1
września, koniec wakacji. Tak mi się przez dwanaście lat kojarzył ten
dzień. Różne miałam odczucia tego dnia, ale w jakąś szczególną depresję
nie popadałam nigdy. Wiadomo, że trochę szkoda było tego wolnego czasu i
lata, ale z drugiej strony, wiedziałam, że jest to okazja, żeby spotkać
się ze znajomymi ze szkoły. A poza tym przez większość czasu lubiłam
szkołę. Byłam dobrą uczennicą i raczej pilną. Więc byłam też trochę
podekscytowana perspektywą nowego początku. Miałam nowe postanowienia,
że będę się uczyć systematycznie od samego początku, że będę miała ładne
zeszyty, podkreślone tematy i wpisane wszystkie daty. Jeśli chodzi o
postanowienie pierwsze – raczej mi się to udawało. Gorzej było z
tematami i datami
Ale i tak muszę powiedzieć, że szło mi to całkiem nieźle. Dlatego jak
przychodził kolejny 1 września, nie byłam zniechęcona zeszłoroczną
porażką, ale raczej zmotywowana sukcesem i wymyślałam kolejne
postanowienia. Ten dzień zawsze był końcem i początkiem jakiegoś nowego
etapu w moim życiu. Jak teraz coś wspominam, to zawsze odnoszę to w
czasie to tego, w której klasie akurat byłam. Aż zdałam maturę i 1
września 2004 kojarzy mi się z przedłużonymi wakacjami
Większość ludzi w moim mieście zaczynała szkołę, łącznie z moją
siostrą a ja mogłam zostawać w łóżku pogrążona w błogim śnie. Mój pies
też się szybko w tym połapał i od razu po rannym spacerze przychodził do
mnie i ładował mi się do łóżka i tak razem spaliśmy sobie do dziesiątej
Potem wychodziliśmy na spacer na działkę i tam spędzaliśmy kilka
godzin, ja czytając książkę, a Roki przyglądając się przechodzącym
nieopodal ludziom
Tak mi się właśnie kojarzy tamten wrzesień. Najlepszy wrzesień w moim życiu
Rok później we wrześniu miałam już praktyki. I tak naprawdę wtedy
pożegnałam się z wakacjami. Bo to były ostatnie moje prawdziwe wakacje.
Chociaż jeszcze o tym nie wiedziałam. Rok później pracowałam przez całe
lato, a we wrześniu przyszedł czas na przygotowywanie się na podróż do
Hiszpanii. Ostatnie formalności, umowy, wyprowadzka z mieszkania,
pożegnanie z Frankiem. I wyjazd.





I
w końcu wrzesień ubiegłego roku, kiedy to zaczęłam już na dobre
pracować. Nie jak dotychczas popołudniami, ale normalnie w systemie
ośmio- (lub więcej:) -godzinnym.
Dzisiaj
znowu mamy 1 września i nie szykuje się tym razem żadna rewolucja ani
zmiana w moim życiu. Wygląda na to, ze wszystko będzie po staremu. A
jednak i tak, jak za dawnych czasów, czuję takie lekkie podekscytowanie.
Wrzesień kojarzy mi się również z początkiem jesieni, a lubię wczesną
jesień. Oczywiście taką słoneczną. Może być nawet chłodna, byleby nie
padało. W sobotę, kiedy wybrałam się na ten spacer już czułam tą jesień w
powietrzu. Nawet nie chodziło o pogodę, ale po prostu czułam w
powietrzu tę unoszącą się świadomość wszystkich ludzi, że oto mamy
koniec lata. Być może się mylę, ale chyba wiele osób jakoś to odczuwa.
Nawet kiedy już od dawna pracują i nie mają wakacji w pełnym tego słowa
znaczeniu. Ale mają dzieci w wieku szkolnym, znajomych, widzą na ulicach
poubierane na galowo dzieci i młodzież. Jednak chyba coś w tym jest, że
nadchodzi taki… hehe syndrom pierwszego września. Może nie każdy to
czuję, ale myślę, że sporo osób.
Dla
mnie jest to jednak miły dzień. A poza tym jakby nie było, to jednak
mam jeszcze wakacje, bo studia zaczynam dopiero w październiku
A
tak na koniec… Cieszę się, że nie urodziłam się sześćdziesiąt lat
wcześniej i 1 września kojarzy mi się z samymi miłymi rzeczami, jak
spotkania ze znajomymi, czystym dziennikiem, początkiem jesieni i
dźwiękiem dzwonka szkolnego a nie syreny alarmowej zwiastującej początek
wojny…
