*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla ciała. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lutego 2016

Dziś przede wszystkim kobieta...

Nie zdążyłam się dzisiaj zobaczyć z Wikingiem. Nie, nie siedziałam w pracy po godzinach. Poszłam sobie za to zrobić paznokcie. Już od pewnego czasu chodziło mi to po głowie, zwłaszcza, że irytowało mnie ostatnio ich malowanie, a niepomalowanych mieć nie chciałam, bo były matowe i zawsze starałam się nałożyć na nie chociaż odżywkę. Ostatecznie zmotywowała mnie ta konferencja środowa. Stwierdziłam, że do kiecki muszę mieć porządnie zrobione paznokcie :) Dość spontanicznie w sobotę chwyciłam za telefon i umówiłam się na dziś na manicure hybrydowy.
Franek nie miał nic przeciwko. Powiedział, że przecież muszę o siebie dbać :) Taki jest wyrozumiały :)

Ale prawdę mówiąc myślałam, że uda mi się przyjechać tylko godzinę później niż zwykle, jednak wszystko się trochę poprzesuwało w czasie - tu pięć minut, tam pięć minut i ostatecznie weszłam do domu kwadrans po siódmej. Franek już wykąpał Wikinga i właśnie kończył go usypiać, nie wchodziłam więc do pokoju, żeby nie rozbudzić synka. 

Wiadomo, trochę mi żal, ale w końcu raz nie zawsze. Nawet mimo świadomości, że za chwilę wybędę na dłużej, nie mam wyrzutów sumienia. Czasami muszę też zrobić też tylko dla siebie. Muszę przyznać, że świetnie się teraz czuję. I mam ładne paznokcie :) No i spokój z ich malowaniem przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie.

Swoją drogą to zaskakujące, jak taka godzinka w gabinecie kosmetycznym potrafi naładować człowiekowi baterie. Jestem dużo mniej zmęczona, niż normalnie o tej porze i mam więcej energii. Stwierdziłam też, że jednak opieka nad dzieckiem jest bardzo wymagająca. Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale dopiero dzisiaj odczułam to fizycznie :) Zwykle po tej godzinie wieczornej zabawy z Wikingiem czuję się o wiele bardziej zmęczona niż dziś po długim dniu poza domem. Jest to zwykle pozytywne zmęczenie, ale jednak mocno odczuwalne. Ale przede wszystkim jest to zmęczenie fizyczne! Aż mi dziwnie dzisiaj, bo zupełnie nie czuję delikatnego bólu pleców i ramion, które towarzyszą mi na co dzień. Właściwie to już tak się do tego przyzwyczaiłam, że nie zwracam na to uwagi. Dopiero dzisiaj, kiedy czułam się dziwnie lekka, dotarło do mnie w czym rzecz :) I jeszcze jedno - przeważnie kiedy Wiking już zaśnie, nie chce mi się nic robić. Szybko ogarniam to, co najważniejsze, a potem zasiadam do swoich przyjemności. Dzisiaj mnie tak do nich nie ciągnęło, miałam za to dużo więcej sił na zdjęcie prania, poprasowanie, przyszycie guzika itp. To pozwoliło mi na wniosek, że mój organizm po prostu potrzebuje określonej dawki przyjemności na dobę :) Skoro zaspokoiłam tę potrzebę wcześniej, wieczorem mogłam skupić się na obowiązkach. Równowaga w przyrodzie musi być.

Takie zabiegi kosmetyczne niestety zajmują trochę czasu i to jest właściwie główna przeszkoda - zawsze trudno jest mi wygospodarować godzinę lub dwie na taką wizytę. A mam jeszcze w planie wybrać się na oczyszczanie twarzy. Ale czekam aż lada dzień zostanie otwarty nowy gabinet kosmetyczny dosłownie pod moim nosem - bo tuż obok naszej klatki. Zawsze to jakaś oszczędność czasu na dojazd lub dojście :) 
No i jeszcze zostawiłam sobie na czarną godzinę prezent urodzinowy od Franka, czyli popołudnie w SPA :) Będę musiała się dobrze zastanowić, kiedy go wykorzystam.

Dobrze jest czuć się dopieszczoną i zadbaną. Jeszcze lepiej, kiedy widzi się uznanie w oczach męża i wiadomo, że robi się to wszystko nie tylko dla siebie. Fajnie też mieć satysfakcję z tego, że dobrze wykorzystało się osiem godzin w pracy. I cudownie jest, gdy ma się taki poranek, jak ja dzisiaj i jest się witanym zaspanym uśmiechem dziecka i uściskiem jego malutkich łapek.
Jaki z tego wniosek? Nie jest łatwo być jednocześnie kobietą, żoną, pracownicą i mamą. Trzeba umiejętnie balansować między jedną rolą, a drugą, znajdować między nimi równowagę, łączyć je, a czasami robić coś kosztem czegoś. Ale baby są jednak mocne i potrafią radzić sobie również z tym. Bo przecież każda z nas tych ról życiowych ma całkiem sporo.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Woda, czyli notka zawierająca lokowanie produktu ;)

Kilka lat temu, nie do pomyślenia było dla mnie, żeby ugasić pragnienie wodą. Blee. Przecież, żeby się napić, trzeba poczuć smak, a taka woda, to co?? Nie piłam więc wody prawie wcale, mimo, że u mnie w domu już od jakiegoś czasu była stałym elementem.

Co więc piłam? Uwierzycie, że nie bardzo pamiętam? :) Na pewno jakieś kompoty gotowane przez moją mamę,ale to chyba tylko w weekendy. Przypuszczam, że wodę z sokiem w niej rozcieńczanym, soki owocowe, wodę z witaminkami typu Pluszzz. Bardzo możliwe, że jeśli nie było do picia nic poza wodą, nie piłam wcale :) 
Kiedy byłam na studiach, kupowałam "po taniości" w Biedronce jakieś kolorowe, gazowane, słodkie coś. I tak sobie piłam. Bo picie nie kojarzyło mi się z gaszeniem pragnienia, chyba raczej z chwilowym jego zaspokajaniem. A inna sprawa, że moje zapotrzebowanie na picie nigdy nie było jakieś szczególnie duże, zwłaszcza latem (chyba limity wypełniałam alkoholem :P), bo gdy było zimno, to jeszcze pijałam sporo herbat.

Nie jestem pewna kiedy to się zmieniło, ale możliwe, że jakieś siedem lat temu, kiedy postanowiłam się odchudzać z głową, przeszłam na dietę niskokaloryczną i najłatwiejszym sposobem było wyeliminowanie tych artykułów spożywczych, które mają dużo cukru i puste kalorie. Powoli przyzwyczajałam się do wody. Gdy zamieszkaliśmy z Frankiem razem, coraz mniej było u nas w domu kolorowych napojów, bo nawet Franek zaczynał się przekonywać, że woda bywa lepsza. Bardzo możliwe, że taki prawdziwy przełom nastąpił, kiedy byliśmy w podróży poślubnej na Fuerteventurze - najedliśmy się, naopalaliśmy, cały dzień spędziliśmy obijając się i popijając słodkie drinki. Kiedy wieczorem poszliśmy na kolację, zdarzyło się coś niebywałego (naprawdę!) - nie mieliśmy ochoty na nic innego do picia, tylko na wodę! Niegazowaną w dodatku! Wtedy przekonaliśmy się chyba tak naprawdę na własnej skórze, że tylko woda potrafi ugasić pragnienie skutecznie.

Od jakiegoś czasu słodkie, gazowane napoje oraz soki owocowe już naprawdę rzadko są przez nas spożywane. Jest to raczej na zasadzie jakiejś dziwnej zachcianki od czasu do czasu i traktujemy coś takiego bardziej jako przekąskę niż napój. Nie licząc herbat, pijamy tylko wodę. W tym roku w wyjątkowo dużych ilościach, bo o ile Franek zawsze pił dość dużo, mnie trzeba było w tej kwestii pilnować, bo naprawdę rzadko odczuwałam pragnienie. Starałam się pić bardziej świadomie w ciąży, ale tak naprawdę dopiero kiedy zaczęłam karmić piersią poczułam co to znaczy, że organizm naprawdę potrzebuje wody! Przez pierwsze trzy miesiące piłam naprawdę dużo (jak na mnie) - 3-4 szklanki z Ikei dziennie. Potem już przy karmieniu nie odczuwałam aż takiego pragnienia, ale jednak zwyczaj mi pozostał. Teraz wypijamy z Frankiem 1,5-2 butelek półtoralitrowych dziennie.

Jest jednak jedno ale. To nie jest tak, że woda to woda i pijemy każdą :) O, nie, nie, jesteśmy wybredni. Poza sytuacjami naprawdę wyjątkowymi, nie pijamy wód niegazowanych (źródlanych) - które smakują jak kranówa, a tej nie toleruję (Franek jeszcze jako tako, ale z kolei jak nie ma bąbelków, to on się nie napije - w sensie, że pije, ale tak jakby nie pił :D) ani gazowanych z dużą ilością CO2, które sprawiają wrażenie, jakby chciały urwać łeb :) 
Kompromisem w tej kwestii są - zwykle oznaczone jako niegazowane - wody mineralne wysoko lub średniomineralizowane, ewentualnie (gdy nie ma innego wyboru) lekko nasycone CO2 lub lekko gazowane.

Woda, która jest dla mnie absolutnie numerem jeden i która jest u nas w domu prawie zawsze to Staropolanka 2000. Smakuje mi najbardziej i pijam jej najwięcej. Problemem jest często jej dostępność, bo nie w każdym sklepie można ją kupić. Dlatego jeśli się już pojawia, np. u nas w Tesco, to Franek kupuje nawet sześć zgrzewek i potem mamy całą baterię w domu :P

Z kolei dla Franka, chociaż pije też Staropolankę, najlepszą wodą jest Muszynianka. Ja też ją lubię, ale jest dla mnie troszkę za bardzo gazowana w stosunku do tej pierwszej. Niemniej jednak jest dobrym zamiennikiem a bywa częściej dostępna, więc łatwiej na nią trafić, kiedy na przykład jestem na mieście i nagle zachce mi się pić.

Czasami kupujemy również Muszynę, która też jest dość mocno gazowana (oczywiście w porównaniu do innych wód niegazowanych, bo tych naprawdę gazowanych w ogóle nie biorę pod uwagę ;)). Zaletą jest to, że czasami można dostać ją w małych butelkach 0,33l, co jest dla mnie pojemnością idealną, kiedy jestem poza domem. Ale wcale nie tak łatwo ją znaleźć.
Mniej więcej od półtora roku pijamy także Kingę Pienińską, która dla mnie jest najlepszą alternatywą dla Staropolanki 2000. Zaczęło się od tego, że dostawałam tę wodę w pracy w nieograniczonych ilościach, później zobaczyliśmy, że od czasu do czasu bywa do kupienia w Tesco. Dla Franka jest ona trochę zbyt gorzka, ale przyznam, że ja tej goryczy nie odczuwam. 
Znalezione obrazy dla zapytania kinga pienińska
Gdy już nie ma absolutnie żadnej z wyżej wymienionych wód w sklepie (choć staramy się nie dopuścić do tego, aby całkowicie wyczerpały nam się zapasy :)), posiłkujemy się na zasadzie "no ewentualnie" Cisowianką lekko gazowaną (chociaż to już nie ten smak, czuć ewidentnie dwutlenek węgla) albo Kryniczanką. Pozostałych wód w zasadzie nie pijamy.

Mnie denerwuje tylko to, że wody, które lubię, są stosunkowo łatwo dostępne (ale nie we wszystkich sklepach) w butelkach półtora lub dwulitrowych (to Muszyna), natomiast bardzo trudno kupić je w mniejszych pojemnościach w pierwszym lepszym sklepie lub kiosku. Wtedy niestety jestem zmuszona wypić jakąś wodę niegazowaną, która w ogóle mi nie smakuje. Najczęściej jest to Cisowianka lub Nałęczowianka, jeśli nie ma żadnej z tych dwóch to już jest mi wszystko jedno, choć Kropla Beskidu to już naprawdę ostateczna ostateczność :)
Jednak jestem zdania, ze nic nie zastąpi mojej Staropolanki 2000, którą pijam od lat (i która paradoksalnie w Miasteczku jest łatwo dostępna, był czas, kiedy woziłam ją do Poznania :)

Dzisiejsza notka sponsorowana jest oczywiście przez panujące upały ;)

środa, 17 czerwca 2015

Odważna ;)

Jakieś dwa tygodnie temu, w niedzielę, pisałam Wam, że wybieram się na basen. No i się wybrałam. Pojechaliśmy we trójkę, ale plan był taki, że ja idę popływać a Franek pospaceruje trochę z Wikingiem w okolicy. Rozdzieliliśmy się więc. Weszłam na pływalnie, wykupiłam bilet (a dokładniej - z mojego karnetu została pobrana opłata) i poszłam do przebieralni. Zaskoczyło mnie trochę, że było w niej sporo dzieciaków, również małych chłopców, ale stwierdziłam, że w przededniu Dnia Dziecka zorganizowano dla nich jakąś imprezę na małym basenie. 
W pełni przygotowana do pływania, wyszłam z przebieralni pod prysznice i wtedy usłyszałam, że na basenie (ale dużym) rzeczywiście odbywa się jakaś impreza. Głos prowadzącego ogłaszał właśnie, kto otrzymał jaką nagrodę za przebycie jakiego dystansu. Stwierdziłam więc, że pewnie odbywały się tam jakieś zawody, które dobiegły końca i rozdają nagrody. Ale kiedy weszłam już na basen, okazało się, że... nikt w nim nie pływa. Wszystkie tory są puste. Za to dookoła jest pełno ludzi - głównie młodych pływaków (sądząc po zapowiedziach, głównie z roczników 2004-2006) a także ich trenerów i rodziców. Widownia pełna, a i dookoła torów całe mnóstwo kibiców. Postałam tak chwilę, zastanawiając się co robić... Nikt nie pływa... Ja przebrana, w końcu się nadarzyła okazja, żeby przyjechać, Franek z małym spaceruje.. Co robić?
Akurat przechodził ratownik. Zaczepiłam go i zapytałam, czy dzisiaj nie ma pływania. Odpowiedział, że tylko na pierwszych dwóch torach. 

Podziękowałam. Wzięłam głęboki oddech, podrapałam się po głowie i... skierowałam się w stronę drabinek, po których zeszłam do wody. Ignorowałam fakt, że zapewne zwracam na siebie uwagę (może tylko rodzice dzieci, które właśnie otrzymywały medale, byli skupieni na kimś innym :)), skoro w tym momencie nie pływa absolutnie nikt i jestem jedyną pluskającą się osobą, zwłaszcza, że wyborowym pływakiem nie jestem ;) Nie lubię nawet za bardzo moczyć głowy i zazwyczaj moja basenowa aktywność ogranicza się do pływania w tę i z powrotem żabką (żadną tam krytą :)) Ale skoro się wreszcie na ten wyczekany basen wybrałam, nie zamierzałam dopuścić do tego, żeby jakieś zawody pokrzyżowały mi plany! :) O dziwo, kiedy weszłam do wody, chwilę po mnie wszedł jeszcze jeden facet, którego przyuważyłam chowającego się za filarem, kiedy zmierzałam w kierunku wody :) Widocznie samemu było mu głupio pływać - w przeciwieństwie do mnie ;))

Jak się okazało, zawody trwały w najlepsze, bo kiedy rozdano nagrody, to rozpoczęły się kolejne starty. Musiałam zabawnie wyglądać na tym pierwszym torze, pomykająca żabką, w porównaniu do tych świetnych małoletnich pływaków ;) Ale co tam! Nie wykurzyli mnie nawet dwaj nastolatkowie (to już pewnie jakiś rocznik 2000 albo nawet wcześniej), którzy sobie urządzili trening na "moim" torze i wskakiwali do wody albo ścigali się obok mnie, chlapiąc niemiłosiernie. Chwilami miałam wrażenie, że robią to specjalnie, ale niezrażona pływałam dalej, więc im się znudziło. 
Przez większość czasu pływałam jednak sama i olewając tłumy na widowni i wokół basenu, robiłam swoje :) Przynajmniej miałam dla siebie dużo miejsca! :) Później przyszło jeszcze trochę zagubionych pływaków, więc się zrobiło bardziej tłoczno, ale ja i tak planowałam wychodzić po 40 minutach i tak też zrobiłam.
Najważniejsze, że moja wyprawa na basen ostatecznie się powiodła! Być może nie każdy by się odważył wejść do wody, wiedząc, że obserwuje go kilkadziesiąt (może więcej? aż tak się nie przyglądałam) par oczu, zwłaszcza nie będąc pływakiem doskonałym. Ja pewnie nie zdobyłabym się na to na przykład w Miasteczku, ale skoro tu mnie nikt nie znał, to nie miałam nic do stracenia.
Pomyślałam sobie, że człowiek czuje się naprawdę wolny, kiedy nie martwi się tym, co sobie inni pomyślą i nie ograniczają go ewentualne spojrzenia innych. Jasne, bywam wstydliwa albo nieśmiała w niektórych sytuacjach (choć chyba z biegiem lat coraz mniej), ale z reguły nie przejmuję się obcymi. Nie wiem, czy to jest kwestia jakiegoś rodzaju odwagi, czy pewności siebie, a może po prostu kompleksów, których raczej nie mam (a w każdym razie nie utrudniają mi życia), ale dobrze mi z tym, że potrafię być sobą w każdej sytuacji.

***
A co do pływania wikingowego, to na razie jeszcze nam nie powiedział, czy mu się podoba, czy nie ;) Na basenie wyglądał przede wszystkim na zainteresowanego - jak zawsze, gdy gdzieś jesteśmy. Rozglądał się na wszystkie strony, uważnie słuchał. W wodzie wyglądał pociesznie (Franek z nim wszedł, moja kolej będzie następnym razem), ale raczej nie robiła na nim większego wrażenia :) Nie spodobało mu się na razie za bardzo moczenie uszu i pływanie na plecach, ale nie miał nic przeciwko zamaczaniu główki i pływaniu na brzuchu. Pierwsze koty za płoty, zobaczymy co będzie dalej. Może za dziesięć lat i on wystartuje w takich zawodach :D

sobota, 13 grudnia 2014

Relaks

Ostatnio miałam długi i dość męczący dzień. Musiałam jechać na badania z samego rana, a nie wiem dlaczego, ale zawsze wtedy budzę się jeszcze wcześniej, niż bym chciała - czyli na przykład tym razem zamiast o 6-6:30 już od przed piątą nie spałam :/ Chyba mnie stresuje ta świadomość, że muszę jechać w totalnie zatłoczonym autobusie i że muszę tyle czasu wytrzymać bez jedzenia.
Później czekałam przez godzinę na Franka, bo kończył pracę o 8:30 i byliśmy umówieni, że pójdziemy na zakupy. Przysiadłam więc sobie z książką na kanapie w mojej przychodni i czekałam, aż minie mi te półtorej godziny oczekiwania. Już wtedy czułam się lekko przymulona, bo chyba ta wczesna pobudka dawała mi się we znaki. 
Tego dnia miałam sporo spraw do załatwienia i dużo łaziłam. Ostatecznie do domu wróciłam po piętnastej. Zjedliśmy obiad, posprzątaliśmy po nim i Franek chciał się zabrać za to pakowanie torby, o którym ostatnio pisałam, ale powiedziałam mu, że muszę trochę odpocząć, bo jestem naprawdę zmęczona. 
Jak człowiek zmęczony, to wiadomo - nic mu się nie chce. Mnie się nie chce wtedy nawet myśleć. Nie lubię tego stanu i tak naprawdę chyba rzadko mnie dopada, ale bywa, że czuję się tak, jakby mój mózg leżał gdzieś odłożony na półce, a ja nie mogę do niego dosięgnąć :P Tak właśnie było ostatnio, poczułam więc, że muszę się zregenerować, zanim wezmę się za jakieś konkretne działania.

Gdy Franek usłyszał, że muszę odpocząć, wyobraził sobie, że zrobię to samo, co on w takiej sytuacji - czyli pójdę do sypialni, najlepiej jeszcze zasłonię okno i walnę się na łóżko, żeby przespać się jakąś godzinę albo i dłużej. I bardzo się zdziwił, gdy zobaczył, że moszczę się na kanapie w dużym pokoju, w kąciku, który ostatnimi czasy (znaczy się w czasach bezrobocia) stał się moim ulubionym. Za plecami mam zagłówek, po lewej stronie wielgachne poduszki kanapowe, po prawej stolik z laptopem. Całkiem blisko znajduje się kaloryfer, dzięki któremu jest mi przytulnie i ciepło, a także duże okno, przez które w ciągu dnia - zwłaszcza takiego słonecznego -  wpada mi światło. Bardzo lubię światło dzienne, dlatego zima jest pod tym względem dla mnie męczarnią, bo jest go tak mało. Z braku laku po szesnastej zapalam lampkę i też nie jest najgorzej. Jedyną wadą tej miejscówki jest fakt, że dla Franka nie bardzo jest już miejsce :P U nas w domu chyba panuje zasada, że kto pierwszy ten lepszy, bo pamiętam, że w ubiegłym roku, gdy Franek był na chorobowym, kanapa była okupowana przez niego i gdy wracałam z pracy musiałam się zadowolić fotelem albo krzesłem przy stole :) Później bywało różnie, a teraz to głównie moje miejsce - zresztą Franek nawet specjalnie nie narzeka, bo uważa, że powinnam więcej leżeć lub pół-leżeć, zamiast tyle siedzieć, więc się nie buntuje za bardzo.
Wracając jednak do tamtego dnia - umościłam się na tej kanapie, zapaliłam lampkę, włączyłam chilli zet, rozłożyłam się, przytuliłam policzek do wielgachnej poduszki, wyciągnęłam magazyn Business English i zaczęłam się uczyć słówek. Franek jak to zobaczył, to prawie padł - no bo przecież miałam odpoczywać! W tej kwestii to my się rzeczywiście bardzo różnimy. Franek potrafi spać zawsze i wszędzie - niezależnie od godziny, od okoliczności i miejsca (nie potrafi jedynie spać w żadnych środkach komunikacji). Co więcej jest to dla niego najlepszy, o ile nie jedyny, sposób na pełną regenerację sił i tylko w ten sposób odpoczywa, gdy jest naprawdę zmęczony. Czasami jeszcze zdarza mu się w takich okolicznościach pogapić w telewizor, ewentualnie pograć na komputerze. Natomiast ja w ogóle nie potrafię połączyć zmęczenia z potrzebą snu, jeśli nie jest to w godzinach 22-6! Dla mnie odpoczynek oznacza właśnie wyłączenie telewizora, komputera, rozłożenie się wygodnie i zajęcie się jakąś rozrywką, która nie wymaga ode mnie ruszania się z miejsca przez jakąś godzinę. Zazwyczaj wtedy czytam lub bawię się słowami (rozwiązując krzyżówki albo ucząc się słówek). Bywają dni, kiedy jestem na tyle zmęczona, że sen sam przychodzi w postaci krótkiej drzemki. Bo naprawdę nie potrafię tak, jak Franek, albo np. moja siostra - postanowić sobie, że ja się teraz kładę i będę spała :) Ja muszę się czymś zająć i ewentualnie, kiedy poczuję lekkie znużenie i powieki zrobią mi się ciężkie pozwalam sobie na "odpłynięcie". Taka drzemka trwa u mnie zazwyczaj około dziesięciu minut. Czasami piętnaście, ale nie więcej. Wyłączam się wtedy na ten czas, coś mi się czasami nawet przyśni, a potem otwieram oczy i czuję się znowu pełna energii.
Ostatnio obyło się nawet bez tego odpływania. Po godzinie czytania biznesowych tekstów po angielsku stwierdziłam, że czuję się naprawdę wypoczęta i możemy brać się za to, co sobie planowaliśmy. Tak właśnie wygląda prawdziwy relaks w moim wykonaniu - bo to chyba przede wszystkim stan umysłu. Świadomość, że nic nie muszę i teraz jest czas dla mnie, i dla tego, co lubię robić. Chyba już kiedyś pisałam o tym, że niektórzy się dziwią, kiedy ja mam jeszcze po pracy czas"na to wszystko", bo oni są zawsze taaacy zmęczeni. A ja myślę, że czasu to my mamy wszyscy tyle samo, tylko po prostu dla jednego odpoczynek oznacza godzinny sen, dla drugiego zalegnięcie przed telewizorem, a dla mnie zajęcie się moimi sprawami. Wystarczy mi taka godzina tylko dla siebie, żebym się w pełni zregenerowała :)

czwartek, 27 listopada 2014

Dzień bez zakwasów jest dniem straconym :)

Chciałabym ponownie nawiązać do tematu ćwiczeń :) To jest niesamowite, jak mnie te wygibasy, przysiady i wymachy cieszą! Myślę, że to, co mówią o tych całych endorfinach, które się wydzielają przy treningu, to żadna ściema, bo ja je naprawdę odczuwam :)
Opracowałam swój własny plan treningowy. Przed ciążą ćwiczyłam prawie codziennie, a minimum cztery razy w tygodniu. Treningi trwały od 45 do 60 minut. Czasami nieco dłużej. Ćwiczyłam bardzo intensywnie i dbałam o urozmaicenia - czasami to było cardio, innym razem wzmacnianie, kiedy indziej
trening interwałowy albo obwodowy lub stretching. W ciąży oczywiście moje nawyki musiałam trochę zmodyfikować. Ale kiedy tylko skończył mi się "okres ochronny" i w 12tym tygodniu dostałam zielone światło od dwóch lekarzy, z entuzjazmem wzięłam się znowu za siebie.
Postanowiłam ćwiczyć pięć razy w tygodniu po 20-30 minut. Wykombinowałam sobie, że plan będzie wyglądał tak:  1 dzień ćwiczeń-1dzień przerwy-2 dni ćwiczeń-1 dzień przerwy-3-1-4-1-5-1-4-1-3-1-2-1-1 :) A potem od nowa! I praktykuję ten sposób mniej więcej od początku sierpnia do dziś :) Świetnie się sprawdza. Oczywiście czasami bywało tak, że w jakiś dzień trening mi wypadał, więc dopuszczałam jakieś modyfikacje. Poza tym jako zaliczone ćwiczenia uznawałam wyjście na basen traktowałam albo sytuacje, kiedy zdarzyło mi się, że danego dnia dużo chodziłam (tak powyżej godziny, w umiarkowanie szybkim tempie). Kiedy pracowałam to jeszcze trzy razy w tygodniu jeździłam rowerem do pracy, co dawało mniej więcej godzinę tygodniowo.

Na rowerze jeździłam jeszcze do połowy października, ale niestety na razie zaparkowałam go na balkonie i tylko tęsknie na niego spoglądam :( Franek zabronił mi wsiadać na niego, kiedy zdarzyło mi się raz zasłabnąć (nie na rowerze, akurat wtedy szłam:)) i oczywiście na początku i tak się buntowałam, ale im ciąża była bardziej zaawansowana, na dworze robiło się zimniej i miałam mniej powodów do dojeżdżania, stopniowo z tego rezygnowałam no i teraz już nie będę przesadzać. Tak od siódmego miesiąca przestałam jeździć. Na basenie też niestety już dawno nie byliśmy i nad tym bardzo ubolewam. Najpierw byliśmy na urlopie, a potem miałam infekcję, która to wykluczyła. Nie wiem, czy uda nam się jeszcze wybrać :( Bardzo bym chciała, ale wiele będzie zależało od kolejnych wyników no i również czasu. Mamy karnet ważny do czerwca i plan, że będziemy chodzić na basen na zajęcia z niemowlakami, ale wiadomo, że to dopiero później, więc jeszcze nie wiem, jak to rozwiążemy. W każdym razie bardzo brakuje mi tego pływania :(
Na szczęście do ćwiczeń w domu nie ma żadnych przeciwwskazań :) A przy tej mojej cukrzycy to jeszcze dodatkowy plus.

Ćwiczę więc w swoim systemie - zazwyczaj robię to między ósmą a dziewiątą rano. Każdego dnia wykonuję inny zestaw ćwiczeń. W internecie jest całe mnóstwo propozycji dla kobiet w ciąży, w różnych stadiach jej zaawansowania, do tego mam kilka różnych gazetek. Aż się boję, że nie zdążę wszystkiego wypróbować :) Czasami oczywiście trochę mi się nie chce ruszyć tyłka, ale zawsze się jakoś motywuję, a po jakichś pięciu minutach zastanawiam się - co mi odbiło, że mi się nie chciało?? Przecież to takie przyjemne! :) Po ćwiczeniach czuję się genialnie. Jestem naładowana pozytywną energią, poprawia mi się nastrój, mam poczucie, że zrobiłam coś dla siebie :)
Na początku Franek się trochę niepokoił tymi moimi ćwiczeniami, nie lubił, kiedy to robię i uważał, że ćwiczę za dużo. Ale później poszliśmy do szkoły rodzenia i zmienił zdanie, bo po pierwsze tam usłyszał, że kobiety aktywne fizyczne bardzo często dużo łatwiej i szybciej przechodzą poród - są przyzwyczajone do wysiłku, mają wzmocnione mięśnie i wyrobione dobre nawyki, po drugie, szybciej dochodzą do siebie po. A po trzecie - na zajęciach również trochę ćwiczyliśmy i uwierzcie mi, dało się zauważyć, kto jest z ćwiczeniami za pan brat, a kto ma z tym problem - nawet przy najprostszym ćwiczeniu (i świetnym na kręgosłup) typu klęk podparty i wyciąganie prawej ręki i lewej nogi i na odwrót - po prostu było widać, kto robi z kręgosłupa "łódeczkę" i kto ma na tyle wzmocnione ciało, żeby się nie chwiać. Franek wtedy zobaczył, że z moją kondycją jest całkiem nieźle i był chyba nawet trochę z tego dumny :) Od tamtej pory sam mnie namawia do ćwiczeń i pyta, czy danego dnia zaliczyłam trening :)
Od kilku tygodni do moich zestawów dorzuciłam jeszcze ćwiczenia wzmacniające mięśnie dna miednicy - chociaż oczywiście można je ćwiczyć nie tylko specjalnie się do tego przygotowując.

Jak już wspomniałam, te ćwiczenia dają mi ogromnie dużo radości. Jedyny mankament jest taki, że jednak nie mogę ćwiczyć tak intensywnie przez co nie mam zakwasów :P A ja tak lubię zakwasy!! Swego czasu moim mottem było "dzień bez zakwasów jest dniem straconym" :D Starałam się każdego dnia przekraczać swoje granice i ćwiczyć różne partie mięśni, żeby później czuć, że faktycznie coś zrobiłam. W ciąży też parę razy mi się udało te zakwasy mieć - ale to zazwyczaj po nieco dłuższych przerwach. Teraz zdarza mi się to już rzadziej. Ale dopóki w trakcie ćwiczeń, naprawdę czuję, że mięśnie wykonują pracę, to i tak jestem zadowolona. Poza tym muszę się do tego przyzwyczajać, bo być może będę karmić piersią, a wtedy zakwasy zdecydowanie nie są wskazane :) Ale jeszcze mam trochę czasu, żeby się tym martwić. Tymczasem delektuję się każdym seansem treningowym - naprawdę trudno mi opisać, jakiego fajnego uczucia wtedy doświadczam.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

W końcu ruch to zdrowie...


Być może pamiętacie, że za czasów poznańskich, biegałam regularnie na aerobik. Bywało, że miałam gorszy tydzień i się nie wyrabiałam, ale też były tygodnie, w których ćwiczyłam codziennie. Średnio wychodziło cztery razy tygodniowo.
Kiedy się przeprowadziłam do Podwarszawia, bardzo mi brakowało ćwiczeń, ale początkowo nie miałam do tego głowy. Dopiero po miesiącu zaczęłam się rozglądać za jakimś klubem fitness. I owszem znalazłam, ale oferta nie wydawała mi się szczególnie atrakcyjna. W Poznaniu miałam karnet typu "open" a więc chodziłam na zajęcia kiedy chciałam, nie musiałam się deklarować na konkretną godzinę, a zajęć do wyboru było naprawdę dużo. Karnet był co prawda drogi, ale przy mojej częstotliwości godzina ćwiczeń kosztowała mnie jakieś 10 zł. Tutaj zazwyczaj karnety kosztują od 80 zł na miesiąc przy czym trzeba zadeklarować na które jedne zajęcia w tygodniu chce się uczęszczać. W ogóle mi to nie odpowiadało. W dodatku przy poprzednim miejscu zamieszkania miałabym naprawdę daleko.
Postanowiłam więc ćwiczyć w domu sama. Wydawało mi się, że być może będzie mi się trudno zmobilizować, ale nic podobnego - ćwiczyłam zazwyczaj przed pracą i dawało mi to kopa na cały dzień. Nie spodziewałam się nawet, że w sieci jest tak dużo różnych filmików z ćwiczeniami, z których można korzystać - w zasadzie nigdy się nie nudziłam i zawsze znalazłam coś na partię mięśni, którą akurat chciałam ćwiczyć.
Po pewnym czasie moi bliscy zorientowali się, że domowe ćwiczenia są moim nowym hobby i często byłam obdarowywana książkami albo płytami z zestawami ćwiczeń lub różnymi akcesoriami typu hantelki albo mata. Ćwiczyłam tak sobie od czerwca ubiegłego roku, a potem przyszedł czas na przeprowadzkę. Lokalizacja naszego obecnego mieszkania umożliwiałaby mi już stosunkowo łatwe dotarcie przynajmniej do dwóch klubów fitness, ale przyznam, że wcale mnie już to nie kusiło. Wolałam pozostać przy swoich ćwiczeniach w domu. Bywały tygodnie, że codziennie wyciskałam z siebie siódme poty i świetnie się z tym czułam :)
Miałam też przerwy, choć nigdy nie były one jakieś długotrwałe. Jedna z nich wypadła w maju. Podczas długiego weekendu jeszcze ćwiczyłam w Miasteczku razem z moją siostrą i dałyśmy sobie niezły wycisk, a potem jakbym straciła powera :) Nie mogłam się pozbierać - a później się dowiedziałam, że jestem w ciąży. Myślę więc, że mój organizm sam postanowił trochę mnie w tych ćwiczeniach wyhamować, bo ćwiczyłam naprawdę intensywnie, z dużą ilością podskoków, a to mogłoby mi zaszkodzić. 
Jednak wkrótce do ćwiczeń powróciłam- teraz już świadomie dobierałam ćwiczenia takie, które nie mogły mi zaszkodzić. Żadnego cardio i treningu aerobowego, tylko jakiś pilates, stretching i wzmacnianie poszczególnych partii mięśniowych. Znowu z pomocą przyszedł mi internet - i całe mnóstwo filmików z ćwiczeniami dla ciężarnych.

Po skończonym ósmym tygodniu miałam jednak pierwsze badanie USG i choć niby wszystko było w porządku, lekarz dopatrzył się czegoś, co spowodowało, że kazał mi przez następny miesiąc bardzo uważać i ograniczyć do minimum wysiłek fizyczny. Żadnych ćwiczeń :( Cóż, nie było wyjścia, musiałam się dostosować, bo choć ryzyko było niewielkie, to jednak wolałam w tym wypadku dmuchać na zimne. Dmuchałam więc i miesiąc później dostałam od lekarza pozwolenie na ćwiczenia - choć bez szaleństw :P Powstrzymałam się więc od podskoku z radości, ale już następnego dnia przystąpiłam do sporządzania planu treningowego :) Regularne ćwiczenia zdecydowanie dodają mi skrzydeł i cieszę się, że nie muszę z tego rezygnować, bo ten miesiąc naprawdę dał mi się we znaki!

czwartek, 12 czerwca 2014

Co z tym czasem? :)

Nie, nie mogę pozwolić, żeby mnie przymuliło na dłużej :P
Ja nie wiem co ze mną ostatnio - od marca sypałam z notkami jak z rękawa, w maju to wręcz nie nadążałam z publikacją i mam mnóstwo szkiców :) A potem mnie nagle przymuliło. Mam pewne podejrzenia, dlaczego tak się mogło stać i wydaje mi się, że jeszcze może być tak, że będziecie miały mnie dość, jak te wszystkie szkice opublikuję :)

A tymczasem miniony weekend (który jest już wspomnieniem, bo przecież za rogiem już kolejny) był całkiem udany. Co prawda Franek pracował, ale czułam się usatysfakcjonowana tamtymi dniami. Ostatnio budzę się bardzo wcześnie - dotyczy to także weekendów. I tak w sobotę wstałam krótko po szóstej, więc dzień miałam bardzo długi. I dobrze, bo sporo miałam do zrobienia.
Od rana zabrałam się za porządki i zakupy. I nareszcie znalazłam trochę czasu dla moich kwiatów, bo ostatnio nieco je zaniedbałam.
A później zaczął się czas dla mnie: najpierw trochę poćwiczyłam, a później poszłam do kosmetyczki. Zaniedbałam trochę tę ostatnią sprawę. Swego czasu chodziłam na różne zabiegi pielęgnacyjne dość regularnie, a potem krótko po ślubie to się zmieniło. Bynajmniej nie dlatego, że stwierdziłam, że teraz już o siebie dbać nie muszę, skoro faceta usidliłam :P. Po prostu niedługo później dowiedziałam się o rewolucji w pracy i nie w głowie były mi wizyty u kosmetyczki, a potem się przeprowadziłam. Zawsze trochę to trwa, zanim się człowiek w nowym miejscu odnajdzie, więc i mnie trochę to zajęło zanim stwierdziłam, że czas poszukać w okolicy jakiegoś gabinetu. Daleko szukać nie musiałam, bo wystarczy, że wyjdę z domu i przejdę przez ulicę :)
Ale łatwo też nie było, bo ze względu na to, że wiedziałam, że po zabiegu oczyszczania będę pokłuta i spuchnięta, chciałam się umówić w weekend, a nie każdy weekend przecież jestem na miejscu. I tak się umawiałam i odmawiałam od miesiąca, ale wreszcie się udało. I kiedy tak leżałam na leżance a pani kosmetyczka robiła mi masaż twarzy przypomniałam sobie, dlaczego warto odwiedzać takie miejsca co parę miesięcy! :) Kiedy pod koniec miałam już nałożoną maseczkę i musiałam przez pewien czas z nią poleżeć, zrelaksowałam się tak bardzo, że aż ucięłam sobie krótką drzemkę. Tak, to zdecydowanie było mi potrzebne! Taki czas dla mnie i moich myśli! Wyszłam stamtąd po dwóch godzinach! Chyba pobiłam swój rekord :P Ale warto było - mimo, że przez kolejne dwa dni wyglądałam raczej średnio. Ale teraz mam buźkę oczyszczoną i gładką.
W sobotę jeszcze z taką twarzą pojechałam na miasto straszyć ludzi, bo miałam parę rzeczy do załatwienia. Umówiłam się też z Frankiem i zjedliśmy obiad a później lody, którymi załatwiłam sobie gardło w dwie minuty! Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło, żeby się od lodów rozchorować. A tym razem zjadłam i po chwili poczułam, że boli mnie gardło i że zdecydowanie coś mnie łapie. Zresztą myślę, że bardziej niż lody, zawiniły klimatyzowane sklepy! Nie znoszę tych niskich temperatur w pomieszczeniach, kiedy na zewnątrz jest gorąco :/ Ale na szczęście dzisiaj już mi przeszło.
W niedzielę zamieniłam się we wzorową żonę i dla pracującego męża zrobiłam na obiad jego ulubioną pomidorówkę a na drugie niespodziankę - kluski śląskie z polędwiczkami wieprzowymi w sosie grzybowym. Ale miło było popatrzeć, jak się Franek rozpływa nad takim jedzeniem. Nie mógł się nachwalić. A ja miałam z tego dziką satysfakcję :)
Najbliższy weekend spędzamy we dwójkę na miejscu. Franek ma wolne. Mam duże nadzieje w związku z tymi dniami, bo mam przeczucie, że to będzie jeden z niewielu weekendów spędzonych w taki sposób, które nam w najbliższym czasie pozostają.
Czerwiec mija mi w mgnieniu oka - to znaczy jeszcze nie jesteśmy na półmetku, ale prawie i to mnie trochę dziwi, bo nie mam pojęcia, kiedy te dni minęły. Ale z jednej strony mocno mnie to cieszy. Z drugiej - mam wrażenie, że coś mi umyka. Zdecydowanie za rzadko piszę :D

czwartek, 24 lutego 2011

Cięcie.

Niektórzy muszą dojrzeć do tego, żeby zmienić coś w swoim wyglądzie. U mnie natomiast jest zupełnie na odwrót, zwłaszcza jeśli chodzi o fryzjera. Jednego dnia patrzę na swoje włosy i jestem z nich zadowolona.  A kilka dni później wstaję rano, patrzę na siebie i mówię „basta, wasz czas się skończył!” Wasz, czyli włosów :) 

To jest jedna z niewielu spontanicznych decyzji jakie w życiu podejmuję i dlatego nie znoszę się umawiać do fryzjera. Bo ja postanowiłam obciąć włosy już, teraz, zaraz, a nie w przyszły piątek na przykład :/ Są fryzjerki, które obetną mnie tak, jak mi się podoba, tyle, że muszę poczekać przynajmniej dwa dni, żeby się do nich wybrać. Obcinanie włosów to jednak dla mnie ryzykowna sprawa, a iść do kogoś tak w ciemno jeszcze bardziej zwiększa to ryzyko :) Ale wczoraj właśnie obudziłam się rano z myślą, że od tej chwili nie cierpię swoich włosów, które sięgają już za ramiona (ostatni raz obcinałam je w sierpniu) i postanowiłam ten jeden raz zaryzykować. Znalazłam jakiś salon w pobliżu miejsca mojej pracy i się zapisałam na 15:30. 

Wizyta u fryzjera to zawsze dla mnie stres. Bo ja nie potrafię iść i tylko podciąć włosy, tylko skracam je o jakieś 20 cm. Przeważnie jest to „na boba” z włosami dłuższymi z przodu (tak do linii brody). A potem na samym końcu okazuje się, że jest trochę za krótko chyba… Znaczy się, fryzjerki mnie ścinają dokładnie tak, jak sobie życzyłam, tylko mnie się wydaje, że chciałam dłużej :)

W pierwszej chwili więc jestem zawsze trochę rozczarowana… Potem przychodzę do domu, gdzie Franek długo mi się przygląda, obraca z każdej strony i w końcu ogłasza werdykt – „jest ok”. Później idę do łazienki, układam włosy po swojemu i zaczynam stwierdzać, że w zasadzie to mi się podoba, a do długości na pewno się przyzwyczaję. Poza tym, tak naprawdę zawsze najbardziej jestem zadowolona ze swoich włosów tak miesiąc/dwa po wizycie u fryzjera :) A więc idealnie – wszak za miesiąc będę sobie zdjęcia cykać w Hiszpanii, więc trzeba jakoś wyglądać :)

Stwierdzić mogę, że pan fryzjer się spisał i niczego nie skaszanił (ano właśnie, bo moją fryzurą zajął się facet. I to nie stereotypowy homoseksualista w różowych ciuszkach tylko pan w okolicach pięćdziesiątki, stateczny małżonek swojej żony, która strzygła panów). Z każdym spojrzeniem w lustro utwierdzam się w przekonaniu, że jest całkiem dobrze i zadowolona jestem, że przy krótszych włosach mniej czasu będę tracić na suszenie i układanie fryzury.

A wieczorem weszłam do pokoju, Franek spojrzał na mnie i stwierdził spontanicznie: „a wiesz, całkiem fajnie ci w tych kłakach*” Czyli jest dobrze. Jeszcze tylko muszę przeżyć dzisiejszy dzień w pracy i wysłuchiwanie komentarzy szefa i kolegów na temat mojego nowego image’u. A mówi się, ze faceci nie zwracają uwagi na wygląd :)

*uwielbiam pochwały Franka dotyczące mojego wyglądu. Oprócz fajnych kłaków mam jeszcze szmatkę, w której dobrze wyglądam (czyt. tunikę) a do tego podoba mu się, gdy się wysmaruję (czyt. zrobię makijaż :))

niedziela, 30 stycznia 2011

Wstęp do diety :)

No to jesteśmy na diecie :) Znaczy się ja i mój żołądek, bo Franek już chyba chudszy być nie może :)
Niektóre z Was być może pamiętają, że trzy lata temu byłam na diecie i w ciągu czterech miesięcy schudłam 12kg. W planie było 9, ale mój organizm się rozpędził i potem musiałam dwa kilo przytyć, bo się za bardzo koścista zrobiłam. Przez kolejne miesiące moim jedynym celem było utrzymywać moją wagę tak, aby wahała się od 48 do 50 kg. (Od razu podkreślam, ze mam 158 cm wzrostu, więc nie jestem anorektyczką! :)) Udawało mi się to przez dwa lata i niestety pod koniec ubiegłego roku trochę mi przybyło tu i ówdzie.

Mój tryb życia nie zmienił się specjalnie, nadal regularnie ćwiczyłam i starałam się jeść tak, jak wcześniej. Ale możliwe, że przy Franku moje posiłki stały się trochę bardziej tłuste albo porcje były większe. A może i słodyczy jadłam więcej niż kiedyś? Tak czy inaczej, moja waga niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do 52 kg. Dwa tygodnie temu powiedziałam sobie – dość!

Zbierałam się do tego długo, ale widocznie musiałam dojrzeć do tej decyzji. Co prawda podobno w ogóle po mnie nie widać tych dwóch kilogramów więcej, we wszystkie ubrania mieszczę się tak jak zawsze, ale mnie zawsze przybywa kilogramów w talii i nie podoba mi się ten tłuszczyk, który się tam odkłada. Możliwe, że inni go nie widzą, bo nietrudno jest to zamaskować, ale dla mnie przede wszystkim liczy się to, co ja o sobie myślę i czy sama sobie się podobam. Postanowiłam powalczyć z tymi kilkoma centymetrami w talii.
Moim problemem było to, że to tylko dwa kilo :) Ciągle szkoda mi było zachodu, ale wreszcie się zmobilizowałam.
Od dwóch tygodni jestem na mojej ulubionej i moim zdaniem jedynej skutecznej dla mnie (podkreślam, ze dla mnie, bo skoro są osoby, które chudną po Kopenhaskiej, Dukana i innych, to widocznie coś w tym jest, ale na pewno nie są to diety dla mnie) diecie niskokalorycznej. Już kiedyś pisałam bardziej szczegółowo, jak się do tego zabieram, więc niech notka Dieta cud? Nie dziękuję. będzie uzupełnieniem dzisiejszej.

Teraz pochwalę się tylko, że już udało mi się zrzucić 1,5 kg, a więc mam nawet szybsze tempo od tego, które sobie założyłam (1kg na dwa tygodnie). A poza tym moja talia wygląda już tak, że jestem z niej całkiem zadowolona, zbędnego tłuszczyku za wiele tam nie ma :)
 Wiem, że być może dla niektórych takie tempo to żadne tempo, ale ja uważam, że takie chudnięcie jest najbardziej optymalne dla mojego organizmu, który stopniowo przyzwyczaja się do mniejszej ilości kalorii. Myślę, że jeszcze jakieś dwa, trzy tygodnie i zacznę etap stabilizacji. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie ważyć poniżej 48 kg, bo zaczynam wtedy nieładnie wyglądać. Mam chyba ciężkie kości, bo nawet przy wadze, która dla mnie jest jeszcze prawidłowa wyglądam niedobrze – chudnę na twarzy i wyglądam niezdrowo, a poza tym straszę wystającymi kośćmi obojczykowymi. Moja mama i Franek (zwłaszcza Franek, bo nie podobałam mu się w wersji 46,5kg) bardzo mnie pilnują, żebym nie przesadziła.
O kolejnych szczegółach wspomnę następnym razem. Bo o jedzeniu to ja mogę długo :)

piątek, 17 grudnia 2010

Ani be, ani me, czyli o paznokciach :P

Wybrałam się wczoraj na remont prawie generalny ;)) W sensie poszłam do kosmetyczki, a żeby nie chodzić dziesięć razy, to postanowiłam załatwić wszystko za jednym zamachem – a więc i oczyszczanie twarzy i regulację brwi i maseczkę i paznokcie. No właśnie, na to ostatnie była promocja, więc się skusiłam. Bo muszę Wam powiedzieć, że jeszcze nigdy nic z paznokciami nie robiłam – poza oczywiście jakimś tam piłowaniem i malowaniem we własnym zakresie i bez rewelacji. A teraz sobie zafundowałam żel na własną płytkę z wykończeniem french :) Pani mi jeszcze walnęła jakiś wzorek no i pociągnęła jasnym lakierem. Bardzo jestem zadowolona. Teraz przez jakiś czas będę się cieszyć ładnymi paznokciami a za jakiś czas może się wybiorę znowu i to powtórzę :)

Ale z racji tego, że po raz pierwszy robiłam sobie profesjonalny manicure, czułam się kompletnie niezgrabna :)) Nie wiedziałam, co robić z rękami, którą podawać, której nie, co zrobić z drugą, który palec podać i takie tam. Zadawałam przy okazji pewnie mnóstwo głupich pytań a raz oczywiście dotknęłam świeżutko pomalowanymi dwoma paznokciami sweterka i pani musiała powtarzać :) Sierota ze mnie, ale może się jeszcze wyrobię :) W każdym razie pani na szczęście była bardzo miła, więc nie miałam aż takich wyrzutów sumienia, że taka ciamajda ze mnie, a poza tym od samego początku lojalnie uprzedzałam, że jam świeżynka, więc wiedziała, na co się porywa :)

Ale wiecie co mnie denerwuje zawsze u takich kosmetyczek, fryzjerek itp? To, że trzeba gadać… Ja oczywiście z tym problemu nie mam, wiecie, że gaduła ze mnie, ale… No właśnie. Kiedy idę na przykład na oczyszczanie twarzy czy masaż, to chcę się po prostu zrelaksować, pogrążyć w swoich myślach i totalnie się zapomnieć. Nie chcę silić się na żadne grzecznościowe rozmowy. Podobnie przy czesaniu, czy manicurze. Ja wiem, że nie można też tak usiąść tylko, patrzeć spod byka i ani me, ani be, ani kukuryku. Zresztą takich pań, które z kolei nie mówią nic i jeszcze, co gorsza, są naburmuszone również unikam. No ale nie przepadam za zwierzaniem się obcej osobie (cicho tam, blog, to coś innego :P). Lubię tak zamienić na początku kilka grzecznościowych słów, wspomnieć, że zimno albo ciepło. Coś tam skomentować, ale najbardziej lubię po prostu siedzieć, patrzeć i myśleć i nie czuć się zobowiązana do prowadzenia konwersacji, a już na pewno nie lubię czuć się skrępowana ciszą, więc miło jest, kiedy pani fryzjerka czy inna kosmetyczka uszanują moją ciszę ;)

Tak jak wspomniałam, pani, która zajmowała się moimi paznokciami była naprawdę bardzo miła. I przyjemnie nam się rozmawiało, ale poczułam się dość mocno skrępowana, kiedy zaczęła wypytywać mnie o to, co komu kupiłam w prezencie pod choinkę… No jakoś tak niezręcznie było mi o tym mówić, bo jednak pierwszy raz kobietę na oczy widzę, a tu wychodzi na to, że od razu będę jej opowiadać, kto jest w kręgu mojej najbliższej rodziny, czym się interesuje i co lubi robić.

A tymczasem rozpoczynam weekend, na który czekałam z wytęsknieniem. Nie mam zajęć, Franek nie pracuje, mam nadzieję, że będzie miło. Mam nadzieję, ze spędzimy miło czas. Obym nie zapeszyła. :)
Ps.Małe sprostowanie :) Bo widzę, że część z Was, nie wiedzieć czemu,wyobraża sobie, ze mam teraz długie pazurki :) A że lubię być precyzyjna, to wyjaśniam :) Bardzo nie lubię mieć długich paznokci, bo mi przeszkadzają. Ale ja robiłam żel na własną płytkę, a więc mam paznokcie wystające poza opuszek co najwyżej dwa milimetry :)

poniedziałek, 25 października 2010

Wszystko dla ciała.

Ostatnio karmię ciało… Wiadomo, że trzeba zadbać i o ducha i o ciało. Ostatnimi czasy skupiłam się bardzo na tym pierwszym. Sporo czytałam – czasami wręcz nic nie robiłam po powrocie z pracy, tylko siadałam w fotelu i zagłębiałam się w powieści. Innym razem oglądałam seriale. Dobra, wiem, mało ambitne, ale jakby nie było pokarm dla ducha jakiegoś rodzaju to jest – no bo na pewno nie dla ciała :) Za to ambitniej było na zajęciach z zarządzania dystrybucją czy prawa transportowego… Poza tym mój duch dokarmiany był muzyką klasyczną, ze wskazaniem na Chopina – z racji trwającego trzy tygodnie konkursu chopinowskiego. Konkurs się skończył, stwierdziłam, że teraz czas na ciało.

W sobotę po powrocie z uczelni wsunęłam na szybko pierogi, które zostawił mi na obiad Franek (a pierogi oczywiście domowe, robione własnoręcznie przeze mnie i przez Franka właśnie jakiś czas temu, zamrożone i czekające na okazję :)), poprawiłam makijaż i wyruszyłam w miasto. Umówiłam się z koleżanką. Poszłyśmy na piwo. Popiłyśmy je wiśniówką, po czym Anka stwierdziła, że jest głodna. Za mną od kilku dni chodziła ochota na jakieś śmieciowe żarełko (a tak, lubię, nie przesadzam z tym, ale mówcie sobie co chcecie – dobre to jest i już :)), myślałam, że może pójdziemy do jakiejś budki z fast foodem, ale Ania miała ochotę na prawdziwy obiad. Zaprowadziła mnie do… pierogarni :P Tak długo mnie namawiała i kusiła (mimo zapewnienia, że pierogami to ja już się dziś najadłam), że ostatecznie zamówiłam porcję i dla siebie. Ale żeby nie było, wzięłam tym razem leniwe :) Do tego wypiłyśmy jeszcze po piwku i poszłyśmy… na piwko do pubu :) Długo nie balowałyśmy, Franek kończył pracę po północy, więc przyjechał po nas i porozwoził do domu. Położyłam się i zasnęłam jak zabita. Dawno mi się tak dobrze nie spało, zawsze się wybudzam, kiedy Franek kładzie się później, a tym razem dopiero o szóstej wyciągnęłam rękę, żeby sprawdzić, czy jest obok :) Nie czułam się specjalnie rześko, więc zasnęłam z powrotem i spałam aż do 10:15, co zdarza się niesamowicie rzadko… A obudziłam się tylko dlatego, ze zdziwiło mnie niesamowicie, że Franek wstaje przede mną. No to to się już chyba nigdy nie zdarza… :)  

Franek zajął się śniadaniem, a ja dochodzeniem do siebie. Potem przyszła kolej na mnie i zabrałam się za obiad – placki ziemniaczane. Ledwo skończyłam je smażyć, Franek musiał wychodzić do pracy, a ja odebrałam telefon od Doroty z propozycją nie do odrzucenia. Pojechałyśmy sobie pod Poznań na basen – taki z masażami wodnymi, zjeżdżalniami no i przede wszystkim z jacuzzi, w którym spędziłyśmy najwięcej czasu. Potem uczyniłam zadość jeszcze mojemu pragnieniu śmieciowego jedzenia i zjadłam talerz frytek :) Tak oto skończył się mój weekend.

A dzisiaj idziemy jeszcze z Dorotą na aerobik i do sauny. Potem na piwko. Aha, i żeby nie było – na aerobik to ja chodzę cały czas regularnie, nawet wtedy, kiedy skupiam się na duchu :) W październiku zwiększyłam częstotliwość do dwóch-trzech razy na tydzień :) W ramach tego dbania o ducha, powinnam jeszcze się wybrać do fryzjera i kosmetyczki. Ale u tego pierwszego byłam całkiem niedawno, a na drugą chwilowo funduszy brak (ach ta logistyka :)) Poszłam więc sobie… do dentysty. No co? W końcu to też jest dbanie o ciało, nieprawdaż? :) Na szczęście choćbym nawet kilka lat nie odwiedzała przybytku dentystycznego, szkody na moim uzębieniu zawsze są minimalne, więc strachu przed stomatologiem nie odczuwam. A to dziwne, w końcu to też biały fartuch, co więc z moim syndromem? :)

poniedziałek, 1 marca 2010

wSPAniały dzień :)

Więcej takich weekendów poproszę :) Zaczęło się już w piątek, a jak już wspomniałam w ostatniej notce, był to dla mnie naprawdę bardzo dobry dzień. Niemalże w stanie euforii kładłam się spać i żałowałam, że dzień się już kończy.
Jak już wiecie, jedną z przyczyn mojego dobrego nastroju była wiadomość z Salamanki o zdanym egzaminie. Pół roku realnego niepokoju i realnego poczucia totalnej porażki okazało się fikcją :/ Nie wyobrażacie sobie tego poczucia ulgi, które w tym momencie odczułam…
Prosto z poczty pofrunęłam niemal jak na skrzydłach na masaż. Przyznaję, że myślałam, że to będzie takie małe byle co :) W końcu konkurs polegał tylko na tym, żeby wysłać maila z imieniem i nazwiskiem (BTW: dzisiaj dostałam informację, że znowu wygrałam – tym razem dwa zaproszenia o wartości 20 zł do jakiejś kawiarni z ekologicznym jedzeniem ;)). Wysyłałam na co popadnie, dopiero potem się zreflektowałam i pomyślałam, że bez sensu żebym wysyłała na jazdę na łyżwach, skoro w życiu nie miałam tego na nogach :) W każdym razie polowałam na bilety do kina i w pierwszym momencie pomyślałam sobie, że nie będę szła na jakieś podejrzane masaże. Dopiero kiedy przeczytałam, że to w SPA, to mnie ruszyło. Pomyślałam, że może być fajnie.
Ale nie sądziłam, że będzie aż tak fajnie! Toż to luksus był prawdziwy! (a w ogóle to dostrzegłam w cenniku, że normalnie kosztuje taka przyjemność 100 zł ;)). W ogóle myślałam, że to będzie tylko masaż pleców, a nie całego ciała. Dobrze, że parę dni wcześniej nogi ogoliłam, bo byłby wstyd :P
Kiedy przyszłam, masażystka już na mnie czekała. Zaprosiła mnie do pomieszczenia, w którym unosił się zapach olejków eterycznych a na podłodze i parapecie paliło się mnóstwo świeczek. W tle słychać było relaksacyjną muzykę. Miałam się rozebrać i położyć na łóżko. Nie powiem, przez chwilę poczułam się jak u lekarza :) Ale zaraz to przykre odczucie minęło, kiedy pani zaczęła zajmować się moją prawą nogą, potem lewą, brzuchem i ramionami. Potem to samo w leżeniu na brzuchu – z wymianą brzucha na plecy :) Najpierw był masaż klasyczny a potem za pomocą gorących kamieni. To dopiero były doznania :) Całość trwała ponad godzinę.
W życiu nie myślałam, że masaż może być taki przyjemny :) To znaczy podejrzewałam, ale dopiero jak odczułam to na własnej skórze, zaczęłam sobie obliczać ile bym musiała sobie do skarbonki odkładać, żeby, powiedzmy, raz na dwa miesiące sobie taką przyjemność zafundować.
Ciekawa sprawa jak taki zabieg potrafi poprawić humor. Znaczy się ja i tak miałam dobry nastrój z wiadomego powodu, ale ten masaż wprowadził mnie właśnie we wspomniany wcześniej stan euforii :) Przez godzinę czułam się najważniejszą osobą w całym wszechświecie. Ważna byłam tylko ja moje doznania i moje myśli – jak najbardziej radosne. Niesamowicie pozytywnie takie zabiegi wpływają na, – że się posłużę jednym z moich ulubionych słówek po angielsku – podwyższenie swojego self-esteem :) (poczucie własnej wartości nie brzmi tak ładnie ;)) Naprawdę nie przypuszczałam, że wyjdę stamtąd taka zrelaksowana i podbudowana. Postanowiłam przedłużyć sobie chwile tej przyjemności i nadal zająć się sobą. W nagrodę za zdany egzamin zaprosiłam się do mojej ulubionej kawiarni, gdzie usiadłam sobie z boczku, zamówiłam ulubioną herbatę i sałatkę i zagłębiłam się w lekturze.
Chwile rozmyślania nad tym, jak to dobrze być kobietą przerwał mi Franek, który skończył pracę i wstąpił po mnie do kawiarni. Razem pojechaliśmy do domu.
Cudny to był dzień i wspaniały początek słonecznego, wiosennego weekendu. Dość już jednak o weekendach, mamy poniedziałek i to w dodatku 1 marca, więc trzeba się zabrać do roboty. Schodzimy z obłoków Ludziki Drogie :)

czwartek, 29 października 2009

Ładnie dziś wyglądasz.

Każda babka lubi słyszeć, ze ładnie wygląda nie? :) Ale z drugiej strony nie powinna może tego słyszeć codziennie, bo jak spowszednieje, to traci swoją moc. Mam takiego kolegę w pracy (tego od kwiatów i od budki telefonicznej), który codziennie przychodzi do pracy i pierwsze co robi, to kieruje swoje kroki do biura, żeby się ze mną przywitać i powiedzieć mi, że ładnie wyglądam.
No pewnie, że to miłe, ale trochę przestałam na to reagować, bo jak tu wierzyć, skoro słyszę to codziennie, bez względu na to jak jestem uczesana i w co jestem ubrana.? :) W pewnym momencie zamiast „dziękuję, miło mi”, zaczęłam odpowiadać z uśmiechem „dzisiaj też?” :) Chociaż jedno mu trzeba oddać, jak pewnego razu miałam zmartwienie i zaliczyłam nieprzespaną i przepłakaną noc, to zapukał swoim zwyczajem do biura, powiedział: „Cześć Margolka ład…” i się zawiesił, po czym dokończył „coś blada dzisiaj jesteś, dobrze się czujesz? Jakoś źle wyglądasz..” Więc może jednak jest szczery i naprawdę uczciwie mówi, że mam ładny płaszczyk na przykład :)
Także w liceum miałam kolegę, który raz jeden powiedział mi, że ładnie wyglądam, a ponieważ bardzo miło mi się wtedy zrobiło i dziękowałam mu wylewnie za komplement, chyba uznał za punkt honoru codzienne poprawianie mi nastroju miłym słowem. Od tamtej pory każdego dnia przychodził do szkoły ze słowami „Cześć Gosia, ładnie dzisiaj wyglądasz” :)
Miło jest słyszeć coś takiego codziennie, ale jeszcze przyjemniej, kiedy się usłyszy coś takiego niespodziewanie i od osoby, która komplementami nie szafuje. Pamiętam jak ładnych parę lat temu spotkałam się z moim ówczesnym najlepszym kolegą i on nagle spojrzał na mnie i powiedział „jakoś ładnie dzisiaj wyglądasz”. Miałam wtedy podły nastrój, ubrana byłam bardzo zwyczajnie (do dziś to pamiętam :) i nawet się nie pomalowałam, bo była sobota. Ależ mi się przyjemnie zrobiło.
A jeszcze przyjemniej zrobiło mi się wczoraj. Franek nie należy do tych facetów, którzy nie mają swojego zdania jeśli chodzi o babskie ciuszki czy fryzury. Potrafi spojrzeć na mnie krytycznym okiem i powiedzieć, że sweterek troszkę babciny albo, że coś dziwnego mam z włosami (na szczęście często tego nie słyszę, więc chyba nie jest tak źle :)). Ale jednocześnie od samego początku ujął mnie tym (bo był pierwszym moim chłopakiem, który zwracał uwagę na to, jak wyglądam), że słyszałam od niego dość często: „O, ładnie Ci w tym”, albo „Jakoś Ci to pasuje”, albo „O co zrobiłaś z włosami, jakoś tak ładnie…”. Codziennie może tego nie słyszę, ale cieszę się, bo lubię się czasami odpicować i otworzyć mu drzwi umalowana, przebrana i zobaczyć w jego oczach prawdziwy podziw i zachwyt. Kiedy mu się tak oczy zaświecą, wiem, że jest szczery. Jakbym słyszała to za często, komplementy by mi spowszedniały.
Wczoraj rano normalnie ubrałam się do pracy. Włożyłam nowy golf z sobotnich zakupów, a że oczy miałam trochę podkrążone do makijażu, oprócz codziennego tuszu do rzęs, użyłam również cienia pod kolor i kredki. Franuś się przebudził, spojrzał na mnie i nagle szeroko otworzył oczy i powiedział „Ale ślicznie wyglądasz!!” Uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam on dalej siedział i patrzył na mnie powtarzając „Normalnie, ale ładnie ta moja Kluska dzisiaj wygląda…” No i wiadomo, że wyszłam z domu od razu w lepszym nastroju. Potem poprawił mi go jeszcze R. spojrzał na mnie i rzekł „O coś nowego widzę, jakoś inaczej… no ładnie, ładnie…” No proszę, najpierw Facet Osobisty, potem Szef :) Ja wcale jakoś szczególnie nie wyglądałam, ot zwykły golfik za 40 złotych. Ale widocznie ładnie mi w czerwonym :) A poza tym warto się jednak codziennie nie malować, to jak już człowiek się pacnie takim bordowym maziajem, to nie dość, ze wszyscy zauważą to jeszcze pochwalą :)
A co do Kolegi z pracy, właśnie przed chwilą mnie nawiedził w biurze i usłyszałam „Cześć kochanie, ależ ładnie wyglądasz, no pięknie! Długo dzisiaj jesteś? Aaa, normalnie.. No, dobre i to”
No to wracam do roboty, bo zaraz się okaże, że nie będzie normalnie, a ja dziś na Hiszpański się spieszę ;)