*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwile wytchnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chwile wytchnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 grudnia 2015

Relacja z weekendu.

Nie wiem kiedy minął ten weekend :) Czas dosłownie śmignął! Wczoraj z samego rana przyjechali moi rodzice. Franek niestety pracował, w dodatku się znowu trochę rozchorował, więc bez niego pojechaliśmy do jednego centrum handlowego, bo miałam tam do odebrania przesyłkę. A konkretnie był to prezent pod choinkę dla Wikinga :) Skoro już tam byliśmy, to przy okazji przeszliśmy się jeszcze do dwóch sklepów, kupiliśmy pościel na zmianę do łóżeczka i jakieś drobiazgi dla Wikinga. Poszliśmy też na "lunch" (bo nie na pizzę :)) do Pizzy Hut. Wiking był zachwycony! Po pierwsze podobało mu się krzesełko bez blatu przystawiane bezpośrednio do stołu, po drugie zabawki, które miał do dyspozycji. A po trzecie smakowało mu jedzenie. Wiking jest nadal drobny, ale jak to moja mama go określiła - to jest dziecko, które ciągle je! :) Rzeczywiście, trochę tak jest. Piersią co prawda karmię go już zazwyczaj tylko dwa, trzy razy dziennie, ale dostaje trzy posiłki "zwykłe"plus jakieś drobne przekąski w postaci kawałka papryki (zajada się papryką!), ogórka albo piętki od chleba. Wikuś jest oburzony, kiedy my coś jemy a on nie - myślę, że to jest pozytywny skutek uboczny tego, że od dawna siedzi z nami przy stole podczas posiłków. Zawsze musi dostać do rączki jakąś część naszego obiadu. A jako że wczoraj zamówiłam sobie bar sałatkowy i grzanki z mozzarellą i pomidorami, Wiking miał wolność wyboru. Właściwie jedliśmy z jednego talerza, bo podkradł mi z niego kawałek pieczywa i brokuły :) To smakowało mu najbardziej. Nie pogardził też grillowanym kurczakiem, oczywiście papryką i makaronem. Za to fasolka szparagowa nie podeszła mu zupełnie, ale wcale mu się nie dziwę, bo mi też akurat nie smakowała :) Fakt, że normalnie przyprawiamy mu jedzenie ziołami i pieprzem, ale nie solimy, a wczoraj jadł to samo co my, ale w końcu raz nie zawsze.

Parę razy już się zdarzyło, że Wiking był razem z nami w galerii handlowej i zawsze wyglądał na zadowolonego - a w każdym razie nigdy nie zdradzał objawów "przebodźcowania" po takiej wizycie, ale teraz podobało mu się szczególnie, bo po pierwsze wszędzie było pełno kolorowych świątecznych światełek, a po drugie, oglądał świat z zupełnie nowej perspektywy - z perspektywy istoty dwunożnej a nie czterokółkowej ;) A więc debiut ma już za sobą, dotychczas chodził tylko po mieszkaniu.

Popołudnie spędziliśmy już w domu w komplecie, choć nie jestem pewna, co takiego robiliśmy :) Trochę rozmawialiśmy, Wiking bawił się prezentami, które dostał dzień wcześniej od Mikołaja, ja odrobiłam wreszcie prasowanie... :) Ani się obejrzeliśmy, trzeba było iść spać a potem zaraz wstawać, bo już się zrobiło rano :) Poszliśmy do kościoła, potem rodzice zabrali Wikinga na spacer, a ja miałam chwilę na zajęcie się swoimi sprawami. Dzisiejszy obiad znowu jedliśmy poza domem - moja mama miała zaległe bony podarunkowe, których ważność jej się kończyła, więc przyjechała z zamiarem wydania ich na jedzenie w knajpach :) 
Później jeszcze przysiadłam razem z moim tatą do komputera i przeszłam przyspieszone szkolenie z korzystania z niektórych bardziej zaawansowanych opcji excela :) Dawno już się chciałam tego nauczyć i wreszcie się zmobilizowaliśmy. Ale to i tak tylko wywołało u mnie zwiększenie apetytu i mam ochotę na więcej, może w czasie świąt będzie następna lekcja.
Po 18:00 rodzice pojechali i właśnie dostałam informację, że dotarli do domu. Przyznam, że póki co nie mam syndromu przedszkolaka i nie zanosi się, żeby miał się pojawić, bo w ogóle o tym nie myślę. Przed nami bardzo intensywny tydzień, mamy w planie kilka spotkań, w czwartek przyjedzie Dorota - też w biegu zaliczając tę wizytę u nas - więc pewnie ani się obejrzymy i będzie kolejny weekend.  A potem jeszcze tylko tydzień i święta. Czas zapiernicza jak Wiking kiedy zobaczy otwarte drzwi od sypialni! (bo to oznacza, że może wleźć na łóżko i tarzać się po pościeli)

Właśnie sobie uświadomiłam, że chyba bardzo dawno nie pisałam notki, której tematem byłoby to, co robiłam w minionym czasie :P

niedziela, 25 października 2015

Stare kąty w nowym wydaniu.

Ha! Zapobiegliwie położyłam się wczoraj normalnie o 22, bo wiedziałam, że Wiking ma w nosie przestawianie zegarków i fakt, że śpimy godzinę dłużej (godzinę dłużej? A po cholipę? - myśli sobie zapewne moje dziecię, echh, czy on się nie mógł wrodzić w tatusia w tej kwestii? :)) i oczywiście obudził się o 6tej. Również czasu starego. Dzięki temu byłam wyspana, mimo, że zegarek wskazywał godzinę 5 :)

To nie jest tak, że skoro jestem w Miasteczku to mam nagle tyyyle czasu i labę, bo się wszyscy Wikingiem zajmują :) Przez większą część dnia nic się nie zmieniło, bo moi rodzice pracują i mama wraca dopiero po 15, kiedy to pomaga mi znieść wózek i wychodzę na spacer. Rodzice nie rzucili wszystkiego, bo wnuczek przyjechał, tylko prowadzą normalne życie i mają na głowie mnóstwo obowiązków domowych tak, jak dotychczas. W dodatku wcześniej tata był na delegacji i teraz musi nadrabiać zaległości na ogródku, żeby przygotować go przed zimą, więc od razu po pracy każdego popołudnia leci na działkę.  Siostra na co dzień mieszka w Krakowie, więc wpada tylko w weekendy. Wobec tego przez większość czasu i tak to ja się zajmuję Wikingiem, a jeśli chodzi o domowe sprawy to są rzeczy, którymi muszę się zajmować w domu, a których tu robić nie muszę, ale za to doszły inne. Niemniej jednak oczywiście sam fakt, że jestem w Miasteczku działa na mnie pozytywnie. 
Ale przyjeżdżają do nas również co parę dni wujek z dziadkiem i wtedy mam labę :P Mam jakieś dwie godzinki popołudniu, kiedy to dziadzio siedzi w fotelu i rozmawia z Wikingiem, a wujek się z nim bawi, a kiedy zaczyna marudzić w porze przedkąpielowej, nosi go na rękach. Oczywiście bywa, że tę labę wykorzystać muszę na przykład na prasowanie, ale zawsze udaje mi się uszczknąć coś dla siebie z tego wolnego czasu.

Wczoraj za to chyba pierwszy raz od narodzin Wikinga miałam naprawdę luźny dzień! Moi rodzice pojechali w głąb Opolszczyzny, żeby zrobić porządek na grobach moich dziadków przed zbliżającym się Świętem Zmarłych. Miałam do wyboru zostać z Wikingiem albo pojechać do Przymiasteczka. Wybrałam to drugie. Najpierw pojechaliśmy do wujka, który wziął Wikusia w obroty - bawił się z nim klockami, czytał książeczki, pokazywał jak się myje balkon i wiesza pranie (choć to akurat Wiking dobrze zna i jak zwykle wziął się za pomaganie - Wikuś uwielbia wyciągać mokre ubrania z miski :)). Potem przeszliśmy spacerem do dziadka. Tam zjedliśmy obiad i znowu miałam chwilę, żeby trochę sobie posiedzieć przy komputerze i poczytać. A później wujek zabrał Wikinga na ponad dwugodzinny spacer :) O tak, wczoraj sobie trochę odpoczęłam! Kurczę, szkoda, że wujek tak daleko mieszka, bo jako że nie ma swojej rodziny, ma najwięcej wolnego czasu i chętnie zajmowałby się Wikingiem jako dziadko-wujek :) Dla mnie i mojej siostry zresztą przecież też był prawie jak drugi tato :)

Ostatecznie większość dnia spędziliśmy wczoraj w mieszkaniu dziadzia i rozmyślałam o tym, jak historia cały czas zatacza koło. To było mieszkanie, po którym pięćdziesiąt lat temu biegała dwójka małych dzieci - moja mama i wujek. Dwie dekady później pojawiły się kolejne - ja i moja siostra. Mam zdjęcia jako kilkumiesięczny berbeć tym pokoju - jak siedzę, bawię się, stawiam pierwsze kroki - po którym wczoraj raczkował Wiking. Dziwne to dla mnie trochę doświadczenie, bo to jedyny dom, który w mojej rodzinie pamięta kilka pokoleń. Wujek wczoraj zniósł z drugiego piętra wózek i Wikinga, a ja schodziłam za nim w kapciach, z kocykiem, następnie otuliłam Wikinga, pomachałam mu i wróciłam do domu. Tak samo zapewne robiła moja mama trzydzieści lat temu - w tym samym miejscu :) Wujek spacerował z Wikusiem w tych samych miejscach, w których przez wiele lat spacerował ze mną i siostrą. Chyba też się już nie może doczekać aż wsadzi Wikinga na rower :P Przymiasteczko jest mi zdecydowanie bliższe jako miejsce niż Miasteczko. Ale spacerując po Miasteczku też czuję, jak dopadają mnie duchy przeszłości - choć nieco innego rodzaju. O tym jednak innym razem, bo Wiking się właśnie powoli budzi ze swojej - jakżeby inaczej - 30 minutowej drzemki*. 
Słowo daję, to dziecko za chwilę będzie potrzebowało nie więcej niż osiem godzin snu na dobę :P - trzymamy się tego, że to przypadłość dzieci inteligentnych. Hmm, ja też zawsze mało spałam. Mogę chyba nieskromnie przyznać, że choć wad mam sporo, to głupota wrodzona nie jest chyba jedną z nich prawda?  O nabytej pogadamy kiedy indziej :D

*notkę napisałam trcohę wcześniej niż została opublikowana

sobota, 5 września 2015

Wychodne i słodkie sny.

Doczekałam się nareszcie pierwszego wychodnego, na które się umówiłam z Frankiem :) W czwartek Franek kończył o 10, więc był wcześnie w domu, wobec czego mogłam sobie wyjść po 11 na parę godzin. Nie było to tak zupełnie wyjście bezcelowe, jak wcześniej zakładałam, ale nie szkodzi i tak mam poczucie, ze świetnie wypoczęłam przez tę chwilę :)

Pojechałam sobie do centrum Warszawy. Musiałam tam zanieść skierowanie Wikinga do przyszpitalnej przychodni. Mogliśmy to zrobić przy innej okazji, ale chciałam mieć to z głowy i stwierdziłam, ze to było bardzo dobre posunięcie, bo dość długo czekałam w kolejce. Mogłam sobie stać spokojnie i czytać ksiązkę, a gdybyśmy byli z Wikingiem, to wiadomo, ze by się niecierpliwił i juz by tak przyjemnie nie było :)
Potem przeszłam się spacerkiem Nowym Światem. zajrzałam do kilku księgarni, pooglądałam książki, nawet coś zakupiłam dla Wikinga. Odkąd zobaczyłam, ze wieczorem słucha, kiedy mu czytam, a w ciągu dnia nawet się od czasu do czasu zainteresuje książka jako zabawką, poogląda obrazki, poodwraca strony, trochę na punkcie tych książeczek zbzikowałam ;)) Na szczęście jeszcze nie na tyle, żeby wydawać na nie fortunę, ale oglądać mogłabym godzinami i zastanawiać się, co kupić przy następnej okazji.

Później poszłam sobie jeszcze na ciacho do kawiarni. Usiadłam sobie przy torciku bezowym z mascarpone i zagłębiłam w kryminał Agaty Christie... Wiecie, ze marzyłam o tym torciku prawie od roku! A dokładnie od kiedy dowiedziałam się w ciąży, ze mam cukrzycę. Wcześniej jadłam ten torcik zaraz po tym, jak się przeprowadziłam do Warszawy, więc ponad dwa lata temu. Później miałam okazję, ale o tym nie myślałam - dopiero jak się okazało, ze mi nie wolno, to nagle za nim zatęskniłam... Kiedy po porodzie cukrzyca minęła, mogłam jeść słodkie i jadłam (zwłaszcza w pierwszych dniach, bo się stęskniłam), ale ogólnie wiele nawyków żywieniowych z tamtego czasu mi zostało. Fajnie jest, ze teraz nie muszę sobie słodkiego odmawiać i nie robię tego, ale jednak staram się trzymać zdrowej diety i nie przesadzać. Jednak zupełnie inaczej nie je się słodkiego, bo samemu się tak zdecydowało, a inaczej, gdy zwyczajnie nie wolno... 
W kazdym razie, kiedy w czasie, gdy borykałam się z cukrzycą ciązową, po raz pierwszy w zyciu zaczęłam tak bardzo tęsknić za jedzeniem, ze... śniło mi się po nocach! zwłaszcza właśnie cukierki czekoladowe, ciastka z kremem i inne wyroby cukiernicze. Śniło mi się, ze miałam ich do wyboru, do koloru i za chwilę właśnie miałam spróbować az tu nagle.. budziłam się z poczuciem niedosytu!
I te sny zostały mi nawet do teraz (choć zdarzają się rzadziej), mimo, ze juz nie jestem tak spragniona słodyczy. Ale jednak śnią mi się te czekoladowe cukierki albo moja wizyta w kawiarni, gdzie zamawiam sobie jakieś pyszne ciacho - na przykład własnie torcik bezowy. I niniejszym w czwartek mój sen się ziścił ;P Moze teraz przestanę mieć te prawdziwie słodkie sny :D

Miło było tak przez chwilę pobyć samej. Naprawdę! Chodzi nawet o taki drobiazg jak przejechanie się kolejką nie zajmując się Wikusiem, tylko po prostu, jak za starych, dobrych czasów czytając ksiązkę :) Pobycie przez chwilę samej ze swoimi myślami. Niespieszne zakupy. Nawet czekanie w kolejce, bez martwienia się o to, na ile starczy cierpliwości Wikingowi :) zdecydowanie takie dni są potrzebne dla utrzymania higieny psychicznej i będę je na pewno praktykować. Nie wiem jeszcze kiedy następne, ale pewnie w przeciągu najblizszych dwóch tygodni.

A co w tym czasie robiły moje chłopaki? Nie jestem pewna, bo na bieząco się nie kontaktowaliśmy :) Trochę się bawili, trochę odpoczywali. Franek lezał i oglądał telewizję, podczas gdy Wiking się po nim wspinał, potem razem ucięli sobie krótką drzemkę. Szczegółów nie znam, ale kiedy wróciłam zastałam dwie uśmiechnięte mordki, schowane za drzwiami, ugotowany obiad i poodkurzane mieszkanie ;) Chyba muszę ich częściej samych zostawiać, hehe ;)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Leśny spacer.

Jak już ostatnio wspominałam, Franek dzisiaj i jutro ma wolne. Jako, że jutro mamy z Wikingiem umówioną wizytę w Instytucie Matki i Dziecka, postanowiliśmy dziś zrobić użytek ze wspólnego czasu wolnego. Nieco długo zajęło nam ogarnianie się od rana, Wiking miał stosunkowo długą poranną drzemkę, Franek był trochę nie w sosie (choć twierdzi, że to nieprawda, a tylko miał lekkiego lenia), ale o 13 udało się wyjść z domu.
Całe szczęście do Puszczy Kampinoskiej mamy tak blisko! :) Bo tam właśnie był cel naszej wycieczki. Tak, ja wiem, że dopiero co tam byłam na wakacjach, ale Kampinoski Park Narodowy ma to do siebie, że jest bardzo duży i ma wiele szlaków turystycznych oraz ścieżek edukacyjnych. Z rodzicami byłam w innej części, dziś wybraliśmy miejsce, które znajduje się najbliżej nas - niecałe 20 km. Zapakowaliśmy do samochodu Wikinga oraz jego wózek i pojechaliśmy. Dotarcie na miejsce zajęło nam raptem 20 minut, ale drugie tyle szukaliśmy początku szlaku, choć przejeżdżaliśmy obok ze trzy razy :) Zmyliło nas to, że nie było miejsca na zaparkowanie samochodu, ale jakoś sobie z tym poradziliśmy i wyruszyliśmy. 
Zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer. Bardzo lubię las - ten charakterystyczny zapach mokrej ziemi (mimo, że susza na całego)oraz drzew i specyficzną leśną ciszę - szum liści, opadające igliwie, brzęczące owady, ćwierkające ptaki. I tylko od czasu do czasu jakiś miejski dźwięk z oddali.Wikingowi chyba też się podobało, bo po weekendowym buncie wózkowym, kiedy to chciał jechać na stojąco, dziś siedział bardzo spokojnie. Zresztą przez prawie godzinę spał sobie odurzony leśnym powietrzem.
O siedemnastej byliśmy już z powrotem w domu, usatysfakcjonowani wycieczką. Wiking sobie teraz hasa po całym pokoju i widać, że jest we wspaniałym humorze. Energia go rozpiera i cały czas się cieszy.

Cieszę się bardzo, że tak blisko mamy do puszczy. Niby zawsze to wiedziałam i wiele razy planowaliśmy taki wypad, jak dzisiejszy, ale dotąd się nie złożyło. Dopiero ten wakacyjny wyjazd z rodzicami stanowił impuls do tego, abyśmy w Frankiem też poszukali jakiejś krótkiej trasy.
Bardzo mi się tam podoba - już w lipcu uderzyło nas to, że na szlaku nie było w ogóle ludzi. Być może w weekendy jest inaczej, ale przypuszczam, że tereny są tak rozległe, że rzadko się kogoś spotyka. Dziś też mijaliśmy tylko jedno małżeństwo z dziećmi. Zawsze lubiliśmy z Frankiem spacerować po lesie - na przykład w okolicach Miasteczka. Taka forma spędzania wolnego czasu bardzo nam odpowiada. Jesteśmy o krok od cywilizacji, a jednak już jakby w innym świecie. Niemal zupełnie sami. Możemy spokojnie porozmawiać, porozmyślać. Delektować się bliskością i pięknem przyrody. Taki spacer naprawdę ładuje akumulatory. Już planujemy ponownie odwiedzić to miejsce, zwłaszcza, że przekonaliśmy się, że mamy naprawdę blisko. Zastanawiamy się też, jak tam wszystko wygląda jesienią i zimą. Może będzie dane nam się o tym przekonać...

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W ogrodzie i w puszczy.

Jak już wspomniałam, pierwszy tydzień wakacji spędziłam razem z Wikingiem i moimi rodzicami w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Chcieliśmy znaleźć jakieś gospodarstwo agroturystyczne, które będzie się nadawało na pobyt z niemowlakiem i które jednocześnie będzie stosunkowo niedaleko, bo myśleliśmy, że dwa razy w tygodniu trzeba będzie jechać na rehabilitację. 
Znalazłam więc kwaterę niecałe 40 km od Podwarszawia, która spełniała nasze oczekiwania - miała jeden pokój trzyosobowy, ale z dużym łóżkiem, tak, że mogłam spać z Wikingiem. Poza tym było tam też miejsce na wózek, łóżeczko turystyczne, był aneks kuchenny a w łazience oprócz prysznica była wanna, co jest naprawdę rzadko spotykane, a nam bardzo ułatwiło kwestię kąpieli Wikinga. W porównaniu do innych miejsc, o które się pytałam, było tam bardzo tanio - za nas troje plus dziecko zapłaciliśmy tylko 100 zł za dobę. Ta cena początkowo wydawała nam się nieco podejrzana, trochę się z mamą bałyśmy o warunki, ale zdjęcia źle nie wyglądały... Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia - nie wpłacaliśmy żadnej zaliczki ani nic, więc mogliśmy tam pojechać, a jakby się okazało, że coś jest nie tak, to się ewakuować gdzieś indziej.
Jednak nie mamy szczególnie dużych wymagań - najważniejsze jest dla nas, aby było czysto, a tak naprawdę ja zawsze zwracam uwagę na łazienkę. Jeśli jest czysta, schludna, zadbana i w miarę nowoczesna (czyli raczej kafelki i ceramika, a nie linoleum i plastik), to już jest ok. Od razu po przyjeździe więc zlustrowałyśmy łazienkę, która nas w pełni zadowoliła :) Pokój też był w porządku - był wspomniany aneks, lodówka, kilka naczyń, mały telewizor, stół, krzesła, szafa, półeczki i lampki nad łóżkami oraz wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić łóżeczko dla Wikinga, które służyło nam także za kojec.
Standard nie był powalający, ale rzeczywistość była zgodna z tym, co widzieliśmy na zdjęciach - ot, lata 70-80te powiedzmy :) Ale akurat nam to nie przeszkadzało. Było czysto i to wystarczyło, wyposażenie nie musiało już być dla nas super nowoczesne. 
Pokój był w takiej przybudówce, wychodziło się z niego od razu na podwórko. Tam jedliśmy przy stole ogrodowym większość posiłków i spędzaliśmy większość czasu w ogrodzie na tyłach domu. Ogród był przepiękny - rosło w nim mnóstwo kolorowych kwiatów, na które nie mogłam się napatrzeć.W ramach atrakcji mieliśmy do dyspozycji miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, niewielki basen i huśtawkę ogrodową, która była świetnym patentem na marudzącego Wikinga :) Uwielbiał się huśtać. Była tam też zjeżdżalnia, piaskownica i trampolina, ale to akurat nie do końca trafiło w naszą kategorię wiekową :)
Jak na gospodarstwo agroturystyczne przystało, po obejściu kręciły się dwa psy, kot i kury. Co chwilę słychać było pianie koguta albo muczenie krów sąsiadów. Było tak, jak powinno być na wsi! Przypomniały mi się wakacje u mojej babci! Tak naprawdę jedynym mankamentem były kurze odchody na podwórku, ale przecież się z tym liczyłam. Jako miastowa pańcia uważałam bardzo, żeby w nic nie wdepnąć, ale generalnie aż tak mi to nie przeszkadzało. Za to kury to było coś, co Wiking lubił najbardziej, chyba nawet bardziej niż huśtawka. Bo kiedy ta zawodziła np. wieczorem tuż przed kąpielą, kiedy Dzieciak najbardziej jęczy, to zawsze można było podejść do kurek, na które Wikuś mógł się gapić i gapić. Zresztą jeśli o dziecko chodzi, to ten kontakt z naturą zdecydowanie przypadł mu do gustu. Lubił, kiedy trawa łaskotała go w nóżki, delikatnie dotykał kwiatów, miętosił trawę i liście. Takie wakacje to był raj dla jego zmysłów. A dla nas możliwość oddania się lenistwu totalnemu, bo naszym jedynym obowiązkiem było doglądanie Wikinga kiedy bawił się sam, bądź zapewnianie mu rozrywki, kiedy nie był samowystarczalny.

Mieliśmy tam również możliwość wykupienia obiadów, co też uczyniliśmy. Obiady kosztowały 17 złotych i składały się z zupy i drugiego dania, czyli tak, jak u nas w domu :) Smakowały zresztą też po domowemu - robiła je sama gospodyni ze swoją mamą. Trochę się obawialiśmy, czy nie będzie za tłusto, bo my w domu jadamy raczej lekko i stosunkowo zdrowo, a tak "po ludziach" to różnie bywa. Zresztą przecież "domowe obiady" często kojarzą się (uważam, że niepotrzebnie) z tłustą zupą zagęszczaną śmietaną z mąką, kopcem ziemniaków i schabowym smażonym na głębokim tłuszczu. A tymczasem to było miłe zaskoczenie. Zupy były raczej lekkie i nawet nie zawsze gotowane na mięsie. Mięso było co drugi dzień i nie tylko smażone a także pieczone i duszone. Oprócz tego gospodyni zrobiła również pierogi (ruskie i z jagodami) oraz naleśniki z serem. Jako dodatek zawsze była jakaś surówka, ogórek kiszony bądź cukinia po obróbce termicznej. Pani pytała nas o preferencje a czasami dorzucała coś "w gratisie" na śniadanie lub kolację - jakieś ogórki albo kawałek świeżo upieczonego ciasta z wiśniami. Naprawdę bardzo sobie te posiłki, jak i samo rozwiązanie chwaliliśmy - bo co to za wakacje, kiedy trzeba się zastanawiać, co zjeść, a potem sterczeć dwie godziny nad garami? :)                                                                                                                        

Jak już wspomniałam, wakacje były ukierunkowane na relaks i lenistwo. Wikingiem zajmowaliśmy się na zmianę (chodziliśmy z nim na huśtawkę, oglądaliśmy kurki, bawiliśmy się klockami bądź po prostu służyliśmy za sprzęt wspinaczkowy lub pilnowaliśmy, żeby Wiking nie szedł tam, gdzie nie wolno), a w czasie wolnym, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami - czytaliśmy książki, zajmowaliśmy się obliczeniami (to ja i tata - wszak po kimś to zamiłowanie do buchalterii odziedziczyłam ;)), drzemaliśmy, szydełkowaliśmy (no, to tylko ja) i rozwiązywaliśmy krzyżówki. Tak wyglądała jedna połowa naszego dnia - do lub po obiedzie. Druga połowa to był czas na wycieczki i spacery.

Spacerowaliśmy po okolicy, robiliśmy piesze wycieczki do sklepu na lody a także wyjeżdżaliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy na przykład do Żelazowej Woli, gdzie obok dworku (naszym zdaniem niespecjalnie wartego obejrzenia, a już na pewno nie za 20 zł, na szczęście byliśmy tam w środę, gdy wstęp jest bezpłatny) jest przepiękny park, po którym można spacerować i spacerować. Obowiązkowo podjechaliśmy też na jeden z parkingów przy Puszczy Kampinoskiej, skąd ruszyliśmy pieszo szlakiem turystyczno-edukacyjnym w głąb puszczy. Wspaniale się maszerowało, pogoda sprzyjała i brak innych ludzi również :) Byliśmy także w Sochaczewie i choć z możliwych obiektów do zwiedzenia było więcej, poszliśmy zobaczyć tylko odrestaurowane ruiny zamku książąt mazowieckich. Jednak to miasteczko bardzo nas ujęło swoim trudnym do opisania uroczym klimatem. Większość czasu spędziliśmy w kawiarni na rynku racząc się słodkościami (Wiking jabłkiem z marchewką na przykład :P) i popijając je kawą mrożoną oraz kontemplując sielską atmosferę - mimo, że było to środek dnia a wokół toczył się normalny ruch samochodowo-pieszy. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze pojechać. Podobnie zresztą, jak do puszczy. Być może uda nam się zrobić choć jednodniową wycieczkę, wszak to tak blisko...

Zresztą dzięki tej małej odległości, Franek, który miał środę wolną, przyjechał do nas w dniu moich urodzin, to jest we wtorek popołudniu. Świętowaliśmy trochę przy grillu, a potem gdy najmłodsi i najstarsi poszli spać, poszliśmy posiedzieć trochę we dwójkę na huśtawce . Środę Franek spędził z nami - pojechaliśmy do Żelazowej Woli a później korzystaliśmy z ładnej pogody chlapiąc się chwilę z Wikingiem w basenie i wystawiając się na słońce. Późnym popołudniem Franek musiał nas niestety opuścić.

Podsumowując, to były prawdziwe wakacje! Naprawdę je odczuliśmy - zwłaszcza moi rodzice, bo po przyjeździe do Miasteczka, mimo, że ich urlop jeszcze trwał, było zupełnie inaczej. Mieliśmy sporo różnych spraw do załatwienia, poza tym, jak już pisałam, Wiking się nam troszkę rozchorował, więc ten tydzień minął nam w oka mgnieniu. Ale najważniejsze, że urlop z prawdziwego zdarzenia też jednak był :) A jak z prawdziwego zdarzenia, to i pamiątki musiały być :P Ja sobie kupiłam piórnik... Myślę, że jak zobaczycie zdjęcie, to zrozumiecie, dlaczego nie mogłam się mu oprzeć ;) Franek zawiózł do domu podkładkę pod myszkę w podobnej kolorystyce, a dla Wikinga - choć tak po prawdzie, to dla całej naszej trójki sprawiliśmy sobie płytę, którą się teraz codziennie delektujemy.



Moi rodzice:


Pamiątki :)


wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

środa, 17 czerwca 2015

Odważna ;)

Jakieś dwa tygodnie temu, w niedzielę, pisałam Wam, że wybieram się na basen. No i się wybrałam. Pojechaliśmy we trójkę, ale plan był taki, że ja idę popływać a Franek pospaceruje trochę z Wikingiem w okolicy. Rozdzieliliśmy się więc. Weszłam na pływalnie, wykupiłam bilet (a dokładniej - z mojego karnetu została pobrana opłata) i poszłam do przebieralni. Zaskoczyło mnie trochę, że było w niej sporo dzieciaków, również małych chłopców, ale stwierdziłam, że w przededniu Dnia Dziecka zorganizowano dla nich jakąś imprezę na małym basenie. 
W pełni przygotowana do pływania, wyszłam z przebieralni pod prysznice i wtedy usłyszałam, że na basenie (ale dużym) rzeczywiście odbywa się jakaś impreza. Głos prowadzącego ogłaszał właśnie, kto otrzymał jaką nagrodę za przebycie jakiego dystansu. Stwierdziłam więc, że pewnie odbywały się tam jakieś zawody, które dobiegły końca i rozdają nagrody. Ale kiedy weszłam już na basen, okazało się, że... nikt w nim nie pływa. Wszystkie tory są puste. Za to dookoła jest pełno ludzi - głównie młodych pływaków (sądząc po zapowiedziach, głównie z roczników 2004-2006) a także ich trenerów i rodziców. Widownia pełna, a i dookoła torów całe mnóstwo kibiców. Postałam tak chwilę, zastanawiając się co robić... Nikt nie pływa... Ja przebrana, w końcu się nadarzyła okazja, żeby przyjechać, Franek z małym spaceruje.. Co robić?
Akurat przechodził ratownik. Zaczepiłam go i zapytałam, czy dzisiaj nie ma pływania. Odpowiedział, że tylko na pierwszych dwóch torach. 

Podziękowałam. Wzięłam głęboki oddech, podrapałam się po głowie i... skierowałam się w stronę drabinek, po których zeszłam do wody. Ignorowałam fakt, że zapewne zwracam na siebie uwagę (może tylko rodzice dzieci, które właśnie otrzymywały medale, byli skupieni na kimś innym :)), skoro w tym momencie nie pływa absolutnie nikt i jestem jedyną pluskającą się osobą, zwłaszcza, że wyborowym pływakiem nie jestem ;) Nie lubię nawet za bardzo moczyć głowy i zazwyczaj moja basenowa aktywność ogranicza się do pływania w tę i z powrotem żabką (żadną tam krytą :)) Ale skoro się wreszcie na ten wyczekany basen wybrałam, nie zamierzałam dopuścić do tego, żeby jakieś zawody pokrzyżowały mi plany! :) O dziwo, kiedy weszłam do wody, chwilę po mnie wszedł jeszcze jeden facet, którego przyuważyłam chowającego się za filarem, kiedy zmierzałam w kierunku wody :) Widocznie samemu było mu głupio pływać - w przeciwieństwie do mnie ;))

Jak się okazało, zawody trwały w najlepsze, bo kiedy rozdano nagrody, to rozpoczęły się kolejne starty. Musiałam zabawnie wyglądać na tym pierwszym torze, pomykająca żabką, w porównaniu do tych świetnych małoletnich pływaków ;) Ale co tam! Nie wykurzyli mnie nawet dwaj nastolatkowie (to już pewnie jakiś rocznik 2000 albo nawet wcześniej), którzy sobie urządzili trening na "moim" torze i wskakiwali do wody albo ścigali się obok mnie, chlapiąc niemiłosiernie. Chwilami miałam wrażenie, że robią to specjalnie, ale niezrażona pływałam dalej, więc im się znudziło. 
Przez większość czasu pływałam jednak sama i olewając tłumy na widowni i wokół basenu, robiłam swoje :) Przynajmniej miałam dla siebie dużo miejsca! :) Później przyszło jeszcze trochę zagubionych pływaków, więc się zrobiło bardziej tłoczno, ale ja i tak planowałam wychodzić po 40 minutach i tak też zrobiłam.
Najważniejsze, że moja wyprawa na basen ostatecznie się powiodła! Być może nie każdy by się odważył wejść do wody, wiedząc, że obserwuje go kilkadziesiąt (może więcej? aż tak się nie przyglądałam) par oczu, zwłaszcza nie będąc pływakiem doskonałym. Ja pewnie nie zdobyłabym się na to na przykład w Miasteczku, ale skoro tu mnie nikt nie znał, to nie miałam nic do stracenia.
Pomyślałam sobie, że człowiek czuje się naprawdę wolny, kiedy nie martwi się tym, co sobie inni pomyślą i nie ograniczają go ewentualne spojrzenia innych. Jasne, bywam wstydliwa albo nieśmiała w niektórych sytuacjach (choć chyba z biegiem lat coraz mniej), ale z reguły nie przejmuję się obcymi. Nie wiem, czy to jest kwestia jakiegoś rodzaju odwagi, czy pewności siebie, a może po prostu kompleksów, których raczej nie mam (a w każdym razie nie utrudniają mi życia), ale dobrze mi z tym, że potrafię być sobą w każdej sytuacji.

***
A co do pływania wikingowego, to na razie jeszcze nam nie powiedział, czy mu się podoba, czy nie ;) Na basenie wyglądał przede wszystkim na zainteresowanego - jak zawsze, gdy gdzieś jesteśmy. Rozglądał się na wszystkie strony, uważnie słuchał. W wodzie wyglądał pociesznie (Franek z nim wszedł, moja kolej będzie następnym razem), ale raczej nie robiła na nim większego wrażenia :) Nie spodobało mu się na razie za bardzo moczenie uszu i pływanie na plecach, ale nie miał nic przeciwko zamaczaniu główki i pływaniu na brzuchu. Pierwsze koty za płoty, zobaczymy co będzie dalej. Może za dziesięć lat i on wystartuje w takich zawodach :D

sobota, 13 czerwca 2015

Wycieczka z małym człowieczkiem

Normalnie z dnia na dzień coraz bardziej widać, że mamy w domu małego człowieczka a nie jakieś tam kwilące zawiniątko w wózku. Zaczyna się interesować coraz większą ilością rzeczy - od jakiegoś już czasu wyciąga rączki w stronę butelek. Nie tylko swoich. Kiedy widzi naszą półtoralitrową butelkę z wodą to po nią sięga i doskonale wie, którą stroną trzeba ją włożyć do buzi.
Poza tym coraz trudniej mi się czyta, bo zaczyna się interesować moimi książkami. Najbardziej lubi zrzucać je ze stołu. Ewentualnie, kiedy czytam, trzymając go na kolana, próbuje przewracać mi strony. Oby mu to zainteresowanie książkami zostało, choć wolałabym, żeby nieco inaczej się z nimi obchodził ;)
Zdarzyło się już raz, że ściągnął ze stołu serwetę - ze wszystkim co na niej było oczywiście :)

Najfajniejsze jest to, że kiedy wychodzę, to nie mam już wrażenia, że wychodzę z wózkiem, tylko z kompanem :) Już się nie boję, że nagle Wiking włączy syrenę (oczywiście czasami włącza, tylko zwykle wiem, dlaczego). Kiedy mu się nudzi w wózku, to go wyciągam. Ostatnio na przykład siedziałam sobie przez dwadzieścia minut w parku a on siedział mi na kolanach i się rozglądał.
Dzisiaj urządziliśmy sobie we trójkę wycieczkę. Nie było nas w domu prawie pięć godzin - dla niemowlaka to dużo. Najpierw dość długo spał. Później obudził się, ale z uśmiechem na buzi. Siedzieliśmy trochę na ławce, Wikuś siedział trochę na moich, trochę na frankowych kolanach. Rozglądał się, trochę bawił się swoją grzechotką, a kiedy mu się znudziło, zawiązaliśmy go Frankowi na brzuchu w nosidle. I kontynuowaliśmy spacer.
Zaliczyliśmy dzisiaj podróż kolejką i metrem a także przekąskę w barze, lody i małe zakupy w drogerii. We wszystkim towarzyszył nam Wiking i nawet nie zastękał. No prawie, bo kiedy wracaliśmy pociągiem, to już go musieliśmy wyjąć z nosidełka, bo za mało widział :) Ale zadowoliła go znowu miejscówka na moich kolanach i grzechotka. 
Fajnie, kiedy można tak wyjść z domu i nie być zupełnie ograniczonym tym, że ma się dziecko.

A jutro jedziemy pierwszy raz na basen! Wiking będzie uczył się pływać :) Już dawno o tym myśleliśmy - jeszcze zanim się urodził i już w lutym dzwoniłam, żeby zapytać o kurs, ale na ten, który się rozpoczął w styczniu Wikuś był rzecz jasna za mały. Teraz za to załapał się na przyspieszony wakacyjny, więc to nam odpowiada jeszcze bardziej. Bardzo jestem ciekawa, jak mu się spodoba...

niedziela, 31 maja 2015

Przyjemny weekend

Wygląda na to, że jednak mam na co czekać :) Franek będzie miał wolny czwartek i piątek, więc te dwa dni spędzimy w całości we trójkę, a z kolei w weekend też nie będę sama, bo moi rodzice stwierdzili, że przyjadą, żeby zobaczyć Wikinga i osobiście wręczyć mu prezent na Dzień Dziecka. Ostatnio Wikuś rozwija się w takim tempie, że mimo, iż widzieli go raptem dwa tygodnie temu, tak go zareklamowałam, że chcą zobaczyć tę różnicę :) Podobnie Dorota nabiera coraz większego smaka na wizytę u nas - wiadomo było, że pewnie wpadnie, ale teraz już rozmawiałyśmy tak bardziej konkretnie. Tylko musi tych wszystkich swoich studentów przez sesję przeciągnąć i wtedy się u nas zjawi. Może nawet dwa razy.
Później na pewno przyjedzie wujek, a potem prawdopodobnie Wiking i ja zrobimy sobie dwutygodniowe wakacje i wyjedziemy do Miasteczka. Co będzie dalej - zobaczymy. Pewnie znowu będę mówić, że nie mam na co czekać, ale może coś się nowego pojawi do tej pory :)

Zgodnie z umową pojechałam wczoraj rano na zakupy, podczas gdy Franek zajmował się Wikingiem. Poradzili sobie chłopaki na medal - szczególnie Franek, który w tym czasie nawet obiad zdążył ugotować. Z tego co wiem, Wikuś mu asystował :P Tymczasem ja połaziłam po sklepach i udało mi się kupić prezenty. Nie miałam za bardzo akurat do tego natchnienia, ale najważniejsze, że rezultat ostateczny jest zadowalający - mam nadzieję, że obdarowane będą tego samego zdania :)

Rozmawialiśmy sobie ostatnio z Frankiem, że trudno będzie w tym roku zrobić prezenty świąteczne (tak, tak, wiem, że mamy dopiero koniec maja :P, ale ja lubię tak się martwić z półrocznym wyprzedzeniem :)), bo przecież nie będziemy Wikusia ciągać po zatłoczonych galeriach handlowych. Na co Franek powiedział, że dobrze, że już teraz się nad tym zastanawiam, bo może wpadną mi do głowy jakieś pomysły i później nie trzeba będzie się głowić. W końcu zazwyczaj kupujemy prezenty, które obmyśliliśmy wcześniej. I wygląda na to, że miał rację, bo chyba wymyśliłam już, co możemy kupić niektórym osobom:D Może jeszcze nie będziemy tych zakupów uskuteczniać, ale muszę sobie to gdzieś zanotować :) Wyprawę można więc uznać za bardzo udaną.

Kiedy wracałam, Franek zadzwonił, żeby powiedzieć, że miał dzisiaj niespodziankę w postaci kupy - jakoś tak się trafia, że zwykle te niespodzianki muszę utylizować ja (a od dwóch miesięcy są już trudniejsze do utylizacji i zdecydowanie dają więcej wrażeń zapachowych) i zawsze się skarżyłam, że Franek nie wie co to znaczy. Wiking widocznie posłuchał i się postarał  - grzeczny synuś :D:D

A popołudniu zawiązałam małego w chustę. Jeszcze niedawno myślałam, że chusta przestała zdawać egzamin, a tymczasem wszystko się odmieniło i teraz Wiking nawet przy zawiązywaniu nie lamentuje! Co prawda robi się coraz ciekawszy i pewnie wkrótce będzie trzeba pomyśleć nad zmianą wiązania, ale póki co takie rozwiązanie sprawdza się na tyle, że zapuszczam się nawet do Warszawy i to bez wózka. Ale wczoraj aż tak daleko się nie wybieraliśmy, tylko we trójkę poszliśmy na gofry :) Niestety póki co Wikuś musiał obejść się smakiem, ale chyba zadowoliła go sama możliwość obserwowania tego, co się wokół niego dzieje :)

Cóż, kolejny Dzień Idealny za nami ;) Oczywiście mam apetyt na kolejny taki, zobaczymy jak się dzisiaj ułoży. Byliśmy już w kościele - Wiking całkiem spokojnie leżał w wózku i dopiero po ogłoszeniach zaczął się niecierpliwić, bo ksiądz trochę przedłużał :) Teraz mały sobie drzemie na balkonie a później mamy w planie wyjazd na basen do Podwarszawia Większego - tzn, ja pójdę popływać, a chłopaki przejdą się na dłuższy spacer!
Miłej niedzieli życzę :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Babski dzień

Dorota przyjechała wczoraj :) We trójkę od razu weselej. I o wiele szybciej się robi obiad :) I sałatkę na kolację. Do sałatki robiłam sos z dodatkiem czosnku, ale obrałam o jeden ząbek za dużo. Franek lubi czosnek - ja zresztą też lubię, ale jako dyskretny dodatek, a on to potrafi sobie czosnek w plasterki pokroić i zjeść na kanapce. Na co mu oczywiście nie pozwalam, bo potem spać nie mogę! :) Wczoraj jednak wspaniałomyślnie powiedziałam: "Obrałam za dużo czosnku, możesz sobie zjeść, dzisiaj i tak z Tobą nie śpię" :D Franuś szedł dzisiaj do pracy, więc położył się wcześnie, a my jeszcze urządziłyśmy sobie nocne pogaduszki w łóżku. Pospałyśmy aż do 7:30 :)
Dzisiaj koło południa wyszłyśmy z domu, bo miałyśmy trochę spraw do załatwienia. Odebrałam swoją koszulę do karmienia, którą sobie zamówiłam przez internet, załatwiłam już prezent świąteczny dla Franka, połaziłyśmy po sklepach, a potem jeszcze poszłyśmy do lekarza, bo teraz mam już wizyty kontrolne co dwa tygodnie. Trochę musiałyśmy poczekać, bo pani doktor przyjmowała mnie poza kolejnością (kiedy dwa tygodnie temu byłam na wizycie, to powiedziała, żebym przyszła dzisiaj, a już nie było wolnych terminów i byłam przyjmowana poza kolejnością, między innymi pacjentkami). Ale przynajmniej mogłyśmy obgadać wszystkie sprawy. Normalnie zazwyczaj chodzę na te kontrolne wizyty z Frankiem, ale dzisiaj zwolniłam go z tego obowiązku, bo miał ciężki dzień w pracy, a poza tym kurier dzwonił, że jest w drodze do nas z paczką zawierającą ostatnie elementy tasiemcowej wyprawki. 
Do domu wróciłyśmy dopiero około osiemnastej zmęczone, ale bardzo usatysfakcjonowane :) Dorota kupiła sobie żakiet a ja torebkę. Poza tym odwiedziłyśmy drogerię i stamtąd wyniosłyśmy trochę pachnących cudeniek oraz kilka lakierów do paznokci, bo mi się ostatnio pokończyły. Po powrocie urządziłyśmy więc Frankowi rewię mody a potem wzięłyśmy się za malowanie paznokci. Na pstrokato :P - w końcu trzeba było wypróbować wszystkie kolory :) O dziwo, Franek w obecności Doroty staje się równie tolerancyjny na zapach lakieru do paznokci, jak ja na zapach czosnku :) Zazwyczaj muszę robić manicure pod jego nieobecność, bo on po prostu nie znosi tego zapachu. A tym razem prawie nie narzekał, mimo że stężenie było podwójne. 
Trochę jeszcze poplotkowałyśmy i wyprawiłyśmy Franusia do łóżka. A teraz znowu oglądamy w TV jakieś głupoty, które da się oglądać tylko razem :P Bo wymagają ciągłych komentarzy, a poza tym są tak niskich lotów, że gdyby tę głupotę złożyć tylko na barki jednego "oglądacza", to na pewno dobrze by na niego nie wpłynęło :) Ale dzięki temu przypominają nam się studenckie czasy.
Niestety tym razem wizyta Doroty jest wyjątkowo krótka, bo jutro już wraca :( Franek jest absolutnie niepocieszony, bo nawet się piwa nie mogli razem napić. Ja też jestem niepocieszona, bo fajnie byłoby, jakby jeszcze trochę posiedziała z nami. Ale obiecała, że przyjedzie jeszcze - jednak w lutym. Żeby zobaczyć Tasiemca. Musi zobaczyć Tasiemca! :) Wstępnie więc jesteśmy już umówieni, że zanim rozpocznie drugi semestr ze swoimi studentami, to jeszcze do nas przyjedzie, choć oczywiście bierzemy pod uwagę, że różnie może być. Liczymy jednak na to, że do tego czasu mniej więcej się już razem z Tasiemcem ogarniemy i wizyta cioci Doroty będzie jak najbardziej wskazana!
Bardzo udany dzień mamy za sobą! Dość męczący, ale za to bardzo owocny i kolorowy :)

sobota, 13 grudnia 2014

Relaks

Ostatnio miałam długi i dość męczący dzień. Musiałam jechać na badania z samego rana, a nie wiem dlaczego, ale zawsze wtedy budzę się jeszcze wcześniej, niż bym chciała - czyli na przykład tym razem zamiast o 6-6:30 już od przed piątą nie spałam :/ Chyba mnie stresuje ta świadomość, że muszę jechać w totalnie zatłoczonym autobusie i że muszę tyle czasu wytrzymać bez jedzenia.
Później czekałam przez godzinę na Franka, bo kończył pracę o 8:30 i byliśmy umówieni, że pójdziemy na zakupy. Przysiadłam więc sobie z książką na kanapie w mojej przychodni i czekałam, aż minie mi te półtorej godziny oczekiwania. Już wtedy czułam się lekko przymulona, bo chyba ta wczesna pobudka dawała mi się we znaki. 
Tego dnia miałam sporo spraw do załatwienia i dużo łaziłam. Ostatecznie do domu wróciłam po piętnastej. Zjedliśmy obiad, posprzątaliśmy po nim i Franek chciał się zabrać za to pakowanie torby, o którym ostatnio pisałam, ale powiedziałam mu, że muszę trochę odpocząć, bo jestem naprawdę zmęczona. 
Jak człowiek zmęczony, to wiadomo - nic mu się nie chce. Mnie się nie chce wtedy nawet myśleć. Nie lubię tego stanu i tak naprawdę chyba rzadko mnie dopada, ale bywa, że czuję się tak, jakby mój mózg leżał gdzieś odłożony na półce, a ja nie mogę do niego dosięgnąć :P Tak właśnie było ostatnio, poczułam więc, że muszę się zregenerować, zanim wezmę się za jakieś konkretne działania.

Gdy Franek usłyszał, że muszę odpocząć, wyobraził sobie, że zrobię to samo, co on w takiej sytuacji - czyli pójdę do sypialni, najlepiej jeszcze zasłonię okno i walnę się na łóżko, żeby przespać się jakąś godzinę albo i dłużej. I bardzo się zdziwił, gdy zobaczył, że moszczę się na kanapie w dużym pokoju, w kąciku, który ostatnimi czasy (znaczy się w czasach bezrobocia) stał się moim ulubionym. Za plecami mam zagłówek, po lewej stronie wielgachne poduszki kanapowe, po prawej stolik z laptopem. Całkiem blisko znajduje się kaloryfer, dzięki któremu jest mi przytulnie i ciepło, a także duże okno, przez które w ciągu dnia - zwłaszcza takiego słonecznego -  wpada mi światło. Bardzo lubię światło dzienne, dlatego zima jest pod tym względem dla mnie męczarnią, bo jest go tak mało. Z braku laku po szesnastej zapalam lampkę i też nie jest najgorzej. Jedyną wadą tej miejscówki jest fakt, że dla Franka nie bardzo jest już miejsce :P U nas w domu chyba panuje zasada, że kto pierwszy ten lepszy, bo pamiętam, że w ubiegłym roku, gdy Franek był na chorobowym, kanapa była okupowana przez niego i gdy wracałam z pracy musiałam się zadowolić fotelem albo krzesłem przy stole :) Później bywało różnie, a teraz to głównie moje miejsce - zresztą Franek nawet specjalnie nie narzeka, bo uważa, że powinnam więcej leżeć lub pół-leżeć, zamiast tyle siedzieć, więc się nie buntuje za bardzo.
Wracając jednak do tamtego dnia - umościłam się na tej kanapie, zapaliłam lampkę, włączyłam chilli zet, rozłożyłam się, przytuliłam policzek do wielgachnej poduszki, wyciągnęłam magazyn Business English i zaczęłam się uczyć słówek. Franek jak to zobaczył, to prawie padł - no bo przecież miałam odpoczywać! W tej kwestii to my się rzeczywiście bardzo różnimy. Franek potrafi spać zawsze i wszędzie - niezależnie od godziny, od okoliczności i miejsca (nie potrafi jedynie spać w żadnych środkach komunikacji). Co więcej jest to dla niego najlepszy, o ile nie jedyny, sposób na pełną regenerację sił i tylko w ten sposób odpoczywa, gdy jest naprawdę zmęczony. Czasami jeszcze zdarza mu się w takich okolicznościach pogapić w telewizor, ewentualnie pograć na komputerze. Natomiast ja w ogóle nie potrafię połączyć zmęczenia z potrzebą snu, jeśli nie jest to w godzinach 22-6! Dla mnie odpoczynek oznacza właśnie wyłączenie telewizora, komputera, rozłożenie się wygodnie i zajęcie się jakąś rozrywką, która nie wymaga ode mnie ruszania się z miejsca przez jakąś godzinę. Zazwyczaj wtedy czytam lub bawię się słowami (rozwiązując krzyżówki albo ucząc się słówek). Bywają dni, kiedy jestem na tyle zmęczona, że sen sam przychodzi w postaci krótkiej drzemki. Bo naprawdę nie potrafię tak, jak Franek, albo np. moja siostra - postanowić sobie, że ja się teraz kładę i będę spała :) Ja muszę się czymś zająć i ewentualnie, kiedy poczuję lekkie znużenie i powieki zrobią mi się ciężkie pozwalam sobie na "odpłynięcie". Taka drzemka trwa u mnie zazwyczaj około dziesięciu minut. Czasami piętnaście, ale nie więcej. Wyłączam się wtedy na ten czas, coś mi się czasami nawet przyśni, a potem otwieram oczy i czuję się znowu pełna energii.
Ostatnio obyło się nawet bez tego odpływania. Po godzinie czytania biznesowych tekstów po angielsku stwierdziłam, że czuję się naprawdę wypoczęta i możemy brać się za to, co sobie planowaliśmy. Tak właśnie wygląda prawdziwy relaks w moim wykonaniu - bo to chyba przede wszystkim stan umysłu. Świadomość, że nic nie muszę i teraz jest czas dla mnie, i dla tego, co lubię robić. Chyba już kiedyś pisałam o tym, że niektórzy się dziwią, kiedy ja mam jeszcze po pracy czas"na to wszystko", bo oni są zawsze taaacy zmęczeni. A ja myślę, że czasu to my mamy wszyscy tyle samo, tylko po prostu dla jednego odpoczynek oznacza godzinny sen, dla drugiego zalegnięcie przed telewizorem, a dla mnie zajęcie się moimi sprawami. Wystarczy mi taka godzina tylko dla siebie, żebym się w pełni zregenerowała :)

środa, 12 listopada 2014

Koniec długiego weekendu + dopisek

Od niedzieli jestem w Poznaniu. W zasadzie to niedługo będzie to już stwierdzenie nieaktualne, bo za dwie godziny mam autobus do Warszawy, ale nie zmienia to faktu, że niemal cały długi weekend spędziłam właśnie tutaj. Co ciekawe, bez Franka! :P Franek od soboty codziennie pracował i dopiero dzisiejszy i jutrzejszy dzień ma wolne, w piątek idzie do pracy, a potem znowu wolny weekend. A tymczasem ja w niedzielę rano wsiadłam w Polskiego Busa i przed 14tą byłam na dworcu, skąd odebrali mnie teściowie.
A to wszystko dlatego, że moi rodzice wzięli sobie parę dni urlopu i zarezerwowali w Poznaniu pokój w małym hoteliku, bo chcieli tu spędzić trochę czasu i załapać się na coroczne obchody imienin ulicy Św. Marcin. Oni spali tam, a ja u teściów. Codziennie się spotykaliśmy na obiedzie lub kolacji u teściów i spędzaliśmy większość czasu w tym pięcioosobowym gronie. Byliśmy w kinie, pozałatwialiśmy kilka spraw a wczoraj zaliczyliśmy tę plenerową imprezę na Świętym Marcinie w jeszcze większym gronie, bo dołączył do nas brat Franka z rodziną oraz żona frankowego kuzyna z dziećmi. 
Te dni upłynęły mi w bardzo sympatycznej atmosferze i nawet nie wiem kiedy minęły! Aż mi się trochę nie chce wracać (ale nie mówcie nic Frankowi :P) chociaż moi rodzice już dwie godziny temu wyjechali. Ciekawa jestem, czy się Franek trochę za mną stęsknił :) Rozmawialiśmy codziennie przez telefon i mówił, że mu się nudzi i dziwnie mu beze mnie, ale zobaczymy, czy się dzisiaj na mój widok ucieszy :)) Ja się oczywiście cieszę, że się zobaczymy, ale też uczciwie przyznam, że nie miałam wcale za bardzo czasu, żeby się stęsknić, bo ciągle byłam czymś zaabsorbowana :) Ale ja to zawsze byłam tą stroną mniej tęskniącą :)

Przyznam, że się trochę na początku stresowałam, jak to będzie, gdy będę tu sama musiała walczyć o swoją dietę, bo bałam się braku zrozumienia. Chodzi mi o to, że moja mama doskonale zna "realia cukrzycowe", a kiedy jeszcze ja się nabawiłam tej cukrzycy, to przeczytała na ten temat wszystko, co możliwe, więc w Miasteczku problemów z dietą nie było. Ale moi teściowie nie są specjalnie zaznajomieni z tematem. Tzn. teść od lat leczy się na cukrzycę typu II, ale mam wrażenie, że niestety akurat do diety nie przywiązuje aż takiej wagi i chyba niespecjalnie przestrzega tego, co mu jeść wolno a czego nie. Nie jedzą jakoś szczególnie niezdrowo, ale to bardziej dlatego, że teściowa toczy walkę o utratę kilku kilogramów, ale diety antycukrzycowej raczej nie stosują. Problem z moją cukrzycą polega jeszcze na tym, że nie wszystko, co można jeść "normalnemu" cukrzykowi można jeść również mnie a poza tym mam zupełnie inne normy. Bałam się trochę, że wyjdę na niegrzeczną, kiedy będę ciąglę odmawiała zjedzenia czegoś (bo generalnie w Poznaniu dałam się poznać jako osoba wybredna :P Faktem jest, że od lat żywię się w nieco innym stylu nić teściowie i choć uważam, że teściowa gotuje bardzo dobrze, to nie wszystko mi po prostu smakuje, bo nie przepadam na przykład za mięsem albo gotowaną pietruszką i marchewką, które są nieodzownym składnikiem sałatki jarzynowej teścia :)). Franek już od tygodnia przygotowywał rodziców, zwłaszcza mamę na to, że moje jedzenie będzie bardzo specyficzne w tych dniach i chyba jednak misja została zakończona sukcesem :) Zachowanie teściów spowodowało, że nie czułam się z tym wszystkim aż tak bardzo niekomfortowo i nawet niespecjalnie namawiali mnie do tego, żeby czegoś skosztować, bo przecież "jeden kawałek ciasta nie zaszkodzi" (przy cukrzycy ciążowej takie myślenie jest w zasadzie zabronione kategorycznie) - teść co prawda miał takie ciągotki, ale bardziej skupił się na moim tacie. Ten na szczęście jednak też się pilnował - a poza tym wiedział, że po swojej prawicy ma strażnika w postaci mojej mamy i zawsze na nią zerkał z pytaniem w oczach, czy na daną rzecz może sobie pozwolić, czy nie :P
Ostatecznie wszystko poszło sprawnie i moja dieta nie ucierpiała. Co nie znaczy, że wszystkie wyniki są w normie i dzisiaj byłam w Poznaniu u diabetologa (znowu zawdzięczam to abonamentowi w sieci placówek medycznych) na konsultacji. Potwierdza się, że co lekarz, to inna opinia. Pani doktor powiedziała, że ona jeszcze by się jednak z tą insuliną wstrzymała i zaproponowała mi jeszcze jedną modyfikację śniadaniową - powiedziała, że jeśli i to nie pomoże, to faktycznie będzie trzeba pomyśleć o insulinie, ale żebym się aż tak jej nie obawiała. W każdym razie powiedziała, że po pierwsze, najgorszy okres w cukrzycy ciążowej to 28-31 tydz (rzeczywiście! dokładnie w 28 tygodniu wyniki ze śniadania mi się pogorszyły, bo wcześniej były dobre) i od 32go powinno się to stabilizować (teraz jestem w 31 tyg). A po drugie miała dla mnie bardzo dobrą wiadomość - z tych moich pomiarów wynika, że nie mam insulinooporności, co oznacza, że mój organizm generalnie jednak z insuliną sobie radzi i być może nawet jeśli trzeba będzie zastosować zastrzyki, to na przykład tylko do śniadania.
No nic, zobaczymy, daję sobie jeszcze ten ostatni tydzień, podczas którego zrezygnuję z węglowodanów na pierwsze śniadanie i dopiero przy drugim się nimi poczęstuję. Zobaczymy, co z tego wyniknie... 

Generalnie to miło, że tak mi wszyscy kibicują w tej mojej diecie - pytają co jadłam i jaki miałam potem poziom cukru. Szczególnie moja mama, Franek i teściowa angażują się w to wszystko. To nawet dość zabawne, kiedy na przykład przychodzi czas, gdy muszę zmierzyć cukier, a wszyscy otaczają mnie wianuszkiem i wpatrują się jak zaklęci w glukometr, a potem wydają z siebie okrzyk ulgi, kiedy jest norma :) A gdy coś jest nie tak, to zastanawiają się, co mogło na to wpłynąć. Po prostu fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym całkiem sama.

*** godz 21:50***
Chyba jednak muszę częściej wyjeżdżać. Nie dość, że Franek na moją cześć wypucował całe mieszkanie (nawet rury przeczyścił:P), to jeszcze przygotował romantyczną kolację (oczywiście wersję dietetyczną) przy świecach :)


środa, 29 października 2014

Ostatnie takie wakacje

Jesteśmy z powrotem :) Urlop był co prawda krótki, ale jakże treściwy! :) To były naprawdę piękne dni - nie tylko pod względem aury, bo pogoda była wyśmienita, ale także dlatego, że mieliśmy mnóstwo czasu tylko dla siebie.
W piątek wyjechaliśmy po śniadaniu i dotarliśmy na miejsce koło południa. Zameldowaliśmy się w pensjonacie, który zarezerwowaliśmy sobie dwa dni wcześniej i wyszliśmy na obiad, małe zakupy i zwiedzanie okolicy. Tego dnia pogoda nas trochę przeraziła, bo nie padało na szczęście, ale było koszmarnie zimno! Tak bardzo, że aż Franek postanowił zakupić sobie kalesony a ja chodziłam w czapce! :) Brrr... Przeszliśmy się deptakiem, zjedliśmy obiad i późnym popołudniem wróciliśmy do pensjonatu ogrzać się przy ciepłej herbatce i delektować się wolnymi chwilami. 
Przy naszym pokoju stał stół bilardowy, więc zagraliśmy sobie, a resztę wieczoru spędziliśmy grając w karty w tysiąca :) Ostatni raz graliśmy w to tylko we dwójkę, gdy zamieszkaliśmy razem ponad cztery lata temu :) Pamiętam dokładnie te pierwsze wspólne dni...
Sobota powitała nas pięknym słońcem! Bardzo nas to ucieszyło, bo mieliśmy na ten dzień zaplanowaną długą trasę spacerową. Najpierw pojechaliśmy do Ustronia i tam wjechaliśmy wyciągiem na Czantorię. Na szczyt było jeszcze około 100 metrów pod górkę i zdecydowałam się iść! Taki mieliśmy plan, a stwierdziłam, że jak nie dam rady, to zawsze możemy zejść. Ale jak to miałabym nie dać rady? :)) Kondycyjnie oczywiście nie miałam z tym problemu, bo jednak mięśnie mam wytrenowane, ale moja wydolność teraz pozostawia wiele do życzenia, a chciałam uniknąć zadyszki, dlatego też wchodziliśmy naprawdę bardzo powoli i co chwilę robiłam przystanki. Nie chciałam, aby podwyższyło mi się tętno, dlatego oddychałam bardzo powoli i głęboko, i gdy tylko czułam, że oddech mi się spłyca, zatrzymywałam się, aby go uregulować. Wszyscy nas wyprzedzali :P Nawet dzieciaki, które ledwo od ziemi odrosły :) Kiedy sobie przypominam, jakie tempo mieliśmy rok temu w Tatrach i jak kosiliśmy wszystkich po drodze, to aż mnie boli! Ale cóż, wszystko dla Tasiemca :P schowałam swoją dumę i ambicję do kieszeni i starałam się po prostu nie forsować. Odpoczywałam nie dlatego, że byłam zmęczona, a po to, żeby tego zmęczenia zawczasu uniknąć i w zasadzie mi się to udało. Ależ miałam satysfakcję, że jestem na szczycie! :) Wypiłam sobie ta herbatkę, zjadłam drugie śniadanie i zaczęliśmy schodzić inną drogą. Znowu bardzo powoli, ale tu już nawet odpoczywać nie musiałam za często. 
Przejście tej trasy zajęło nam naprawdę dużo czasu - łącznie jakieś sześć godzin, bo gdy zeszliśmy z gór, okazało się, że w soboty nie jeździ żaden autobus, którym chcieliśmy wrócić do centrum, więc musieliśmy jeszcze przejść około 5 kilometrów asfaltówką. Paradoksalnie to był najtrudniejszy odcinek całej trasy - pewnie dlatego, że już nie tak przyjemny.
To był bardzo dobry dzień! Męczący, ale w taki pozytywny sposób. Zresztą wiecie, jak ja lubię aktywność fizyczną, świetnie się później czułam i moja satysfakcja była ogromna. Ale postanowiliśmy, że niedziela będzie dla odmiany w wersji bardzo light. Wiecie, że nie jestem skora do przesady, ale czasami po prostu lepiej dmuchać na zimne i po jednym bardziej forsownym dniu, stwierdziliśmy, że tym razem zrobimy sobie tylko spacer do kościoła, a potem wsiedliśmy w samochód i zrobiliśmy sobie wycieczkę objazdową.
Poniedziałek z kolei był już na piechotę, ale raczej po równinach. Staraliśmy się wykorzystać na maksa słońce, więc spacerowaliśmy przez cały dzień od dziewiątej do szesnastej, z przerwami na jedzenie i odpoczynek na ławeczkach. Cudnie było tak sobie siedzieć nad szumiącą Wisłą i delektować się chwilą.
A we wtorek już się powoli żegnaliśmy z miastem, bo nasz pobyt w Wiśle dobiegał końca. Chcemy jeszcze parę ostatnich dni urlopu spędzić w Miasteczku.
Naprawdę było cudownie. Pogoda nie mogła być chyba lepsza o tej porze roku, bo codziennie mieliśmy pełnię słońca, żadnej chmurki na niebie i temperatury w okolicach 12-15 stopni. Aura po prostu chyba wiedziała, że to musi być czas niezwykły pod każdym względem, bo to były bardzo ważne dla nas wakacje. Oboje mamy świadomość, że każde kolejne będą już zupełnie inne... Ale to już temat na zupełnie inną notkę :)

niedziela, 28 września 2014

Niedzielny misz-masz luźych refleksji

Dzięki Dziewczyny za wszystkie słowa wsparcia pod poprzednią notką, za dzielenie się swoimi doświadczeniami, odczuciami czy też obserwacjami. Tego mi było trzeba. Nie oczekuję od nikogo, że będzie się ze mną zgadzał, że będzie mi na każdym kroku przytakiwał, bo to nie o to chodzi, ale miło mi, że wykazałyście się tak dużą empatią. Poza tym wiecie, że zawsze powtarzam, iż w relacjach z ludźmi bardzo sobie cenię szczerą życzliwość. Taką dawkę życzliwości, jaką otrzymałam od Was w komentarzach pod poprzednią notką mogłabym sobie wstrzykiwać w chwilach wszelkiego zwątpienia i od razu by mi się poprawiło :) Naprawdę jestem Wam bardzo wdzięczna. Mój sposób myślenia może nie zmieni się z dnia na dzień, moje tęsknoty i pragnienia na pewno nagle nie znikną, ale dzięki temu wszystkiemu, co do mnie napisałyście, jest mi zwyczajnie trochę łatwiej poradzić sobie z pewnymi odczuciami, bo te pozytywne emocje przyćmiły inne.

Tamta notka zdecydowanie spełniła swoją terapeutyczną rolę :) Wiecie, że w piątek przesiedziałam calutki wieczór przy kompie na blogowisku?? Daawno mi się to nie zdarzyło :) Blogowałam nawet kosztem mojego treningu, który sobie na piątek zaplanowałam, więc mam dziurę w kalendarzyku :P Ale chyba jednak było warto. 
W ogóle siedziałam długo, bo postanowiłam, że w takim razie już zaczekam aż Franek wróci z pracy. A kiedy wrócił, to jeszcze chciał sobie wypić piwo, więc czekałam dalej, choć przyznam, że te ostatnie pół godziny już przyszło mi z trudem :) Położyłam się w końcu o 1 i miałam nadzieję, że sobie pośpię. Pościszałam telefony (bo przecież wszyscy dookoła wiedzą, że do mnie się nie dzwoni i nie pisze po 21, ale po 6 jak najbardziej :)) i... otworzyłam oczy dokładnie o 6:14! No myślałam, że mnie piorun jasny trafi! Żeby po pięciu godzinach snu czuć się już rześkim jak skowronek?? Poszłam do toalety, ogarnęłam się trochę, ale że było ciemno, to położyłam się z powrotem.
Zaczęłam rozmyślać dalej na temat tego chłopca a konkretnie o tym, jakie ja mu książki będę podsuwać do czytania, bo przecież jakie książki lubią dziewczynki, to ja wiem...

//Ejj, wpadł mi do głowy teraz szatański pomysł :P Słyszałyście o tej metodzie, żeby dzieciom nie narzucać żadnych ról społecznych, nie mówić nic o płci itd? No to może ja też w to pójdę i niech sobie Dzieciak sam zdecyduje, czy chce być chłopcem, czy dziewczynką, co tam fizjologia! :)) Hihi :)))//

No, ale wracając do tego rozmyślania - to w końcu mnie znużyło i udało mi się usnąć. Nawet coś mi się przyśniło. Przebudziłam się dopiero o 8:30, gdy Franek zerwał się z łóżka i nawet się nie ubrawszy, poleciał po odkurzacz i żeby nie tracić czasu zaczął sprzątać. Zanim się ubrałam i wypiłam kakałko (kakao zawsze będzie dla mnie kakałkiem i już, takie zboczenie z dzieciństwa - pamiętacie?:)) on zdążył poodkurzać, pozmywać i wypucować łazienkę. Franek zdecydowanie jest lepszy w sprzątaniu niż ja :D Dla mnie zostawił ścieranie kurzu, ale chyba sobie to odłożę na "w tygodniu", bo mi szkoda było czasu wczoraj. 
Poszliśmy na zakupy a później wybraliśmy się na basen. Dużo było dzieciaków, ale w sumie pływało się całkiem fajnie o tej porze, bo nawet przez większość czasu mieliśmy tor tylko dla siebie. Opowiadałam już Wam, jak niedawno chcieliśmy po pływaniu na basenie sportowym przejść do rekreacyjnego? Spojrzałam w tamtym kierunku i powiedziałam: "ale tam są wszyscy tylko z dziećmi!, nie ma samych dorosłych", na co Franek odparł: "no to co? my przecież też z dzieckiem idziemy" No fakt :D

Zresztą wczoraj podobnie - wpadł mu do głowy pomysł, że może byśmy się do cyrku wybrali. Jej, wieki nie byłam w cyrku! Cofnęłabym się trochę do czasów dzieciństwa... W każdym razie zajrzeliśmy na stronę internetową, żeby sprawdzić ceny biletów i przez chwilę rozważaliśmy, jaki moglibyśmy kupić (bo ostatecznie się nie wybraliśmy ze względu na inne plany), na co Franek stwierdził: "jak to jaki? rodzinny! Będziemy przecież z dzieckiem"
Ciągle o tym zapominam:P 
W ogóle Franek się coraz bardziej wczuwa emocjonalnie. Kiedy zapytałam go o wrażenia z USG (mając głównie na myśli to, że dowiedzieliśmy się, że wszystko jest ok, choć oczywiście nie tylko) odpowiedział, że takie ładne to dziecko jest! :) Dla mnie wyglądało normalnie, jak dziecko :))) Wszystkie noworodki wyglądają dla mnie tak samo, więc pewnie jak się urodzi, to i tak to będzie na początku taka mała małpka :P Ale możliwe, że dla nas to będzie najładniejsza małpka ze wszystkich, no bo tak chyba w sumie powinno być. W każdym razie Franek skupia się na stronie emocjonalnej, a ja na praktycznej i zastanawiam się na przykład, po której stronie umieścimy fotelik samochodowy :)

Ostatecznie popołudnie spędziliśmy załatwiając różne sprawy. Na przykład odebraliśmy Franka grafik i okazało się, że w październiku chodzi tylko na pierwszą zmianę :) A od 22. ma urlop. Mamy nadzieję, że ta tendencja porannej zmiany utrzyma się już na dłużej, bo Franek załatwił sobie zmiennika, któremu zależy tylko na popołudniówkach.. Ale przez ten urlop trochę trudno stwierdzić, czy tak już zostanie na stałe, czy to tylko na ten miesiąc tak ich rozpisali.
Później Franek kupił sobie grę komputerową na którą czekał miesiącami. Wiedziałam więc już, że wieczór mam z głowy, bo on będzie grał w piłkę nożną. Palcami na rzecz jasna :) No, ale należy mu się od czasu do czasu, przez ostatnie dni bardzo długo pracował i wracał po nocach... W dodatku wcześniej zabrał mnie do parku na moje ulubione lody, więc mu to wybaczyłam :) 
Znowu się zajęłam blogowaniem a potem oglądałam Lejdis. Pod koniec oglądałam już chodząc po pokoju, bo jak tylko usiadłam, to oczy mi się zamykały, a chciałam zobaczyć ten film do końca. Ostatecznie znowu się położyłam przed 1, ale pospałam aż do 6:50 :P Dłużej się jednak już nie dało i od ponad trzech godzin jestem na nogach, podczas gdy Franek odsypia nocne kopanie piłki. 
Już mi się trochę nudzić zaczyna! Chyba go pójdę obudzić :P