*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Sukces rekrutacyjny...

Takim mianem zostałam określona dzisiaj przez dyrektor HR w naszej firmie. Usłyszałam też, że nie mam obawiać się, że wraz z przybyciem nowego dyrektora działu stracę pracę, bo jestem zbyt cennym pracownikiem...
Powinnam zacząć od początku. Tylko jak to zrobić, skoro sytuacja jest tak dynamiczna?? Szkoda, że nie opisywałam na bieżąco tego, co się działo i dzieje u nas w firmie, ale z drugiej strony to chyba nie byłoby możliwe :) W każdym razie, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rotacja pracowników jest ogromna. Chyba też trochę brakuje pomysłu na rozwiązanie pewnych problemów... Nie wiem, jak to się wszystko dalej ułoży, nic nie jest pewne. Ale z jakiegoś powodu jestem spokojna. 

Nie wiem, być może po prostu to, co się wydarzyło w mojej poprzedniej pracy mnie tak zahartowało, a może się tak bardzo zmieniłam od półtora roku, ale niewiele sytuacji zawodowych jest w stanie wytrącić mnie z równowagi, wprowadzić w stan niepokoju i zestresować. Prawdę mówiąc od stycznia, nie przypominam sobie ani jednej. Nawet wiadomość o tym, że dyrektor naszego działu - ta sama, z którą (oprócz dyrektor działu HR) miałam rozmowę kwalifikacyjną - została zwolniona, przyjęłam raczej ze spokojem.
Pamiętam doskonale ten permanentny stres i niepokój, który cały czas wisiał mi nad głową przez ponad rok w poprzednim miejscu pracy. Robiłam swoje i robiłam to najlepiej, jak umiałam. Lubiłam swoją pracę, nie chciałam jej stracić i cały czas miałam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Miałam nadzieję, a jednak chyba cały czas gdzieś w głębi serca czułam, że tak nie będzie. Z kolei teraz jest zupełnie inaczej. Sytuacja w tej firmie jest o wiele mniej stabilna, a jednak nie mam w sobie tego stresu, który dwa lata temu towarzyszył mi non stop. Cały czas mam wrażenie, że jakoś się poukłada i że wszystko będzie dobrze. Może to ta słynna kobieca intuicja?
A może się mylę i przejadę się na tym moim optymizmie,? Ale w tym wypadku chyba najlepiej wyjdę na takim podejściu do sprawy. Bo jeśli nawet straciłabym tę pracę z jakiegoś powodu, to i tak nie mam na to wpływu. Więc chyba lepiej się tym nie przejmować, prawda? ;) 
Jest mi tak lekko i dobrze z tym nowym podejściem do życia, które przyszło do mnie nie wiedzieć kiedy i jak. A trzyma się mnie ono już całkiem długo. I lepiej niech nie opuszcza :) Bo przecież nie wiem co będzie za miesiąc, pół roku, rok... Mogę spodziewać się zarówno dobrych rzeczy, jak i tych złych. Tylko co to zmieni, że będę się nad tym zastanawiała i przejmowała tymi ewentualnymi złymi? Absolutnie nic. Zawsze to wiedziałam, ale i tak się przejmowałam. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że tym razem jest inaczej.

Wpis miał być o czymś innym, a wyszedł taki filozoficzny. Postaram się następnym razem napisać trochę bardziej konkretnie :)Może uda mi się opowiedzieć po krótce moją dotychczasową historię zatrudnienia w Jabłeczniku, jak postanowiłam nazwać moją firmę na potrzeby tego bloga ;)

Ps. Jestem w trakcie odpowiadania na komentarze - również te bardzo zaległe ;) Ale w końcu to zrobię, więc możecie się spodziewać odpowiedzi nawet na komentarze pod notkami sprzed kilku tygodni.



środa, 17 lutego 2016

Służbowy wyjazd.

Moi rodzice dojechali wczoraj przed 21. Razem z nimi dojechała moja „mała czerwona”, którą mam zamiar włożyć jutrzejszego wieczora. 
Dzisiejszy dzień w pracy jest dziwny, tak jak się tego spodziewałam zresztą. Część osób uwija się jak w ukropie, żeby zdążyć pozamykać większość spraw przed wyjazdem. Druga część chodzi podekscytowana i poddenerwowana swoimi prezentacjami i panelami, w których będą uczestniczyć. Ogólnie dzień pracy klei się średnio :) 
Niedługo zresztą wyjeżdżamy, żeby nie wpakować się w największe warszawskie korki. Choć czuję, że i tak utkniemy na moście :) Rano pożegnałam się z rodzinką i wybyłam. Spotkaliśmy się jeszcze koło południa, bo Franek ma dzisiaj wolne i wraz z Wikingiem oraz moimi rodzicami zrobili sobie wycieczkę do Łazienek, a to rzut beretem od mojego biura, więc na chwilę zeszłam i się z nimi przywitałam. Wikinga bardziej obchodziło to, co się dzieje dookoła, niż mama, która się pojawiła ni stąd ni zowąd - coś czuję, że wcale się za mną nie stęskni :)

Już rozmawiałam z kilkoma osobami i wiem, że nie wszyscy planują ostro imprezować, więc myślę, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie towarzystwo:) Liczę na to, że ja również. 

No doczekałam się - chyba szybciej niż się spodziewałam - samotnego (czyt. bez rodziny) wyjazdu. Zostawiam męża i synka w dobrych rękach moich rodziców i jestem pewna, że sobie wszyscy dadzą radę. Nie zostawiłam nawet żadnych instrukcji. Jasne, myślałam o paru rzeczach, żeby może zasugerować, żeby zrobili to albo tamto, ale potem stwierdziłam, że to bez sensu. Po pierwsze sobie poradzą. A po drugie - jeśli przez trzy dni coś się będzie działo inaczej niż zwykle, to się przecież nic nie stanie. Nie każdy musi robić „po mojemu” Wychodząc z domu powiedziałam tylko: "No, to jak mnie nie będzie, to możecie tu posprzątać" :P Hehe, nie miałabym nic przeciwko, bo ostatnie dni miałam trochę na wariackich papierach i trochę mi się bałagan z wierzchu zrobił, a bardzo go nie lubię :)

Cieszę się na ten wyjazd, bo to coś nowego i innego. Kolejne doświadczenie do zdobycia. Cieszę się też ze względu na to, że nie tyle odpocznę od codzienności - bo w zasadzie nie czuję się nią zmęczona - a po prostu oderwę się na moment od tych codziennych spraw. Wrócę w piątek i będziemy mieli przed sobą bardzo rodzinny - zapewne przyjemny - weekend.

czwartek, 28 stycznia 2016

O pracy przemyślenia.

Ostatnio przyszłam do pracy z myślą, że tego dnia pewnie będę się nudzić, bo wiedziałam, że cały dział ma być na szkoleniu. Szkolenie dotyczyło technik sprzedaży, więc oczywistością dla mnie było, że mnie nie dotyczy. Myliłam się jednak, bo okazało się, że też mam brać w nim udział. Kiedy przekonałam się, że to nie oznacza, że teraz będą kazali mi cokolwiek komuś sprzedawać (nigdy w życiu! obsługiwanie od czasu do czasu pojedynczych klientów w sklepie stacjonarnym, którzy wiedzieli po co przyszli, to jednak coś innego, a i tak tego nie lubiłam), to się nawet ucieszyłam. Fajnie, że nie zostałam pominięta, tylko potraktowano mnie jak pełnoprawnego członka zespołu, który też ma prawo się czegoś nauczyć.
To jest rzeczywiście w tej firmie fajne, że uczestniczę w tylu szkoleniach. Tak się złożyło, że trafiłam do działu, w którym nigdy bym siebie nie widziała, ale dzięki temu uczę się naprawdę wielu rzeczy. Jak tak dalej pójdzie to będę naprawdę bardzo wszechstronna za parę lat :P Nie dość, że studiowałam zupełnie coś innego, to jeszcze doświadczenie zawodowe mam co rusz z innej branży i zajmuję się za każdym razem czymś nowym...

Ale ogólnie na razie z tą pracą to jest tak, że nie umiem za wiele na jej temat powiedzieć :) Jest ok, ale czuję lekki niedosyt. Myślę, że wynika to głównie z tego, że jestem w tym wypadku niecierpliwa i chciałabym wszystko już/teraz/natychmiast…
Mam na myśli to, że jest mi dziwnie, że nie znam wszystkich procesów, które tu zachodzą, że jeszcze nie do końca zapoznałam się ze specyfiką nowego miejsca pracy no i że jest po prostu inaczej, niż w poprzedniej pracy - co jest przecież czymś oczywistym.

Moja rola tutaj chyba też jeszcze nie do końca określona. To znaczy jest, ale zbyt ogólnie. Nie mam na razie typowego zakresu obowiązków. Wykonuję zadania dorywczo - niektóre wejdą już do mojej rutyny na stałe, inne mają być takim badaniem gruntu przeze mnie. Niektórych rzeczy na razie nie mogę robić, bo czekam jeszcze na przyznanie kodów dostępu itd. 
W ogóle sprawa wygląda tak, że cały ten dział jest dość świeży. Nawet szefowa pracuje dopiero od listopada. Ma to oczywiście swoje dobre strony - większość osób jest nowa, więc wszyscy dopiero się poznajemy i wszyscy czujemy się podobnie (chociaż z tego co się zorientowałam, tylko ja zostałam przyjęta na skutek rekrutacji zewnętrznej, inne osoby były z polecenia albo z rekrutacji wewnątrz firmy, przyszły z innych oddziałów). Z drugiej strony, niestety w spadku po poprzednikach dostaliśmy totalny bałagan i trudno jest się w tym wszystkim odnaleźć. Mnie, jako skrupulatną perfekcjonistkę oczywiście to dobija.
Ale z drugiej strony przypominam sobie, jakie były moje początki w poprzedniej firmie… I dochodzę do wniosku, że bardzo podobne. Też początkowo czułam się zagubiona i zdezorientowana. Nikt nie umiał powiedzieć mi, czym właściwie się będę zajmowała (założenia oczywiście były - zresztą podobnie jak tutaj, ale w praktyce wdrożenie ich okazywało się trudniejsze), wszystko musiałam sobie układać sama stopniowo i trwało to dość długo. Po roku znałam już wszystkie tryby tej maszyny, po dwóch latach okazałam się na tyle niezastąpiona, że zaproponowano mi kierownictwo a po trzech wszyscy chcieli ze mną pracować, bo wiedzieli, że ja to „solidna firma”.
I właśnie brakuje mi tego trochę teraz. Brakuje mi tego, że znam wszystkie procesy, wiem co się dzieje z każdym jednym zamówieniem, bo każde przechodziło przez moje ręce na wcześniejszym lub późniejszym etapie. Denerwuje mnie, kiedy ktoś zadaje mi jakieś pytanie, a ja nie wiem, jak na nie odpowiedzieć i dopiero zastanawiam się, gdzie tą odpowiedź uzyskać. Przeszkadza mi to, że nie mogę się wykazać - nie jakąś wybujałą ambicją, niespotykaną kreatywnością albo przedsiębiorczością tylko swoją drobiazgowością, systematycznością i zorganizowaniem. To są rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka i długo trwa, zanim inni będą w stanie je zauważyć i docenić. Mam nadzieję, że będę miała czas na to, żeby jeszcze pokazać, na co mnie stać.

Na szczęście wygląda na to, że znowu trafiłam na fajną przełożoną. Już na rozmowie kwalifikacyjnej zrobiła na mnie dobre wrażenie, a teraz je podtrzymuję. Przede wszystkim podoba mi się jej podejście do ludzi, widać, że w każdym pracowniku widzi osobę z własną historią i życiem prywatnym a nie trybikiem w maszynie. Dla mnie, jako osoby, która choć angażuje się w swoją pracę w ponad 100%, ale jednocześnie dba o to, żeby mieć czas dla siebie i rodziny i nie przesiadywać po godzinach, kiedy nie jest to absolutnie konieczne, bardzo ważne było to, że na pierwszym oficjalnym spotkaniu pracowników powiedziała, że nie chce, żebyśmy wykonywali swoją pracę kosztem rodziny. To jednak wiele mówi o pracodawcy.  Poza tym widzę, że jest to typ człowieka, który lubię - z którym można pogadać szczerze o tym, co się podoba ale też o tym, co gryzie. Cieszy mnie to, bo ja lubię, kiedy mogę do kogoś iść i powiedzieć co myślę. Wczoraj nawet skorzystałam już z tej możliwości i odbyłam krótką pogawędkę sam na sam z szefową:)
Ludzie też się wydają w porządku, choć oczywiście dopiero za parę miesięcy będę mogła mówić, że mam na ich temat wyrobioną jakąś rzetelną opinię. 
Jak już wspominałam, pierwsze koty za płoty, poczucie wyobcowania minęło dość szybko i chociaż są jeszcze momenty, kiedy czuję się lekko nieswojo, to minęło już to pierwsze skrępowanie. Z drugiej jednak strony z lekką zazdrością spoglądam na te osoby, które pracują ze sobą już dłużej i choć są z różnych działów, spotykają się w kuchni na pogaduszkach albo wychodzą razem na obiad i widać, że się kolegują (choć oczywiście nie wiem, na ile bliskie są te znajomości). Ja dotychczas w pracy nigdy nie nawiązywałam bliższych relacji i tylko w pierwszej firmie u J. miałam koleżankę, z którą gadałyśmy o różnych sprawach (ale nie spotykałyśmy się nigdy po pracy) a z kolei w ostatniej firmie od czasu do czasu razem z Frankiem spotykaliśmy się z Kasią i jej mężem na gruncie prywatnym. Nigdy też mi tego nie brakowało, bo generalnie jestem wyznawczynią teorii, żeby w życiu mieć kilka różnych ważnych sfer, które zanadto się ze sobą nie mieszają. Ale nie powiem, miło byłoby złapać z kimś kontakt na tyle, żeby móc pogadać nie tylko o pogodzie i sprawach służbowych. Czas pokaże, czy to będzie możliwe, ale nie będę specjalnie o to zabiegać. Bylebym tylko nie była odludkiem, ale ta z kolei skrajność chyba raczej mi nie grozi :)

Tak to mniej więcej teraz wygląda. Nie mogę mówić o tym, że uwielbiam moją nową pracę, ani też, że jej nie lubię, bo mam za mało danych. Ale jestem tu dopiero trzy tygodnie, więc wiem, że po prostu muszę uzbroić się w cierpliwość, choć to bywa trudne :) W każdym razie widzę, że powoli zaczyna się wszystko rozkręcać i chyba lada moment rzeczywiście może być tak, ze nie będę miała w co ręce włożyć. Tylko na razie to wszystko jest chaotyczne i słabo zorganizowane, ale chyba od tego tu jestem, żeby to poukładać :)

W każdym razie, pomimo drobnych wątpliwości, zdecydowanie dostrzegam plusy mojej obecnej sytuacji. Przede wszystkim doceniam to, że mam pracę, która oferuje mi dużo możliwości rozwoju - choćby poprzez zdobywanie nowych doświadczeń i umiejętności. Poza tym przecież tego zawsze chciałam - spełnienia na gruncie prywatnym i zawodowym, żyć tak, aby po prostu łączyć jedno z drugim. I nawet mimo tego żalu, który odczuwam za czasem spędzonym w domu z Wikingiem, wiem, że tak jest lepiej dla nas wszystkich. No i jest jeszcze jeden ogromny plus - codzienne przynajmniej 40 minutowe (a zazwyczaj jest to godzina) sam na sam (i z resztą pasażerów komunikacji miejskiej, ale kto by się tym przejmował :P) z książką! Bo oczywiście skoro dojeżdżam kolejką i tramwajem, to obowiązkowo w torebce mam książkę. Jestem w stanie podczas dojazdów do i z pracy przeczytać przynajmniej 50 stron dziennie a to korzyść dla mnie ogromna :)

Zobaczymy, jak to się poukłada. Mam nadzieję, że wszystko będzie się rozwijało i pójdzie w dobrym kierunku, a za trzy (już właściwie dwa) miesiące moja umowa zostanie przedłużona. Najbardziej zależy mi na tym, żebym czuła, że to co robię ma sens, że jestem komuś potrzebna i moja praca jest szanowana i doceniana. I żebym się nie stresowała, bo to jest chyba najgorsze. Oczywiście, wynagrodzenie też jest istotne - dobrze, kiedy jest się docenionym również finansowo :) 
Na razie tyle mogę napisać w odpowiedzi na Wasze pytania „jak w pracy” i realizując własną potrzebę wygadania się na ten temat:)

piątek, 22 stycznia 2016

Trochę tego i owego.

Dokładnie rok i jeden dzień po tym (albo przed tym, bo na sam koniec powstało jakieś zamieszanie z datą porodu i w szpitalu jakoś tak obliczyli, że wyszło 23 stycznia), jak Wiking miał się urodzić, nasz Dzieciak waży 8,4 kg i mierzy 72 cm. A wiemy o tym stąd, że dziś Wiking poszedł z tatą się szczepić. Pamiętam, jak umawiałam nas na tą wizytę... To było w listopadzie albo nawet jeszcze październiku (do naszego pediatry takie są terminy). Obliczyłam sobie wcześniej, kiedy Franek będzie miał wolny weekend - tak na wszelki wypadek, bo kiedy ostatnio (w sierpniu chyba to było) Wiking był szczepiony to później był bardzo marudny po południu - żebym nie była sama. Postarałam się o wizytę możliwie jak najpóźniejszą, żeby Franek zdążył już wrócić z pracy i pójść do lekarza z nami. Słowem, przygotowałam się od każdej strony i tylko nie przewidziałam, że to ja będę rodzicem, którego przy tym szczepieniu nie będzie :P Jakoś mi wtedy przez myśl nie przeszło, że faktycznie będę już pracować, bo mi się tak szybko uda coś znaleźć. Życie lubi zaskakiwać :)

Ale póki co Wikuś dzisiaj był w bardzo dobrym nastroju i nic nie wskazywało na to, żeby to szczepienie w ogóle go obeszło. Zapłakał tylko przy ukłuciu, potem śmiał się już z wygłupów taty. Mnie przywitał szerokim uśmiechem, a teraz już od dwóch godzin smacznie śpi. Oby tak dalej, mam nadzieję, że jutro też nic się nie będzie działo, bo się nasłuchałam trochę o tej szczepionce i bałam się, jak Wiking ją zniesie. A na jutro mamy ambitne plany, bo jedziemy po długiej przerwie na zajęcia dla małych dzieci (już nie mogę pisać, że dla niemowląt, bo przecież Wiking to już nie niemowlę :P). W innym miejscu, w innej kawiarni, ale z tą samą panią. Zobaczymy, co Wikuś na to.

Nie wiem, co było tego przyczyną, ale faktem jest, że dzisiaj od rana byłam w wyśmienitym humorze - ale nie z gatunku tych, kiedy człowiek sobie myśli "ale mam dzisiaj fajny dzień, tak mi wesoło i radośnie...", tylko raczej nareszcie poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. Ostatnio to wiedziałam, ale tego nie czułam. Mam nadzieję, że to dobry objaw i powoli wszystko zaczyna się już w mojej głowie i nie tylko układać. Oczywiście nadal tęsknię bardzo za niektórymi momentami, ale taka już jest domena czasu, że mija i trzeba się z tym pogodzić.

Czas pędzi jak szalony, kiedy pracuje się osiem godzin dziennie. I nawet mimo tego, że obłożona robotą nie jestem, to czas w biurze też płynie mi bardzo szybko. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Tak naprawdę nadal jeszcze niewiele o samej pracy mogę powiedzieć. Na pewno nie czuję się już tak, jak ostatnio pisałam, czyli nie jest mi tak nieswojo i obco. Przeszło mi mniej więcej tydzień temu. Wydaje mi się, że to całkiem niezły rezultat. W większości sytuacji całkiem swobodnie przemieszczam się po całej firmie, a nawet kursuję w te i we wte, bo tego wymagają niektóre z moich obowiązków. Nie mam też problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi. Do jednego z handlowców powiedziałam dzisiaj nawet "a sio", jak mi coś w ustawieniach komputera chciał zmieniać, więc możecie sobie wyobrazić, że się nie spinam za bardzo ;) To tak pokrótce, postaram się napisać więcej na ten temat, ale muszę się trochę zastanowić, co właściwie o tym wszystkim myślę, bo chyba nie jestem pewna :P Tak czy inaczej, nie jest źle. 
A najważniejsze, że mam pracę. Coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało mi się totalną abstrakcją stało się faktem i na pewno jest się z czego cieszyć. A ogromnym plusem tego, że się pracuje jest na przykład to, że co tydzień (zazwyczaj) ma się weekend :P Żegnam Was więc piątkowo i życzę udanego weekendu :)

wtorek, 12 stycznia 2016

Pierwsza relacja w punktach.

Jakoś nie umiałam napisać tej notki jako spójnej całości, więc będzie w punktach :)

1.    Miłym zaskoczeniem jest dla mnie to, że w kolejce którą dojeżdżam nie ma dzikich tłumów, ani rano ani po południu. Można nawet liczyć na miejsce siedzące i spokojnie czytać przez 20 minut. W tramwajach jest trochę z tym gorzej, ale też nieźle, a poza tym jadę tylko jakieś osiem minut. Dojazd jest więc bardzo wygodny i sprawny.

2.    Przyznaję, że po raz pierwszy spotkałam się z tak profesjonalnym podejściem do wdrażania nowych pracowników (a jest ich sporo, bo modernizowany jest cały dział) - dostałam plan na ten tydzień, w którym są rozpisane wszystkie spotkania i szkolenia. Ale zdarzają się też okienka (których pewnie później już nie będzie, bo już kilka osób ostrzegało mnie, że pracy może być sporo), wtedy zajmuję się poznawaniem nowego systemu, zabawą z komputerem i rozwiązywaniu quizów wiedzy o produkcie.

3.    Wspominałam kiedyś, że firma działa w branży IT, nie wchodząc w szczegóły dodam, że jest mocno związana z firmą Apple, a co za tym idzie, cały sprzęt i oprogramowanie są firmowe. Dostałam już swojego Maca i iPhona, teraz uczę się pracy na urządzeniach i systemie operacyjnym, z którymi nie miałam dotychczas nic wspólnego. Te quizy są o tyle fajne, że poprzedzają je treningi online, więc kto wie, może za jakiś czas będę ekspertem :P

4.    Jeszcze nie do końca jest dla mnie jasne, czym dokładnie będę się zajmować, ale coraz więcej rzeczy się już klaruje. Przede wszystkim już wiem, że jestem pracownikiem działu handlowego, ale będę bardzo ściśle współpracować z logistyką i księgowością. Dzisiejsze spotkanie, które odbyłam z przedstawicielem działu logistyki pozwala mi sądzić, że będę miała sporo obowiązków, które już znam, chociaż oczywiście ich specyfika zapewne będzie inna.  No i przede wszystkim, będę na nie patrzyła z trochę innego punktu widzenia.

5.    Nie mam więc na razie żadnych konkretnych obowiązków, tylko się ciągle z kimś spotykam i szkolę a potem przetrawiam nowe wiadomości, ale to dobrze, bo nie czuję się rzucona na głęboką wodę.

6.    Oczywiście to chwilami powoduje, że czuję się dziwnie nie na miejscu, bo dookoła mnie wszyscy działają i robią swoje, a ja tak siedzę z pozoru bezczynnie, ale grunt, że się nie nudzę. Poza tym pamiętam, że kiedy rozpoczynałam poprzednią pracę, to początkowo też tak było, że wręcz martwiłam się, czy aby na pewno jestem potrzebna i czy mnie zaraz nie zwolnią, ale po czasie doceniłam ten czas, bo dzięki niemu stopniowo mogłam zapoznać się ze sposobem funkcjonowania wielu rzeczy. Liczę na to, że tutaj będzie podobnie - lepsze to, niż bycie rzuconym na głęboką wodę.

7.    Wczoraj poznałam mnóstwo nowych osób, uścisnęłam wiele dłoni a przed moimi oczami przewijały się dziesiątki nowych twarzy, do których teraz staram się jakoś dopasować imiona (myślę, że i tak jest nieźle, bo zdołałam zapamiętać ponad dwadzieścia :)). Przyznaję, że nie jestem do tego przyzwyczajona, bo przecież dotychczas pracowałam raczej w kameralnym gronie - w restauracji co prawda była spora rotacja na stanowiskach kelnerskich, ale jednak to trochę co innego. 

8.    Z tego powodu na razie czuję się lekko skrępowana w niektórych sytuacjach. Takie poczucie nadmiernej świadomości istnienia własnej osoby... Nie wiem, czy wiecie, co mam na myśli. W każdym razie dziwnie mi jest trochę w nowym środowisku, czuję się obco i czasami trochę niezręcznie, mimo, że spotkałam się jedynie z życzliwością albo po prostu obojętnością. Ale oczywiście mnie się wydaje, że oczy wszystkich są zwrócone na moją osobę i że każdy mój ruch jest śledzony, co zapewne nie jest prawdą.

9. Mam wrażenie, że wszyscy wokoło są tak wybitnie profesjonalni, a ja jestem taką sierotką, która nie wiadomo skąd się wzięła :) Jasne, że mam wiedzę i doświadczenie, ale nie mam obycia jeśli chodzi o pracę w korporacji. I tego się trochę obawiam. Tłumaczę sobie, że przecież mnie zatrudnili, a mają tak świetnie zorganizowany dział HR, że to raczej nie był wybór przypadkowy, ale na razie jest mi dziwnie. Czekam aż to minie.

10. Ale przy tym wszystkim cieszę się, że mam znowu możliwość zdobycia zupełnie nowych doświadczeń i nauczenia się czegoś nowego.

11. Na froncie domowym jest póki co spokojnie. Wiking nie sprawia wrażenia, żeby odnotował, zmiany w naszej codzienności, choć pewnie jednak zauważył moją nieobecność. Ale póki co, nie przeżywa jej specjalnie. Niania mówi, że jest pogodny jak zawsze.

12. Jeśli chodzi o mnie, to będąc w pracy potrafię nie myśleć o domu. Ani razu nie zadzwoniłam do niani z pytaniem co słychać, nie zamartwiam się ani nie zastanawiam, jak sobie radzą. Ale jak mi się czasami Wikuś przypomni, to jest mi żal. Szczególnie w drodze do i z pracy, kiedy mijam te wszystkie miejsca, które ostatnimi czasy mijała tylko z Wikingiem w wózku. Smutno mi się wtedy robi i bardzo mi szkoda, że to już nie wróci. Prawda jest taka, że tęsknię za Wikingiem i czasem z nim spędzonym. Brakuje mi tego, że w każdej chwili mogłam go przytulić i pocałować. Nie szaleję co prawda z tej tęsknoty, ale muszę przyznać, że to jest dla mnie trochę uczucie nieznane. Może jeszcze innym razem przystąpię do głębszej analizy tych uczuć.

13.  Jednak radość Wikinga, kiedy wchodzę do domu jest bezcenna :) Przez chwilę patrzy a potem szeroko się uśmiecha i idzie do mnie szybkim krokiem, żeby się we we mnie wtulić. Albo macha swoimi rączkami z radości. To wygląda naprawdę słodko.
 

niedziela, 10 stycznia 2016

Zamykamy ten rozdział :(

I nadszedł ten dzień. Koniec mojego urlopu macierzyńskiego, nie tylko formalny, ale i praktyczny. Jutro idę do pracy. Dziwne to uczucie, kiedy dzisiaj wszystko robię z myślą o tym, że przed ósmą będę musiała wyjść z domu i razem z całą masą innych ludzi pracujących pojechać do centrum Warszawy, gdzie spędzę osiem godzin. Nie jestem pewna jak to zniosę...

O dziwo nie stresuję się aż tak bardzo - nie wiem, czy na razie, czy po prostu stres mnie nie dopadnie. Odkąd dostałam pracę, tylko raz śniło mi się nowe miejsce, a to też chyba o czymś świadczy. Jak się z tym wszystkim czuję? Różnie powiedziałabym.
Najłatwiej chyba napisać jest o tych najbardziej oczywistych i wytłumaczalnych odczuciach. Cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pracę i że nie miałam wcale okresu przejściowego między dniem, kiedy urlop macierzyński mi się kończy a tym, kiedy rozpocznę nową pracę, czyli, że ominęło mnie takie prawdziwe bezrobocie. Wiem, że nawet gdybym pocieszała się, że zyskałam kilka dodatkowych dni/tygodni z Wikingiem, to bardzo stresowałabym się i przede wszystkim dołowała faktem, że nie mam pracy. Przyznaję, że moje myślenie bardzo się zmieniło i w myśl wspomnianego kiedyś tu punktu drugiego mojego dekalogu, że tylko krowa nie zmienia poglądów, stwierdzam, że zmieniłam też zdanie na temat tego, czy mogłabym nie pracować. Otóż na tę chwilę (bo kto wie, czy za jakiś czas znowu mi się nie odmieni) zdecydowanie mogłabym, gdybyśmy tylko mogli sobie na to pozwolić i gdybym nie musiała za bardzo latać ze szmatą po domu (choć to z kolei byłoby nie w porządku wobec Franka w moim odczuciu). Ale to jest chyba temat na osobną notkę, więc pozostanę tylko przy tym, że cieszę się, że urlop macierzyński został wydłużony (aczkolwiek nie mam pojęcia, co zrobiłabym, gdybym nadal miała poprzednią pracę i  czy nie wróciłabym do niej po pół roku, na szczęście ominął mnie ten dylemat).
Dobrze się więc stało i stwierdzam, że poukładało się to wszystko wręcz idealnie.

Niemniej jednak, bardzo żal mi tego czasu, który dobiega końca. Owszem, początki były trudne i miałam wrażenie, że każdy dzień jest bezsensowny, w dodatku wydawało mi się, że to się nigdy nie zmieni i nigdy już nie będę miała do czego dążyć. Ale dziś zrzucam to na karb mojej słabszej kondycji psychicznej. Tak naprawdę w tej chwili nie boję się powiedzieć, że pod wieloma względami ostatnie miesiące były jednymi z najpiękniejszych i najszczęśliwszych w moim życiu. 
Teraz już nabrałam trochę dystansu, myślę, że to dlatego, że jeszcze nie do końca umiem wyobrazić sobie, jak to będzie w praktyce. Ale obawiam się, że najbliższe tygodnie będą dla mnie bardzo trudne i męczące. Będę musiała się przyzwyczaić do nowych porządków w życiu i do tego, że nie będę już spędzać niemal całego mojego czasu z Wikingiem. Tego się boję najbardziej, bo przecież dotychczas byliśmy razem niemal non stop - z przerwami jedynie na jakieś moje wyjścia, które zwykle nie trwały dłużej niż 4 godziny. Najtrudniej było dzień po tym, jak otrzymałam telefon, że zostałam przyjęta do pracy. Co chwilę płakałam patrząc na Wikusia, który bawił się jak zwykle. Miałam wrażenie, jakby właśnie ktoś mi powiedział, że mój czas się kończy. Mało tego, wtedy wydawało mi się wręcz, że ktoś mi Wikinga zabierze i teraz już go nie będę miała. 
Taki dzień emocjonalnego rozchwiania był na szczęście tylko jeden i teraz patrzę na to bardziej racjonalnie. Ale i tak bardzo mi szkoda tych wszystkich chwil, które już nie będą naszymi wspólnymi. Pomimo wszystkich gorszych momentów, bardzo wielu rzeczy będzie mi brakowało. Na przykład spacerów w okolicach południa, przesiadywania na ławeczce w parku, chodzenia po supermarkecie z Wikusiem w wózku w dni powszednie - słowem, bycia osobą niepracującą, która może sobie pozwolić na wychodzenie z domu, kiedy jej się podoba :) Idąc dalej - będzie mi brakowało zajęć, na które razem jeździliśmy, wizyt u Agnieszki i Adasia, wspólnych zabaw w ciągu dnia, a nawet oglądania powtórkowych odcinków M jak miłość o siódmej rano i później zerkania jednym okiem na telewizor, kiedy telewizja śniadaniowa prezentowała jakiś interesujący mnie temat. Oj, mnóstwo tego jest :( Prawdę mówiąc, jak o tym piszę, coraz bardziej dociera do mnie, że to już naprawdę koniec i znowu żal mnie ściska za gardło... 
Będę tęsknić za Wikingiem, na pewno. W tygodniu nie będziemy mieli niestety dla siebie zbyt dużo czasu. Wiem, że taka jest kolej rzeczy i musiało się tak stać. Ale przez to żal wcale nie jest mniejszy. Mam tylko nadzieję, że chociaż weekendy mi to wynagrodzą i wszystko sobie odbijemy. 
W sumie to kończę już temat czego i jak bardzo będzie mi brakowało, bo stwierdzam, że i tak nie potrafię tego opisać :( 

Dodam jeszcze, że boję się, jak to wszystko będzie wyglądało. Mam wrażenie, że teraz już kompletnie na nic nie będę miała czasu, że wszystko będzie leżało odłogiem. Że nie będzie czasu na gotowanie, jedzenie, może nawet spanie? Niee, spanie to u mnie zawsze był priorytet, osiem godzin musiało być, więc i teraz będę się kładła o 22 i wstawała o 6. To akurat nie bardzo się zmieni, bo właściwie tego się trzymałam przez cały czas. Chociaż dość często bywało, że Wikuś dosypiał sobie jeszcze do siódmej (nawet ósmej, ale to już rzadko) - a ja razem z nim. Mam nadzieję, że Wiking nadal będzie spał w nocy, tak jak śpi teraz, bo chociaż zwykle zaliczamy jedną pobudkę, to nie jest ona szczególnie dokuczliwa, zwykle się nie wybudzam i od razu zasypiam ponownie. Ale nie ukrywam, że mam trochę obaw, czy teraz nie będę bardziej zmęczona.

Wiem, że wszystko się poukłada... Tego rodzaju lęki towarzyszyły mi przy każdej życiowej zmianie a ostatecznie wszystko udawało się dobrze zorganizować. Ale jednak i tak się boję i zastanawiam, jak to będzie. 
A tymczasem - zamykam pewien rozdział w moim życiu. Blogowo chyba też, bo obawiam się, że tym postem właśnie kończę okres niemal codziennego pisania. Chciałabym nadal pisać często i dużo, ale nie łudzę się - będę miała na to czas jedynie przez jakieś dwie godziny wieczorem (chyba, że w przyszłości okaże się, że ta praca też będzie taka fajna, że od czasu do czasu będę mogła sobie pozwolić na napisanie notki w czasie przestoju:)), a przecież to nie będzie jedyne, co będę chciała robić. Ale mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej być w miarę na bieżąco. 

A więc jutro znowu mam do przeżycia pierwszy dzień reszty mojego życia... Pojęcia nie mam, jak to zniosę. Ani jak zniesie to Wiking, bo chociaż na razie wszystko wskazuje na to, że jemu nie zrobi to większej różnicy, to kto wie, co będzie.

Ps. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej sytuacji, która pokazuje, jak nagle zmieniło się moje myślenie.
3 grudnia, czyli tego samego dnia, kiedy wysłałam aplikację do firmy, w której jutro rozpoczynam pracę, umawiałam się na spotkanie 17 grudnia ze współpracownikami z mojej poprzedniej pracy. Cieszyłam się na to wyjście, myślałam o tym, jak fajnie będzie się wyrwać. 14 grudnia dowiedziałam się, że zostałam przyjęta do pracy i kiedy trzy dni później jechałam na spotkanie, miałam już zupełnie inne nastawienie. Owszem, cieszyłam się, że spotkam się ze znajomymi, ale z drugiej strony żal mi było tego czasu - myślałam sobie, że w pewnym sensie tracę czas z Wikingiem. Nawet kiedy wsiadałam do metra, odczuwałam żal, że nie mam ze sobą wózka z Wikusiem...

wtorek, 22 grudnia 2015

Teoretycznie o pracy.

Święta tuż, tuż, a ja mam tyle tematów nieświątecznych. Wolę jednak pisać o tym póki mam jeszcze (w miarę czas), bo obawiam się, że później będzie z tym dużo gorzej.
O niani już było, teraz jeszcze może trochę o pracy, chociaż póki co, wszystko będzie raczej teoretyzowaniem.
Wiecie, że poza tą jedną firmą, nikt więcej się do mnie nie odezwał, a CV trochę w ciągu tamtego tygodnia między 2 a 10 grudnia wysłałam. I teraz się zastanawiam, czy ja jestem taka - przepraszam za wyrażenie - zajebista, że za pierwszym podejściem mi się udało, czy wręcz przeciwnie - taka beznadziejna, że nikt nie ma ochoty nawet zaprosić mnie na rozmowę. Nie żebym zaraz korzystała, ale jednak :) Cała sytuacja pokazuje absurdy związane z szukaniem pracy, bo wyobraźcie sobie, że oferta z mojej przyszłej firmy pojawiła się 3 grudnia. Tak wyszło, że od razu wysłałam aplikację, już tydzień później przeprowadzili rozmowę kwalifikacyjną z ostatnim kandydatem na stanowisko, czyli ze mną, a już po weekendzie poinformowali mnie, że chcą mnie zatrudnić. Tymczasem ogłoszenie na portalu nadal wisi z adnotacją, że ważne będzie jeszcze przez 11 dni... Przypuszczam, że po prostu musieli się na początku zadeklarować, ile czasu będzie trwała rekrutacja, a może nie spodziewali się, że tak szybko im pójdzie... W każdym razie, zastanawiam się wobec tego, na ile ofert, które są już dawno nieaktualne powysyłałam aplikację?? Zważywszy na fakt, że odpowiadałam często na ogłoszenia, które miały jeszcze tylko kilka dni do upływu terminu ważności (zakładając, że dopiero wtedy rozpocznie się właściwa rekrutacja), pewnie na sporo...

Cóż, w tej chwili myślę sobie, że tak po prostu widocznie miało być, bo jak niby to wszystko inaczej wytłumaczyć? :) Tydzień i po wszystkim. Kiedy wybierałam się na tamtą rozmowę, czułam się trochę podekscytowana, ale przyznam Wam uczciwie, że przede wszystkim myślałam sobie o tym, że fajnie będzie, że pojadę komunikacją miejską, bo przynajmniej sobie książkę poczytam :P I bardziej całe to przedsięwzięcie traktowałam jako takie swoje wychodne niż poważną sprawę. Jasne, że odczuwałam powagę sytuacji, nawet sobie specjalnie nową koszulę kupiłam, bo dzień wcześniej zrobiłam przegląd garderoby i okazało się, że większość eleganckich ciuchów na mnie wisi albo jest już zniszczona. :) Ale raczej podchodziłam do tego tak, że jeszcze sobie na te rozmowy pochodzę, więc od czegoś trzeba zacząć, żeby trochę się rozkręcić.
W ogóle to zaczęłam od wtopy :/ Weszłam do biurowca, a tu recepcja. I to nie recepcja tej firmy, tylko taka ogólna, bo firm w wieżowcu sporo. Żeby wejść musiałam pokazać dokument ze zdjęciem i co się okazało?? Zostawiłam portfel z dokumentami w torbie przy wózku! Normalnie wtopa na całego i doskonale obrazuje to jaka jestem, czyli roztrzepana jak jajecznica... Musiałam dzwonić do kobiety, która się ze mną na rozmowę umawiała i prosić ją, żeby dzwoniła do recepcji i się za mną wstawiała... Głupio mi było, ale stwierdziłam, że skoro już się stało, to po prostu przeproszę i ani nie będę udawać, że to nie miało miejsca, ani za bardzo tego nie będę przeżywać. Cóż, chyba obrałam dobrą strategię, okazało się, że brak dokumentów na wstępie mnie nie zdyskwalifikował :)

Cała rozmowa była dość przyjemna. O dziwo, w ogóle się nie stresowałam, gładko odpowiadałam na pytania, nawet dotyczące hipotetycznych sytuacji. Jedyne z czym miałam problem to odpowiedź na pytanie czego nie lubiłam w poprzedniej pracy! Musiałam coś wymyślić, bo na pewno by mi nie uwierzyli, gdybym powiedziała, że niczego :P Ze spotkania wyszłam w całkiem dobrym nastroju, prawdę mówiąc wiedziałam, że poszło mi całkiem nieźle, ale nie nastawiłam się na nic, bo chociaż czułam, że w dużej mierze zrobiłam dobre wrażenie i moje doświadczenie i umiejętności zostały zauważone, to doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że czasami decydują niuanse. Mogło się im nie spodobać nawet to, że trzymałam nogę na nogę na przykład albo odgarniałam włosy prawą ręką :) Ale skłamałabym, gdybym tak zupełnie nadziei nie miała... Prawdę mówiąc, to wydaje mi się, że miałam jakieś przeczucia - zwłaszcza, że powiedzieli, że odezwą się we wtorek, a ja w poniedziałek cały dzień czekałam na informację. Uciekałam od tych swoich myśli i nadziei, bo bałam się rozczarowania i nie chciałam się nastawiać. Kiedy w poniedziałkowy wieczór zobaczyłam, kto do mnie dzwoni, serce mi stanęło. A kiedy usłyszałam, że pani z kadr i szefowa działu bardzo chciałyby ze mną współpracować, podskoczyło z radości :) To są takie chwile, kiedy człowiek jest naprawdę z siebie zadowolony. Byłam dumna, że udało mi się to osiągnąć bez niczyjej pomocy.

Jak już wspominałam, zaczynam 11 stycznia. To będzie nowe stanowisko i jestem go bardzo ciekawa. Opis w ogłoszeniu i to, co usłyszałam na rozmowie brzmiało całkiem ciekawie. To będzie w dużej mierze coś innego, niż dotychczas robiłam, zupełnie inna branża. Ale z drugiej strony będzie to takie połączenie tego wszystkiego, czym się dotychczas zajmowałam. Cieszę się, że znowu się czegoś nowego nauczę i prawdę mówiąc obawiam się, czy sobie poradzę. Najpierw będę miała trzymiesięczny okres próbny i bardzo się boję, czy temu sprostam... 
Jestem teraz pozytywnie nastawiona, cieszę się, że tak sprawnie mi poszło ze znalezieniem tej pracy i że będę miała spokojne święta, bez martwienia się o brak zatrudnienia. Cieszę się też, że przede mną otwierają się nowe perspektywy. Ale jednocześnie boję się tego nowego - wiem, że moja poprzednia praca to była praca idealna i takiej już nigdy nie będę miała :) O takich warunkach i komforcie mogę sobie pomarzyć, bo to było nietypowe. Ale byłabym zadowolona choćby z tego, gdybym miała w nowej pracy przyjemną atmosferę, sympatycznych współpracowników i miłą szefową. Gdyby okazało się, że nowe obowiązki są ciekawe i dają mi satysfakcję, ale jednocześnie, że radzę sobie z nimi sprawnie. Gdybym miała otwartą drogę do tego, żeby w miarę potrzeby się rozwijać, ale by praca ta nie była wykańczająco stresująca i żebym była w stanie godzić ją spokojnie z moim życiem prywatnym. Tego bym sobie życzyła. Bardzo chciałabym, żeby i tym razem poszczęściło mi się, jeśli chodzi o pracę.

Na razie jeszcze za wiele nie myślę o tym, co będzie za trzy tygodnie. Chociaż oczywiście pełna jestem najróżniejszych emocji. Ale na tę chwilę jeszcze delektuję się samą myślą, że zostałam doceniona i że jednak Ktoś nade mną czuwał, że tak mi się wszystko poukładało. W takich chwilach trudno mi nie myśleć o wielu minionych miesiącach i o tym, że jednak los wiedział chyba co robi, nawet kiedy wydawało mi się, że jego celem jest tylko mi dokopać.
Obym się nie przeliczyła z tymi moimi refleksjami :))

A o samej pracy pewnie jeszcze będzie więcej, kiedy już będę wiedziała, co ja tam konkretnie będę robić i czy mi się to podoba :) Na razie wiem, ze to połączenie administracji biurowej i logistyki, czyli coś, co bardzo lubię, ale jak to będzie wyglądało w praktyce, to się dopiero okaże. Nie jest to stanowisko kierownicze, ale też nie asystenckie. Mam nadzieję, że sprostam nie tylko nowej pracy, ale też nowej rzeczywistości, która będzie na mnie czekać.

wtorek, 15 grudnia 2015

Długa notka, ale nie dało się inaczej.

Nie miałam czasu wczoraj pisać nic więcej, więc aby nie zostawiać tylko krótkiej sensacyjnej wiadomości, zamieściłam tylko ten horoskop, bo to akurat niesamowity zbieg okoliczności :)
A sensacyjną wiadomością jest to, że dostałam pracę. Associate Sales Executive (nie pytajcie mnie jak to się tłumaczy :)) w firmie specjalizującej się w branży IT to będę ja od 11 stycznia. Jest to wiadomość o tyle sensacyjna dla mnie, że znalezienie tej pracy zajęło mi niecałe dwa tygodnie (od momentu samego wysłania CV, ale wcześniej się do całego procesu musiałam przygotować, o czym napiszę później) i że zdążyłam pójść raptem na jedną rozmowę kwalifikacyjną i od razu mnie chcą :P Nie zdążyłam za to tego jeszcze przyjąć do wiadomości, absolutnie! Ogólnie to dziwnie mi jest, bo tak obiektywnie to się oczywiście bardzo cieszę, subiektywnie jest dużo gorzej, ale o emocjach pewnie jeszcze teraz będzie nie raz.

Nie zdążyłam się jeszcze pochwalić tym, że zaczęłam szukać pracy, nie dlatego, że to była jakaś wielka tajemnica (jaka to tajemnica, skoro to było w jakiś sposób oczywiste :P), tylko najpierw był to dla mnie bardzo trudny temat, a potem jak się już za to zabrałam, to nie miałam czasu, żeby opisać wszystko od początku. Myślałam, że na spokojnie przez święta nadrobię, a tu się okazuje, że moje poszukiwania właściwie się skończyły.

No to od początku, przynajmniej pokrótce... 
Jeszcze kiedy byłam w ciąży, wyobrażałam sobie, że będę musiała szukać pracy najpóźniej na początku drugiego półrocza urlopu macierzyńskiego, czyli w okolicach lipca. Niepojęte było dla mnie, że będę bez pracy i w dodatku będę w stanie siedzieć w domu stresując się tą myślą, bo przecież pracy można szukać nawet kilka miesięcy. Wyobrażałam sobie to wszystko, ale tak naprawdę bez konkretów, bo te odsuwałam na później. Nie chciałam się przejmować tym za wcześnie i dodawać sobie zmartwień, o czym Wam parę razy wspominałam. Potem przyszedł lipiec i wakacje z rodzicami, wtedy zaczęłam rozmyślać o tym, że po powrocie zacznę działać w kierunku szukania pracy, ale muszę przyznać, że sama myśl na ten temat wręcz nie paraliżowała. Bałam się tego wszystkiego, nie wiedziałam od czego zacząć (to znaczy wiedziałam, że trzeba zacząć od zastanowienia się, co z Wikingiem, ale nadal nie wiedziałam, jak to zrobić), nie wiedziałam, co robić. To naprawdę były dla mnie przykre myśli i odsuwałam je tak długo, jak mogłam. Nie mogłam dłużej niż do drugiej połowy września, bo wtedy już bardziej przerażająca stała się świadomość, że nic w tym kierunku nie robię :) Zadzwoniłam więc do mojej byłej szefowej, bo potrzebna była mi pewna informacja. Trochę pogadałyśmy o różnych sprawach a szefowa powiedziała, że jak już się stwierdzę, że w ciągu miesiąca będę w stanie znaleźć pracę, to żebym do niej zadzwoniła, to ona może akurat będzie miała coś u siebie (założyła działalność) albo komuś mnie poleci. Wtedy chyba po raz pierwszy usiedliśmy z Frankiem i zastanowiliśmy się nad konkretnymi terminami. Doszliśmy do wniosku, że aż tak nam się nie spieszy - kwota, którą dostawałam z ZUSu była na tyle wysoka, że stwierdziliśmy, że skoro miałabym pracować za podobne pieniądze, to lepiej jeszcze poczekać i pobyć z Wikingiem, a potem ewentualnie pojechać na rezerwie. Poza tym wtedy też pomyśleliśmy o tych moich drugich wakacjach w Miasteczku - wiedzieliśmy, że taka okazja się już raczej nie powtórzy i nie ma sensu dobrowolnie z tego rezygnować. Postanowiliśmy więc, że w połowie października wyjeżdżam, a w Miasteczku poszukam w internecie informacji o opiekunkach, zorientuję się trochę na rynku pracy i przede wszystkim skompletuję porządnie dokumenty, które będą mi potrzebne później. Podeszłam do tego na luzie, ale lepiej mi się już zrobiło, kiedy miałam konkretny cel. Udało mi się zrealizować, to, co było najważniejsze i poczułam się lepiej, choć jeszcze jednak nie byłam gotowa na konkretne działania. To był czas, kiedy naprawdę dobrze było mi z Wikingiem i nie chciałam myśleć o zostawianiu go. Poza tym okazało się jeszcze, że Franek ma wziąć ten zaległy urlop w listopadzie, więc wszystko nam się przesunęło w czasie. Nie ukrywam też, że po cichu chyba cały czas liczyłam na to, że jakoś to będzie i na to, że szefowa gdzieś się za mną wstawi. Znam ją, znam jej metody działania i wiem, że lubi zatrudniać ludzi sobie znajomych, więc ta myśl podnosiła mnie na duchu.

Konkretnie zaczęliśmy działać zgodnie z ostatecznym postanowieniem w połowie listopada, kiedy to wróciliśmy z urlopu w Poznaniu, a Frankowi jeszcze został tydzień wolnego.  Zaczęliśmy od przeanalizowania rozkładu naszych wydatków w ostatnim czasie. Potem wzięliśmy się za szukanie niani. Na pewno będę jeszcze o tym pisać, więc proszę, na razie nie zadawajcie za dużo pytań na ten temat, żebym nie musiała pisać dwa razy :))
 Teraz tylko napiszę: dlaczego nie żłobek, przeciwko któremu generalnie nic nie mam? Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej Wiking zacząłby łapać infekcje i chorować. Nie mogłabym iść do pracy, a potem zaraz na początku brać zwolnienia, żeby opiekować się dzieckiem. U Franka też byłoby to trudne, a jak wiadomo, dziadków nie mamy na podorędziu. Poza tym mimo wszystko wydawało mi się, że na dobry początek lepiej, żeby taki mały Wiking miał do dyspozycji jakąś dochodzącą ciocię "w całości", niż musiałby się nią dzielić z innymi dziećmi. A inna sprawa, że nie orientuję się, jak to jest, ale nabór do żłobków chyba jest od września i nie da się tak od połowy roku? No, ale to już i tak było na tyle nieistotne, że nawet tego nie sprawdzałam.
Zaczęłam się więc orientować skąd wziąć nianię i ostatecznie stwierdziłam, że najwygodniej, najpewniej i najszybciej - mimo, że nie najtaniej (choć czas to pieniądz, więc kto tam wie?:)) będzie skorzystać z pomocy agencji. Zadzwoniłam na początku do paru, żeby się zorientować, jak to w ogóle wygląda i jedna z nich (w dodatku najtańsza, ale moim zdaniem najlepiej wiedząca, jak pozyskać klienta :)) od razu zapytała mnie o nasze oczekiwania i sytuację. Bez podpisania umowy wysłała nam niezobowiązująco profile kilku kandydatek i dzięki temu ostatecznie się zdecydowaliśmy, bo to już był konkretny konkret, że tak to nazwę :D
Mniej więcej wtedy też wzięłam się już tak porządnie za odświeżenie CV, zadzwoniłam do byłej szefowej, i wysłałam jej je (wiedziałam już, że ona sama nie ma akurat nic dla mnie, ale mówiła, że komuś mnie poleci). Poza tym rozpuszczałam wici, że szukam pracy i zostawiłam CV u koleżanki, którą poznałam na zajęciach Wikinga, a która pracuje w agencji pośrednictwa pracy.
Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o samą operacją "margolka wraca do pracy" coś się zaczęło dziać mniej więcej od listopada. Zaczęłam luźno przeglądać ogłoszenia, zalogowałam się na kilku portalach, zaznaczyłam sobie niektóre oferty itd. Czas płynął szybko, mieliśmy jeszcze kilka spraw do załatwienia, dopóki jestem w domu, więc ostatecznie postanowiliśmy, że do 1 grudnia będziemy mieli wszystko podomykane na tyle, że spokojnie będę mogła wysłać pierwszą aplikację. 
Tak naprawdę najdłużej największym moim dylematem było - czego szukać najpierw, pracy, czy niani? Pani w agencji poleciła mi, żeby jednak pracy, bo o nianię będzie łatwiej. Dlatego też z zaproszeniem pań do nas do domu na rozmowę kwalifikacyjną wstrzymaliśmy się do momentu, kiedy trochę ogłoszeń już powysyłam. Castingi odbyły się w ubiegłym tygodniu, odczucia mieliśmy pozytywne i dość szybko, trochę chyba intuicyjnie, zdecydowaliśmy się na jedną dziewczynę, chociaż od razu wszystkim zapowiadaliśmy, że dopóki  nie mam pracy, nie ma mowy o zatrudnieniu. 
Również w ubiegłym tygodniu zadzwoniono do mnie z jednej firmy, do której wysłałam aplikację i zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Rozmowa była w piątek i to właśnie wtedy Dorota musiała się zająć Wikingiem - nie pisałam Wam, po co jadę, bo same widzicie, ile miałabym przy tej okazji wyjaśnień :) Jak już coś piszę to wolę konkretnie, a ciągle nie miałam czasu, żeby tak porządnie usiąść, zebrać myśli i opisać wszystko tak, jak teraz. Poza tym, nie spodziewałam się, że w ogóle coś z tego wyjdzie - no bo jak to? Pierwsza rozmowa i od razu sukces? Mimo, że odczucia po spotkaniu miałam pozytywne i wydawało mi się, że zrobiłam dobre wrażenie, to przecież sama doskonale wiedziałam, że raptem parę dni wcześniej zdecydowaliśmy się na jedną nianię, a nie na drugą, tylko dlatego, że tak czuliśmy :) 

Wczoraj wieczorem okazało się, że to ze mną firma chce współpracować i zostałam o tym poinformowana telefonicznie. Wszystko brzmi pięknie, że tak nam się udało ze wszystkim zgrać w czasie (bo przecież jeszcze musi być czas na to, żeby Wiking oswoił się z nianią i go mamy) i ogólnie to naprawdę niesamowity zbieg sprzyjających okoliczności. Gdzie jest haczyk? No, haczyk jest, choć chyba jednak niewielki. Wynagrodzenie, które proponują mi na początek (bo niby jest szansa na więcej w późniejszym okresie) jest nieco niższe niż to, które podałam na rozmowie jako minimum. To jest i tak trochę więcej, niż dostawałam  przez ostatnie pół roku z ZUSu i więcej, niż dostaje Franek. Znowu więc obiektywnie rzecz biorąc, nie mogę narzekać. Po prostu punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) To jest sporo mniej, niż dostawałam w poprzedniej pracy po przeprowadzce (ale to było do przewidzenia, że tyle to nigdzie nie dostanę:)) i chyba też jednak stosunkowo niewiele, jak na standardy warszawskie. Z drugiej jednak strony, gdyby złożono mi taką ofertę na przykład po pół roku bezowocnego szukania pracy, to wzięłabym z pocałowaniem ręki :P Generalnie więc pomyślałam, że trzeba mieć trochę pokory wobec życia, lepiej mieć nieco mniej, niż zakładałam, niż nie mieć wcale :) A jak mi się nie spodoba, to przecież lepiej szukać nowej pracy z perspektywy osoby pracującej niż bezrobotnej. 
Pozytywnie na pewno nastraja to, że tak szybko udało się znaleźć pracę oraz to, że stanowisko będzie dopiero tworzone. Po raz kolejny więc będę od podstaw uczestniczyć w organizacji pracy biura od podstaw, a bardzo to lubię, bo myślę, że to zdecydowanie lepsze, niż przejmować po kimś obowiązki i niejako wskakiwać w biegu do jadącego pociągu. Poza tym moje nowe miejsce pracy będzie miało całkiem przyjemną lokalizację, biurowiec znajduje się w centrum Warszawy, dzięki czemu będę mogła tam swobodnie dojechać komunikacją miejską w jakieś 30-40 minut. Jak na dojazd z Podwarszawia to rewelacja, lepiej nawet niż moje dojazdy za czasów poznańskich. Idealnie też się złożyło, że zacznę pracę dokładnie wtedy, kiedy kończy się mój urlop macierzyński (no niemal dokładnie, ale po prostu utarło się, żeby zaczynać w poniedziałek a nie piątek ;))

Tak, jak już wspomniałam, ta informacja mnie trochę odurzyła. Z jednej strony mi ulżyło i cieszę się, z drugiej, jak to zwykle bywa ze mną, bardzo boję się tych zmian. W tym wypadku nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo przecież chodzi nie tylko o mnie. Co tu dużo mówić, pewnie doświadczam tego, co pewnie większość matek wracających do pracy po urlopie macierzyńskim i jest mi po prostu żal. Byłam z Wikingiem niemal non stop od jego urodzenia (a wcześniej to nawet non stop :P), a teraz muszę go zostawić :( Taka jest jednak kolej rzeczy i choć zawsze wyobrażałam sobie, że to musi być trudne (nawet pomimo tego, że zawsze angażowałam się w moją pracę, a może właśnie dlatego, zawsze widziałam ogrom tego dylematu), to jednak te uczucia trochę mnie przerastają teraz, bo wyobrażać sobie coś, a tego doświadczać to co innego. Ale o tym na pewno będę jeszcze pisać nie raz.

Wracając do notki wczorajszej. Śmiałyśmy się z Dorotą, że to dobry znak, ale wczoraj naprawdę dziwnie mi było, kiedy stwierdziłam, że to był horoskop zdecydowanie dla mnie. W dodatku tekst o tych negocjacjach we wtorek (powiedziano mi, że to we wtorek się dowiem o rezultacie rozmowy) - może powinnam tam dzisiaj zadzwonić i zapytać, czy nie zdecydują się jednak na 300 zł podwyżki? :P Eee, lepiej nie kusić losu :)

wtorek, 6 października 2015

Nie ma tego złego... Rok później.

Wspominałam, że 1 października był dla mnie datą podwójnie symboliczną. O pierwszym symbolu już pisałam, o drugim będzie dziś.
Otóż 1 października minął dokładnie rok odkąd wylądowałam na tak zwanej zielonej trawce... Z tej okazji przeczytałam sobie notkę z ubiegłego roku, żeby przypomnieć sobie, co wtedy myślałam i skonfrontować to z tym, co myślę dzisiaj. I tak sobie myślę, że nie jest źle...

Na przykład wielokrotnie tam podkreślałam, że nie potrafię dostrzec pozytywnych stron utraty pracy i wyobrażałam sobie, że jeszcze długo ich nie dostrzegę. Potrzeba mi było do tego niemal całego roku i teraz z tej perspektywy dojrzałam wreszcie to, co dobre...
Po pierwsze - gdyby firma nie została zlikwidowana, na 100% pracowałabym tak długo, jak się da. Przypuszczam, że do świąt, kiedy to mieliśmy zaplanowany wyjazd. Bardzo możliwe, że po Nowym Roku chciałabym pracować nadal i pewnie fakt, że wylądowałam w Sylwestra w szpitalu mocno by mnie zestresował, bo nie byłabym na to kompletnie przygotowana i nie zdążyłabym zrobić wszystkiego. Tak czy inaczej, wtedy oczywiście nie wyobrażałam sobie innej opcji i nie widziałam żadnego problemu w tym, ze chodziłabym do pracy. Teraz nadal tego problemu nie widzę i nie jest tak, że zmieniłam nagle swój pogląd na to, że każda cieżarna powinna od razu zrezygnować z pracy. Ale teraz potrafię już docenić fakt, że było mi dane przesiedzieć te trzy miesiące w domu!
Nie dlatego, że miałam czas na przygotowanie się do narodzin Wikinga itp, bo ten czas znalazłby się nawet pomimo pracy. Ale dlatego, że dostałam w prezencie od losu (tak to teraz widzę, naprawdę) trzy miesiące czasu tylko dla mnie! Mogłam całkowicie poświęcić go tylko sobie i temu, co lubię robić. Nigdy wcześniej (może po maturze, choć nie aż do tego stopnia) nie miałam tyle czasu i pewnie nigdy później już się to nie powtórzy. Pod tym względem to był niezapomniany czas i wspominam go sentymentem. Mogłam czytać, uczyć się słówek, słuchać muzyki, blogować, prowadzić swoje statystyki i domową księgowość, robić porządki na dysku, rozwiązywać krzyżówki, szydełkować, ćwiczyć...
Nie wiedziałam, że jak się pojawi Wiking to aż tak bardzo będzie mi brakowało tego wolnego czasu (choć przecież i tak go mam, ale same przyznajcie, że jak się ma tyyyle ulubionych rzeczy do roboty, to zawsze będzie go brakowało ;)), dlatego żałowałam, że nie pracuję. Ale teraz myślę sobie, że bardzo dobrze się stało, bo... jednak należało mi się przed tym macierzyństwem. A co! :P
Po drugie - dwa tygodnie po tym, jak wylądowałam na bezrobociu okazało się, że mam cukrzycę ciążową. Dzięki temu, że byłam w domu, miałam czas na to, żeby zastanawiać się nad odpowiednią dietą i wprowadzać ją w życie. W pracy byłoby mi jednak bardzo trudno tę dietę utrzymywać - musiałabym chyba nosić ze sobą do biura tony półproduktów, z których przygotowywałabym coś odpowiedniego (a miejsca na to za bardzo nie było). Poza tym w pracy nie da się uniknąć sytuacji stresujących, a stres dobrze na poziomy glikemii na pewno nie wpływał.
Po trzecie - przynajmniej w lipcu nie miałam dylematu co dalej robić - czy wracać do pracy, czy zostać z Wikingiem w domu. Trudno jest mi teraz gdybać, ale wiem, że praca była dla mnie bardzo ważna. I niełatwo byłoby mi siedzieć w domu wiedząc, że coś mnie tam omija. Lubię się wszystkim zajmować osobiście i trudno byłoby mi odpuścić. Z drugiej strony, gdybym wróciła do pracy, pewnie też czułabym, że coś mnie omija... Oczywiście to uczucie i tak jeszcze przede mną, ale przynajmniej nie musiałam przez to przechodzić wcześniej niż to konieczne. 

Cieszę się, że jednak okazało się, że rzeczywiście czasami jest tak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na pewno też nie bez znaczenia jest jednak fakt, że tak, jak pisałam rok temu, nie jestem typem depresyjnym. Chociaż utrata pracy - zwłaszcza takiej rewelacyjnej - bardzo mnie bolała (i do dziś oboje z Frankiem nad tym ubolewamy), potrafiłam przerobić swój smutek a potem ruszyć dalej i nie grzebać się w tym, co niedobre. Skupiłam się na pozytywach, odsunęłam na bok niepokój i tak sobie żyłam przez ostatni rok. I trochę jeszcze żyję. Dołki są, ale z innych powodów. Może i nie jestem optymistką, ale jednak usposobienie mam chyba jednak pogodne :) 

Tak, wiem, co napisałam rok temu o szukaniu pracy :) Ale umówmy się, że to nie jest jeszcze pora, żeby na ten temat rozmawiać, dobrze? :) To jest dla mnie trudna kwestia, nie chcę poświęcać jej więcej myśli, niż muszę, nie chcę na ten temat rozmawiać, bo i tak przyjdzie jeszcze na to czas, więc proszę tylko o uszanowanie mojej prośby :) 

Miniony rok uzmysłowił mi coś jeszcze - mianowicie to, że absolutnie nie nadaję się na bycie kurą domową! Wcześniej to podejrzewałam, teraz wiem na pewno... 
Co ciekawe, w pewnym momencie doszłam do wniosku, że jednak wbrew temu, co zawsze myślałam, mogłabym siedzieć w domu i nie pracować, ale pod dwoma warunkami: po pierwsze, że ktoś by mi za to płacił :P (jak teraz ;) po drugie: że mogłabym zajmować się swoimi sprawami. Bo siedzenie w domu w okresie ciąży było całkiem przyjemne, to późniejsze jest niezłe i stwierdzam, że można się do tego przyzwyczaić. Ale gdybym tak była gospodynią domową na pełen etat, to już zobowiązywałoby mnie do wykonywania wszelkich prac domowych, bo przecież głupio, żeby chłop po powrocie z pracy zajmował się wszystkim, a ja tylko czytaniem, szydełkowaniem i nauką języków :P Bo teraz to jeszcze dzieckiem się zajmuję, ale przy założeniu, że miałabym siedzieć w domu dłużej, dziecko zaczęłoby chodzić do jakiegoś przedszkola czy szkoły i wtedy już musiałabym się zająć domem.
Zajmowałam się nim (tyle o ile, no bo przecież bez przesady :P to naprawdę nie moja bajka) w ciąży. Gotowałam obiady, zmywałam na bieżąco, zamiatałam, sprzątałam itd. Wiele razy nachodziła mnie myśl - jak ja tego nie znoszę! 
Ale to nie chodzi o to, że ja tego w domu w ogóle nie robię. Oboje z Frankiem mamy swój przydział obowiązków, który ukształtował się w sposób naturalny. I tak na przykład ja gotuję zupy, ścieram kurze, robię pranie, prasuję, robię porządki w szafach, szufladach itp., zajmuję się wszelkimi segregacjami oraz naszymi finansami. Franek gotuje drugie dania, wynosi śmieci, myje podłogi, sprząta łazienkę... Oprócz tego są takie obowiązki jak np. zmywanie, które wykonujemy na zmianę (ale fakt, że częściej Franek). No i oczywiście dopuszczamy pewne odstępstwa od tego szablonu, bo i mnie się zdarzy ugotować pełny obiad i Frankowi powiesić pranie... Nie jest więc tak, że ja całkowicie stronię od wszelkich prac domowych. Ale będąc wtedy w domu, z całą masą wolnego czasu (pojęcie względne przy moim grafiku :)), uświadomiłam sobie, że naprawdę nie mogłabym funkcjonować w taki sposób, żeby wziąć na siebie prowadzenie gospodarstwa domowego. A przecież wypadałoby tak zrobić, gdyby facet zarabiał na rodzinę a ja siedziałabym w domu. W takim wypadku to ja jednak wolę pracować. Po prostu nie lubię co chwilę zmywać, stać nad garami, pucować kafelków i szorować podłóg. No nie lubię i już. Nie czuję się w tym. 
Kiedy mama mnie do tego wszystkiego goniła, to strasznie stękałam. Ona mi mówiła, że kiedyś i tak będę musiała się tym zajmować, a ja odpowiadałam, że znajdę sobie męża, który będzie to robił za mnie. I proszę bardzo ;) Znalazłam :P 

To był jednak całkiem niezły rok. Widocznie tak miało być, żebym mogła sobie przed pojawieniem się Wikinga odpocząć, żebym mogła nadrobić parę spraw a także, żebym uświadomiła sobie, że sam brak pracy nie jest taki zły. A przynajmniej nie musi być w pewnych okolicznościach :) Cieszę się, że ostatecznie tak to oceniam. Nie wiem, co będzie za kilka miesięcy. Ale mam nadzieję, że jakoś się to wszystko poukłada.

czwartek, 2 października 2014

Refleksje świeżo upieczonej bezrobotnej

Miałam już opublikować dwie notki od ostatniego wpisu, ale operator naszej kablówki i jednocześnie internetu mi to skutecznie uniemożliwił :) Najpierw były jakieś problemy, a wczoraj koło południa internet i telewizja padły całkowicie - zdaje się zresztą, że w połowie Podwarszawia - i nie naprawiło się to przynajmniej do 3 nad ranem :) Nie żebym siedziała i czekała tyle czasu na internet :) Po prostu o tej godzinie wstawałam na siku i wtedy zawsze mój wzrok pada na dekoder, na którym normalnie wyświetla się coś innego niż jakieś dziwne znaczki - a tak właśnie było w nocy. Ale ku mojemu zaskoczeniu przed szóstą już wszystko działało.

No i cóż... Stało się. Od wczoraj oficjalnie jestem bezrobotna i przechodzę na garnuszek państwa :( We wtorek rano poszłam do biura otworzyć firmie sprzątającej. Pozbieraliśmy też ostatnie rzeczy, które tam jeszcze pozostały - środki czystości, jakieś artykuły biurowe. Koło południa pojechałam jeszcze raz spotkać się z szefową. Patrzyłyśmy na to puste pomieszczenie i nie mogłyśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę... Oddaliśmy klucze. Odebrałam świadectwo pracy. Ale okazało się, że ze względu na moją szczególną sytuację, ZUS mógłby się przyczepić do jednego nieprecyzyjnego zapisu, więc zdecydowałyśmy, że pojadę do Warszawy do biura i otrzymam poprawiony dokument. Miałam więc jeszcze okazję przejechać się ostatni raz służbową taksówką.. No, przedostatni, bo dzisiaj mamy imprezę pożegnalną, to jeszcze będę z tego luksusu korzystać.
Odebrałam też telefon od osób z firmy, która była jednym z naszych podwykonawców. Bardzo ściśle z tymi ludźmi współpracowałam. Bardzo było mi miło, kiedy sami z siebie zadzwonili (wyprzedzając mój zamiar napisania maila), żeby podziękować mi za współpracę. Ileż miłych słów usłyszałam! O tym, że nie wiedzą, jakim cudem ja to wszystko ogarniałam, że dziękują za to, że potrafiłam załatwić to, co niemożliwe, że kilka razy ratowałam im tyłek, że wielokrotnie łagodziłam konflikty a mój stoicki spokój potrafił sprawić, że każda nerwowa sytuacja stawała się łatwiejsza do przejścia. (To ostatnie jest bardzo zabawne, bo to nie pierwszy raz kiedy w miejscu pracy - w poprzednim było tak samo - jestem postrzegana jako uosobienie spokoju, podczas gdy przecież jestem bardzo impulsywna i emocjonalna, o czym moi bliscy mogą zaświadczyć :))
Wysłałam też pożegnalnego maila z podziękowaniem do innej firmy, z którą blisko współpracowałam i otrzymałam odpowiedź zwrotną od samego prezesa, który napisał, że cenili sobie bardzo mój profesjonalizm i zaangażowanie w pracę. Bardzo mi było miło, bo przecież mogli się ograniczyć do tradycyjnego podziękowania i zwyczajowych życzeń powodzenia w życiu zawodowym i prywatnym... Wolę więc sobie myśleć, że gdyby to nie była prawda, to by tego nie napisali :)
I to był ostatni mail, jaki otrzymałam, bo już wtorkowego wieczora okazało się, że zostałam odcięta od dostępu do służbowej poczty, co równa się po prostu z tym, że przestałam istnieć w angielskiej bazie danych jako pracownik firmy... Ech, przykre, choć przecież nie zaskakujące...

Oswajam się więc teraz z nową rzeczywistością... Tej pracy będzie mi brakowało już zawsze i jestem po prostu pewna, że lepszej nie znajdę, bo była wyjątkowa pod wieloma względami. Takiej swobody nie dostanę już nigdy. Bardzo obawiam się przyszłości i tego, jak potoczą się moje dalsze losy, jeśli chodzi o sprawy zawodowe. Nadal przerażająca jest dla mnie myśl, że nie mam do czego wracać i zamiast przez rok spokojnie opiekować się dzieckiem (choć nie zdążyłam podjąć decyzji, co do długości urlopu macierzyńskiego, zakładałam, że zadecyduję później), po pierwszym półroczu pewnie będę musiała zacząć rozglądać się za nową pracą. Naprawdę się boję tego wszystkiego i bardzo martwię się o przyszłość. Boli mnie też to, że nadal nie będziemy mieli stabilnej sytuacji życiowej - nadal nie wiemy, gdzie los nas rzuci za kilka, kilkanaście miesięcy, bo nie mamy za bardzo oparcia. Chyba nawet trochę się już poddałam i doszłam do momentu, kiedy przestałam walczyć. Teraz po prostu będę czekać na rozwój sytuacji. Jak to kiedyś napisała jedna z Was - każdy wojownik wie, że nadchodzi czas, kiedy trzeba oszacować straty, rozejrzeć dookoła i zrobić mały krok w tył, żeby przygotować się do kolejnej walki (wybacz mi Flo. tę swobodną interpretację Twoich słów :)) Dla mnie chyba ten czas nastał. Paradoksalnie jestem nieco spokojniejsza, choć oczywiście podkreślam, że niepokoje i troski nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...

Po prostu staram się teraz samą siebie przekonać do tego, że nie jest tak źle. Nie jestem typem depresyjnym, więc nie potrafię zbyt długo tkwić w dołku, nawet jak mi się w życiu nie układa. Staram się wtedy zepchnąć problemy na bok - przynajmniej na tyle, na ile się da - i cieszyć z różnych drobiazgów codzienności. Nie napiszę na pewno, że czuję się spełniona i szczęśliwa, bo zbyt odczuwam zbyt duży egzystencjalny dyskomfort, ale wiem, że ja sama mam ogromny wpływ na to, jak będę się czuła przez te najbliższe kilka miesięcy i jeśli będę się cały czas dołowała, to po prostu będzie mi źle i smutno.
Myślę więc sobie, że nie jest przecież tak źle, skoro na moje konto wpłynęła właśnie gruba kasa (odprawa, odszkodowanie, wynagrodzenie i ekwiwalent za 35 dni niewykorzystanego urlopu) za którą moglibyśmy sobie kupić nową brykę, ale raczej odłożymy ją na gorsze czasy :) Sknerusy dwa, hehe ;) Ale co tam, nasza bryka aktualna jest u nas raptem od roku i dwóch miesięcy, a łącznie liczy sobie lat pięć, więc jeszcze sobie pojeździmy. 
Poza tym tak naprawdę jestem w bardzo komfortowej sytuacji, skoro będę się byczyć w domu i do czasu porodu dostawać zasiłek w wysokości zasiłku macierzyńskiego (wszelkie znaki na niebie i ziemi tudzież przepisy, przez które się przekopywałam wskazują, że będzie on równoważny mojej dotychczasowej pensji, ale wiadomo, że dopóki nie zobaczę, to jestem nieco sceptyczna) a później przez pół roku zasiłek macierzyński w wysokości 100% i przez kolejne pół 60% (co i tak będzie niezłą sumką, bo zdaje się, że wyniesie więcej niż zarobki Franka).
Mimo wszystko nie żałuję tej naszej decyzji sprzed półtora roku, bo czego się nauczyłam przez ten czas, to moje. Zdobyłam ogromne doświadczenie w wielu dziedzinach, a i kierownicze stanowisko będzie wyglądało nieźle w papierach. Dodatkowo nieźle mnie ta praca ustawiła na ten najbliższy czas - chociaż oczywiście przyjmując propozycję awansu, wcale nie planowałam, że zajdę w ciążę i będę wykorzystywać sytuację. Ale prawda jest taka, że gdybym tego awansu nie przyjęła, to nie wiem, na jakim etapie życia bym była. Musiałabym szukać nowej pracy a wiadomo, że początku zawsze są trudne i przypuszczalnie dzisiaj nawet nie moglibyśmy jeszcze myśleć o założeniu rodziny. Dlatego cieszę się, że pod tym względem tak się to wszystko poukładało. Zwłaszcza, że do kwestii planowania potomstwa podeszliśmy bardzo, ale to bardzo na luzie, można więc powiedzieć, że w sumie mieliśmy farta, bo w innych okolicznościach musiałabym teraz rozglądać się za inną pracą, a nie za wózkami i dziecka nie mielibyśmy pewnie jeszcze przez jakieś najbliższe dwa lata - o ile nie dłużej.
Nie myślcie więc sobie, że pomimo tych wszystkich moich niepokojów, tego zamartwiania się i złości na sytuację, nie potrafię docenić tego, co mam i nie dostrzegam, że życie samo znalazło rozwiązanie dla wielu spraw. Widocznie tak miało być i choć absolutnie nie cieszę się z utraty pracy i nie potrafię dostrzec pozytywnych aspektów tego wydarzenia, to cieszę się, że przynajmniej w kwestii zakładania rodziny będziemy o ten jeden krok do przodu, bo dziecko już będzie z nami zawsze...
Przy okazji - dowiedziałam się ciekawych rzeczy z życia mojej rodziny, a konkretnie z młodzieńczych lat moich rodziców :) Kiedy rozmawiałam z moim wujkiem - bratem mojej mamy (który zawsze bardzo nam kibicował jeśli chodzi o pracę i osiągnięcie tej upragnionej stabilizacji i bardzo zmartwiło go, że tak się to potoczyło) na temat całej tej sytuacji, powiedział mi ostatecznie - ee, jak ty się miałaś urodzić, to babcia też się strasznie martwiła, jak to będzie, bo mama dopiero studia skończyła, tacie został jeszcze ostatni rok, nie mieli pracy i jedyne pieniądze jakie dostawali to renta taty po jego zmarłym ojcu. A jakoś sobie poradzili i wszystko się poukładało. Jakby tak za dużo wtedy myśleli, to pewnie ciebie by w ogóle nie było na świecie... Wiecie, to też dużo daje, kiedy widzę, że moi bliscy nie robią tragedii z tego, co się stało - choć oczywiście ubolewają nad utratą tak dobrej pracy.... Ale jest mi jakoś lepiej. Zwłaszcza, że rodzice cały czas powtarzają, że mamy się nie martwić, bo jak będzie trzeba, to oni nam pomogą finansowo. 

Co się stało, to się nie odstanie i prawda jest taka, że o ironio! ja - kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi!, ciężarna w dodatku, która zamierzała (wzorem swojej szefowej :)) pójść na zwolnienie jakiś dzień przed porodem, będzie przez najbliższe trzy i pół miesiąca siedzieć na tyłku w domu i robić za kurę domową. (To ostatnie mnie bardzo przeraża, bo ja się do tego nie nadaję!, ale o tym będzie notka innym razem) Jako, że bezczynnie siedzieć nie potrafię, bo działa to na mnie destrukcyjnie, postanowiłam sobie opracować plan działania. Wdrożę go od przyszłego tygodnia. Bo nie może się skończyć tak, że będę całymi dniami przesiadywać przed komputerem!
Od miesiąca więc sporządzałam listę rzeczy, które są do zrobienia, a na które nigdy nie miałam czasu. Podzielę sobie to na dni tygodnia i te codzienne obowiązki będę traktować tak, jakby były moją pracą. Żadnego odpuszczania (chociaż, może czasami, przecież w robocie też sobie czasem odpuszczałam :)). Grunt to mieć cele i dobry plan! Bez planu dnia margolki dobrze nie funkcjonują!

Ps. Mój plan obejmuje też blogowanie, więc proszę jeszcze o chwilę cierpliwości, pewnie się wkrótce ogarnę i znowu zacznę się u Was udzielać :)