*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodzi baba do lekarza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodzi baba do lekarza. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2015

Szpital na Żelaznej.

Sporo już czasu minęło od czasu mojego porodu, ale myślę, że jestem winna szpitalowi, w którym rodziłam, taki wpis (a także kilku z Wam, którym taką notkę swego czasu obiecałam :)), jak również opinię na stronie "gdzierodzić", którą na pewno również wkrótce zamieszczę.
Przez długi czas zielonego pojęcia nie miałam, gdzie chciałabym rodzić. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, jakie są opcje. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to może żeby tam, gdzie jest moja lekarka prowadząca, choć to chyba nie byłby najlepszy wybór...
W połowie października rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Kiedy się przedstawialiśmy, trzeba było podać termin porodu, płeć i ewentualnie imię dziecka oraz szpital, który się wybrało. Zdziwiło mnie całkowicie, że niemal wszystkie pary mówiły o szpitalu na ulicy Żelaznej. Wcześniej nic o nim nie słyszałam. W dodatku kiedy przez przypadek weszłam na stronę szpitala i zobaczyłam, że to "Szpital Specjalistyczny Św. Zofii" albo też "Centrum Medyczne Żelazna", nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się, że to zapewne jakaś prywatna placówka.
Dopiero fakt, że tyle par w grupie zdecydowało się na ten szpital dało mi trochę do myślenia. Ale początkowo tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu położna organizująca szkołę rodzenia tam pracuje i ludzie na to się decydowali ze względu na nią. Teraz myślę, że było na odwrót i pary, które chciały rodzić na Żelaznej, szukały szkoły rodzenia w jakiś sposób związanej z tym szpitalem. 
Już w trakcie zajęć wydawało mi się, że szpital ten jest naprawdę bardzo przyjazny pacjentkom i nie chodziło tylko o to, że położne zachwalały swoje miejsce pracy. One po prostu opowiadały o tym, jak jest. A było tak, jak mnie odpowiadało. Poza tym zaczęłam już powoli czytać opinie w internecie i trochę rozpytywać. Okazało się, że szpital ten ma chyba najlepszą opinię jeśli chodzi o blok porodowy, oddział położniczy i noworodkowy w Warszawie. 
Strasznie napaliłam się na to, żeby właśnie ten szpital był szpitalem pierwszego wyboru (miałam w zanadrzu jeszcze dwa inne, które również miały dobre opinie, ale kobiety rodzące wypowiadały się z reguły negatywnie na temat opieki poporodowej i pomocy przy dziecku). Kiedy pojechałam tam na pierwsze KTG, wizyta w tamtym miejscu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu!
Niestety jedynym, za to ogromnym minusem było to, że wszyscy mówili o tym, jak trudno jest się do tego szpitala dostać ze względu na ogromną ilość pacjentek czekających na poród właśnie tam. Zastanawialiśmy się nawet nad wykupieniem opieki położnej, ale było już na to trochę za późno, do tego to był ogromny koszt (1500zł) i choć szanse się zwiększały to takiej stuprocentowej gwarancji to nie dawało.

Było kilka rzeczy, na których bardzo mi zależało. Przede wszystkim chciałam rodzić w sali pojedynczej - nie z drugą kobietą za parawanem. Tylko to gwarantowało mi komfort psychiczny i przede wszystkim pewność, że nikt nie wyprosi z sali mojego męża. W salach podwójnych różnie to bywa, bo druga pacjentka może sobie nie życzyć obecności obcej osoby (i wcale się temu nie dziwię). Poza tym zależało mi, aby szpital dawał możliwość aktywnego porodu - żeby nie trzeba było leżeć cały czas (o tak! dobrze kombinowałam, bo teraz już wiem, że nie byłabym w stanie wyleżeć! męką było dla mnie, gdy kazali mi się położyć na badanie!), aby była jakaś wanna, prysznic, drabinki, piłka itp. Ze względu na moją cukrzycę, ważne było dla mnie, aby regularnie wykonywane było KTG podczas porodu, ale tak, żebym nie musiała leżeć podpięta pod maszynę. Poza tym chciałam, żeby po porodzie był kontakt z dzieckiem "skóra do skóry", który trwałby przynajmniej przez godzinę oraz aby w przypadku cesarskiego cięcia była możliwość kangurowania dziecka przez ojca.
No i oczywiście bardzo ważną rzeczą dla mnie było podejście personelu w ogóle - przede wszystkim ludzkie, ale trochę serdeczności by na pewno nie zaszkodziło :) Zresztą ja na punkcie życzliwości jestem trochę zbzikowana i bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie z którymi mam do czynienia byli zwyczajnie mili. Poza tym chciałam liczyć na pomoc z ich strony, bo wydawało mi się (i nie pomyliłam się), że kiedy dziecko już przyjdzie na świat, wiele rzeczy będzie dla mnie czarną magią. Nie chciałam też, aby zbyt szybko i pochopnie podejmowano ewentualną decyzję o cesarce (z tego właśnie powodu dość szybko zrezygnowałam ze szpitala, w którym pracuje moja lekarka, bo tam są bardzo "nowocześni" i śpieszno im do wszelkich zabiegów), ale żeby też nie przesadzali w drugą stronę ze swoją "naturalnością" i aby można było bez problemu otrzymać znieczulenie.

Muszę przyznać, że szpital na Żelaznej absolutnie spełnił wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby faktycznie wszystkie pozytywne opinie (a niemal wszystkie takie były, ostatnio pojawiło się nieco więcej negatywnych ) na stronie "gdzierodzić" były prawdziwe. A jednak! Wszystko było "najprawdziwszą prawdą". Było wręcz lepiej, niż oczekiwałam. 
Położnej nie wykupiliśmy, ale i tak zostałam przyjęta. Myślę jednak, że to był dobry czas - święta, Sylwester itp. Nie chodzi mi o to, że kobiety porody wstrzymywały :P Tylko może gdzieś wyjechały albo zalecone kontrolne KTG przesunęły w czasie, bo dopiero po 6 stycznia zrobił się ruch w interesie. Kiedy ja już byłam w trakcie porodu, w izbie przyjęć czekało 16 dziewczyn, u których coś się już działo! Można więc powiedzieć, że miałam szczęście! W ogóle to jak mnie przyjęli do szpitala na początku byłam załamana - nie zdążyłam zrobić jeszcze tylu rzeczy! Ale za chwilę przyszła refleksja (podsunięta mi trochę przez Franka), że dobrze się stało, bo przynajmniej mam już pewność, że urodzę właśnie w tym szpitalu.
Sama opieka na oddziale patologii ciąży też była wspaniała! Niemal wszystkie położne - do rany przyłóż! Uśmiechnięte, serdeczne, uprzejme, wspierające. W zasadzie nie lubiłam tylko dwóch, przy czym co do jednej zmieniłam zdanie, bo ostatecznie tak się złożyło, że to ona właśnie miała dyżur, kiedy się u mnie zaczęło dziać i okazała się jednak całkiem fajna.
W czasie porodu "zaliczyłam" aż trzy zmiany położnych i każda była równie fajna i pomocna. Naprawdę czułam, że mam wsparcie, nawet mimo tego, że nie opłaciłam sobie opieki indywidualnej. Na pewno wszystkie rodzące słyszą, że są wspaniałe i świetnie sobie radzą, ale to nieważne - dla mnie i tak te słowa były ważne ;) Nie zniosłabym, gdyby w takiej chwili ktoś jeszcze na mnie krzyczał! To, że w tych naprawdę trudnych momentach, kiedy miałam już dość, otrzymywałam wsparcie psychiczne od położnych, jakąś pomoc i rady, naprawdę dużo mi dawało. Myślę, że oprócz Franka, to właśnie zachowanie i podejście położnych spowodowało, że dziś wspominam swój poród bardzo dobrze - nawet pomimo tego zaskakującego, koszmarnego bólu.
Kiedy już było po wszystkim, mogłam się o wszystko dopytać i na spokojnie porozmawiać z położnymi, które zajęły się i mną i Wikingiem - przystawiły Wikinga do piersi, przebrały go, potem pomogły mi się wykąpać i przebrać. Czułam się w tamtym momencie, jakbym była jedyną pacjentką w całym szpitalu...

Na bloku porodowym, oprócz położnych było bardzo dużo studentek i myślę, że to też było ogromnym plusem, bo dzięki temu personel mógł poświęcać dwa razy więcej czasu i uwagi każdej położnicy, niż gdyby ich nie było.

Ze względu na ogromne obłożenie szpitala, po porodzie nie zostałam przewieziona na oddział położniczy, tylko zostałam na bloku porodowym w sali porodowej zaadaptowanej na poporodową. Miało być na chwilę, zostało na trochę dłużej. Początkowo byłam rozczarowana, bo godziny odwiedzin na tym oddziale były tylko między 15 a 17. Ale dość szybko przywykłam i nawet nie chciałam już być przenoszona, bo za to byłyśmy pod naprawdę troskliwą opieką w zasadzie non stop! Co chwilę przychodziły studentki albo położne, żeby zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. W każdym momencie można było poprosić kogoś o pomoc w jakiejkolwiek sprawie. To naprawdę było wspaniałe! Kiedy w niedzielę popołudniu zostałam przeniesiona z powrotem na patologię (bo tam dwie sale były dla kobiet z noworodkami), to mimo, że opieka nadal była bardzo profesjonalna, to już nie było to samo. Więc w gruncie rzeczy miałam podwójne szczęście.

Zdecydowanie muszę potwierdzić wszystkie pozytywne opinie na temat szpitala na Żelaznej. Jedyny zarzut jaki mam to do jedzenia, bo było paskudne ;) Ale tylko to, które miałam na diecie cukrzycowej, kiedy już urodziłam i mogłam jeść normalnie to i jedzenie było lepsze. Jednak to drobiazg. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Było... naprawdę fajnie w tym szpitalu i pobyt tam do dziś wspominam z sentymentem i rozrzewnieniem... Wyjeżdżałam stamtąd ze łzami w oczach, bałam się, jak sobie poradzę sama. Poza tym brakowało mi bardzo tego zainteresowania moją osobą. Przez długi czas pobyt w szpitalu śnił mi się jeszcze po nocach - i to nie w formie koszmarów. Naprawdę każdej kobiecie życzyłabym porodu i pobytu w takim właśnie szpitalu.
Gdybym miała jeszcze kiedyś rodzić to tylko tam - tylko szkoda, że faktycznie mają tam takie obłożenie, że zdarza się, że muszą odsyłać rodzące kobiety albo przetrzymywać je na izbie przyjęć... No, ale wszak to nie dziwota.

piątek, 6 lutego 2015

Od początku cz. II (czyli uwaga - rozpisuję się!)

Po tym wszystkim, co działo się w izbie przyjęć, przyznam, że miałam wizję, że jak mnie zaraz wezmą w obroty, to urodzę w ciągu kilku godzin. I oczywiście bardzo tego nie chciałam. Ale decyzja o tym, że przyjmują mnie na oddział była już nieodwołalna. Odprawiłam więc Franka po moje torby, (spakowane, jak być może pamiętacie, jeszcze na początku grudnia, ale - o ironio! przed wyjściem z domu coś stamtąd wyciągałam i niechcący wysypała mi się częściowo zawartość jednej z nich, pomyślałam sobie, że pozbieram, jak wrócę - nie było mi dane, musiałam Frankowi telefonicznie tłumaczyć, co powinno się jeszcze w tej torbie na powrót znaleźć :P) a sama poszłam na konsultację z lekarzem - tym razem z miłą (choć już nie tak wylewną, ale równie skorą do odpowiadania na moje pytania) panią doktor. Wtedy to dowiedziałam się, że jednak z tym porodem to nie takie hop-siup, bo zanik tętna nie musiał oznaczać nic groźnego, a po prostu, że dziecko się przekręciło, lub chwyciło za pępowinę, ale trzeba to monitorować. Miałam zlecone KTG trzy razy na dobę po godzinie i dalsze działania miały zależeć od zapisu.
Przede wszystkim zapytałam o to, czy mogłam sprowokować moją sytuację tym, że:
a) w czasie świąt pozwoliłam sobie na kilka odstępstw od diety (raczej w granicach normy, ale nadal kawałek sernika, czy pierniczki to były produkty zakazane)
b) w okresie świątecznym dużo podróżowałam i duużo chodziłam.
Oczywiście odpowiedź była taka, jakiej się spotkałam - absolutnie nie. To są czynniki zewnętrzne, które nie mogły w żaden sposób zaburzyć zapisu. Tak sądziłam, ale zapytałam, bo wiedziałam, że znajdą się osoby (nie pomyliłam się, dwie takie się znalazły), które będą sugerowały, że moimi podróżami wywołałam sobie poród...
Poza tym zapytałam, czy jest możliwe, że wyjdę ze szpitala jeszcze bez dziecka i otrzymałam odpowiedź, że raczej mam się nastawiać na to, że nie. Pani doktor powiedziała, że jeśli nie będzie się działo nic niepokojącego, to nie będą gwałtownie porodu indukować, ale jednocześnie, ponieważ ciąża jest już donoszona, na pewno nie będą trzymać mnie aż do terminu, więc jakieś działania raczej będą podejmowane.
Odpowiadając na Wasze pytania już o tym pisałam (swoją drogą może uznacie to za dziwactwo, ale już prawie odpowiedziałam na wszystkie komentarze - mimo, że z miesięcznym opóźnieniem :P, ale tak już mam; jak ktoś chętny, to sobie może zajrzeć :)), ale źle mi się pisało na tablecie lub telefonie, więc chciałam teraz podsumować kilka rzeczy. Powodem przyjęcia mnie na oddział nie była cukrzyca ciążowa, a nieprawidłowy zapis KTG (który to rzeczywiście miałam zlecony ze względu na cukrzycę). Poza tym, gdyby ciąża nie była już donoszona, prawdopodobnie odesłaliby mnie do domu z przykazaniem jeszcze częstszych zapisów- taki wyciągnęłam wniosek z rozmów z lekarzami i położnymi oraz sądząc po tym, jakie działania podejmowano w odniesieniu do innych pacjentek - przypadki były różne, ale raczej nie indukowano porodu, jeśli ciąża nie była donoszona i nie było żadnego poważnego zagrożenia. Cukrzyca nie jest wskazaniem do tego, żeby poród wywoływać wcześniej, ale jednocześnie raczej się nie dopuszcza do tego, żeby ciąża była przenoszona z kolei. Wiedziałam, że moja ciąża jest ciążą podwyższonego ryzyka (lub inaczej - patologiczną, stąd oddział patologii ciąży), dlatego liczyłam się z tym, że pod koniec coś się może dziać, ale nie na zasadzie, że wiedziałam, że urodzę wcześniej. Raczej spodziewałam się, że jeśli zacznie się 40 t.c. to wtedy zostanie podjęta decyzja o indukowaniu. Dlatego też, skoro już znalazłam się na oddziale patologii, cukrzyca była jednym (obok zapisów KTG) ze wskazań do tego, żeby jednak poród wywoływać - bez sensu byłoby na przykład trzymać mnie jeszcze dwa tygodnie, po czym i tak podjąć decyzję o wywoływaniu, bo nic by się nie działo. Jednocześnie od samego początku w ogóle nie było mowy o cesarskim cięciu - ku takiemu rozwiązaniu nie było absolutnie żadnych wskazań (przynajmniej do którejś kolejnej godziny porodu, ale o tym będzie w innym odcinku :)), to, że tak długo to trwało również nie. Wiedziałam, że zbyt pochopna cesarka mi nie "grozi", bo byłam w szpitalu, w którym cc traktowane jest jako dość poważna operacja i unika się jej wykonywania, jeśli nic złego się nie dzieje (ale jednocześnie nie zwleka się na ostatnią chwilę i nie jest tak, że prawie się w ten sposób nie rodzi).
Generalnie pierwszego dnia byłam nieco zdołowana faktem, że znalazłam się w szpitalu, miałam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia... Poza tym średnio mi pasowało, że tak wcześnie urodzę. Miałam też mieszane uczucia co do samego faktu, że poród miał być indukowany. Ale później zmieniłam zdanie - w szpitalu nie było źle, ale wiadomo, że to nie dom i nie uśmiechało mi się tam siedzieć zbyt długo (choć dwa tygodnie to i tak przecież bardzo długo). Pewnie, że lepiej, kiedy dziecko samo się decyduje na to, żeby wyjść na ten świat, jasne, że świetnie jest, gdy wszystko dzieje się samo i całkowicie naturalnie. Ale czasami tak się po prostu z różnych względów nie układa. Ja miałam pełne zaufanie do moich lekarzy i położnych, wiedziałam, że wiedzą co robią. Starali się chyba znaleźć złoty środek, bo skoro już została podjęta decyzja o wcześniejszym porodzie, to działano w tym kierunku, ale jednocześnie niezbyt gwałtownie. Dlatego też tak długo to trwało - stosowano jedną metodę, po czym czekano na efekt i zazwyczaj następnego dnia nic nie robiono. Poza tym cały czas miałam zapisy KTG (ech! do znudzenia! bywało okropnie, zwłaszcza, gdy z jakichś powodów się to przedłużało) i jeśli coś było nie tak, to też zajmowano się moim przypadkiem indywidualnie i zastanawiano się nad dalszymi krokami. Na przykład - kiedy podczas kroplówki z oksytocyną okazało się, że tętno trochę dziecku spadało, podjęto decyzję, że przewożą mnie na porodówkę. Ale wcześniej miał mnie obejrzeć jeszcze lekarz, a ja musiałam jeszcze leżeć dodatkową godzinę pod zapisem (który się unormował). Pani doktor po badaniu stwierdziła, że jeszcze nie jestem gotowa. Oczywiście mogłam dostawać oksytocynę do oporu, ale po prostu wtedy nie było powodu, żeby podejmować taką decyzję i stwierdzono, że może niepotrzebnie bym się męczyła, skoro można poczekać.
Czekałam tak samo jak Wy (przy okazji: bardzo mi miło, że nam w tym oczekiwaniu towarzyszyłyście :)) i tak samo chwilami byłam zdezorientowana, bo wydawało mi się, że już lada moment urodzę, a za chwilę okazywało się, że nic się nie dzieje. Generalnie trafiłam trochę na zły czas, bo co drugi dzień był dniem wolnym, więc personel się często zmieniał ze względu na urlopy, zastępstwa i właśnie weekendowe zmiany :) Niby na porodówce nie ma czegoś takiego jak weekend, ale bywało, że lekarze najbardziej decyzyjni z danego oddziału akurat nie pracowali a inni z zastępstwa nie chcieli się za bardzo wychylać i jeśli nic się nie działo z daną pacjentką to woleli czekać.
Miewałam kryzysy, i owszem. Pierwszy po tej sytuacji, kiedy już nas odsyłali na porodówkę. Drugi następnego dnia - kiedy moja towarzyszka z sali poszła rodzić. Bardzo fajna dziewczyna, świetnie się dogadywałyśmy (to ta od "poród party" ;)), więc potem mi jej brakowało. No i najpoważniejszy 6 stycznia - nawet się poryczałam, bo miałam już dość tego czekania, miałam wrażenie, że nigdy nie urodzę (tłumaczenia Franka, że i na mnie przyjdzie kolej na nic się zdały) i w ogóle byłam wszystkim zdołowana. Ale po rozmowie z jedną położną trochę mi przeszło, a wieczorem poszłam na mszę do kaplicy szpitalnej. Pomodliłam się nie o szybkie rozwiązanie, ale o cierpliwość i postanowiłam się oddać całkowicie w ręce Boga. Wyszłam z kaplicy w zupełnie innym nastroju, naprawdę przestało mi zależeć na "już! teraz! zaraz!", bo zrozumiałam, że Ten na górze jakiś plan zapewne wobec mnie ma... No i faktycznie miał. Widocznie chciał, żebym zrozumiała... Bo przecież raptem półtorej godziny później odeszły mi wody i rozpoczęła się akcja porodowa. Bardzo dłuuga akcja porodowa, ale o tym jeszcze nie wiedziałam...

wtorek, 3 lutego 2015

Od początku

Mija już miesiąc od mojego pobytu w szpitalu, więc wypadałoby, żebym wreszcie nadrobiła trochę zaległości :) No to od początku...
A początkiem tak naprawdę było to moje pierwsze KTG jeszcze przed świętami, o którym wspominałam, że bardzo mnie podniosło na duchu i o którym miałam napisać coś więcej, ale nie zdążyłam. Zapis trwał 30 minut i potem zostałam wysłana na konsultację z lekarzem. Trochę musiałam poczekać, ale kiedy się już doczekałam, to zostałam bardzo mile zaskoczona. Lekarz wpuścił mnie do gabinetu po czym stojąc przywitał się ze mną, podał mi rękę i się przedstawił! Byłam w szoku, bo nawet w mojej prywatnej przychodni się z takim traktowaniem nie spotkałam, a to przecież izba przyjęć w publicznym szpitalu była... 

Takie podejście od razu nastawiło mnie pozytywnie do całej wizyty, a potem było już tylko lepiej. Pan doktor spojrzał na moją kartę i stwierdził, że zapis jest wzorowy, ciąża przebiega prawidłowo i w zasadzie jestem tam tylko ze względu na cukrzycę. Po czym powiedział, że bardzo lubi pacjentki z cukrzycą ciążową. Zapytałam dlaczego - "bo zdrowo się odżywiają, bardzo o siebie dbają, tyją niewiele i rodzą zdrowe dzieci, zdrowsze niż te kobiety bez cukrzycy (sic!)!" padła odpowiedź. Zachęciło mnie to do rozmowy z tym lekarzem na temat tej mojej cukrzycy i podzieliłam się z nim wszystkimi moimi obawami. Wyszłam z gabinetu bardzo podbudowana! Aż żałowałam, że wcześniej na tego lekarza nie trafiłam.

Bo przecież tak naprawdę w tym wszystkim nie doskwierało mi najbardziej to, że musiałam się ograniczać jeśli chodzi o jakoś spożywanych produktów, czy że musiałam zjadać o ten jeden-dwa dodatkowe posiłki wieczorne (trochę na siłę). Fakt, że jedzenie przez to trochę przestało być dla mnie przyjemnością, ale nie ze względu na samą dietę (w gruncie rzeczy przecież była bardzo zdrowa i mogła mi wyjść tylko na dobre, a do eliminacji niektórych rzeczy bardzo szybko się przyzwyczaiłam), tylko ze względu na jej konsekwencje. Chodzi mi o to, że mimo wszystko cały czas obawiałam się, że coś robię nie tak. Przypuszczam, że tutaj znowu do głosu doszła moja natura perfekcjonistki - kiedy już coś robię, to zawsze na całego i porządnie. A tu nie na wszystko miałam wpływ. Owszem, trzymałam się zasad żywienia w diecie cukrzycowej, ale mimo to, nie zawsze efekt był taki, jakiego oczekiwałam. Wydawało mi się, że robię wszystko, co możliwe, a jednak pojedyncze wyniki glikemii bywały nieprawidłowe (nawet jeśli to było w granicach błędu, dla mnie to było istotne!). Kiedy jeszcze bardziej zaostrzałam dietę, okazywało się, że wpływa to negatywnie na inne parametry. Miałam wrażenie, że moje życie ciągle kręci się wokół jedzenia - bo albo jadłam, albo myślałam o tym, co zjem na kolejny posiłek (no bo skoro wstawałam o 6 i szłam spać o 21/22, to dawało to jedynie około 15 godzin na zjedzenie 6-7 posiłków, mam wrażenie, ze nigdy nie jadłam tak dużo jak będąc na tej diecie! bo zalecane porcje też były naprawdę duże). I do tego ciągle miałam wyrzuty sumienia, że coś robię nie tak.
Rozmowa z tym lekarzem całkowicie mnie tych wyrzutów sumienia pozbawiła i choć to może dziwnie teraz zabrzmieć, wręcz się w jakiś sposób ucieszyłam (i to uczucie mi pozostało do dziś), że wykryto u mnie tę cukrzycę. Pan doktor przede wszystkim spojrzał na mnie i powiedział, że w zasadzie wcale się nie dziwi, że badanie wykazało cukrzycę, bo dawka glukozy jest taka sama dla wszystkich. A wiadomo, że przy tak drobnej budowie ciała, jak moja, strawienie tej dawki zajmie organizmowi więcej czasu niż organizmowi dziewczyny, która waży 10 kg więcej ode mnie, a co dopiero jeśli tych kilogramów jest np. dwa razy więcej. Możemy zjeść to samo, może być nawet tak, że taka kobieta ważąca 80 kg zje dużo większą porcję a i tak będzie miała prawidłowy wynik glikemii, a mój może wykraczać ponad normę, bo po prostu moje ciało ma mniejsze siły przerobowe i to jest zupełnie normalne. Nie oznacza to natomiast, że czymś dziecku szkodzę, bo po pierwsze te normy są dość rygorystyczne, po drugie moje wyniki i tak były prawidłowe (nawet jeśli powyżej normy - wychodzi na to, że one są bardzo zachowawcze) a po trzecie ilości tych składników, które mogą negatywnie wpływać na glikemię są tak naprawdę w moim wypadku niewielkie (wprost proporcjonalne do ilości jedzenia spożywanego przeze mnie w ogóle). Lekarz dodał też, że on przypuszcza, że mam lepsze poziomy cukru we krwi, niż niejedna ciężarna u której tej cukrzycy przy badaniu krzywej cukrowej nie zdiagnozowano, bo po prostu bardziej o siebie dbam, lepiej się odżywiam i kontroluję glikemie. A już na pewno prowadzę zdrowszy tryb życia, bo taka dieta cukrzycowa jest w ogóle dietą bardzo zalecaną dla wszystkich ciężarnych i nie tylko (faktycznie, oglądaliśmy też program na ten temat i tam mówiono o tym, jak najlepiej odżywiać się w ciąży i Franek podsumował to zdaniem: "przecież to jest dokładnie taka dieta, jakiej Ty przestrzegasz!"). 
Na koniec jeszcze zapytałam, co miał na myśli mówiąc, że ciężarne z cukrzycą rodzą zdrowe dzieci, bo przecież tyle się naczytałam i nasłuchałam o różnych chorobach. Odpowiedział, że to się bardzo rzadko zdarza, a już na pewno nie, kiedy się przestrzega zaleceń diety - raczej wtedy, gdy kobieta nie wie, że ma cukrzycę, kiedy jej u niej nie zdiagnozowano i nieświadomie szkodziła sobie zbyt dużą ilością węglowodanów albo kiedy już przed ciążą chorowała na cukrzycę. Na pożegnanie pan doktor życzył mi wesołych świąt i powiedział, żebym na następne KTG zgłosiła się nie dokładnie za tydzień (miałam być wtedy w Poznaniu) tylko, żebym przyszła znowu do ich szpitala po powrocie.
Wyszłam z tego gabinetu jak na skrzydłach! Może to się Wam wydawać dziwne, ale naprawdę tak było. Słowa tego lekarza bardzo podniosły mnie na duchu i właśnie sprawiły, że po raz pierwszy pomyślałam, że ta cukrzyca to coś dobrego, bo zmobilizowała mnie do tego, żeby odżywiać się jeszcze zdrowiej,  i wyeliminować słodycze, fast foody i żywność przetworzoną. Tak dobrze podziałało to na moją psychikę, że po pierwsze, nie bolały mnie wyrzeczenia jedzeniowe w czasie świąt, a po drugie okazało się, że poziom cukru przez święta miałam cały czas dobry, nawet jeśli zjadłam coś, po czym spodziewałam się wzrostu :)

Osiem dni później wieczorem miałam wizytę u pani doktor prowadzącej, która potwierdziła, że wszystko jest w porządku i nic nie wskazuje na to, żebym miała rodzić przed terminem. Dziewięć dni później zameldowałam się w warszawskim szpitalu na KTG. Miałam w planach tam wlecieć i wylecieć, bo myślałam, że może sobie do kina z Frankiem skoczymy, ale już wiecie z notek z 31 grudnia, że wszystko się potoczyło inaczej. Pisałam już, że mogło być tak, że przyszłabym na ten zapis 10 minut wcześniej albo pół godziny później i wszystko byłoby w porządku, wyszłabym tak, jak planowałam. Ale widocznie tak miało być, że miałam już tam zostać (o czym z kolei pisałam 21 stycznia). Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę, bo tak bardzo chciałam rodzić właśnie w tamtym szpitalu, a wiem, że po szóstym stycznia na izbie przyjęć się zrobił straszny ruch! Dziewczyny rodziły niemal na korytarzach albo na izbie przyjęć, bo po prostu nie było miejsc! Przypadki, które przyjechały stosunkowo wcześnie, odsyłano... 
Poza tym bardzo się cieszę, że lekarz odradził mi robienie zapisu KTG w Poznaniu! Gdyby nie ta rozmowa z nim, poszłabym na badanie 29go grudnia i kto wie, czy nie zdarzyłoby się wtedy coś takiego i czy by mnie nie zostawili? To byłby dla nas duży kłopot - nawet mimo tego, że mieliśmy ze sobą torby do szpitala i fotelik. A już najgorzej byłoby, gdyby się zdarzyło, że miałabym rodzić w Opolu (bo kiedy zastanawiałam się jak spędzamy święta i taka opcja wchodziła w grę, że na KTG jechałabym do Opola) - z tego zresztą powodu moja mama nawet nie bardzo chciała, żebyśmy przyjeżdżali, żeby się przypadkiem nie okazało, że trzeba będzie mnie do tamtejszego szpitala wieźć na porodówkę :) Na szczęście jednak wyszło jak wyszło i dlatego właśnie myślimy, że tak miało być :)

Z notek opublikowanych przez Franka oraz moich krótkich meldunków, wiecie mniej więcej, jak wyglądał ten czas, który spędziłam w szpitalu, być może jeszcze uzupełnię to i owo, ale już następnym razem, bo trochę się rozpisałam na temat tej pogadanki z lekarzem (ale to naprawdę był w pewnym sensie punkt zwrotny, mimo, że już na ostatniej prostej*), a Wiking pewnie zaraz będzie wołał, że chce jeść ;)

*a po tej rozmowie i w ogóle po tym, jak lekarz oraz położne na izbie przyjęć zachowywali się w stosunku do mnie, wiedziałam, że już na pewno nie chcę rodzić nigdzie indziej!

środa, 24 listopada 2010

Piratka.

Uff, dzisiaj już lepiej :)
Wczoraj miałam mały zabieg okulistyczny. Nie na samym oku, ale na dolnej powiece. Prawdziwie traumatyczne przeżycie dla mnie, bo pewnie wiele z Was pamięta, jak źle znoszę wszystko, co wiąże się z badaniem oczu. Jakoś przeżyłam, chociaż oczywiście zamykałam co chwilę oko i uciekałam z głową. Nawet nie bolało, bo byłam na znieczuleniu, ale to było silniejsze ode mnie. Zaklajstrowali mi prawe oko i wczoraj przez cały dzień byłam piratką.
Pisałam kiedyś, że nie potrafię się nudzić. I wczoraj okazało się, że naprawdę tego nie potrafię! No myślałam, że zwariuję. Przez to, że miałam sprawne tylko jedno oko, nic nie mogłam robić – nie mogłam siedzieć przy komputerze ani czytać, bo lewe oko bardzo się męczyło i bolała mnie głowa. Nie mogłam sprzątać, bo mam przykaz unikania wysiłku, a wczoraj to w ogóle było dość problematyczne, bo miałam tak ograniczone pole widzenia, że kilka razy zdarzyło się, że prawą ręką zahaczałam o futrynę, bo jej nie zauważałam :) Bałam się brać za zmywanie naczyń – nawet nie wiedziałam, że kiedy patrzy się jednym okiem, to wszystko jest jakieś takie mniej trójwymiarowe. No i cóż, nie pozostało mi nic innego jak całodzienne wylegiwanie się na kanapie… Ludzie, wynudziłam się jak mops! Obejrzałam (jednym okiem) wszystko co leciało w telewizji. A właściwie oglądałam na zmianę ze słuchaniem, bo od czasu do czasu przymykałam lewe oko. Z ulgą przyjęłam porę wieczorną i czas położenia się do spania :)
Dzisiaj mogłam już ściągnąć opatrunek. Myślałam, że będę wyglądać gorzej. Szwy są niestety mocno widoczne, ale siniak nie jest aż tak duży. W zasadzie to na razie jest mocno czerwony. Niestety, Franek twierdzi, ze będzie gorzej, a ja mam powody, żeby mu wierzyć i boję się, że przez kilka dni będę chodzić z limem. We wtorek będę musiała jechać na zdjęcie szwów. I do tego czasu mam zwolnienie z pracy, co jest dość pozytywnym aspektem tego wszystkiego. Chociaż obawiam się, że i tak będę musiała na parę godzin pójść do pracy, bo koniec miesiąca się zbliża… Wczoraj wracając ze szpitala wstąpiłam do pracy, żeby zostawić zwolnienie. Chciałam też wziąć trochę papierów, żeby popracować w domu, ale szef wybił mi to z głowy i powiedział, że sobie poradzą. Tylko poprosił, żebym wpadła w poniedziałek, jeśli będę się dobrze czuła…
W każdym razie, dzisiaj, z „dwoma okami” czułam się już całkiem dobrze :) Mogłam trochę posiedzieć przy komputerze, poczytać… No i postanowiłam jakoś dobrze spożytkować te L4 i zabrałam się za porządki w moich papierach. Może nareszcie się do końca rozpakujemy :) Muszę tylko uważać, żeby się nie wysilać, bo na przykład nawet przy schylaniu czuję, że trochę mnie boli i szwy lekko ciągną.
Generalnie nie jest tak źle. I Franuś jaki miły… :) Siedział wczoraj ze mną kilka godzin w szpitalu, nawet podpytał kogo trzeba, bo nie wiedziałam na początku gdzie iść. A potem, jak tak marudziłam, że umrę zaraz z nudów i pewnie nie będę mogła zasnąć z tego „przemęczenia”, zlitował się nade mną i  pograł ze mną w Chińczyka i Pędzące Żółwie…
I mówi do mnie „biedny cyklopiku” :)

środa, 14 kwietnia 2010

Kultura w poczekalni.

Ostatnimi czasy mam okazję stosunkowo często bywać w poczekalniach przed gabinetami lekarskimi.  Poczekalnie mają to do siebie, że w jednym czasie gromadzą całkiem sporo zupełnie różnych osób…Z moich mniej więcej czteromiesięcznych obserwacji wynika, że przerażająca liczba tych osób nie ma za grosz kultury!
Z reguły, kiedy załatwiam różnego rodzaju sprawy „na mieście”, podczas których mam styczność z obcymi ludźmi, staram się być uprzejma (przynajmniej do momentu, kiedy ktoś mnie baaardzo nie wkurzy;)) i zwykle się uśmiecham na dobry początek. Pewnie, mogę mieć zły dzień i wcale do śmiechu mi nie jest, ale jednak zawsze staram się choć troszkę unieść kąciki ust, żeby nawiązać pozytywny kontakt. Sama wiem, że zupełnie inaczej patrzę naludzi, którzy się uśmiechają, niż na gbura. Miło jest, kiedy ten uśmiech jest odwzajemniony, ale jakoś specjalnie tego nie wymagam…
 Natomiast miło by było, gdyby tak ludziska odpowiedziały chociaż na moje powitanie. Nic z tego. To jest dla mnie niepojęte, że wchodzę z uśmiechem do danego pomieszczenia, głośno mówię do wszystkich „dzień dobry” i odpowiada mi głucha cisza. Nawet na mnie nie spojrzą. Albo jeszcze gorzej – gapią się jak to cielę na malowane wrota…Jest to dla mnie żenujące :/ 
To znaczy – nie ja się czuję zażenowana, ale oni wszyscy są dla mnie żenujący i z miejsca u mnie skreśleni. Nie rozumiem, jak można się wykazać w miejscu publicznym takim brakiem kultury – przecież mówienia „dzień dobry” uczy się już małe dzieci. To jest dla mnie elementarna zasada dobrego wychowania. I muszę podkreślić, że nie zdarzyło mi się to raz, ani dwa. Niemal za każdym razem było tak samo, chociaż przyznać muszę że ostatnio, ku mojemu zaskoczeniu, chyba ze trzy razy mi odpowiedziano. Ludzie są w różnym wieku, ale przeważnie jednak starsi (a tyle mówią o szacunku) i zwykle nie odpowiadają na powitanie mężczyźni – to takie moje mini-socjologiczne obserwacje.
Raz się zdarzyło, że weszłam do poczekalni, gdzie siedział mężczyzna około sześćdziesiątki i drugi w moim wieku. Oczywiście nie odpowiedzieli mi na powitanie. Zapytałam, po którym z nich wchodzę – żaden nie odpowiedział, patrzyli na mnie tylko jak na intruza :/ W końcu zapytałam,czy mogę zapalić światło (był to styczeń, siódma rano, a więc ciemno jeszcze) – nadal nie zaszczycili mnie nawet burknięciem pod nosem. Pozwoliłam sobie więc na samowolkę ;) 

Ostatnio natomiast spotkałam wyjątkowo bezczelnego typka. U okulisty rejestracja zaczyna się od 7:30, a lekarz przyjmuje od 8.00. Ostatnio przyszłam dokładnie o 6:09 (bo jak raz przyszłam na 7, to do gabinetu weszłam o 10) i udało mi się zdobyć pierwszy numerek. Dużo później przyszedł (bez przywitania się) facet około trzydziestki. Kiedy tuż przed ósmą siedziałam pod gabinetem, podszedł do mnie ów gość i powiedział, że on musi iść do pracy i że ma prośbę, żebym go przepuściła. Odpowiedziałam, że ja w pracy powinnam już być od godziny, więc niestety, ale nie… A on do mnie z fochem! Że on musi do pracy, że nie ma czasu czekać, że to, że tamto… Z fochem! Wyobrażacie sobie? Nosz kur… I jeszcze później z pretensją powiedział: „ale mam nadzieję, że nie będzie pani długo”. Miałam ochotę odpyskować, że będę miała przeszczep oczu i wyjdę najwcześniej o 12, ale już mi się z burakiem nie chciało dyskutować, powiedziałam, tylko, że nie po to przychodzę dwie godziny wcześniej, żeby potem przepuścić tych, którzy nie mają czasu czekać w kolejce! Aha, żeby było jasne – w gabinecie byłam dokładnie 6 minut…
Szczyt wszystkiego, naprawdę :/

Ale na sam koniec chciałam powiedzieć, że na szczęście parę razy spotkałam w tych poczekalniach również kilka bardzo uprzejmych osób (zwykle kobiet), uśmiechniętych, przyjaznych… Od razu się przyjemniej czeka.

środa, 20 stycznia 2010

Batalia trwa…

Dzisiaj jeszcze monotematycznie będzie. Poszłam z wynikami. Wchodzę, mówię, że nie przeszło. Pani Doktor bierze wyniki i mówi, że wzorowe to może nie są, ale w normie. „No to coś na wzmocnienie pani dostanie”. (???)
Mówię, że nadal mnie boli. Najgorzej jest rano i w nocy. No to się pani pyta, czy śpię na poduszce  z pierza… (jeśli bym powiedziała, że nie, to na pewno byłaby przyczyna), zrobiła wywiad jakie łóżko mam (to samo od sześciu lat) i olała sprawę. No to ja dalej drążę i mówię, (tak nieśmiało), że się trochę boję, że już mnie tak długo boli („to wcale nie jest długo”) i że mam obawy, czy to nie jakieś początki dyskopatii. Pani Doktor się oburzyła na tę moją sugestię i była już mniej miła. Zaczęła mi coś tłumaczyć, ale zadzwonił telefon, rozmawiała z inną pacjentką a potem do tematu nie wróciła. Powiedziała tylko „ale nie chodzi pani pokrzywiona?” Odpowiadam „nie”, „no i to najważniejsze” :/ Dalej próbuję nawiązać do tematu: mówię, że ciężko mi, bo na przykład ciężko mi się samochód prowadzi, albo w pracy ciężko mi się siedzi. A ona mi na to „przy pani schorzeniu trzeba się dużo ruszać”. Aahaa czyli to jednak schorzenie? Szkoda że nie wiem jakie :/
Pani na koniec wręczyła mi receptę „na wzmocnienie nerwów” i pożegnała. Nie kazała przyjść ponownie.
Poszłam z receptą do apteki i dowiedziałam się, że to lek dla osób chorych na cukrzycę. Ale zdrowym też się czasem przepisuje „na wzmocnienie” właśnie. Kosztuje bagatela 233 złote za miesięczną kurację… Nie wykupiłam leku. I teraz już nie mam po co iść do Pani Doktor, bo przecież jak powiem, ze mi nie przeszło, to powie, że dlatego, że nie wzięłam tabletek… A ja za taką kasę na dwie wizyty prywatne przynajmniej mogłabym się umówić :/
No i w ten sposób chyba kończy się przygoda z Panią Doktor. Na razie przykleiłam sobie plaster i czekam aż zacznie działać. Zresztą popołudniu i wieczorem jest dobrze, najgorzej robi się rano. Dzisiaj śpi u mnie Franek, żeby rano pomóc mi się ubrać…

wtorek, 19 stycznia 2010

Po pierwsze nie chorować

No dobra, żarty żartami, a do śmiechu wcale mi nie jest. Dodałam te kilka słów o pryszczach i drgającej powiece, żeby tak trochę odsunąć od siebie to, co faktycznie poważne.Bo chyba nikt nie pomyślał, że ja się naprawdę tymi pryszczami przejmuję, co?:)
Natomiast plecami to się przejmuję, i owszem. Ból uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie – mam problem, żeby się ubrać, wykąpać… Wczoraj popołudniu nawet byłam w dobrym nastroju, bo wydawało mi się, że boli mniej i się nawet ruszam. Ale w nocy mina mi zrzedła. No tego jeszcze nie było, żeby mnie bolało nawet jak leżę. Rano ledwo dojechałam do pracy, bo jechałam samochodem, a jak siedzę to też boli – najgorzej było jak wciskałam sprzęgło… Ból trzyma do tej pory.
Podzwoniłam wczoraj po lekarzach. Najpierw chciałam iść do jakiegoś specjalisty, ale wizyta kosztuje 120 zł, więc nie będę wywalać tyle kasy w ciemno, bo przecież wcale nie wiem, czy to właśnie do osteopaty powinnam iść. No to zarejestrowałam się do ogólnego. Jak dla mnie lekarz ogólny jest od wszystkiego, czyli od niczego. A raczej do niczego :/ No i takie właśnie mam odczucia po wczorajszej wizycie.
Wspomniałam Pani Doktor przy okazji o tych stanach podgorączkowych. Ale odpowiedziała, że to jest normalna temperatura. Hmm, no dobra, nie ja tu jestem lekarzem. Tylko zastanawia mnie, dlaczego zawsze wcześniej miałam temperaturę książkową 36,6 i dlaczego tak źle się czuję przy 37,2, skoro przecież to jest normalna temperatura. Ale się nie znam, więc może to normalne się źle czuć.
Co do pleców, to mnie popukała, postukała, ponaciskała brzuch, a potem zaczęła coś pisać. Pewnie gdybym się nie zapytała, to bym się niczego nie dowiedziała.Ale języka w gębie mi nie odjęło, więc pytam co jest przyczyną. „Wirus” słyszę.(Takie dejavu, kiedy byłam u niej ostatnio rok temu, też usłyszałam „wirus”,może Pani Doktor wszystko zwala na wirusy? :))). No to się zdziwiłam… No czuję przecież, że coś w kościach mi siedzi. Ale dobra, może to wirus siedzi. Pani przepisała mi zwykły Ibuprom (który biorę od piątku i nie pomógł, ale brałam max, więc może zwykły jednak coś da:), Ketonal (którym smaruję się od piątku, ale nie pomaga) i witaminę B1 (no tego nie brałam, przyznać muszę, ale już się poprawiłam w tej kwestii).
Tak naprawdę szłam do lekarza z myślą, że mi da jakieś skierowanie – na rentgen albo do specjalisty… Owszem dostałam skierowanie… na badanie krwi i moczu. Ale dobre i to, moja mama i tak się zdziwiła ;) Jak wiadomo w naszym kraju wyżebrać skierowanie do specjalisty to prawdziwy wyczyn. Jutro udam się z wynikami do Pani Doktor. Będę ją molestować dopóty, dopóki mi nie przejdzie.
Diagnozy wirusowej to się w ogóle nie spodziewałam – wydaje mi się, że gdyby to był wirus, to by mnie bolało cały czas tak samo, a tymczasem jak się rozruszam to jest trochę lepiej, za to najgorzej jest w nocy i rano. Wszyscy, którzy się trochę znają na anatomii człowieka oraz wszelkie artykuły na temat bólu pleców na niebie i ziemi wskazują na to, że to typowe objawy lumbago lub dyskopatii.No ale lekarzami nie jesteśmy…   A fajnie byłoby jakby mnie chociaż Pani Doktor wysłała na RTG, żeby tę dyskopatię wykluczyć, bo jakby nie było to poważna sprawa. No nic, zobaczymy co usłyszę jutro, bo spławić to ja się nie dam.
Tak to właśnie wygląda w Polsce jak człowiekowi dolega coś więcej niż zwykłe przeziębienie. Zanim się dowie co z nim jest, to już może być w niebie :)

sobota, 12 września 2009

W polu widzenia...

Zapewne pamiętacie jak reaguję na białe fartuchy. A kto nie pamięta – pisałam o tych traumatycznych przeżyciach w maju. Wczoraj nadszedł ten wielki dzień i doczekałam się wreszcie terminu jaki mi wyznaczono na wykonanie badania pola widzenia. No to poszłam. Byłam zapisana na jedenastą, ale oczywiście to nie byłoby normalne jakby mnie wywołano punktualnie :) Weszłam do gabinetu dwadzieścia minut później. No i się zaczęło. 

Nie wiedziałam wcześniej jak wygląda to badanie, ale wszyscy mówili, że nie ma czego się bać. Zagubiona nawet mówi, ze lubi to badanie. Dla niewtajemniczonych. Polega ono na tym, że trzeba przysunąć głowę do takiego białego półkola, zasłaniają jedno oko a w rękę dają joystick. I na tym białym tle co jakiś czas pojawiają się świetliste punkciki różnej wielkości i o różnym natężeniu. Jak się je zobaczy to trzeba wcisnąć guziczek. Badanie trwa po siedem minut na każde oko. No więc, strasznie rzeczywiście nie było, ale żeby wątpliwości nie było – ja tego badania nie lubię :) Po pierwsze było mi bardzo niewygodnie – w tej pozycji mój krzyż był wybitnie przeciążony i plecy, które dawno mnie już nie bolały, dały mi się we znaki. Po drugie już sama nie wiedziałam, czy ja widzę te punkciki, czy mi się mieni w oczach :) Ale to nic, później było gorzej.
Niektórzy boją się igieł, inni nie potrafią łykać tabletek… Jeśli o mnie chodzi mogą mnie kłuć ile chcą, tabletki mogę połykać kilogramami. Ale… wara od moich oczu :) Po prostu na samą myśl, że ktoś mi coś będzie przy nich robił, zachodzą mi łzami. A na widok kropli do oczu dostaję „powiekościsku” To jest odruch bezwarunkowy. Kiedy pielęgniarka chciała zakropić mi oko, tylko trochę trafiło pod powiekę :) Odruchowo odchyliłam głowę i zamknęłam oko :) Pielęgniarka powiedziała tylko „ooo, z panią to będzie ciężko” :) Później miałam się położyć na kozetce i tam znowu zakrapianie – znieczulanie oka, musiałam dostać potrójną dawkę hihi. Pani doktor, nie wiem właściwie co robiła, w każdym razie chciała przyłożyć mi jakiś przyrząd do oka, ale musiała na pomoc poprosić pielęgniarkę :)
Pani doktor była dość nieprzyjemna, ale jak zobaczyła z kim ma do czynienia, była słodka jak miód :): „No rybeńko, nie ma się czego bać, proszę patrzeć na palec, oo tak, dobrze, teraz drugie oczko… chwileczkę… chwileczkę… no już, ale patrzymy na palec, na palec patrzymy, no ale jak pani może patrzeć na palec jak ma pani oko zamknięte…” Hihi, miło było się poczuć znowu jak pięcioletnie dziecko :)Wiecie ja się naprawdę starałam, ale to jest silniejsze ode mnie, a co do tego palca.. Dopóki nie powiedziała mi, że mam zamknięte oko, mnie się naprawdę wydawało, że ja ten palec widzę hehe. No to przeżyłam kolejną wizytę u białego fartucha i to w dodatku tego od oczu. Ale… w grudniu mam badanie powtórzyć. Ehhhh. :)
Miłej soboty życzę.

sobota, 30 maja 2009

Traumatyczne przeżycie.

Cierpię na syndrom białego fartucha. No boję się lekarzy jak nic. Nawet nie wiem dlaczego. Franek się ze mnie śmieje zawsze (bo oczywiście ciągam go po wszystkich lekarzach razem ze mną, kiedy już muszę iść), bo przed wejściem do gabinetu, zaczynam się cała trząść, serce wali mi jak oszalałe, robi mi się niedobrze i czuję mrowienie w brzuchu. Uchh, straszne…
Jednym z moich obowiązków w pracy jest pilnowanie, żeby wszyscy mieli aktualne badania i wypisywanie skierowań. Ale jak wiadomo szewc bez butów chodzi i ja takich badań nie miałam. Moim koronnym argumentem było to, że przecież ja bez śniadania nie wychodzę z domu a do badania krwi trzeba być na czczo. A przecież ja bym padła bez jedzenia. Ale ostatnio wstałam rano i okazało się, że zapomniałam zaopatrzyć się w cokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. Skoro już byłam na czczo, decyzja zapadła. Pójdę wreszcie do lekarza. I poszłam. Zrobiłam badania laboratoryjne (żeby nie było, lekarzy się boję, ale kłucia wcale :) mogą mi pobierać tej krwi ile chcą;)) a potem wysłali mnie do okulisty. Potwierdzili tylko, że średnio widzę na prawe oko i dodali od siebie, że okularów mam używać nie tylko w samochodzie jak dotychczas, ale także do dłuższej pracy przy komputerze. Zmartwiło mnie tylko, że dostałam skierowanie na pole widzenia… Jak doczytałam, badanie takie robi się u osób z podejrzeniem uszkodzonego nerwu wzrokowego, siatkówki albo z jaskrą. Pierwszy termin, uwaga, uwaga, 11 września :) No co, zapisałam się, mimo, że nie wiem, czy dożyję. I tak, po trzech godzinach wynurzyłam się z przychodni, ściskając w ręce papierek potwierdzający moją zdolność do pracy. Teraz będę świecić przykładem, a co!
 
Żeby było śmieszniej jakiś miesiąc temu zarejestrowałam się do lekarza na Gie. I termin przypadał akurat w ten sam dzień. Więc wieczorem znowu wylądowałam w przychodni :) Tym razem już z Frankiem, co by mnie za rękę potrzymał ;) Przeżyłam, a nawet było całkiem sympatycznie, ale o lekarzu na Gie, to kiedyś będę musiała chyba osobną notkę napisać.
No, to generalny przegląd techniczny mam za sobą. Uffff. Następny najwcześniej za rok :) Całe szczęście, bo każda taka wizyta kosztuje mnie naprawdę sporo nerwów. Naprawdę nie wiem dlaczego tak reaguję na białe fartuchy ;)

piątek, 16 stycznia 2009

Historia choroby

Okupiłam to strasznymi wyrzutami sumienia, ale nie poszłam we wtorek na ten hiszpański. I w środę nie poszłam do pracy. Tak naprawdę temperatura w środę rano już mi spadła, ale gardło rozbolało mnie tak bardzo, że postanowiłam pójść jednak do tego lekarza. Co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma co pochopnie podejmować takich decyzji :) Bo lekarz tak naprawdę tylko postawił diagnozę. Ponieważ jest to wirusowa choroba, nie da się jej wyleczyć żadnym antybiotykiem. Żeby coś na recepcie było, został mi przepisany czosnek w tabletkach, tabletki na gardło i lek przeciwbólowy. Jak się pani doktor dowiedziała, że nie mam umowy o pracę, to mi nawet zwolnienia nie wypisała. I tyle wyszło z mojej wizyty u lekarza. Jednym słowem – tak jak myślałam – samo musi przejść. W środę po południu i wieczorem czułam się bardzo dobrze, wczoraj również, więc poszłam do pracy. Jedyna dolegliwość jaka mi pozostała to kaszel i strasznie skrzeczący głos. Wieczorem poszłam na hiszpański i niestety po powrocie z niego znowu się gorzej poczułam. W nocy znowu miałam temperaturę, ale rano stwierdziłam, że siedzenie w domu nic mi nie da i oto jestem w pracy. Już mnie zaczyna wkurzać ta choroba. Mogłaby się zdecydować, bo naprawdę czułam się już bardzo dobrze. Przydałby się jakiś wolny weekendzik na wykurowanie się, ale nic z tego, bo jak już wspominałam mam teraz zajęcia. Oby tylko jakoś na nich wytrzymać i pozaliczać kolokwia. Nie włączałam ostatnio prawie w ogóle komputera, więc trochę mi się porobiły zaległości u Was, ale postaram się ponarabiać wszystko :) Pozdrawiam wszystkich.

wtorek, 16 września 2008

Przychodzi baba do lekarza...

Poszłam dzisiaj do lekarza, do dermatologa. Zbierałam się już od kilku miesięcy i w końcu się wybrałam. Od razu zaciągnęłam Franka, na twarzy pojawił mu się jakiś dziwny pieg, więc stwierdziłam, ze możemy razem się przejść. Jeśli o mnie chodzi był to nie lada wyczyn, bo ja się strasznie boję lekarzy. Wszystkich. Nie wiem dlaczego, jakiś uraz mam czy co. Zawsze się boję, ze na mnie nakrzyczą. Czekaliśmy jakieś czterdzieści minut i wreszcie nadeszła moja kolej. Miałam motyle w brzuchu ze strachu, aż się Franek ze mnie śmiał. No ale to naprawdę było silniejsze ode mnie. Weszłam do gabinetu, babka zaczęła spisywać wszystkie moje dane i takie tam i nagle zaczęła mnie wypytywać o moje studia. Czy ciężko było się dostać, na czym polegały egzaminy, czy lubiłam studia licencjackie i tak dalej. Byłam zaskoczona, tym bardziej, że Dorota kiedyś była u tej babki i jak się jej pytałam czy jest sympatyczna, mówiła, że taka normalna, tylko strasznie oficjalna… No cóż, to mi raczej na spoufalanie się wyglądało :) A potem babka spytała, czy nie udzielam korepetycji! Zatkało mnie trochę, no bo kurczę, w końcu to ja tu mam sprawę do niej a nie na odwrót :) Powiedziałam, że nie mam czasu. No to ona dalej – czy mogę jej kogoś polecić. Powiedziałam, że zapytam. W końcu zainteresowała się z czym do niej przyszłam… A na sam koniec powiedziałam jej, że podam jej numer koleżance, albo… sama się odezwę w ramach wyjątku. Zastanowię się :) No i co, idzie człowiek do lekarza, a tu mu robotę proponują hihi.