napędził nam niezłego stracha, bo nie było słychać NIC przez dobrą chwilę. Ale wreszcie się udało znaleźć dzieciaka, który się gdzieś zaszył - wtedy dopiero położne się przyznały, że już myślały, że coś jest nie tak... Przyszedł lekarz, pierwsza położna do niego podeszła i coś tam poszeptała, z czego usłyszałam, że czuje główkę i coś jeszcze, może rączkę? Lekarz mnie zbadał, później jeszcze zrobił mi USG, po czym zapytał, czy jest miejsce na porodówce. Nie było, ale miało się znaleźć za godzinę... Rezerwowali mi miejsce, a tymczasem ja wróciłam na salę pod KTG. Wtedy to właśnie napisałam Wam, co się dzieje :) Nudziło mi się, a byłam zbyt podekscytowana, żeby czytać, więc najpierw zadzwoniłam po Franka, a potem chwyciłam za tableta.
Tuż przed północą przyszły po mnie położne z bloku porodowego. Franek już na mnie czekał na korytarzu przed wejściem na oddział. Zaprowadzono nas do "naszej" sali porodowej i kazano się rozgościć. Zostałam podłączona pod kroplówkę i znowu zapis KTG, co chwilę przychodziła położna i pytała, czy czuję skurcze. Mówiłam, ze nie bardzo. W końcu około drugiej położna powiedziała, że proponuje, abyśmy przemyśleli jej radę - Franek jedzie do domu się wyspać i ja też próbuję się przekimać na tym łóżku porodowym, bo jej wygląda na to, że nic się nie zacznie dziać do rana, a tak będziemy wykończeni, kiedy przyjdzie co do czego... I rzeczywiście, Franek pojechał do domu. Ja próbowałam spać, ale łatwe to nie było, bo jakieś tam skurcze jednak miałam - nie bardzo silne, ale jednak mnie budziły co te piętnaście minut. Około szóstej ocknęłam się już na dobre z tego sennego majaczenia, po dwóch godzinach nareszcie odłączyli mnie od aparatury i mogłam iść do toalety! Tyle płynu we mnie wlali, że pęcherz mi już pękał.

Od dziewiątej skurcze stawały się coraz bardziej bolesne i nie mogłam doczekać się Franka, który przyjechał dopiero po 10tej. No, ale przynajmniej on się wyspał. Skurcze już mnie naprawdę bolały, ale zarówno położna, jak i lekarka mówiły, że nie widać tego po mnie. Zapytałam więc przerażona, czy to oznacza, że będzie gorzej?? Odpowiedziały mi, że różnie bywa, każda pacjentka jest inna i nie ma co porównywać. Odpowiedź przyszła za jakieś dwie godziny - otóż było duuużo gorzej! Tak, chyba od południa ból był naprawdę nie do zniesienia, a skurcze przychodziły co dwie minuty - potem częściej, ale już nawet nie miałam głowy do tego, żeby to liczyć. Weszłam pod prysznic, ciepła woda łagodziła trochę ból, nie chciałam więc spod niego wyłazić, ale musiałam, bo znowu przyszedł czas na zapis KTG. Myślałam o nim z przerażeniem, ale na szczęście nie musiałam się kłaść na łóżko (kiedy leżałam ból był nie do zniesienia), tylko mogłam siedzieć na dmuchanej piłce. Ale już kolejne badanie musiało się odbyć na leżąco. Ledwo wytrzymywałam, gdy najpierw pani doktor, a później jeszcze dwie położone sprawdzały, czy jest jakiś postęp. Niestety cały czas niewielki - szyjka co prawda trochę się odgięła od tylnej pozycji, ale nadal była długa i miała małe rozwarcie. Podebatowano trochę nade mną, zażartowano, że mam skarpetki pod kolor majtek (a to nie był komplet :P) i stwierdzono, że następne badanie za około dwie godziny. W międzyczasie niestety badanie krwi, które miałam wykonane z powodu tego, że wody długo mi odchodziły, a do porodu nie doszło, wykazało, że wdała się infekcja. Oprócz oksytocyny i nawadniania dostałam więc jeszcze w żyłę antybiotyk (który niestety nie pomógł jak się później okazało nie ustrzegł biednego Tasiemca od infekcji i dlatego musieliśmy zostać dłużej w szpitalu - tak więc ujemny wynik badania GBS, który miałam dwa tygodnie wcześniej niczego nam nie zagwarantował). 

Tymczasem, choć wydawało się to po prostu niemożliwe, skurcze się nasiliły. I rzeczywiście doznałam tego stanu, o którym czasami słyszałam - że podczas porodu w pewnym sensie się odpływa. Odpłynęłam z bólu po prostu. Wcześniej nie bałam się porodu. Bałam się innych rzeczy - że będę w domu sama, kiedy się zacznie, że nie będę wiedziała, że to już, że nie przyjmą mnie do tego szpitala. Te obawy odeszły, gdy zostałam przyjęta na oddział i zastąpiła je jedna - że nie zdążymy z porodem przed końcem frankowego urlopu, ale samego porodu i bólu się nie bałam. Oczywiście nie podchodziłam do tematu zupełnie na luzie, ale myślałam sobie, że jakoś to będzie, że dam radę, przecież nie ja pierwsza i nie ja ostatnia, że jakoś to przeżyję itd. Ale teraz przyznaję - CZEGOŚ TAKIEGO TO JA SIĘ W ŻYCIU NIE SPODZIEWAŁAM! Nie sądziłam nawet, że ból może być tak nieznośny! On jest tak niewyobrażalny, że nawet teraz - paradoksalnie - nie mogę go sobie przypomnieć! :) Potem nie pomagał już prysznic, nie pomagały też woreczki, które położna mi systematycznie podgrzewała i "montowała" na krzyżu i w podbrzuszu. Nic nie pomagało. To znaczy - łagodziło to trochę ból, ale on był tak ogromny, że ta ulga była ledwo odczuwalna. Zaczęłam już nawet gadać jakieś głupoty (choć tylko ja wiem, ile głupot pomyślałam, ale jakimś cudem się powstrzymałam i nie powiedziałam ich położnej i lekarzom :)) Doszło też do tego, że mówiłam, że nie dam rady, że na pewno nie dam rady! Najpierw mówiłam to Frankowi, później położnej, która odpowiedziała: "jak to nie da pani rady, pani Małgosiu!? przecież jakoś tego Wiktorka na świat trzeba sprowadzić, nie ma innego wyjścia, świetnie sobie pani radzi" W to ostatnie szczerze wątpiłam. Położna poleciła mi krzyczeć przy skurczach. Nie mogłam się jakoś na to zdobyć - zaczęła więc krzyczeć razem ze mną i doradzała mi, jak to robić :) Na początku czułam się niepewnie. Potem usłyszałam za ścianą podobne krzyki, więc dodało mi to animuszu. A później to już mi było wszystko jedno :P Frankowi mówiłam, że umieram z bólu i słowo daję, że miałam takie wrażenie! Kiedy siedziałam na tej piłce, to w krótkich przerwach między skurczami dosłownie odpływałam - nie doznałam nigdy takiego stanu. No, może jak sobie porządnie popiłam.. Ale chyba nawet wtedy nie. Miałam jakieś majaki, jakby sny, ale ja nie zasypiałam, tylko odpływałam w jakąś nicość, jakbym traciła przytomność. A potem czułam, że skurcz się znowu zbliża, otwierałam oczy, podnosiłam głowę - widziałam rozmazanego Franka (który nie wiedział, co ze sobą zrobić z bezradności), wszystko, co widziałam było rozmazane albo podwójne - i z rozpaczą w głosie mówiłam - o nie! znooowuuu! W ręce trzymałam dziesiątkę różańca, myślałam, że skupiając się na modlitwie nie będę czuła bólu - ale gdzie tam! Nie dałam rady dojść nawet do połowy pierwszej "zdrowaśki" - za bardzo bolało. Ale przez całą pierwszą fazę trzymałam ten różaniec w ręce i starałam się skupiać chociaż na paciorkach, skoro na słowach modlitwy się nie dało. W drugiej fazie różaniec przeszedł w ręce Franka, który trzymał go do samego końca. To będzie dla nas bardzo ważny różaniec - obym go nie zgubiła (bo mam do tego tendencję, nawet nie wiem kiedy, wypada mi z kieszeni płaszcza lub kurtki).

Potem było kolejne badanie - tym razem już tylko z położną i choć nadal niewiele się zmieniło, to coś się już trochę ruszyło i była szansa na to, że będzie lepiej. I że dostanę znieczulenie - wcześniej nie wiedziałam, czy będę korzystała z ZZO, ale w tamtym momencie już wiedziałam, że inaczej nie dam rady! Położna powiedziała, że poczekamy jeszcze dwie godziny - a potem wóz albo przewóz - czyli, że lekarz podejmie decyzję o tym, czy są szanse, na poród naturalny, czy jednak będzie cesarka, ze względu na słabą akcję porodową (to już była siedemnasta godzina od momentu odpłynięcia wód oraz szósta godzina odkąd stymulacja oksytocyną została ponownie rozpoczęta - wcześniejsze dawki zostały jakby "anulowane") Położna zasugerowała, żebym usiadła na piłkę z powrotem. Odpowiedziałam, że nie, bo wtedy odpływam i jest mi jeszcze trudniej wrócić do rzeczywistości, jeszcze bardziej boli. Ale położna nalegała - powiedziała, że jeśli mój organizm potrafi się w taki sposób zregenerować choć przez tą krótką chwilę, to mam z tego skorzystać. Poza tym mówiła, żebym się trochę na tej piłce poruszała - kręciła biodrami, w miarę możliwości podskakiwała. Wiedziałam, że powinnam, ale nie mogłam się na to zdobyć - bo ten ruch powodował, że skurcze były częstsze i silniejsze. Oczywiście wiedziałam, że o to właśnie chodzi, ale po prostu nie mogłam... Pomógł mi Franek, który stał koło mnie i mobilizował mnie do tego, żebym się ruszała - mówił, że wie, że boli, ale im więcej skurczów, tym szybciej wszystko pójdzie, tym szybciej dostanę znieczulenie. Franek był moim głosem rozsądku, naprawdę go słuchałam i robiłam, co mówi. 

Odnośnie jego obecności podczas porodu - jestem pewna, że bez niego nie dałabym rady! Byłabym sama w sali (bo przecież położna nie była ze mną cały czas w I fazie), nie byłoby nikogo, kto by mnie mobilizował, komu mogłabym się wypłakać, kogo mogłabym złapać za rękę. Albo nawet kto pomógłby mi się rozebrać i ubrać przy wchodzeniu pod prysznic albo korzystaniu z toalety (kiedy się jest non stop pod kroplówką, to naprawdę nie takie proste), kto by mnie napoił (dosłownie, bo - zwłaszcza w drugiej fazie porodu - Franek po prostu trzymał mi butelkę i wlewał wodę do ust). Kto zawołałby położną, kiedy nie byłam w stanie dosięgnąć przycisku. Sama nawet nie wiem, czy bardziej podziwiam, czy może dziwię się kobietom, które dobrowolnie rezygnują z obecności partnera przy porodzie - ale chyba jednak to drugie. Ze wszystkich "wspomagaczy", to masaż Franka najbardziej łagodził mój ból. Przy każdym skurczu, (uprzedzałam o nim Franka albo on sam widział na zapisie KTG) podchodził do mnie i masował mi plecy w odcinku krzyżowym. I może nie tyle sam masaż był tak bardzo pomocny, ile sam fakt, że skupiałam się wtedy na dotyku Franka bardziej niż na bólu. Poza tym liczyło się wsparcie psychiczne oraz po prostu sama obecność! Porodu nie dałoby się opowiedzieć (choć próbuję to przecież zrobić w tej notce), ale nie musiałam, bo Franek był ze mną i widział, co to znaczy. (Swoją drogą potem powiedział, że szczerze podziwia wszystkie kobiety, które rodziły lub będą rodzić!) Już na zajęciach ze szkoły rodzenia mówił, że trochę się boi obecności przy porodzie - nie widoków, czy wrażeń, tylko tego, że będzie mnie bolało, a on nic nie będzie mógł zrobić. On też to bardzo przeżywał.Widziałam, że chował się od czasu do czasu za ścianką i wracał stamtąd z mokrymi oczami. Czasami chodził razem ze mną po sali, innym razem tylko siedział i obserwował, ale dla mnie to było ważne. Dopytywał położną, kiedy będę mogła dostać znieczulenie. Nawet krzyczał razem ze mną (choć tego nie pamięta :P - jak widać, nawet on doznał swego rodzaju szoku porodowego :D)  Podsumowując - NIE WYOBRAŻAM SOBIE, ŻEBY GO NIE BYŁO! Czułabym się najzwyczajniej w świecie nieszczęśliwa.

Z utęsknieniem czekałam na kolejne badanie. Wydawało mi się, że już go nie doczekam - nie dam rady. I byłam przekonana, że kiedy okaże się, że postępu nadal nie ma, to będę błagać o cesarkę - chrzanić to, że jej nie chciałam. W tym momencie chciałam już tylko, żeby wyjęli ze mnie to dziecko. Godziłam się z tym, że będę musiała przyznać, że nie dałam rady rodzić siłami natury, wtedy było mi naprawdę wszystko jedno. Ekipa przyszła trochę wcześniej niż za dwie godziny - udało się! Szyjka się skróciła, pojawiło się rozwarcie! Już mnie nawet nie pytali, czy chcę znieczulenie - po prostu to wiedzieli (nawet położna stwierdziła, że mimo, że skurcze miałam bardzo silne, to były jakieś mało efektywne) i zawołali anestezjologa. Dostałam jakieś papiery do podpisania, Franek je przeczytał. Ja po prostu podpisałam w ciemno - nie przejmowałam się tym, że może właśnie zrzekam się praw do dziecka, które wkrótce urodzę... (jeszcze jeden argument za tym, żeby ktoś był przy porodzie :)) Miałam szczęście, bo dosłownie po chwili przyszedł anestezjolog. Jemu też trochę pobredziłam. Zagadywał mnie i poszło szybko. Mam wrażenie, że już po chwili poczułam, niewyobrażalną ulgę! Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że to znieczulenie może mieć taki efekt! Niesamowite! NIC MNIE NIE BOLAŁO! Czułam skurcze - bardzo silne, nie dające się opanować, ale mnie nie bolały. Leżałam i odpoczywałam. Wróciła mi trzeźwość umysłu. Świat stał się piękniejszy :D Czułam wręcz jak się w środku otwieram i rzeczywiście, nie minęło chyba nawet pół godziny, kiedy znowu zostałam zbadana przez dwie położne i lekarza i usłyszałam - Pani Małgosiu, rodzimy!

Dostałam polecenie skorzystania z toalety i  przygotowania się do drugiej fazy porodu, która zaczęła się o 18:10. Mój nastrój zmienił się całkowicie, nagle byłam pełna energii i już nie czułam ani, że umieram, ani, że nie dam rady. Zaczęłyśmy (ja i położna, bo teraz już była ze mną cały czas - tzn. do 19tej, bo załapałam się już na trzecią zmianę :P Franek od tej pory stał się już raczej biernym obserwatorem, poza momentami, kiedy chciało mi się pić oraz kiedy miał ogrzewać pieluszki tetrowe na swoim brzuchu) pod drabinkami. I tu faktycznie się moje ćwiczenia przydały, bo potrzebne mi były mocne mięśnie i wytrzymałość - kiedy na przykład miałam przeć w kuckach, trzymając się rękami drabinek i stojąc na piętach z miednicą wysuniętą bardziej do przodu. O dziwo, sam fakt, że poród w tym momencie miał taką właśnie formę spowodował, że czułam się rozluźniona i pozytywnie nastawiona, bo to było trochę jak ćwiczenia fizyczne, które przecież tak lubię. Niemniej jednak miałam wrażenie, że nic się nie dzieje - choć położna wtedy właśnie powiedziała, że to jest tak, że dziecko robi krok do przodu i dwa do tyłu. Później przeniosłam się już na łóżko porodowe i tam próbowałyśmy różnych pozycji (już z inną położną). Wszystko niestety i w tej fazie trwało dość długo. Czułam się coraz bardziej zmęczona. Wytrzymałość to jedno, tego mi nie zabrakło, ale siłaczką to ja nigdy nie byłam i właśnie siły podczas tego porodu mi brakowało. Nie umiałam wypchnąć Tasiemca na ten świat - położne oraz lekarz (którego później już wezwano, skoro druga faza trwała ponad godzinę) kazali mi przeć jeszcze mocniej, a ja już robiłam to ze wszystkich swoich sił! Kazano mi też głośniej krzyczeć, miałam "ryknąć porządnie, a nie jakieś tam miałczenie!" :) - słowa lekarza. Miałam wrażenie, że więcej energii tracę na ten krzyk niż na parcie, ale oni się upierali, że to pomaga. Gardło bolało mnie jeszcze następnego dnia :P Swoją drogą, kiedy lekarz wszedł do sali, popatrzył mi między nogi, potem na mnie, przechylił głowę i się tak ładnie uśmiechnął. Pomyślałam sobie wtedy: "ale przystojniak! a ja taka nieumalowana:P" (chociaż kredką to się maznęłam, ale to było prawie 24 godziny wcześniej). Sił jednak mi brakowało - zawsze byłam raczej słabizną, ale pewnie niewyspanie, zmęczenie całodziennym porodem i fakt, że nic nie jadłam (mogłam tylko popijać sokiem jabłkowym rozcieńczonym wodą, żeby utrzymywać poziom cukru) się do tego przyczyniły. 
 Powoli zaczęłam tracić zapał. Znowu zaczęłam myśleć, że nie dam rady, bo przecież już naprawdę mocniej nie umiałam. Ale wtedy coś poczułam - tym czymś była główka i to dodało mi energii, bo wreszcie coś się zaczęło dziać, a przede wszystkim zaczęłam czuć, że to parcie coś daje, bo czułam, że się przesuwa. Później położna bez uprzedzenia wzięła moją rękę i położyła między nogami - poczułam główkę! pewnie miało mnie to dodatkowo zmobilizować. I rzeczywiście, już niedługo urodziłam główkę i... I to był właściwie koniec. Byłam w szoku, bo myślałam, że główka to dopiero początek i resztę będę rodzić jeszcze dłużej, a tymczasem, kiedy wyszła główka, to reszta praktycznie się wyślizgnęła i już podawali mi Wikinga do rąk! Zawołałam tylko: "to już?" I poczułam niewyobrażalną ulgę, że to już koniec! Pamiętam, że się z tego bardzo ucieszyłam i ten moment, kiedy podawali mi dziecko był rzeczywiście niezwykły, bo to był dla mnie taki szok, ale nie przypominam sobie, żebym doświadczyła czegoś, co mogłabym nazwać najszczęśliwszym momentem w moim życiu. Ale Franek do dzisiaj mówi, że nigdy nie zapomni mojej reakcji - że nigdy, w żadnym momencie, nawet na ślubie nie widział u mnie takiej radości, że tego się nie da opisać i że to było coś pięknego.

Ale fakt, trudno tak naprawdę opisać to, co czułam, kiedy dziecko już leżało na moim brzuchu. Trwało to ponad dwie godziny. Rozmawialiśmy z nim i przyglądaliśmy się mu. To naprawdę było coś i wracam do tego momentu myślami dość często - nie tyle do tego, co się wtedy działo, co właśnie do tych emocji, których wtedy doświadczyłam. Ale muszę powiedzieć, że nie zapomniałam od razu bólu, nie przestał się liczyć - jeszcze przez jakieś dwa dni o nim pamiętałam bardzo dobrze i myślałam sobie, że nie wiem, jakim cudem zdobędę się na to, żeby jeszcze kiedyś urodzić. Jednak teraz jest inaczej. Widocznie ja należę do tej grupy kobiet, które zapominają o bólu porodowym. Tyle, że nie zapomniałam go dlatego, że szczęście z powodu dziecka przysłoniło mi wszystko, a raczej dlatego, że po pierwsze mam to już za sobą i to jest piękne, a po drugie dlatego, że ten ból był tak nieziemski, że aż sobie nie umiem go teraz wyobrazić, a co za tym idzie również przypomnieć, bo wydaje mi się niemożliwe, żeby taki ból był w ogóle możliwy :P
Co ciekawe - zawsze gdy myślałam o tym, że poród boli, to myślałam właśnie o tej drugiej fazie, (pewnie jak większość) o tym, że musi boleć samo to, że dziecko musi się przepchnąć przez kanał rodny i wyjść z wiadomej strony. A tymczasem to mnie nie bolało! Zwłaszcza w porównaniu z pierwszą fazą. Oczywiście wcześniej miałam to znieczulenie, ale ono już ustąpiło. Czułam oczywiście skurcze i rozciąganą skórę, ale nie ból.

Urodziłam o 19:45. Kolejne trzy godziny wspominam bardzo dobrze. Wiking leżał przytulony do mnie, Franek siedział obok łóżka. Rozmawialiśmy trochę z położną, która mnie zszywała. Później Franek podał mi telefon, na wyświetlaczu którego widniało kilkanaście wiadomości i nieodebranych połączeń - zaczęłam więc odpowiadać. Potem zabrali ode mnie dziecko na stanowisko obok - ważyli je, mierzyli, ubierali, a tymczasem mnie przynieśli najpyszniejszą kolację, jaką kiedykolwiek jadłam :P A była to zupa pomidorowa oraz bułka z pasztetem :D Jakie to było dobre! Kiedy już zjadłam położne pomogły mi wstać (pierwsze co powiedziałam to - "gdzie mój brzuch?" :P, zaprowadziły do wanny, wykąpały mnie i ubrały. Powoli zaczęliśmy się zbierać i po 23:00 zaprowadzono nas do sali obok. Była to sala porodowa, ale z braku miejsc na oddziale położniczym, nieco ją przearanżowano. Zostałam z Wikingiem, a Franka niestety musieliśmy pożegnać.

Wszystko razem - od momentu gdy odeszły mi wody, do momentu, gdy Wikuś wylądował u mnie na brzuchu trwało mniej więcej 22,5 godziny, choć sam poród niby krócej, bo zaczęli liczyć czas dopiero od momentu kiedy skurcze były już konkretne. Tak czy inaczej wymęczyłam się i przyznam, że nie sądziłam, że to może potrwać tak długo. Nie obeszło się też bez komplikacji - nie uniknęłam nacięcia krocza, mimo, że  w tym szpitalu wykonują je w ostateczności. Ale w naszym przypadku ta ostateczność wystąpiła, bo jednak miałam problemy z wypchnięciem tej główki, a dziecku zaczęło już spadać tętno i to robiło się niebezpieczne. Kiedyś bardzo nie chciałam nacięcia, ale w szkole rodzenia wyjaśniono nam na czym to polega i dowiedziałam się, że lepiej, kiedy takie nacięcie jest wykonane w sposób kontrolowany, niż gdyby krocze miało samo pęknąć, więc przestałam się tego obawiać. Samego nacięcia nawet nie poczułam. Szybko się też zagoiło a dzisiaj praktycznie nie ma po nim śladu.
Niestety pękła mi też szyjka macicy, ale na szczęście pęknięcie nie było duże, szybko zostałam zszyta i nie powinnam mieć w przyszłości żadnych problemów w związku z tym.
Poza tym okazało się, że pępowina próbowała się ułożyć tak, żeby wyjść przed główką. To było już bardzo niebezpieczne - stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla życia dziecka i gdyby się tak stało, że pępowina wychodzi najpierw, musiałabym w trybie pilnym zostać przewieziona na cesarskie cięcie. W każdym razie stąd właśnie były te zaniki tętna i dlatego właśnie lekarz i położna tak nade mną debatowali, kiedy odchodziły mi wody. No i dlatego ta druga faza tak długo trwała. Główce łatwo nie było, a i położna musiała cały czas kontrolować, czy główka idzie bez pępowiny.
Pępowina była bardzo, bardzo gruba. Położna nie mogła się temu nadziwić (teraz już wiemy dlaczego i ja przytyłam niewiele i dziecko urodziło się małe - po prostu wszystko poszło w łożysko i pępowinę :P) - ale też właśnie dzięki tej grubości pępowinie nie udało się wypaść! Gdyby była cieńsza, to według położnej na pewno wyszłaby przed główką. Zapytałam, co oznacza taka grubość i dostałam odpowiedź: "to znaczy, że się mama w ciąży dobrze prowadziła". Może to głupie, ale czuję się trochę tak, jakbym Wikingowi niemal życie uratowała tym zdrowym trybem życia w ciąży - bo gdyby ta pępowina była cieńsza, to wszystko mogło się potoczyć inaczej i kosztowałoby nas dużo więcej nerwów i kto wie, jak by się ostatecznie skończyło - wolę o tym nawet nie myśleć.

Podsumowując, myśląc o porodzie naprawdę nie spodziewałam się czegoś takiego! (może i dobrze :P) Trwał bardzo długo i był strasznie bolesny, ale o dziwo, nie wspominam go dzisiaj jako jakiejś traumy, wręcz przeciwnie, nawet dobrze o nim myślę (ale nie o samym bólu :)) Sądzę, że to zasługa Franka oraz przemiłych położnych i lekarzy, którym także nie mogłabym niczego zarzucić. No i te emocje (na pewno spowodowane w dużej mierze hormonami) oraz odczucia na sam koniec rzeczywiście wiele mi wynagrodziły. 
Cóż, ciekawe i faktycznie niezapomniane doświadczenie to było :) Nie jakieś mistyczne, ale końcówka naprawdę była piękna.
Jedno jest pewne - jeśli będę miała drugie dziecko (a chciałabym) to już na 100% będę się bała porodu :P

środa, 29 października 2014

Ostatnie takie wakacje

Jesteśmy z powrotem :) Urlop był co prawda krótki, ale jakże treściwy! :) To były naprawdę piękne dni - nie tylko pod względem aury, bo pogoda była wyśmienita, ale także dlatego, że mieliśmy mnóstwo czasu tylko dla siebie.
W piątek wyjechaliśmy po śniadaniu i dotarliśmy na miejsce koło południa. Zameldowaliśmy się w pensjonacie, który zarezerwowaliśmy sobie dwa dni wcześniej i wyszliśmy na obiad, małe zakupy i zwiedzanie okolicy. Tego dnia pogoda nas trochę przeraziła, bo nie padało na szczęście, ale było koszmarnie zimno! Tak bardzo, że aż Franek postanowił zakupić sobie kalesony a ja chodziłam w czapce! :) Brrr... Przeszliśmy się deptakiem, zjedliśmy obiad i późnym popołudniem wróciliśmy do pensjonatu ogrzać się przy ciepłej herbatce i delektować się wolnymi chwilami. 
Przy naszym pokoju stał stół bilardowy, więc zagraliśmy sobie, a resztę wieczoru spędziliśmy grając w karty w tysiąca :) Ostatni raz graliśmy w to tylko we dwójkę, gdy zamieszkaliśmy razem ponad cztery lata temu :) Pamiętam dokładnie te pierwsze wspólne dni...
Sobota powitała nas pięknym słońcem! Bardzo nas to ucieszyło, bo mieliśmy na ten dzień zaplanowaną długą trasę spacerową. Najpierw pojechaliśmy do Ustronia i tam wjechaliśmy wyciągiem na Czantorię. Na szczyt było jeszcze około 100 metrów pod górkę i zdecydowałam się iść! Taki mieliśmy plan, a stwierdziłam, że jak nie dam rady, to zawsze możemy zejść. Ale jak to miałabym nie dać rady? :)) Kondycyjnie oczywiście nie miałam z tym problemu, bo jednak mięśnie mam wytrenowane, ale moja wydolność teraz pozostawia wiele do życzenia, a chciałam uniknąć zadyszki, dlatego też wchodziliśmy naprawdę bardzo powoli i co chwilę robiłam przystanki. Nie chciałam, aby podwyższyło mi się tętno, dlatego oddychałam bardzo powoli i głęboko, i gdy tylko czułam, że oddech mi się spłyca, zatrzymywałam się, aby go uregulować. Wszyscy nas wyprzedzali :P Nawet dzieciaki, które ledwo od ziemi odrosły :) Kiedy sobie przypominam, jakie tempo mieliśmy rok temu w Tatrach i jak kosiliśmy wszystkich po drodze, to aż mnie boli! Ale cóż, wszystko dla Tasiemca :P schowałam swoją dumę i ambicję do kieszeni i starałam się po prostu nie forsować. Odpoczywałam nie dlatego, że byłam zmęczona, a po to, żeby tego zmęczenia zawczasu uniknąć i w zasadzie mi się to udało. Ależ miałam satysfakcję, że jestem na szczycie! :) Wypiłam sobie ta herbatkę, zjadłam drugie śniadanie i zaczęliśmy schodzić inną drogą. Znowu bardzo powoli, ale tu już nawet odpoczywać nie musiałam za często. 
Przejście tej trasy zajęło nam naprawdę dużo czasu - łącznie jakieś sześć godzin, bo gdy zeszliśmy z gór, okazało się, że w soboty nie jeździ żaden autobus, którym chcieliśmy wrócić do centrum, więc musieliśmy jeszcze przejść około 5 kilometrów asfaltówką. Paradoksalnie to był najtrudniejszy odcinek całej trasy - pewnie dlatego, że już nie tak przyjemny.
To był bardzo dobry dzień! Męczący, ale w taki pozytywny sposób. Zresztą wiecie, jak ja lubię aktywność fizyczną, świetnie się później czułam i moja satysfakcja była ogromna. Ale postanowiliśmy, że niedziela będzie dla odmiany w wersji bardzo light. Wiecie, że nie jestem skora do przesady, ale czasami po prostu lepiej dmuchać na zimne i po jednym bardziej forsownym dniu, stwierdziliśmy, że tym razem zrobimy sobie tylko spacer do kościoła, a potem wsiedliśmy w samochód i zrobiliśmy sobie wycieczkę objazdową.
Poniedziałek z kolei był już na piechotę, ale raczej po równinach. Staraliśmy się wykorzystać na maksa słońce, więc spacerowaliśmy przez cały dzień od dziewiątej do szesnastej, z przerwami na jedzenie i odpoczynek na ławeczkach. Cudnie było tak sobie siedzieć nad szumiącą Wisłą i delektować się chwilą.
A we wtorek już się powoli żegnaliśmy z miastem, bo nasz pobyt w Wiśle dobiegał końca. Chcemy jeszcze parę ostatnich dni urlopu spędzić w Miasteczku.
Naprawdę było cudownie. Pogoda nie mogła być chyba lepsza o tej porze roku, bo codziennie mieliśmy pełnię słońca, żadnej chmurki na niebie i temperatury w okolicach 12-15 stopni. Aura po prostu chyba wiedziała, że to musi być czas niezwykły pod każdym względem, bo to były bardzo ważne dla nas wakacje. Oboje mamy świadomość, że każde kolejne będą już zupełnie inne... Ale to już temat na zupełnie inną notkę :)

środa, 26 marca 2014

Tak to było...

Dokładnie rok temu przyjechaliśmy tu z Frankiem po raz pierwszy. Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Miałam przyjechać do biura, żeby omówić pewne sprawy zawodowe, ale także z zamiarem obejrzenia mieszkań. Żebyśmy mieli trochę więcej czasu, firma zaproponowała mi, żebyśmy przyjechali dzień wcześniej. Zgodziliśmy się.
Przyjechaliśmy w poniedziałkowe popołudnie. Hotel mieliśmy zarezerwowany w centrum Warszawy, więc po przyjeździe wyskoczyliśmy sobie na Starówkę. Było przeraźliwie zimno! Ale nie zraziliśmy się i przechadzaliśmy się po Starym Mieście. Niezbyt długo jednak, bo następnego dnia od rana mieliśmy napięty grafik.
Wcześniejszy weekend spędziłam w internecie - przeglądając ogłoszenia, dzwoniąc, pytając a później obliczając i analizując - czas przejazdu oraz koszty. Ostatecznie na wtorek miałam ułożony precyzyjny plan gdzie jedziemy, w jakim celu i o której.
Wstaliśmy wcześnie, wsunęliśmy hotelowe śniadanie i pojechaliśmy najpierw do siedziby Nie-Zielonej Firmy, w celu zorientowania się, co Franek musiałby ewentualnie złożyć, gdyby chciał się ubiegać o pracę. A potem już do Podwarszawia. Na 10:30 mieliśmy umówione pierwsze mieszkanie do obejrzenia. W fajnym miejscu - samo centrum, bardzo blisko parku. Ale kawalerka. I jak na kawalerkę dość droga. Ostatecznie stwierdziliśmy, że to nie jest dobry pomysł, żebyśmy się gnieździli (tzn. na początku tylko ja) tylko w jednym pomieszczeniu, które w dodatku mialo służyć zarówno za kuchnię jak i salon. Kolejnym mieszkaniem również była kawalerka, ale trochę większa. Niestety tym razem dość mocno - że tak to określę - sfatygowana :) Przyzwyczajona jestem jednak może nie do luksusu, ale do ładnego, schludnego i raczej nowoczesnego wnętrza na pewno. Okolica też była przyjemna, ale zrezygnowaliśmy.

Mieliśmy do zobaczenia jeszcze dwa miejsca. Była już 11:40, a na 12 mieliśmy umówione jakieś mieszkanko przy domku jednorodzinnym. Obawialiśmy się, czy zdążymy. Na mapie nie wyglądało to aż tak daleko, ale wiedziałam, że to prawie 3 km, więc musieliśmy mocno podkręcić tempo. Przeszliśmy więc na "drugą stronę torów" i z tą naszą walizką - na szczęście niedużą - i moim służbowym laptopem pomykaliśmy wzdłuż muru. Gdzieniegdzie leżał jeszcze zmrożony śnieg (porównajcie to z pogodą w tym roku :)). Pogoda była ładna i choć temperatura nie była za wysoka, to słoneczko nam przyświecało, od tego marszu zrobiło nam się już zupełnie gorąco. A tu idziemy i idziemy a dystans zdaje się nie maleć! To już nie było centrum, to już były opłotki Podwarszawia Dalszego i początki Podwarszawia Bliższego, krajobraz inny, bo budownictwo zdecydowanie starsze, poza tym dzielnica mocno robotnicza - dużo zakładów, magazynów itd. Ale idziemy. Źle się szło, na tym etapie stwierdziliśmy, że skoro moja praca jest w Podwarszawie Bliższym po tej stronie torów, to jednak i tutaj musimy szukać mieszkania, bo odległości są za duże...
Dotarliśmy wreszcie do domków jednorodzinnych, obszczekały nas wszystkie okoliczne psy (Franek ma traumę z tym związaną, więc średnio dobrze to przyjął) ale spóźniliśmy się tylko 10 minut! Właścicielka i tak była pod wrażeniem, że mamy takie tempo, jak się dowiedziała, że szliśmy na piechotę. Domek, choć tani, nie przypadł nam do gustu... Był przy samej ziemi, więc w środku było ciemno, mało przytulnie a w dodatku grzać trzeba by było piecykiem...
Do obejrzenia mieliśmy jeszcze jedno mieszkanie na nowym osiedlu wybudowanym na całym tym odludziu :) Odludzie było lekko przerażające, ale mieszkanie okazało się strzałem w dziesiątkę! Spodobało nam się, a jak się później okazało (bo przecież to właśnie tam mieszkałam przez pół roku) i odludzie miało swoje dobre strony... Tamto mieszkanie miało jednak w sobie jakąś pozytywną energię. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale naprawdę dobrze się tam czułam. Szkoda, że tak się to potoczyło, choć z drugiej strony nasze obecne mieszkanie ma zdecydowanie lepszą lokalizację. 
Ale o tym innym razem... Teraz wracam znowu do ubiegłego roku. Musieliśmy już jechać do Warszawy, gdzie w biurze czekała na nas moja szefowa, z którą musiałam ustalić jeszcze trochę spraw. Posiedzieliśmy tam ze dwie godziny, a potem pojechaliśmy na dworzec i wróciliśmy do Poznania...

Aż mi trudno uwierzyć, że minął już rok. Tak dokładnie to wszystko pamiętam. Byliśmy wtedy tu po raz pierwszy. Znałam okolicę tylko dzięki temu, że przez kilkanaście dni przed przyjazdem studiowałam internetowe mapy... A dziś wszystko jest już znane. Wracam czasami myślami do tamtych dni. Mimo całego niepokoju, który towarzyszył nam wtedy ( i który przecież pozostał, choć jego źródło jest już inne), mam do nich sentyment. Próbuję też spojrzeć na wszystko, co mnie otacza oczami tamtej Margolki sprzed roku... Wiecie o czym mówię? Gdy gdzieś przyjeżdża się po raz pierwszy, a po czasie, gdy wszystko jest już znane, próbuje się odtworzyć te pierwsze wrażenia i myśli... Dziś wszystko wygląda zupełnie inaczej a jednocześnie przecież wcale się nie zmieniło. Tylko moja perspektywa jest inna. Czasami próbuję to odwrócić i staram się tą dzisiejszą Margolkę wraz z jej doświadczeniami i odniesieniem przenieść do przeszłości.

Tak to było rok temu... To był trudny czas. Ale też w pewien sposób przyjemny. Choćby dlatego, że byliśmy z Frankiem razem, doświadczaliśmy tego wszystkiego razem. Zawsze mówiłam Frankowi, że chciałabym, żebyśmy kiedyś zorganizowali sobie nocleg w hotelu - a tu proszę, firma nam go zafundowała :) (później jeszcze raz mieliśmy taką okazję, kiedy przyjechaliśmy podpisać umowę). Bałam się, czułam się obco, ale jednocześnie zaczynałam już chyba proces aklimatyzacji. Wiedziałam, że to prawdopodobnie będzie moje miejsce i muszę zacząć się z tym oswajać. W tamtych dniach miałam w sobie jednak wiele nadziei...

Pocieszam się więc, że może i za rok na to wszystko co jest dzisiaj będę patrzeć z sentymentem i mimo wszystko stwierdzę, że to było dobre...

środa, 4 września 2013

Nieudana ucieczka do tamtych dni

Śnił mi się dzisiaj ślub. Mój i Franka. To znaczy, to nie był ten ślub, który faktycznie się odbył, ale śniło mi się, że właśnie się do niego przygotowywaliśmy. Wszystko było inaczej niż w rzeczywistości, można więc powiedzieć, że to był taki przedślubny sen po ślubie.

Zapewne spowodowane było to tym, że ostatnio bardzo dużo o tym myślę i sporo na temat naszego ślubu, wesela i zbliżającej się wielkimi krokami rocznicy rozmawiamy.
W miniony weekend minął właśnie dokładnie rok od jednej z najlepszych imprez na jakich w życiu byłam - mojego wieczoru panieńskiego. Przypominam sobie ten wesoły, całkowicie beztroski wieczór, kiedy mogłam być w centrum uwagi. Pamiętam niemal każdy szczegół. I wiem, że to się nigdy nie powtórzy, co wywołuje u mnie żal...

I w ogóle myślę o tamtym czasie - tak od połowy sierpnia, kiedy ślub i wesele miały być już nie w jakimś tam odległym czasie tylko lada moment. Ten ostatni miesiąc miał być czasem najbardziej intensywnych przygotowań. I był, ale cały czas było spokojnie. Powoli, dzień po dniu załatwiałam sprawy, które jeszcze mi pozostały. Bez pośpiechu. Nie bałam się, że nie zdążę - nie było w ogóle takiej opcji. To był piękny czas, kiedy obok codziennego życia pojawiły się te typowo ślubno-weselne szczegóły. Kiedy można było myśleć, że to już za chwilę i zastanawiać się, jak blisko mojej wymarzonej wizji będzie ten dzień w rzeczywistości. Niby wszystko było tak, jak co dzień, a jednak wiedziałam, że oczekujemy... Nie tylko my zresztą, wszystkie osoby z najbliższego nam otoczenia już żyły myślą o naszym dniu.
Trudno powiedzieć, dlaczego ten czas był taki piękny. Wiele się nasłuchałam/naczytałam o zżerającym stresie i nerwach, które psują wszystko. Ja czekałam, aż przyjdą i... nie doczekałam się. Teraz, gdy mam to wszystko już za sobą, zastanawiam się, skąd to się bierze?
Bo przecież my też chcieliśmy, żeby wszystko wyszło, też chcieliśmy, aby ten dzień był piękny. Też załatwialiśmy orkiestrę, fotografa, fryzjera i kwiaty. Ale nie było ani jednego dnia - podkreślam ani jednego - kiedy bylibyśmy naprawdę zdenerwowani z powodu jakiejś ślubnej sprawy. Mogliśmy się w pełni tymi przygotowaniami delektować - a jednocześnie one biegły sobie spokojnie jakby obok naszego "normalnego" życia. Życie nie zakłócało nam przygotowań, i na odwrót. 
Czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa. I przede wszystkim pewna. Kiedyś - dawno - miałam obawy, że nigdy nie będę pewna. Okazało się jednak, że nie miałam żadnych wątpliwości. I cieszyłam się, że nasza uroczystość będzie taka, jak chcemy. Bo mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy (no, może trenu moja suknia tylko nie miała, bo jej nie pasował :P ale szybko okazało się że to marzenie można zmodyfikować ;)), a jednocześnie nie przeżywaliśmy jakichś wielkich dylematów z tym związanych. Nie oglądaliśmy tysiąca sal, nie słuchaliśmy miliona płyt demo ani nie chodziliśmy od kwiaciarni, do kwiaciarni :) Po prostu braliśmy, co było i byliśmy z tego zadowoleni. Jak się później okazało - to było bardzo słuszne podejście, bo dla wielu osób, które wypowiadały się zupełnie bezinteresownie i nie pod wpływem emocji, to było jedno z najlepszych wesel (lub najlepsze) na jakich byli. Może właśnie ten luz nam w tym pomógł?

W ogóle jak sobie o tym myślę, to mam wrażenie, że nam się wszystko samo załatwiało ;) Wszystko było jakby mimochodem i przy okazji - a jednocześnie przecież przemyślane i trafione. Sama nie wiem po prostu skąd się bierze tyle szumu wokół organizacji ślubu i wesela :P
Ja zdecydowanie bardziej pamiętam te wszystkie przyjemne emocje związane z oczekiwaniem, ekscytacją, niedowierzaniem, że to już. I tą naszą radość, która pojawiała się cały czas w rozmowach, że za chwilę sami się przekonamy jak to będzie. 
To był błogi czas słodkiego oczekiwania - tak, to są chyba słowa, które najlepiej obrazują nastrój, w którym wtedy się znajdowaliśmy i atmosferę, która nas otaczała. Bardzo chciałabym cofnąć się w czasie dokładnie o rok.. Nawet już przeżyję to, że już po panieńskim ;) Bardzo chciałabym przeżywać to wszystko jeszcze raz (zwłaszcza, że ja nie byłam niecierpliwa, nie myślałam, że tak bardzo chcę, żeby to było już!:)), delektować się tym, odczuwać to szczęście i spokój.
Uciekam teraz do tych wspomnień, ale niestety w takim trudnym czasie jaki teraz mamy nawet ta ucieczka nie pomaga. Aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo inaczej czuję się teraz, zwłaszcza dziś, kiedy nachodzą mnie czarne myśli i szczególne zwątpienie.

niedziela, 7 kwietnia 2013

W obrazkach


Dziś kolejna porcja wspomnień z odbytej już dawno podróży poślubnej :) Tyle, że dziś minimum słów, a maksimum widoków :)

Oto brzeg, którym spacerowaliśmy sobie rankami i wieczorami:


 Kiedy nie spacerowaliśmy, obserwowaliśmy fale...
...lub się w nie zanurzaliśmy :) Tu akurat Franek:
 A tu ja :) W oddali wyspa Lobos.
 Tutaj kawałek rezerwatu na wyspie. I kawałek Franka :P
 Tu podziwiam sobie widoki :) We wspomnianej czerwonej sukience ;)) Proszę zwrócić uwagę na prawą dłoń. Cosik się na niej błyszczy ;) W końcu to podróż POŚLUBNA :)


Tu wieczorny widok na leżaczki, na których w ciągu dnia się wylegiwaliśmy.




 A gdy się nie wylegiwaliśmy, to sobie popijaliśmy drinki. W tym momencie popijam zielonego, ale niestety, słabo został uwieczniony ;) Musicie uwierzyć na słowo.

 Nie mogło w tej fotoopowieści zabraknąć wschodów słońca :)


Zachodów takoż ;)

A po wspaniałych siedmiu dniach trzeba było wsiąść na pokład samolotu. W oddali, za tymi chmurami było widać Afrykę :) Jednak nieśmiała jest, więc się schowała do zdjęcia.


Za to Hiszpania się nie wstydziła :)) Przedstawiam Wam Walencję.
 

Cudnie było. Oglądamy te zdjęcia na okrągło. I cieplej od razu się robi. (chociaż wiosna nareszcie zaczyna już do nas nieśmiało pukać:))
Chciałoby się wrócić do tamtego czasu. I nie tylko dlatego, że chcę beztroskich wakacji na wyspach. Ale chciałoby się wrócić do tych czasów słodkiej nieświadomości i poczucia pełni szczęścia. Chociaż... nie.. chyba lepiej mi z tą wiedzą, którą mam. Nawet mimo tego, że czasami wydaje mi się, że tej pełni nie poczuję.. no może nie nigdy, ale jeszcze przez długi czas :)

czwartek, 28 marca 2013

Ciepłe wspomnienia

O ja pinkolę! Cały tydzień mnie tu nie było?? Nawet nie wiem, kiedy to minęło. A miałam już dawno notkę przygotowaną (na pierwszy dzień wiosny, ale znaleziony łańcuszek dostał priorytet). Problem z nią tylko taki, że muszę jeszcze zdjęcia dorzucić i nie miałam się kiedy tym zająć. Postanowiłam więc zrobić inaczej - notkę wrzucę, a zdjęcia następnym razem - bez notki :P

*** 

Tej pogodzie coś się chyba pomyliło. No porąbało ją i tyle :/ Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w pierwszy dzień wiosny za oknem było całkiem biało! Przymrozki się zdarzały, jakieś tam śniegowe prószenie też. Ale bez przesadyzmu! Czegoś takiego to nie było!
Rozmyślałam sobie dzisiaj na ten temat i postanowiłam się ogrzać ciepłymi wspomnieniami. Wtedy mnie oświeciło! Przecież nie opisałam w końcu jak to było na tych naszych wakacjach! Najpierw nie miałam czasu, potem z blogowaniem było mi nie po drodze, później nastroju nie miałam, a potem mnóstwo innych spraw na głowie i jakoś się nie złożyło. No więc dzisiaj na złość zrobię tej głupiej zimie i będę pisać o lecie! :D

A konkretnie o później jesieni, kiedy to byliśmy na Fuerteventurze.
Jak już wspominałam, pierwszy raz byliśmy na tego typu wakacjach. Zazwyczaj wszystko sami planujemy, dużo zwiedzamy, chodzimy, jesteśmy bardzo aktywni. Tym razem postanowiliśmy postawić przede wszystkim na leniuchowanie. Stwierdziliśmy, że podróż poślubna to na tyle wyjątkowa okazja, że trzeba to świętować trochę inaczej :)
Muszę przyznać, że klimat tamtego miejsca naprawdę temu sprzyjał. Początkowo planowaliśmy trzy dni leżeć plackiem i trzy dni zwiedzać - przy czym mieliśmy to robić na przemian, ale potem trochę zmodyfikowaliśmy nasze plany. Szybko podziałał na nas klimat tamtego miejsca. Kiedy recepcjonistka nas meldowała, zostaliśmy odesłani do drink baru przy basenie. I już wiedzieliśmy, że to będą prawdziwe wakacje :):)

 Kiedy już dostaliśmy klucz do pokoju, rozpakowaliśmy się trochę i odświeżyliśmy po podróży (przecież z przygodami była :)). A później obiad. Nigdy nie byłam na wakacjach typu all-inclusive i nie bardzo wiedziałam, co one znaczą. Teraz już wiem - wyżerka :P Tyle było pyszności, że naprawdę człowiek chciał spróbować wszystkiego. Wyszłam totalnie objedzona. W sam raz, żeby udać się na sjestę na leżaku przy basenie. Końcówka października, a ja w letniej sukience, na leżaczku, słoneczko mi przygrzewa. Błogo się zrobiło i sobie trochę przysnęłam :) Później mieliśmy jeszcze spotkanie z rezydentką, a po nim... kolacja :P Wieczorem zrobiliśmy sobie krótki spacer brzegiem oceanu i wróciliśmy do hotelu, bo chcieliśmy obejrzeć jakiś występ zaplanowany na ten dzień. Jak się później okazało, tego typu rozrywka oferowana była co wieczór. Były to tańce, występy kabaretowe, śpiewanie, jakieś sztuczki-magiczki itp... Ale pierwszego wieczoru nie bardzo jeszcze byliśmy z tym wszystkim obyci. Franek popijał sobie ulubione piwko, którego wreszcie miał pod dostatkiem, a ja wypatrzyłam, że ludzie chodzą z kolorowymi drinkami i strasznie miałam na nie ochotę. Ale się wstydziłam po nie pójść :P Bo nie wiedziałam, czy za to trzeba dodatkowo płacić, ani nie byłam pewna do kogo mam po tego drinka iść :) No co? Naprawdę nigdy wcześniej nie byłam na takich wakacjach :) Obserwowałam więc, gdzie idą i co mówią inni ludzie i zorientowałam się, że jednak za darmo :) Ale dziwnie mi trochę było tak iść do baru, prosić o napój i odchodzić nie zapłaciwszy :) 
Tego pierwszego wieczoru wypiłam dwa przepyszne koktajle alkoholowe i walczyłam ze snem oglądając to, co się działo na scenie. Byłam wymęczona i Franek kilka razy przyłapał mnie na tym, że oczy już miałam zamknięte :) Szybko więc skierowaliśmy się do pokoju, padliśmy na łóżko i spaliśmy do samego rana. 

Kolejne dni były już tylko piękniejsze i bardziej błogie :) Chodziliśmy na plażę nad oceanem, potem na obiad. Następnie schodziliśmy na leżaki przy basenie i tam opalaliśmy się i czytaliśmy. Później była kolacja, ewentualny spacer a wieczorem drinkowanie. Siadaliśmy w auli albo przy stoliku na tarasie i stamtąd obserwowaliśmy codzienne "show" (bo tak się nazywały te występy) Rozmawialiśmy - o przeszłości - czyli o naszym ślubie i weselu. O teraźniejszości - czyli jak nam jest teraz dobrze i błogo oraz o przyszłości - planach mieszkaniowych, pracy... (ach, żebyśmy wtedy wiedzieli to, co dziś.. ;P)
Jeszcze teraz mam w głowie obraz naszej dwójki - siedzimy przy małym stoliku. Franek w długich czarnych spodniach i eleganckiej koszuli z krótkim rękawkiem, ja w czerwonej sukience i szaro-czerwonych balerinkach. Popijam zielonego drinka, a on piwo. W ręku trzymam książkę, którą podczytuję, kiedy nie rozmawiamy i gdy nie zerkam na scenę. Wieje leciutki wiatr. Powietrze pachnie wakacjami. A mnie jest tak dobrze... :)

Planowaliśmy w środę ruszyć tyłki, ale tak dobrze nam się leniuchowało, że odpuściliśmy sobie i dopiero w czwartek zrobiliśmy sobie w pierwszej połowie dnia długi spacer do Corralejo - miejscowości niedaleko naszego hotelu. Czuliśmy się rozgrzeszeni, że nie korzystamy ze słońca, bo akurat tego dnia schowało się lekko za chmurami :) Szliśmy brzegiem oceanu a po dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce. Poszliśmy tam właściwie bez celu - dla samej przechadzki. W mieście nie było nic ciekawego, więc ruszyliśmy z powrotem. Słońce zdążyło już znowu wyjść, a gdy spojrzeliśmy na termometr było ponad 30 stopni (25go października :)). Dotarliśmy akurat w samą porę żeby załapać się jeszcze na jakieś konkretne przekąski w barze przy basenie. Zjedliśmy i... oczywiście skierowaliśmy się w stronę leżaków, żeby odpocząć po tej wyczerpującej pierwszej połowie dnia :P I przed kolejnym dniem - bo mieliśmy już zaplanowaną wycieczkę objazdową po całej wyspie (ale ta zasługuje na osobną notkę - oby nie za kolejne pół roku :P), która zajęła nam calutki piątek. Przyjechaliśmy wieczorem, zjedliśmy kolację (w końcu prawie cały dzień głodowaliśmy :D) i odebraliśmy telefon od Ani i Karoliny, bo okazało się, że one z Hiszpanii mogą na wyspy dzwonić za darmo :) Pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy wesele i umówiliśmy się, że wkrótce odwiedzimy dziewczyny w ich nowym mieszkaniu w Sevilli (cóż, na razie się na to nie zanosi, ale może  jeszcze się uda, pomimo wszystkich zmian) A wieczorem poszliśmy na dyskotekę :P No tego się po nas nie spodziewałam :) Poszliśmy niby tylko na chwilę, zobaczyć, jak jest. Ale zachciało mi się tańczyć i pląsałam wokół Franka, który na podrygi nie miał za bardzo ochoty i stał przy stoliku obserwując, jak go obskakuję :P No dobra, raz to ja mogłam trochę wokół niego poskakać, a co, niech ma chłopak coś z życia :)
Sobota była już naszym ostatnim dniem pobytu na wyspie, więc definitywnie postanowiliśmy, że nie robimy nic poza korzystaniem ze słońca, wody, leżaków, drinków i jedzenia! Plan został zrealizowany w całości :) A wieczorem posiedzieliśmy na balkonie popijając szampana, którego dostaliśmy pierwszego dnia od obsługi hotelu - w ramach prezentu ślubnego. Słuchaliśmy szumu oceanu, gwaru rozmów przy stolikach barowych na dole, obserwowaliśmy gwiazdy... Delektowaliśmy się chwilą, a jednocześnie żałowaliśmy bardzo, że nasz krótki pobyt w tym miejscu dobiega końca.
W niedzielę zdążyliśmy już tylko zjeść śniadanie, dokończyć pakowanie i musieliśmy udać się na autokar, który zawiózł nas na lotnisko. 
I tak niestety skończyły się te nasze najpiękniejsze wakacje, które zdecydowanie spełniły nasze oczekiwania jeśli chodzi o to, jak powinna wyglądać podróż poślubna. Była naprawdę wymarzona :)

A potem trzeba było zejść na ziemię, gdy w Poznaniu wyszliśmy z samolotu i okazało się, że temperatura oscyluje wokół zera. A my - opaleni, w półbucikach, lekkich kurtkach i z walizkami pełnymi słońca i pięknych wspomnień nie do końca potrafiliśmy się w pierwszej chwili odnaleźć na starych śmieciach.

Ech... Kiedy to było? :D

niedziela, 7 października 2012

Zaślubieni


Jak już wiecie,  wychodziliśmy z kościoła przy dźwiękach Marsza Mendelsona, a gdy tylko przekroczyliśmy jego próg, posypały się na nas grosze :) Oczywiście musieliśmy je wyzbierać, prawie co do jednego – wiadomo, czyj woreczek (Juska jest niesamowita, że też miała jeszcze głowę do tego, żeby kupić specjalne woreczki na grosiki, nawet tego ze mną nie konsultowała, po prostu zrobiła, co do niej należało) był cięższy :), przecież to oczywiste od dawna, że kasę w naszym związku trzymam ja i nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a obie strony na to przystają :) 


Na szczęście parę osób się zlitowało i pomogło nam zbierać :) Tu Ala i Juska.
 W dodatku, okazało się, że jeden z grosików wleciał mi między falbanki sukni! Nie mamy pojęcia, jak on się tam dostał, ale zdecydowanie świadczy to o tym, że grosze będą się mnie trzymały :)Kiedy już zebraliśmy te (jak się później okazało) 11,84 zł, goście ustawili się w kolejce, aby złożyć nam życzenia. Jakże miło było zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy przyjechali tam dla nas!
Jeśli chodzi o życzenia, prawdę mówiąc zawsze mi się wydawało, że młoda para odbiera te gratulacje i życzenia trochę automatycznie, niespecjalnie zwracając uwagę na twarze i że wszyscy im się zlewają. A tymczasem było zupełnie odwrotnie- każdy gość  był przez nas dostrzeżony, i potraktowany indywidualnie, z obecności każdego się cieszyliśmy i z uśmiechem wysłuchiwaliśmy życzeń. Nawet teraz pamiętam wszystkie twarze oraz poszczególne słowa do nas skierowane :)

Gdy przyjęliśmy życzenia i gratulacje od wszystkich, wsiedliśmy do samochodu. Według naszej wizji miało to trochę inaczej wyglądać, bo mieliśmy jechać na końcu, ale nikt nie ruszał i kamerzystka uświadomiła nas, że dopóki my nie pojedziemy, to goście też nie :) I wygląda na to, że miała rację, bo gdy tylko wyjechaliśmy za bramę, wszystkie samochody ruszyły za nami. Ale było fajnie, kiedy na jakimś zakręcie się obejrzałam i zobaczyłam caaaaały sznuuur samochodów udekorowanych balonikami :) Nie wiem dokładnie, ile aut liczyła nasza „procesja” ale na pewno więcej niż dwadzieścia. My jechaliśmy z Robertem i Juską. Do restauracji było ok. 7 km i w drodze wymienialiśmy się wrażeniami z tego ważnego wydarzenia, które właśnie było za nami. I jedliśmy cukierki :P – Juska miała w torebce Michałki i nas poczęstowała. I właśnie wtedy zaczął kropić deszcz. Właściwie teraz to nam to nawet pasowało! Mogliśmy wykorzystać parasol, który kupiliśmy pod w wpływem impulsu specjalnie na ten dzień.  Tuż przed ostatnią prostą prowadzącą do restauracji zatrzymaliśmy się (tak umówiliśmy się z kamerzystką) i przepuściliśmy wszystkie samochody. A później Robert opuścił dach, rozłożyliśmy parasol i mieliśmy prawdziwe wejście – a właściwie wjazd – smoka :) Zrobiliśmy na gościach naprawdę duże wrażenie, słychać było nawet zbiorowe „woooow”, a później wszyscy mówili nam, że się naprawdę pięknie prezentowaliśmy.   
 
 No, to nam chyba wyszło,a przynajmniej my jesteśmy zadowoleni ;) Mamę Franka to tak zatkało z wrażenia, że aż zapomniała, że ma nas zaraz "witać" :P Franek musiał jej podpowiedzieć :) Opamiętała się i poszła w stronę wejścia. A my za nią.


 U progu zostaliśmy powitani chlebem, solą i dobrym słowem ze strony naszych rodziców. Później sięgnęliśmy po kieliszki z wodą udającą wódkę a po ich opróżnieniu, rzuciliśmy je za siebie. 

Na szczęście obydwa się rozbiły, choć ten frankowy lekko oporny był i rozbił się dopiero po zaliczeniu rykoszetu :) A później została już tylko jedna rzecz:
Kiedy weszliśmy na salę znowu usłyszeliśmy Mendelsona – tym razem w wykonaniu naszego zespołu.  Jego lider nas powitał i złożył nam życzenia, a następnie, kiedy już wszyscy, łącznie z nami zaopatrzyli się w lampki szampana, 

zaintonowali „STO LAT”, które goście od razu podchwycili. A my – żeby nie stać jak kołki i nie śpiewać samym sobie „niech im gwiazdka pomyślności” ruszyliśmy, aby ze wszystkimi gośćmi stuknąć się kieliszkami :) Chcieliśmy, aby poczuli, że nie są tylko tłem, ale, że każdy jest dla nas ważny! A później było pierwsze „gorzko, gorzko” :D 

W ogóle to na temat tego całowania będę musiała notkę napisać :) Ale to już dzisiaj sobie podaruję) I nasz pierwszy (chyba, bo teraz już nie jestem pewna ;)) małżeński pocałunek!
Po nim zasiedliśmy do stołu. I miałam nareszcie swój rosół bez pietruszki! Zjadłam go ze smakiem, chociaż chyba jednak trochę bez apetytu :) Tyle dobrego jedzenia było na stołach, a my jedliśmy tylko trochę, emocje jednak zrobiły swoje i niespecjalnie odczuwaliśmy głód, chociaż wszystko było naprawdę pyszne. Po obiedzie wzięłam Alę i skoczyłyśmy razem na pięterko ;) Na pięterku znajdowały się pokoje gościnne – również nasz apartament nowożeńców, nocleg w  którym dostaliśmy w gratisie od restauracji. Ala pomogła mi skorzystać z toalety (i tak myślałam, że to będzie większy problem ;) a następnie pomogła mi popodciągać pończochy, pas, halkę i co tam jeszcze trzeba było ;) Muszę przyznać, że dziewczyny – Ala, Dorota i Juska naprawdę się spisały! Chodziły ze mną do toalety, kiedy tylko tego potrzebowałam, trzymały suknię i poprawiały to, co trzeba :)
Tym razem musiałam przede wszystkim poprawić halkę, bo bardzo bałam się, że przeszkodzi nam w pierwszym tańcu! Zeszłyśmy na dół w samą porę, bo już po chwili zespół zaprosił nas na parkiet, abyśmy rozpoczęli zabawę weselną i usłyszeliśmy pierwsze takty naszego walca.


 Jak zwykle ciąg dalszy nastąpi :) Wierzcie mi, że nie miałam pojęcia, że zajmie mi to aż tyle notek, ale opisując to wszystko tworzę pamiątkę przede wszystkim dla siebie, a więc zależy mi na każdym szczególe!