*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą towarzysko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą towarzysko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Przy sobocie.

Pisałam ostatnio, że nie wiem, czy będę jeździć w soboty z Wikingiem na zajęcia sama, bo dojazd komunikacją miejską jest trochę gorszy i nie wiem, jak Wikuś go zniesie. 
Nie byłabym sobą, gdybym odpuściła :) Oczywiście musiałam ten dojazd przetestować i pojechaliśmy. I teraz już wiem, że nawet pomimo tego, że może wychodzić nawet ponad godzinę w jedną stronę (bo to zależy od tego, czy połączenia nam się skomunikują) to będziemy jeździć :) Trochę się bałam, czy się Wiking nie będzie niecierpliwił siedząc tyle czasu w autobusach albo tramwajach, ale okazało się, że zachowuje się wzorowo :) Siedzi grzecznie, rozgląda się i obserwuje. Korciło go, żeby nacisnąć guzik służący niepełnosprawnym, ale pokręciłam głową, że nie i odpuścił. Za chwilę znowu wyciągnął rączkę i sam pokręcił głową, że nie wolno ;P Jak go jazda znużyła, to sobie przysnął. W każdym razie podróż przebiegła nam bez żadnych komplikacji. A ja sobie poczytałam :)
Na zajęciach Wiking był w doskonałym humorze i wszystkich zaczepiał. Inni rodzice dziwią się nawet, że on taki kontaktowy jest i nie boi się obcych. Ale po prostu towarzyskie dziecko mamy i kiedy wokół jest dużo ludzi, on jest w swoim żywiole.
Fakt, że przez taki wypad pół soboty mamy z głowy (wyszłam z domu po 10 i wróciłam po 15), ale muszę powiedzieć, że jest to dla mnie taka przyjemność (a jak jeszcze jest tak piękna pogoda jak dziś, to już w ogóle!), że wcale nie patrzę na to w tych kategoriach, bo po prostu odpoczywam w ten sposób. Przyznam, że nie sądziłam, że tak bardzo można cenić sobie czas spędzany poza domem z dzieckiem. Zawsze to lubiłam i cieszę się, że nawet teraz, kiedy pracuję, mam taką możliwość. Po prostu w domu jest trochę inaczej - zawsze jest coś do zrobienia albo coś nas rozprasza. A kiedy wychodzimy, to jest to czas tylko dla nas, może to dziwne, ale czuję wtedy, że więź między nami jest najsilniejsza - niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwoje, czy razem z Frankiem (wtedy jest jeszcze lepiej, bo całkiem rodzinnie).

A tak poza tym, to chciałam napisać, że mam już dość zimy i bardzo chciałabym, żeby już zostało tak, jak teraz :) Kiedy wraz z początkiem roku przyszła zima z silnymi mrozami, pomyślałam sobie - "no dobra, niech jej będzie, nie jest tak źle, raz w roku można przeżyć..." Myślałam tak sobie również, kiedy mróz trochę odpuścił, za to zrobiło się biało. Ale co za dużo to niezdrowo - tydzień mrozu i tydzień śniegu wystarczy :)  Trzeci zimowy tydzień działał mi więc już na nerwy. Podtrzymuję, że zima mogłaby dla mnie nie istnieć! I nikt mnie nie przekona, że byłoby nudno albo że zima może być fajna... Wiem, ze zimy w ostatnich latach to i tak nie zimy (i bardzo dobrze!), ale ja to bym chciała, żeby temperatura w ogóle nie spadała poniżej 10 stopni. 
Dzisiaj było tak pięknie! Właściwie wiosennie - ciepło i słonecznie. I świat od razu lepiej wygląda. Cieszyłabym się, gdyby już tak zostało, ale niestety słyszałam, że zima ma jeszcze wrócić w lutym :/ Poza tym od paru tygodni zauważyłam taką prawidłowość, że sobota jest piękna, a niedziela szara bura i ponura... Ciekawe jak będzie jutro, ale raczej spodziewam się podtrzymania tej tendencji...

sobota, 2 stycznia 2016

Nowy rok czas zacząć.

Witam w nowym roku! 2016. Trzeba się przyzwyczajać :) Ale z jakiegoś powodu to zestawienie cyfr wygląda mi ładnie, oby cały rok też był ładny!
Melduję już z Podwarszawia. Wróciliśmy dzisiaj popołudniu, choć mogliśmy jeszcze zostać, bo okazało się, że Franek, mimo że urlop kończy mu się jutro, idzie do pracy dopiero siódmego stycznia. Tak mu wychodzi z grafiku. Ale chcieliśmy już wrócić. A poza tym dzisiaj ruch był jeszcze umiarkowany, na przykład jutro byłoby dużo gorzej na drogach.
Nie zdążyłam zajrzeć już tutaj w Sylwestra, bo to był dzień na wariackich papierach. Pojechaliśmy w odwiedziny do babci, później zrobić zakupy na wieczór. Kiedy wróciliśmy, trzeba było się już szykować. Postanowiliśmy bowiem, że pojedziemy wcześniej z Wikingiem, a potem teściowie go zabiorą, a my zostaniemy. To był bardzo dobry plan. Wikuś jak zwykle zachwycony był możliwością zwiedzania nowego miejsca, w dodatku w towarzystwie starszego kuzynostwa :) My z Frankiem poszliśmy do kuchni przygotowywać to i owo, bo umówiliśmy się, że każdy coś przynosi albo szykuje na miejscu (my zrobiliśmy zupę krem z czerwonej fasoli, grzanki z pieczarkami i serem, tuńczyka z pesto bazyliowym na sałacie i roladki z tortilli :)) i zapomnieliśmy prawie o Wikingu :) Naprawdę to było dziwne uczucie, kiedy uśmiechnięty Wikuś wchodził sobie nagle do kuchni :) Poprzytulał się trochę i szedł sobie dalej. Nie musieliśmy się o niego martwić, bo był dobrze zaopiekowany :)

Wspominałam wiele razy, że nie przepadam za nocą sylwestrową i zwykle nie miałam ochoty na żadne wyjścia tego dnia. Rok temu cieszyłam się, że spędzimy ten wieczór razem, tylko we dwoje, ale Wiking pokrzyżował nam plany i w sylwestrowy poranek wylądowałam w szpitalu. Myślałam, że w tym roku posiedzimy we trójkę, ale teściowie już jakiś czas temu zaoferowali, że zajmą się Wikingiem, żal więc trochę było z tej propozycji nie skorzystać. Fajnie, że udało się nam umówić z Anetą i Wojtkiem. Przyznam, że po raz pierwszy od wielu lat bardzo się cieszyłam na ten wieczór i byłam naprawdę podekscytowana! To był naprawdę bardzo udany wieczór! Oczywiście przez chwilkę myślałam o tym, że gdybym mogła Wikinga ucałować o północy to też byłoby miło, ale w końcu jemu to różnicy i tak nie robiło :) Pobawił się z nami do 20 a potem pojechał z dziadkami. Nie mieliśmy problemu z tym, żeby go "oddać", on zresztą też nie, grzecznie poszedł spać. My spędziliśmy sylwestrową noc bardzo przyjemnie we wspaniałym towarzystwie, choć "noc" to trochę za dużo powiedziane :) Mniej więcej o 1:00 poczułam, że padam! Chwilę jeszcze posiedzieliśmy, ale ku mojemu zadowoleniu o 2:15 byliśmy już w domu ;) 

Sylwester był więc bardzo udany, Nowy Rok też całkiem niezły. Niech to będzie dobra wróżba na cały rok. 
Przede mną dość niezwykły tydzień. Mam w planie załatwienie kilku spraw i małe porządki w domu, więc będzie intensywnie, ale przede wszystkim to będzie ostatni tydzień mojego urlopu macierzyńskiego. Koniecznie muszę tu zajrzeć jeszcze z podsumowaniem ubiegłego i planami na ten rok oraz z kilkoma innymi notkami, mam nadzieję, że czas mi na to pozwoli :)

A tymczasem - wszystkiego dobrego w nowym roku dla Was!

środa, 30 grudnia 2015

Plany na ostatnie dni.

Plan na ostatnie dni roku 2015 jest taki - dziś od rana, o ile oczywiście Wikuś mi na to pozwoli ;) - pracuję nad sfinalizowaniem ostatnich projektów. Haha, nie mogłam się oprzeć użyciu tego sformułowania :P Brzmi tak ambitnie a dotyczy takich prozaicznych spraw :) Później Wam napiszę, co "finalizuję", w każdym razie myślę, że jestem na dobrej drodze i powinnam się ze wszystkim wyrobić w te dwa dni.
Po południu razem z Wikingiem pojedziemy do Doroty i Juski trochę sobie pogadać. Ale nie za dużo, bo jesteśmy ograniczeni czasowo - Juska dopiero około 17 wróci z pracy, a Wikinga po 19 już kąpiemy. Poza tym potem chcemy z Frankiem pójść do kina wieczorem. Mało brakowało, a nie udałby się nam ten wypad, a bardzo bym żałowała, bo naprawdę zależało mi na tym wspólnym wyjściu. Już nawet pal licho kino, choć wiecie, że lubię tam chodzić, ale bardzo chciałam, żebyśmy sobie wyszli tylko we dwoje.
W czwartek w pierwszej połowie dnia jedziemy do babci, a potem będziemy szykować coś lekkiego do zjedzenia na wieczór. A wieczorem mamy w planie wypad do kuzyna Franka i jego żony, u których będzie też drugi kuzyn z drugą żoną. Znaczy się nie ze swoją drugą żoną, tylko drugą żoną spośród żon kuzynów franka :P Najprościej rzecz ujmując, wybieramy się do Wojtka i Anety, a będą tam też Maciek i Asia, uff, zdecydowanie łatwiej ;) 
Cieszy mnie bardzo taki obrót sprawy, bo trochę się obawiałam, że skończymy na imprezie u kolegów, a raczej tego nie chciałam, bo wiedziałam, ze to będzie długo trwało, poza tym koledzy w większości bez zobowiązań i tylko jeden prawie z dzieckiem (ma się urodzić na początku roku), więc Frankowi pewnie udzieliłby się rozrywkowy nastrój i trudno byłoby go stamtąd wyciągnąć, a ja nie chcę przesadzać. Poza tym bardzo lubię i Anetę i Asię (ich mężów również :)), więc cieszę się, ze sobie pogadamy i spędzimy ten wieczór w towarzystwie w miarę ustatkowanym i dzieciatym, co jest o tyle istotne, że nikt na szaleństwa raczej ochoty nie będzie miał.
Prawdę mówiąc to trochę mi żal, że nie spędzimy tej nocy w Wikingiem, ale już dawno teściowie zapowiedzieli, ze chcą z nim żegnać stary rok a my sobie mamy pójść, więc z drugiej strony szkoda nie skorzystać. A poza tym i tak pewnie by spał :P

Ogólnie nasz pobyt tutaj jest zdecydowanie mniej towarzyski niż zazwyczaj. Jakoś trochę mniej mi się chce. Czasami po prostu trzeba sobie posiedzieć w domu :) Nie znaczy to oczywiście, że w ogóle się nikim nie umawiamy - wspomniałam, że na jutro jestem umówiona, a z kolei teraz Franek jest na spotkaniu z kolegą z Zielonej Firmy. Przedwczoraj z kolei wyszliśmy po południu na kręgle w towarzystwie kolegów Franka i żony jednego z nich. Miały być dwie godziny kręgli, a skończyło się na trzech i jeszcze dwóch godzinach ping ponga :P Wesoło było i trochę pobiegaliśmy sobie, co nam bardzo dobrze zrobiło po świętach :) Poza tym to był fajny sposób, żeby spotkać się ze wszystkimi za jednym zamachem. 

W Poznaniu zostajemy do drugiego. Pierwszy dzień nowego roku spędzimy w gronie rodzinnym, a Wiking będzie świętował trochę wcześniej swoje pierwsze urodziny. To był pomysł teściów, którym zapewne nie chce się za parę dni do Podwarszawia przyjeżdżać, a brat Franka, który jest Wikinga chrzestnym nie przyjechałby na pewno, więc stwierdzili, że tak będzie lepiej. W sumie może tak być, mnie tam wszystko jedno, a Wiking przynajmniej dwie imprezy zaliczy :P A Nowy Rok będzie na pewno ciekawszy w tym wydaniu. W sobotę wracamy, w niedzielę bierzemy głęboki oddech, a potem zaczynamy nowy tydzień. Franek idzie do pracy, a ja szykuję się mentalnie i nie tylko do wielkich zmian. Taki jest plan.

środa, 9 grudnia 2015

Znowu towarzysko.

Dobry nastrój mnie nie opuszcza. To znaczy miałam przez krótką chwilę wrażenie, jakby się oddalał, ale trwało to raptem jakieś cztery godziny i potem wróciło wszystko do normy :) 
Wczoraj mieliśmy bardzo miły i towarzyski dzień. Franek co prawda w pracy. Ale Wiking i ja wybraliśmy się do Adasia i jego mamy Agnieszki. Wspominałam już o nich w notce sierpniowej. Od tamtej pory nasza relacja trochę się zmieniła. Poznałyśmy się lepiej i nasze spotkania nie polegają już tylko na wspólnym spacerze i obgadaniu spraw związanych z karmieniem piersią, ulewaniem albo wspomnieniami z porodówki ;) Teraz rozmawiamy już o wszystkim i przychodzi nam to bardzo naturalnie. Gadamy sobie o pracy, o znajomych, o mężach, o jakichś doświadczeniach z przeszłości a nawet o polityce :) Nie spotykamy się jakoś bardzo często - po prostu z braku czasu. Zwykle wypada to raz, dwa razy na tydzień, bo w inne dni któraś z nas ma jakieś swoje sprawy do pozałatwiania. Ale kiedy się już umawiamy to zwykle na pół dnia. Teraz już odwiedzamy się w domach. Dobrze czujemy się w swoim towarzystwie i to jest chyba najważniejsze, bo w takim wypadku te spotkania nie służą tylko zabiciu czasu, ale są po prostu przyjemnością. Poza tym zawsze można coś zrobić w czasie, kiedy jedna osoba zajmie się obydwoma chłopakami -wczoraj na przykład Aga musiała coś zrobić, więc ja przez chwilę zajęłam się Adasiem i Wikingiem. W trakcie tego spotkania okazało się też, że w piątek będę musiała gdzieś wyjść bez Wikinga, a Franek jednak nie zdąży dojechać przed moim wyjściem. Zastanawiałam się na głos, jak tę kwestię rozwiązać i wtedy Agnieszka zaproponowała, że jeśli to jest kwestia godziny-dwóch, to przecież może się zająć Wikingiem i przez ten czas jakoś sobie da radę :) Byłam jej bardzo wdzięczna za tę propozycję i być może w przyszłości rzeczywiście przy jakiejś okazji z niej skorzystam. Ale ostatecznie przypomniałam sobie, że przecież w piątek będzie u nas Dorota, więc nie będzie problemu, bo ona się Wikingiem zajmie do powrotu Franka :)
To jest oczywiście kolejny powód mojego dobrego samopoczucia. Jutro przyjeżdża do nas Dorotka! Już się nie możemy doczekać, zwłaszcza, że u niej dużo się dzieje i musi nam wszystko opowiedzieć. Tylko czasu niestety będzie na to mało, bo już w piątek musi wyjeżdżać. Dorota oprócz wykładów w Szczecinie ma jeszcze zajęcia w Łodzi i tak kursuje po całej Polsce. Ale zawsze to chociaż dwa dni spędzone razem. Dobre i to :) I tak ważniejsze jest dla mnie to, że jednak spotykamy się z regularnością - co dwa miesiące Dorota nas odwiedza.
Poza tym pogadałam sobie wczoraj przez telefon z (już nie) hiszpańską Karoliną. W sumie to już nie pamiętam, co Wam na jej temat pisałam. Wspominałam chyba, że zdecydowała się wyprowadzić z Hiszpanii i wrócić do Polski, ale nie wiem, czy aktualizowałam te dane? W każdym razie Karolina od miesiąca pracuje w Warszawie :) Teraz ma sporo na głowie, bo jeszcze przeprowadzka i dodatkowe zajęcia w jakiejś szkole językowej, ale wstępnie umówiłyśmy się na kolejny weekend. Przyjedzie do nas i zrobi nam hiszpańską tortillę :) Dosyć długo rozmawiałyśmy o różnych sprawach i w pewnym momencie Karolina powiedziała, że jak już urządzi do końca swój pokój to musimy wpaść z Wikingiem, bo będzie się gdzie bawić. A potem dodała jeszcze, że jak coś to chętnie z nim zostanie, jeśli na przykład będziemy chcieli z Frankiem iść do kina :) Proszę bardzo, w takich momentach zaczynam wierzyć w to, że te wszystkie moje zmartwienia, że jesteśmy tu zupełnie sami i w nagłych wypadkach nie mamy się do kogo zwrócić o pomoc są zupełnie niepotrzebne i jakoś się wszystko rozwiąże. Bo na przykład teraz - wydawało mi się, że nie będę miała co zrobić z Wikingiem, a w ciągu paru godzin okazało się, że pojawiły się trzy rozwiązania :)
Wracając do Karoliny - kiedy skończyłam rozmowę, bardzo dziwnie się czułam :) A to dlatego, że przez ostatnie osiem lat komunikowałyśmy się ze sobą głównie mailowo. A tu nagle taka luźna gadka przez telefon - już zapomniałam, że z Karoliną się tak fajnie rozmawia :) Warto było pielęgnować tę naszą znajomość przez te wszystkie lata od ukończenia studiów, pomimo sporej odległości, choćby po to, żeby dziś przekonać się, że fajnie nam się rozmawia i że obie czekamy z niecierpliwością na kolejne spotkanie, które jest zapowiedzią bardzo przyjemnie spędzonego czasu.

Ludzie jednak są mi bardzo potrzebni do szczęścia :) Zwłaszcza życzliwi ludzie. O tym sobie wczoraj wieczorem rozmyślałam i przyszła mi nawet do głowy kolejna notka na ten temat. Ale poza tym pomyślałam sobie też, że w gruncie rzeczy, odkąd pojawił się Wiking intensywność naszego życia (mojego i Franka) wcale się nie zmieniła. Nadal jesteśmy zabiegani, ciągle coś załatwiamy, ciągle gdzieś jedziemy, ciągle coś robimy. I co najważniejsze - ciągle się z kimś spotykamy. Prawie każdy weekend mamy zajęty, w ciągu tygodnia też się z kimś widujemy. Lubimy to i Wiking chyba też polubił, bo jego zachowanie zdecydowanie wskazuje na to, że ma naturę tak samo towarzyską jak my :)

czwartek, 3 grudnia 2015

Jak mama mamie.


Środowe spotkania są głównie dla Wikinga (choć nie powiem, że nie czerpię z nich żadnych korzyści), ale czwartkowe przede wszystkim dla mnie :) Początkowo chodziłam na nie regularnie - co tydzień. Latem trochę się to zmieniło, bo najpierw mnie nie było, potem przez miesiąc spotkania się nie odbywały. Od września przestałam jeździć regularnie, wpadałam tylko od czasu do czasu. Myślę, że po prostu te czwartkowe spotkania wypełniły swoją funkcję i przestałam ich aż tak potrzebować. Nadal je lubiłam, tylko czasami po prostu nie chciało mi się zbierać (zwłaszcza, że zmieniła się godzina) i odpuszczałam. Jednak fakt, że dotarcie na miejsce zajmuje mi czasami ponad godzinę nie pozostaje bez znaczenia.
Dzisiaj miałam przez chwilę dylemat - jechać, czy nie? Chciałam, miałam ochotę na to spotkanie, ale właśnie jak zawsze, zniechęcała mnie trochę myśl o długiej podróży komunikacją miejską. Tym razem jednak zwyciężyła żądza towarzystwa. I jak zawsze nie pożałowałam :) Różnie bywa, czasami naprawdę nie chciało mi się jechać, ale później zawsze byłam zadowolona, że jednak się zdecydowałam, bo te spotkania z innymi mamami to naprawdę świetna sprawa. Zawsze wychodzę z kawiarni uskrzydlona i naładowana pozytywną energią :) 

Tak było od samego początku. Od pierwszego razu...
Dla świeżo upieczonej matki nie ma chyba nic gorszego niż inna matka twierdząca, że wszystko jest pięknie, a macierzyństwo to cud miód i rodzynki. Opowiadająca, że jej dziecko nigdy nie płacze, co Ty odbierasz jako sugestię (nawet jeśli takowej nie było) że Twoje dziecko jest niegrzeczne albo Ty jesteś beznadziejna, że nie umiesz go uspokoić. Kiedy samemu nie jest się w najlepszej formie psychicznej coś takiego naprawdę potrafi dobić nawet osobę, która normalnie nie przejmuje się tym, co robią i mówią inni.

Na szczęście niewiele takich mam spotkałam, wręcz przeciwnie. Od pierwszej chwili, kiedy przekroczyłam próg sali, miałam okazję porozmawiać z dziewczynami, które były wobec mnie bardzo ciepłe, życzliwe i które często czuły się podobnie jak ja albo które podobne uczucia miały już za sobą. Podnosiły mnie na duchu, mimo, że wcale nie próbowały nawet mnie pocieszać. Po prostu zobaczyłam, że nie jestem jedyna, a także zobaczyłam mamy starszych dzieci, które wspierały mnie mówiąc, że będzie lepiej. A potem znów gorzej. I lepiej :) Utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jestem jakimś dziwadłem i że nie ma matek, które nie mają żadnych problemów, gorszych chwil, złych dni, które nigdy nie czują się sfrustrowane i nie mają poczucia beznadziei. Nawet jeśli trwa to tyle, ile oka mgnienie.
Kiedy sięgam pamięcią wstecz do marca, mam wrażenie, że decyzja o tym, żeby pojechać na spotkanie była ogromnym przełomem. Prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie bym była dzisiaj gdyby nie to :) Kto wie, może nadal borykałabym się z depresją poporodową? :D W każdym razie, te wypady bardzo dobrze mi zrobiły nie tylko dlatego, że mogłam się wyrwać z domu i że Wikuś fajnie się na nich zachowywał, ale także ze względu na to, że dowiedziałam się, że nie jestem sama.

Teraz, jako niemal weteranka i mama prawie rocznego Wikinga, przekazuję pałeczkę dalej :) Przychodzi taka mama z cztero, siedmio lub dziewięciotygodniowym zawiniątkiem i ja widzę, że ona przechodzi dokładnie przez to samo, co ja w styczniu i lutym! Wiem, że szuka rady i pociechy. Że na pewno nie potrzebuje tego, abym ją teraz dobiła podchodząc do niej i mówiąc: „aa, że często płacze? No mój Wikuś teraz nie płacze. A w dodatku jest taki fajny, raczkuje, stawia pierwsze kroki, sam sobą się zajmuje i jeszcze się uśmiecha, jak na niego popatrzę – o zobacz!, właśnie tak!” Albo co gorsza, gdybym zaczęła pouczać jej metody i sposoby na radzenie sobie z trudnościami: „No ale dlaczego go karmisz, przecież widać, że nie chce jeść! On chce spać!” (Spotkałam się raz z taką sytuacją, na własnej skórze przekonałam się, jak to boli, opiszę to przy najbliższej okazji)
Kiedy ja widzę taką smutną i bezradną matkę, przede wszystkim mówię jej to, czego nauczyłam się na własnych błędach – nie przejmuj się, tym, że noworodek się do czegoś przyzwyczai! Wyrośnie z większości zachowań, a tymczasem daj mu to, czego potrzebuje, a potrzebuje zapewne Twojej bliskości. Pamiętacie, jak pisałyście to do mnie? :) Ja pamiętam i wiem, że to były trafne słowa. Poza tym opowiadam o tym, że Wiking był dokładnie lub prawie taki sam. Opowiadam o tych najgorszych chwilach i najtrudniejszych momentach, a przede wszystkim zapewniam, że to minie i że już niedługo będzie dużo lepiej. Wiem to na pewno, bo sama przez to przechodziłam.

Muszę Wam powiedzieć, że Kangurzyca sama często się śmieje ze mnie i mówi, że mnie powinno się pokazywać jako przykład metamorfozy, jaką może przejść matka :) No i Wikinga jako przykład metamorfozy dziecięcej z kolei :) Ona nas widuje raptem dwa, trzy razy w miesiącu, czasami rzadziej, więc dostrzega to bardzo wyraźnie. Mówi, że czasami nadziwić się nie może temu, jak bardzo się zmieniłam, z tej przestraszonej matki ze smutnym uśmiechem na twarzy i płaczącym dzieckiem w ramionach (choć Wiking i tak na tych spotkaniach wcale tak dużo nie płakał) w matkę pewną siebie, podrzucającą z radością swoje piszczące z uciechy dziecko. W dziewczynę, która promienieje i bije od niej pozytywne nastawienie do życia (takie słowa usłyszałam między innymi dziś). I mówi tym dziewczynom – zobaczcie, ona była taka, jak Wy, ani się obejrzycie i też będziecie tak szalały za swoim dzieckiem. Słyszałam też, jak mówiła do kogoś, że jestem przykładem matki, która niesamowicie wnikliwie obserwuje swoje dziecko i uczy się odczytywać jego potrzeby. Owszem, tak jest. Ale musiałam się tego nauczyć.
Dlatego też teraz, kiedy widzę taką mamę, jaką byłam ja jakiś czas temu, staram się pocieszyć ją przekazując jej to wszystko, czego ja się przez ten czas nauczyłam. Ale i tak wiem, że swoje musi przejść i tylko w ten sposób zazna tej radości – kiedy przepracuje swój smutek, niepokój i dojdzie do siebie po tej ogromnej zmianie w życiu. 
Gdy widzę matkę, która radzi sobie od pierwszych dni bez trudu.. Cóż... myślę sobie, że fajnie ma :) Choć z drugiej strony czasami się zastanawiam, czy frustracja i zmęczenie nie dopadnie jej  innym momencie, bo niestety wydaje mi się, ze w przyrodzie nic nie ginie ;)
I żeby było jasne. Nie uważam się za ekspertkę. Oo, co to to nie.  Na pewno nią nie jestem. Poza tym przecież dzisiaj także zdarzają mi się gorsze dni i bywam smutna lub zmęczona z powodu Dnia Marudy, który urządził sobie Wiking :) Chodzi tylko o to, że naprawdę między innymi tym spotkaniom i osobom, które na nich spotkałam zawdzięczam bardzo dużo. Z tej wdzięczności teraz ja chcę dać coś od siebie - chcę przekazać pozytywną energię tym, które tego potrzebują, bo wiem, że to potrafi zdziałać cuda. Naprawdę często zastanawiam się, co by ze mną było, gdybym była mniej odważna i nie podjęła decyzji o przejechaniu komunikacją miejską połowy Warszawy z dwumiesięcznym dzieckiem w wózku :) 
Te zajęcia i spotkania weszły na stałe w nasze życie. Nawet Frankowi, bo od paru miesięcy w środy jeździ z nami :) Dziwnie mi się robi, kiedy uświadamiam sobie, że przyjdzie czas, kiedy to się skończy - no bo jak to? :))

poniedziałek, 23 listopada 2015

Pierwsze kroki i poweekendowy niepokój.

Zapomniałam ostatnio podzielić się naszą radością z faktu, że Wiking postawił pierwsze zupełnie samodzielne kroki :) Wcześniej udawało mu się zrobić jakiś jeden kroczek, ale tego nie liczyliśmy, a w piątek zrobił ich dokładnie osiem. Niestety ominęło mnie to, bo w tym czasie byłam w kuchni i to Franek był świadkiem tego wydarzenia, ale nie szkodzi, bo od tamtej pory już zdarza się to Wikusiowi coraz częściej.

A tymczasem mamy za sobą weekend w kuchni :) Tak to można określić, bo sporo czasu ostatnio tam spędziliśmy. W sobotę gotowaliśmy porządny obiad, dla siebie i Wikinga (zupka ogórkowa - Wiking był zachwycony), a na wczoraj mieliśmy zaproszonych gości. Odwiedził nas mój były Asystent z żoną. Chcieliśmy ich porządnie ugościć i nie iść na łatwiznę. W związku z tym upiekłam ciasto (chyba drugie albo trzecie z moim życiu :P) - szarlotkę śmietanową na kruchym cieście, a poza tym zrobiliśmy dwie sałatki - jedną z makaronem razowym, drugą z kaszą kuskus, a potem jeszcze na ciepło serwowaliśmy bruschettę z masełkiem ziołowym zapiekaną z farszem pieczarkowo-paprykowo-cebulowym i odrobiną żółtego sera oraz "kebab" z kurczaka z piekarnika z sosem jogurtowo-ziołowym :) 
Muszę przyznać, że nawet nam to wszystko wyszło całkiem smacznie, mimo, że poza sałatkami, przyrządzaliśmy te dania po raz pierwszy. Jestem więc z nas zadowolona, bo okazuje się, że w kuchni odnajdujemy się całkiem nieźle (no, Franek to w końcu kucharz z zawodu, ale już dawno nie praktykował przecież, poza codziennością kuchenną :)). Jestem też bardzo zadowolona z Wikinga, który jakby nie było bardzo nam pomagał samym faktem, że pozwolił nam to wszystko przygotować :) Przez większość czasu bawił się grzecznie w drugim pokoju i obserwowaliśmy go z kuchni dzięki lustrze, które jest w przedpokoju. Oczywiście trochę mu się nudziło tak ciągle samemu, więc przychodził czasami do nas i bawił się trochę na macie w przedpokoju oraz w kuchni, na co pozwalaliśmy do momentu, kiedy odpaliliśmy piekarnik. Wtedy zrobiło się trochę trudniej, bo Wikuś miał zakaz wchodzenia do kuchni, a to oczywiście spowodowało, że koniecznie chciał do niej wchodzić. Musieliśmy więc trochę częściej odrywać się na zmianę od naszych czynności, żeby zabawić czymś Wikinga, ale i tak uważam, że poszło nam całkiem nieźle, bo wyrobiliśmy się prawie ze wszystkim. Prawie, bo nie do końca ogarnęliśmy mieszkanie, tak, jakbyśmy chcieli, ale w sumie przy Wikusiu to i tak syzyfowa praca, więc spoko :)

Popołudnie było bardzo udane, przyjemnie spędziliśmy czas na pogawędkach. Wiking też już był zadowolony, bo wszyscy siedzieliśmy razem z nim w pokoju. 
Dzisiaj niestety czuję się trochę gorzej i nieco opuścił mnie optymizm, którego byłam pełna przez ostatni tydzień. Po pierwsze chodzi o to, że dociera do mnie, że już za chwilę koniec tego magicznego urlopowego czasu, po drugie, dzisiaj to Franek ma więcej spraw do załatwienia takich jak badania okresowe - swoje i naszego samochodu :P A co za ty idzie, ja po staremu zostałam w domu. I to właśnie chyba po raz kolejny uświadomiło mi, że ja po prostu czuję się szczęśliwa, kiedy coś robię i kiedy realizuję jakiś nasz plan. Może to brzmi śmiesznie, ale tak, właśnie to mnie uszczęśliwia. Najlepiej oczywiście, kiedy te plany są nasze wspólne. No i dziś tak mi trochę łyso właśnie, bo nie zawsze da się działać na całego, czasami trochę trzeba spasować. Choć w gruncie rzeczy, to przyznam, że sama nie do końca jestem pewna, skąd się akurat dziś we mnie ten niepokój wziął. Czekam aż mi przejdzie. W końcu i tak najbliższe dni zapowiadają się obiecująco, bo nawet mimo tego, że w środę Franek kończy urlop, to idzie do pracy tylko na dwa dni, potem ma wolny weekend, następnie idzie cztery dni do pracy, piątek ma wolny, a na weekend przyjadą moi rodzice. Potem dwa tygodnie i znowu wolne :) Nie wiadomo tylko, co nowy rok nam przyniesie i to rzeczywiście trochę niepokoi, choć przecież powinnam się chyba już do tych wiecznych niewiadomych przyzwyczaić...

niedziela, 15 listopada 2015

Rodzicielskie obserwacje.

Wiking chyba jednak trochę gorzej znosi wyrzynanie się górnych ząbków, bo jest bardziej marudny od dwóch dni i często ma stan podgorączkowy. Piszę "chyba", bo nadal pewności, że to o ząbkowanie chodzi nie mamy, choć wszystko na to wskazuje. Ciekawe, jak długo to potrwa. Ale i tak wydaje mi się, że nie jest tak źle. Albo może to tylko moje podejście jest zupełnie inne niż kiedyś, bo właśnie dzisiaj pomyślałam sobie, że nie ma we mnie za grosz frustracji związanej z macierzyństwem :) O tym napiszę kiedy indziej, ale cieszy mnie bardzo ten stan i mam nadzieję, że tak zostanie.

Jutro ostatnie spotkania towarzyskie. Wiking spotka się z dwumiesięczną Helenką i tygodniową Hanią :) Smarkule jak dla niego, a ten sam rocznik przecież :) Kiedyś ta różnica się jednak zatrze i będzie miał fajne koleżanki. Bo tak się składa, że w większości ma koleżanki.
Spotkania Wikinga z innymi dziećmi uwypuklają pewne cechy naszego synka. Nie pamiętam, czy o tym już pisałam, ale zauważyłam, że aktywność i zachowanie Wikusia zależą bardzo od tego, z jakim typem dziecka się spotka. Kiedy towarzysz(ka) jest spokojny i raczej flegmatyczny, Wiking szybko to wychwytuje i staje się dominatorem :) Zabiera drugiemu dziecku zabawki, jest bardzo energiczny, głośno się bawi, dokazuje i wszędzie go pełno. Zdarza się, że nawet wspina się na swojego towarzysza zabawy, żeby ułatwić sobie wstawanie (choć to już rzadko, bo teraz radzi sobie sam :)) Ale gdy trafi na kogoś z silniejszym charakterem niż jego, woli się wycofać. Nie chodzi o to, że nagle siada w kąciku i go nie ma, ale po prostu jest nieco spokojniejszy, mniej zwraca uwagi na takie dziecko i raczej bawi się sam w innym miejscu, choć nadal zagląda w każdy kąt. Zwykle jest zadowolony tak, jak w pierwszym przypadku, ale mam wrażenie, że dynamika jego zabawy jest nieco inna :) Czasami trafia na dzieci z podobnym temperamentem do swojego i te relacje fajnie się obserwuje, bo dzieciaki bawią się często razem, zabierają sobie nawzajem zabawki i analizują swoje twarze :) A innym razem z kolei maluchy siedzą niby obok siebie, ale jednak każde sobie rzepkę skrobie i tylko od czasu do czasu przypominają sobie o obecności tego drugiego.

Wczoraj spotkaliśmy się z Jowitką i okazało się, że zdecydowanie to ona była dominatorką :P Miałam wrażenie, że Wiking chce się od niej opędzić i śmialiśmy się trochę z tego, że się mała od małego za chłopakami ugania :D A w ogóle to okazało się, że Wikuś jest jednak bardzo delikatny i to na dwa sposoby :) Po pierwsze kiedy dotyka drugiego dziecka, robi to bardzo delikatnie. Głaszcze po głowie, po nóżce albo po twarzy. Bardzo interesują go oczy innych dzieci, więc trzeba pilnować, żeby nie wsadził im palca w oko, choć nawet jeśli to zrobi, trzeba przyznać, że robi to bardzo delikatnie :P - w sensie nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Z kolei Jowitka bez żadnych ceregieli zdzieliła wczoraj dwa razy Wikinga z całą swoją mocą! Przyznam, że jeszcze nie widziałam, żeby dziecko tak się zachowało w stosunku do innego malucha :) Stwierdziliśmy, że to chyba dlatego, że to był jej pierwszy kontakt z rówieśnikiem, wcześniej nie miała styczności z innymi niemowlakami, więc nie wiedziała, jak się zachować. Maluchy, które ja widuję jednak zwykle od początku mają jakiś kontakt z innymi, więc chyba trochę się już nauczyły pewnych odruchów. 
W każdym razie, Jowita Wikinga uderzyła, a ten uderzył w płacz (za bezczelne uważam, że na to Jowitka się roześmiała :P). Mimo wszystko nie było to uderzenie jakoś szczególnie mocne ani precyzyjne, więc uważam, że Wikuś ze swoją reakcją jednak przesadził :) To jest więc ta jego druga delikatność, o której przekonałam się już po raz kolejny, bo zdarzało mu się już reagować płaczem na przykład na piski koleżanek :) Ogólnie rzecz biorąc, to dziewczyny go chyba denerwują, bo choć ma więcej koleżanek niż kolegów, to częściej one doprowadzają go do płaczu swoimi gwałtownymi zachowaniami :) Ale dobrze, dobrze, niech się chłopak uczy, że nie wszystkie dzieci są spokojne i wyważone w swoich reakcjach :)

Stwierdziliśmy też wczoraj - ja, Franek i rodzice Jowity, że Wiking sprawia jednak wrażenie może nie tyle grzeczniejszego, co bardziej ułożonego. Był w swoich zachowaniach nieco mniej chaotyczny i właśnie bardziej wyważony, choć energii mu nie brakowało i z każdą chwilą rozkręcał się coraz bardziej. Było też parę momentów, kiedy dzieciaki bawiły się razem - na przykład w przeciąganie pieluchy tetrowej :) Ale potem zamieniły się zabawkami i Jowitka bawiła się autkiem Wikusia, a Wikuś jej lalką. 
I zwróciłam wczoraj uwagę na jedną rzecz, która bardzo mnie ucieszyła :) Wiking grzebał w koszu z zabawkami Jowity. Grzebał bez większego przekonania, tak jakby chciał faktycznie obejrzeć co tam w ogóle jest. I nagle coś przyciągnęło jego uwagę. Sięgnął głębiej i wyciągnął książeczkę :) Hura! Fajnie, że akurat książka go zainteresowała - usiadł sobie i ją przeglądał. Oczywiście na razie największą atrakcją dla niego jest samo przewracanie stron, ale cieszy mnie, że bawi się (no bo przecież nie czyta:)) książeczkami coraz częściej i sięga po nie świadomie. 

Dzisiaj mieliśmy okazję się przekonać, że dzieci tylko trochę od niego starsze, zwłaszcza dziewczynki, nie robią na Wikingu żadnego wrażenia. Całkowicie ignorował swoją starszą o rok kuzynkę. Zainteresował się co prawda trochę dwuletnim kuzynem, ale tylko z daleka, bawić się z nim nie miał ochoty. Bardziej pociągały go dzieci starsze - pięcio i ośmioletnie :) Z zainteresowaniem przyglądał się ich zabawom, chodził za nimi i zaczepiał je. 
Fajnie się tak obserwuje dziecko w kontaktach z innymi, zwłaszcza, jeśli mamy porównanie. Dzięki temu możemy zauważyć, jakie zachowania są dla Wikinga typowe, a jakie są prowokowane przez inne dzieci. Ale jutro to pewnie za wiele nie zaobserwujemy, bo ze strony dwóch małych dziewczynek na "Ha" jeszcze się interakcji raczej nie doczekamy :)

sobota, 14 listopada 2015

Ja wiedziałam, że tak będzie :)

Znaczy się, wiedziałam, że Wiking ładnie przespał noc, ale nie zrobi tego ponownie dziś - nie wtedy, kiedy mieliśmy w planach późny powrót do domu i nadzieję na względnie przespane 5 godzin :D

Oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego, akurat wczoraj, na kiedy to mieliśmy zaplanowane wieczorne wyjście, Wiking lekko gorączkował. A właściwie miał stan podgorączkowy, ale tak poza tym nic mu  nie dolegało i stąd nasz wniosek, że to chyba na ząbkowanie. Mam wrażenie, że jego górne dziąsła jakoś inaczej wyglądaj i od wczoraj dużo więcej gryzie, ale oczywiście, czy to o ząbki chodzi okaże się dopiero za jakiś czas. Niemniej jednak nie miał żadnych innych dolegliwości. Tuż przed naszym wyjściem Wiking dość mocno marudził, bo był już zmęczony a lek obniżający temperaturę przestał działać. Inni rodzice pewnie zostaliby w domy albo chociaż się dwa razy zastanowili nad wyjściem, ale jak powszechnie wiadomo, my jesteśmy wyrodni :P więc spokojnie się szykowaliśmy do wyjścia od czasu do czasu przytulając Wikinga lub posyłając mu buziaka, podczas gdy dziadkowie zabawiali malucha. O 18:45 po prostu wyszliśmy z domu.
A tak serio - wiedzieliśmy przecież, że nic złego się nie dzieje, że Wikuś zostaje pod dobrą opieką, daliśmy znać, że jesteśmy w gotowości "jakby co", więc byliśmy spokojni. Za jakiś czas zadzwoniliśmy do teściów i dowiedzieliśmy się, że synek znowu bez większych problemów zasnął, więc mogliśmy się już spokojnie pogrążyć w rozmowie ze znajomymi. Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie w fajnym towarzystwie najbliższych poznańskich znajomych. Było dużo śmiechu i czas szybko minął. O północy postanowiliśmy, że czas wracać.

W ogóle to czas powrotu był przez chwilę kością niezgody między mną i Frankiem. Z jednej strony przyznawałam mu rację, że jeśli wyjdziemy wcześniej to się za bardzo nie nagadamy, z drugiej obawiałam się braku snu, następnego poranka i zmęczenia w ciągu dnia. Wiedziałam, że będzie tak, że rano Frankowi się nie będzie chciało wstawać (zwłaszcza po planowanym piwkowaniu), a ja - mimo, że też będę zmęczona - będę musiała zająć się wyspanym Wikingiem. Franek obiecał jednak, że oboje wstaniemy rano i będziemy się razem zajmować dzieckiem. No i muszę przyznać, że tym razem nie wiedziałam, że tak będzie :) Bo nie bardzo mu wierzyłam. 
W każdym razie położyliśmy się o 1:00 i dosłownie pięć minut później Wiking zaczął stękać! Udało się go prawie od razu uspokoić i zasypiał znowu, ale niestety przebudzał się tak jeszcze kilka razy, co dla nas oznaczało wypoczynek wątpliwej jakości. Musieliśmy go też raz nakarmić i podać środek obniżający gorączkę. Wreszcie około godziny 6:00 Wikuś zdecydowanie zarządził koniec spania, który objawił się tym, że Dzieciak zaczął się wygłupiać i po nas łazić. Ja byłam dosłownie nieprzytomna! Bardzo rzadko zdarza mi się, żebym tak nie mogła się dobudzić, ale już nad ranem było mi aż niedobrze ze zmęczenia, więc tym razem nie dałam rady wstać. I muszę przyznać, że Franek stanął na wysokości zadania, kiedy zobaczył, że nie jestem w stanie otworzyć jednego oka :) Słyszałam przez sen, jak się z Wikingiem bawił, jak zmieniał mu pieluchę i go ubierał. Normalnie nie potrafiłam się obudzić - wydawało mi się nawet, że wstaję, szykuję Wikingowi ubranko, po czym stwierdzałam, że to mi się tylko śni :) Wreszcie po godzinie trochę się zregenerowałam. 
Jestem bardzo wdzięczna Franusiowi, że się tak poświęcił i jednak zachował się zupełnie wbrew moim oczekiwaniom :) Myślę, że w dużej mierze dzięki temu spędziliśmy ogólnie całkiem przyjemny dzień.  I nawet - mimo, że zwykle wolę położyć się wcześniej i zrezygnować z rozrywek różnego rodzaju - tym razem stwierdziłam, że warto było spędzić czas w takiej formie, jak za starych, przedwikingowych czasów :) W końcu raz nie zawsze, a z pomocą męża i teściów udało mi się przetrwać ten dzień, mimo, że czułam się jakbym była na kacu. Wiking już śpi, my niedługo chyba też pójdziemy w jego ślady ;)

A jeszcze co do tego porannego wstawania - nie raz marudzę trochę, że ja muszę wstawać i bawić się z Wikingiem (bo mi się nudzi:)), a Franek jeszcze śpi (kiedy nie idzie do pracy). Mówię mu wtedy, że musimy któregoś dnia się umówić, że to on wstanie, a ja sobie pośpię. Ale prawda jest taka, że ja zazwyczaj o tej szóstej jestem już wyspana i pewnie nie skorzystałabym specjalnie z tego "Dnia Śpiocha", za to kilka razy zdarzyło się, że tak jak dziś, wyjątkowo byłam rano półprzytomna i muszę oddać Frankowi, że zawsze potrafi zauważyć u mnie ten niezwykły stan i pozwala mi dospać, podczas gdy sam zajmuje się dzieckiem.

środa, 21 października 2015

Raczkujemy w rytm muzyki.

Niedawno  opowiadałam Wam o znajomych mamach, które spotykam, kiedy jeżdżę z Wikingiem na zajęcia. Dzisiaj chciałabym znowu napisać o zajęciach, ale tym razem w kontekście tego,  na czym one w ogóle polegają, jak Wikuś się zmienił w ciągu tych siedmiu miesięcy, kiedy na nie jeździmy i jak się na nich zachowuje :)

Dobrym tłem do tej notki będzie mój wpis z marca. Pisałam wtedy mniej więcej na czym te zajęcia polegają. Wspominałam, że są to nie tylko zajęcia umuzykalniające, ale także ogólnorozwojowe. Opierają się na dość popularnej ostatnimi czasy teorii Edwina Eliasa Gordona. A więc chodzi o to, żeby dziecko niemal od urodzenia (kiedy jego umysł jest najbardziej chłonny) oswajać z dźwiękiem, muzyką, rytmem. To jest naprawdę dość złożona teoria, więc zainteresowanych odsyłam do linka, na przykład tego. :) Ja chcę się skupić na tym, jak wyglądają spotkania, na które jeździmy my. Mają stałe elementy – bo powtórzenia to podstawa. Chodzi o to, żeby dziecko po czasie zaczęło rozpoznawać znajome melodie a także z czym je kojarzyć. Na przykład z powitaniem, z tańcem, z masażem itp. Zajęcia zawsze rozpoczynają i kończą się w ten sam sposób. Na początku zawsze trochę śpiewamy – mamy również, choć przymusu nie ma :) Ale jesteśmy do tego zachęcane, bo dla dziecka nie ma lepszego głosu niż śpiewająca - nawet fałszująca – mama. Potem jest marsz, jakiś wierszyk w ruchu i znowu piosenka. Środek zajęć już wygląda za każdym razem inaczej (choć oczywiście raz na jakiś czas „atrakcje” się powtarzają). Prowadząca przynosi ze sobą zawsze jakieś akcesoria, które niesamowicie podobają się maluchom :) Nawet jeśli jest to zwykła wstążeczka albo balonik – w każdym razie spotkania te podsunęły mi kilka pomysłów na zabawy z Wikingiem :) Furorę robią zawsze kolorowe rurki do gry, instrumenty muzyczne (kastaniety, marakasy, tamburyna itp.), piórka, gumowe piłki z wypustkami, niepękające bańki mydlane… Całe mnóstwo tego jest! To wszystko wykorzystywane jest do różnych zabaw śpiewająco-rytmicznych. Dzieciaki się bawią a my sylabizujemy, wybijamy rytm, mruczymy, improwizujemy, śpiewamy na głosy. Czasami po prostu rozmawiamy. Poza tym recytujemy różne wyliczanki, wierszyki, rymowanki, ale także poznajemy różne triki, które można potem wykorzystać w domu – np. piosenkę, którą można wykorzystać przy obcinaniu dziecku paznokci albo inną, która pomaga odebrać dziecku coś, co nie jest jego zabawką. Nam przydała się jedna piosenka, przy której energicznie się poruszam, dzięki czemu Wiking się daje przebierać po kąpieli (tyle o ile :P). Albo masażyk, który Wikuś bardzo lubi, a ja wykorzystuję to i przy okazji smaruję mu buzię kremem. Zajęcia kończą się zawsze tą samą piosenką. Czasami są w całości a capella, innym razem prowadząca przynosi gitarę lub jakiś inny instrument. Tak naprawdę trudno to opisać, bo choć powtarzalność jest kluczowa, to każde zajęcia wyglądają inaczej :)

Pierwszy pojechaliśmy tam właśnie w marcu, kiedy Wiking miał dopiero dwa miesiące. Wróciłam zachwycona :) Przede wszystkim dlatego, że wyszłam z domu i fajnie spędziłam czas z innymi mamami, ale także dlatego, że widziałam reakcję Wikinga. Mimo, że jeszcze słabo ogarniał rzeczywistość, ewidentnie odnotował zmianę otoczenia. Poza tym bardzo się uspokajał i widać było, że interesuje go to, co dzieje się wokół. 
Na początku Wiking był najmłodszy i tak było przez długi czas. Dopiero kiedy miał jakieś sześć, siedem miesięcy, zaczęły pojawiać się dzieci młodsze. Z moich obserwacji wynika, że mamy zazwyczaj mają odwagę wyjść z dzieckiem "do ludzi" najczęściej dopiero kiedy skończy ono sześć miesięcy, jest już bardziej kumate i mobilne. Przez ponad pół roku uczęszczania na te zajęcia, tylko raz spotkałam drugą taką "odważną" jak ja, która przyszła na zajęcia ze swoim dwu i półmiesięcznym synkiem. Zwykle jednak najwcześniej pojawiały się mamy pięciomiesięcznych szkrabów, ale najwięcej było takich dzieci siedząco-raczkujących, czyli siedmio-ośmiomiesięcznych. Był czas, kiedy Wiking miał na zajęciach całe mnóstwo rówieśników :) Teraz jest już jednym z najstarszych dzieci i prowadząca mówi o nim "nasz weteran" - choć to przede wszystkim dlatego, że jest najstarszy stażem :) 

Jest całe mnóstwo rzeczy, które podobają mi się w tych zajęciach i myślę, że mogłabym na ten temat napisać kilka notek. Ale jedną z podstawowych zalet jest to, że można zauważyć, jak bardzo zmienia się zachowanie dziecka z tygodnia na tydzień. W tej marcowej notce pisałam o tym, że patrzyłam na te starsze dzieci (których już nie ma, bo przeniosły się do "starszych" grup albo po prostu ich mamom skończyły się już urlopy macierzyńskie i nie mają jak przychodzić w środku tygodnia) i obserwowałam, jak cieszą się kolorowymi akcesoriami, jak się śmieją, bawią, nasłuchują i przemieszczają. To wszystko było jeszcze wtedy absolutnie poza naszym zasięgiem :) Ale doczekaliśmy się! Dziś to Wikuś jest takim dokazującym małym szkrabem, którego wszędzie jest pełno :)
Tak, jak to opisywałam, na początku po prostu obserwował. Trzymałam go na rękach, a on nasłuchiwał i rozglądał się - choć jeszcze raczej niewidzącym wzrokiem. Następnie przechodziliśmy przez czas, kiedy Wiking zdecydowanie bardziej przytomnie rozglądał się wokół, kolorowe piórka, obrazki, czy instrumenty przyciągały jego uwagę. On sam leżał zwykle na brzuszku i obserwował wszystko podpierając się na rękach. Później nareszcie zaczął brać do rączki a następnie do buzi to, co mu się podało. Zaczął też żywo reagować, na to co się działo wokół – na przykład głośnym śmiechem. Jednocześnie stał się wtedy bardzo wrażliwy na hałasy - kiedy ktoś głośniej tupnął albo jakieś dziecko krzyknęło mu do ucha, od razu zaczynał płakać. Nie żeby wpadał w jakąś histerię, bo wystarczało, że go głaskałam albo na chwilę wzięłam na ręce i mu przechodziło, ale ewidentnie tego nie lubił. Ale ze spotkania na spotkanie, był coraz sprawniejszy i bystrzejszy. W miarę jak rosła jego sprawność ruchowa, interesował się innymi dziećmi i próbował sam chwytać piłeczki albo rurki przynoszone przez prowadzącą.
Potem mieliśmy dłuższą przerwę - wyjechaliśmy na wakacje. W tym czasie nauczył się siedzieć, raczkować i wstawać. Liczyłam na to, że jak wrócimy po takiej przerwie, to będzie zachwycony zajęciami, bo odkryje nowe możliwości :) I się przeliczyłam - pierwsze dwa spotkania były nijakie. Za to tydzień później nagle odżył! Nareszcie doczekałam się takiego Wikinga, jakiego zawsze chciałam widzieć. Nareszcie to Wikuś przypominał te maluchy, które zachwyciły mnie na pierwszym spotkaniu - wyrywał się pierwszy do instrumentów i zabawek i kiedy zwraca uwagę na inne dzieci. Od tamtej pory na każdych zajęciach dokazuje na całego :) Głośno się śmieje, często jest pierwszy przy instrumentach, np. ostatnio grał na bębenku i gitarze :) Dotychczas tylko jedna dziewczynka dorównywała mu w tym liderowaniu, pozostałe dzieci, nawet te starsze, raczej trzymają się swoich mam albo interesują się innymi rzeczami. Oczywiście to wynika w dużej mierze z jego sprawności ruchowej, ale myślę, że też czuje się tam już pewnie. No i charakter zdecydowanie nie pozostaje bez znaczenia (już zauważyłam, że dzieci dzielą się na takie, które będą otwierały wszystkie szuflady i szafki w domu i te, których to zupełnie nie interesuje, Wiking należy do tej pierwszej, a więc zdecydowanie bardziej ciekawskiej grupy :P) , bo obserwowałam również dzieci, które chodziły regularnie na zajęcia i zachowywały się różnie – niektóre grały pierwsze skrzypce, jak Wiking, inne wolały eksplorować otoczenie (to Wikingowi czasami też się zdarza), a jeszcze inne zdecydowanie najlepiej czuły się przy mamie (z Wikingiem jest tak, że jak go coś zainteresuje to sobie idzie, a potem nagle sobie o mnie przypomina, podchodzi do mnie, wstaje i zaczyna się przytulać :))
W każdym razie wydaje mi się, że te zajęcia pokazują również, że Wiking z natury jest bardzo towarzyski i aktywny. Czasami bywa duszą towarzystwa - w niemowlęcym wydaniu rzecz jasna :) – śpiewa, mruczy, krzyczy, zaczepia inne dzieci. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie na to czekałam - kiedy będzie się wyrywał do tego, co przyniosła prowadząca, kiedy będzie zaglądał do torby, kiedy będzie już wyraźnie reagował na wszystko, co się wokół niego dzieje...

Od tamtej pory - a to już dwa miesiące -  jeszcze bardziej cieszy mnie perspektywa tych spotkań, nie mogę się ich doczekać już nie tylko ze względu na to, że spotkam się ze znajomymi mamami, ale także cieszę się na to, że będę mogła obserwować Wikinga w akcji. Tak bardzo lubię obserwować, z jakim zaangażowaniem bada nowe przedmioty, jak wita się z innymi dziećmi, jak podchodzi do prowadzącej i innych mam. :) Oczywiście wcale nie twierdzę, że on się zachowuje w jakiś wyjątkowy sposób :) Na pewno usposobienie ma na to jakiś wpływ, ale w dużej mierze chodzi po prostu o to, że jest to kolejny, naturalny etap w rozwoju. A mnie bardzo cieszy, że już go osiągnęliśmy :) Uczęszczanie na te zajęcia na pewno może ten rozwój tylko wspierać.
Moim głównym celem nie jest jednak to, żeby Wiking był jakiś wyjątkowo muzykalny albo szczególnie utalentowany. Bardziej zależy mi na tym, aby od małego uczył się obcowania z innymi ludźmi a także, żeby widział, że czas można spędzać aktywnie.

Ponieważ jesteśmy w Miasteczku, omijają nas niestety dzisiaj zajęcia. Często wykorzystuję zabawy i piosenki z tych zajęć w domu, szczególnie, że są one na stronie internetowej prowadzącej, a więc i dzisiaj na pewno się trochę pobawimy, chociaż to jednak nie to samo, bo nie mam takich akcesoriów, jakie często przynosi prowadząca, a przede wszystkim, nie ma towarzystwa innych dzieci :) Ale zawsze to coś. Ja w każdym razie zrekompensowałam sobie tą nieobecność tym bardzo długim wpisem, który z założenia miał być tylko krótkim opisem. Dobre sobie :P