*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dołku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dołku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2015

Miało być tak pięknie.

Miał być taki miły weekend a nici z niego wyszły :(  Wczoraj spędziliśmy przyjemny dzień, ale późnym popołudniem zaczęłam się fatalnie czuć. Bolał mnie brzuch i miałam straszne nudności. Dotrwałam jakoś do wieczora, z pomocą Franka, który przejął wszystkie moje wieczorne obowiązki, jakie zwykle mam względem Wikinga. Ja tylko leżałam na kanapie i nie byłam w stanie nawet zaparzyć sobie herbaty. Potem zrobiło mi się trochę lepiej, więc zasnęłam niespokojnym snem i obudziłam się po północy, kiedy zaczęła się druga tura atrakcji, czyli biegunka. Nie spałam prawie wcale w nocy, bo nawet jeśli żołądek trochę odpuszczał, to bolały mnie mięśnie i miałam dreszcze. Cieszyłam się, że Wikuś był kochany i miał bardzo spokojną noc, obudził się dużo później niż zwykle, ale i tak nie byłam w stanie go nakarmić piersią, dostał więc butelkę i szybko zasnął. Mnie udało się to nad ranem. 
Myślałam, że dzisiaj będę mogła odespać, jeszcze w nocy nawet Franek mówił, żebym się nie martwiła, bo on się zajmie Wikingiem. Wydawało mi się więc, że będę mogła dzisiaj bezkarnie umierać, ale niestety :( Rano to samo dopadło Franka i w konsekwencji on umiera jeszcze bardziej ode mnie, bo w porównaniu do wczorajszego wieczora jest mi już lepiej, tyle tylko, że jestem bardzo zmęczona. 
Na domiar złego Wiking też ma biegunkę i jest dzisiaj bardzo płaczliwy, widać, że też się źle czuje. Wygląda na to, że dopadł nas po prostu jakiś wirus. I w ogóle to chyba właśnie Wikuś nas zaraził, bo on już wczoraj miał biegunkę, ale zmyliło nas to, że był taki pogodny i miał doskonały humor, myśleliśmy więc, że to nic wielkiego. 
To nam się trafiło :( Naprawdę gorzej chyba być nie mogło. Wszyscy czujemy się fatalnie. W takich chwilach naprawdę źle jest człowiekowi. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że straciłam całą energię i optymizm, które gromadziłam w sobie w ostatnim czasie, i to straciłam na dobre. 
W ogóle to ciekawe jest to, że wcześniej nigdy nie miałam czegoś takiego jak grypa żołądkowa i poza sporadyczną nieszkodliwą niestrawnością, żadnych większych problemów z układem pokarmowym. A odkąd pojawił się Wiking i chorować za bardzo nie ma jak, moja odporność gdzieś sobie poszła i dopadło mnie już drugi raz :( 

 Jakby tego było mało nawet do mamy nie bardzo mogę zadzwonić, bo sama dzisiaj jest w złej formie, bo miała dzisiaj bardzo poważny zabieg. To dobija jeszcze bardziej i jeszcze bardziej sprawia, że czuje się jakoś tak... sama jedyna na całym świecie. Gdzie się podział mój dobry nastrój? :(
A miał być taki przyjemny weekend! :(

piątek, 14 sierpnia 2015

Tak mi źle.

Nie znoszę takich dni jak dzisiaj :/ Niby dzień jak co dzień, ale nie do końca i to nie do końca właśnie powoduje, że mnie wkurza. Bo ani się nie dzieje nic specjalnego, ani codzienne zwyczaje kupy się nie trzymają.
Wiking chyba ma podobne odczucia, bo jakiś dzisiaj przestawiony jest - zresztą już sama nie wiem, co z czego wynika. Franek ma dzisiaj wolne. To właściwie nasz pierwszy wspólny jego wolny dzień bez towarzystwa (tak, wiem, brzmi skomplikowanie) od dłuższego czasu, bo od ponad miesiąca. Prawdę mówiąc liczyłam na coś specjalnego, że zrobimy dziś coś fajnego, może gdzieś pójdziemy... No sama nie wiem, na co liczyłam. 
Rano to nawet wyglądało na to, że coś z tego będzie, bo kiedy podzieliłam się moim pomysłem z Frankiem, to nie protestował a wręcz wyglądał na zachęconego. Ale później jakoś się rozeszło po kościach. Trzeba było posprzątać (kiedy Franek ma wolne, to zazwyczaj sprząta łazienkę), położyć Wikinga spać, ogarnąć parę rzeczy. I potem się okazało, że jednak jest za gorąco. Niby wiadomo było, że będzie i od początku wzbudzało to trochę nasze wątpliwości, ale myślałam, że jakoś nam się, ekhm, upiecze :) Może jeszcze nic straconego, może za jakąś godzinę/dwie, kiedy zrobi się chłodniej. Teraz i tak Wiking znowu śpi...

Wkurza mnie, że jest już piętnasta godzina, a ja mam poczucie, że ten dzień całkowicie się rozpłynął w nicości. Nic nie zrobiłam. Chciałam pomóc Frankowi może w odkurzaniu, ale kazał mi odpoczywać. Miałam zrobić pranie, ale jakoś mi nie wyszło, sama nie wiem, dlaczego. Myślałam, że jak Wiking będzie spał, to napiszę jakąś porządną notkę. Skończyło się na tym, że mam cztery nowe szkice, bo jakoś żaden nowy temat mi się nie kleił (i dlatego właśnie piszę właściwie o niczym). Poza tym spanie Wikinga też się jakoś nie kleiło. Od pewnego czasu wszystko szło jakoś sprawnie i bez większych awantur. Dzisiaj natomiast udał się na drzemkę o godzinę później niż zwykle (po długim płaczu) i spał tylko 20 minut. Przed drugą drzemką znowu się spłakał - właściwie nie wiadomo dlaczego. Obudził się, zaczął się bawić, a kiedy się uderzył, długo trwało zanim się uspokoił i stwierdziłam, że właściwie to wygląda jeszcze na śpiącego. Ale zasnął dopiero po tym, jak podałam mu butelkę z mlekiem modyfikowanym. Bo właśnie dzisiaj dodatkowo Wiking ma chyba Dzień Wybrednego Głodomora. Zdarza mu się to od czasu do czasu, że widać (lub domyślam się), że jest głodny, ale np. piersi nie chce za bardzo ssać albo robi to bez przekonania. Deserek ze słoiczka je chętnie, ale stęka przy tym z jakimś niewytłumaczalnym niezadowoleniem. Pije wodę (lub wodę z sokiem) do dna, ale jak już się napije, to humor ma nadal zły. Względnie mieszanka pomaga...Generalnie Wikuś ma chyba dzisiaj jakiś gorszy dzień. Odzwyczaiłam się od tego, bo już naprawdę bardzo dawno takiego nie miał. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz był marudny - nie licząc oczywiście czasu gdy był chory i gorączkował, bo to inna sytuacja.

Ogólnie ja sama nastrój też mam raczej kiepski. Zresztą to trwa już od jakiegoś czasu, ale staram się po prostu to ignorować. Niestety nie zawsze się da. Dzisiaj na przykład nie bardzo. Franek śpi razem z Wikingiem, zadowolony, że może sobie na to pozwolić (spanie to Franka hobby, niestety, bo mnie trudno się z tym pogodzić). A ja siedzę jakaś taka rozmemłana, rozczarowana, zduszona, z ciężkim sercem, ściśniętym żołądkiem (dziś przez cały dzień zjadłam tylko trochę płatków kukurydzianych z mlekiem, parę chipsów i orzeszków, ot śmieci, na jedzenie też nie mam ochoty) i poczuciem beznadziei i bezcelowości. Nie do końca wiem, czego bym chciała. A właściwie to wiem, bo chciałabym poczuć się szczęśliwa. Problem w tym, że nie wiem, jak to zrobić. Mam wrażenie, że jakiś czas temu straciłam tę umiejętność. Nie rozumiem. Wcześniej jakoś nie miałam z tym problemu.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Na prostą...

Mniej więcej od dwóch miesięcy cieszyłam się spokojem i względną beztroską. Ale wygląda na to, że to by było na tyle.
Sierpień właściwie od początku dał nam się we znaki, ciągle coś się działo - nie do końca pozytywnego. Aż w końcu stres znowu zaczął zaglądać nam w oczy. Przypomina mi się zeszłoroczny sierpień - niby się cieszyliśmy, że Franek przyjeżdża na stałe do Podwarszawia, ale tak naprawdę cały czas musieliśmy się mierzyć z nową złą wiadomością. To był początek naprawdę kiepskiego okresu - wrzesień był spokojniejszy, ale później to już był cały czas spadek w dół. Oby tym razem było inaczej, przecież nic dwa razy się nie zdarza...
W każdym razie mniej więcej od tygodnia moja forma psychiczna nie jest najlepsza. Martwię się po prostu, bo wszystko może się zdarzyć, a ja boję się złej wiadomości. Chciałabym, żeby wreszcie skończył się ten niepewny czas - ale żeby skończył się w sposób pozytywny. Wiele wskazuje na to, że najbliższe dwa tygodnie przyniosą jakieś rozstrzygnięcie, a ja nie wiem, czy te "znaki" są pozytywne, czy negatywne. Wiecie jak to jest, kiedy człowiek widzi, że ewidentnie coś się dzieje, ale nie wie co, więc nie wie też, czy interpretować to na plus, czy na minus. A wystarczyłaby jedna dobra wiadomość, żebyśmy mieli co świętować i z czego się cieszyć.
Minione trzy dni przyniosły mi trochę spokoju. To był bardzo udany weekend, podczas którego mieliśmy fajnych gości. Świetnie się bawiłam z kuzynem Franka, jego żoną i dziećmi, ale to temat na osobną notkę. Grunt, że naprawdę udało mi się zapomnieć o zmartwieniach. Ale za to dzisiaj wpadłam w dołek i o dziwo, mam syndrom przedszkolaka - okazuje się, że nie tylko rozstania z moją rodziną i Dorotą tak na mnie działają. 

A tak w ogóle, to właśnie mija rok, odkąd znowu jesteśmy z Frankiem razem :) Czyli odkąd skończyło się nasze weekendowe małżeństwo. Dokładnie rok temu 15 sierpnia, Franek po raz ostatni był w pracy w Zielonej Firmie a następnego dnia popołudniu przyjechał ze swoimi rzeczami do Podwarszawia. Spędziliśmy razem bardzo przyjemny weekend (byliśmy nad jeziorem, więc było duuużo cieplej, niż w tym roku) a jednocześnie trochę się stresowaliśmy poniedziałkiem, który miał być pierwszym dniem w nowej pracy... Jak to się dalej potoczyło to już wiecie. Ale pamiętam, że choć powinnam była wtedy czuć się naprawdę szczęśliwa, to coś moją radość psuło - taki wewnętrzny niepokój, przeczucie, że coś jest nie tak. Bardzo staram się tamtego czasu nie porównywać z tym, więc odganiam teraz te myśli. W końcu pod wieloma względami jednak jest teraz lepiej... Mam nadzieję, że historia nie zatoczyła koła i że to tylko pozory, a tak naprawdę wreszcie wyjdziemy z tej pętli na prostą. Bardzo bym tego chciała.
Jakby nie było jednak tamten czas przyniósł nam jedną bardzo pozytywną zmianę - od tamtej pory jesteśmy ciągle razem. Hmm, właściwie chyba nie rozstaliśmy się na ani jeden dzień. Tak to się chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło, żebyśmy przez okrągły rok byli non stop ze sobą :P - oczywiście czasami się mijamy z godzinami pracy, ale zawsze się widzimy w którejś porze dnia. Prawdę mówiąc nawet już nie pamiętam za bardzo, jak to było, kiedy żyliśmy ja tu, a on tam... To znaczy, pamiętam, że nie było mi z tym tak źle, jak się tego obawiałam i potrafiłam się w tej sytuacji doskonale odnaleźć, ale trudno mi teraz uwierzyć, że to się działo naprawdę :) A teraz mi łyso, bo Franek zaczął popołudniówki - ciekawe, że mniej doskwierała mi samotność, kiedy był w Poznaniu, niż teraz, gdy wiem, że za jakieś trzy godziny będzie już się kładł obok mnie :)

sobota, 5 kwietnia 2014

Na przekór

Mam już serdecznie dość tych kpin, jakie sobie los z nas urządza. Czy naprawdę za każdym razem musi mi udowadniać, że się mylę? Zawsze musi być na przekór?
Napisałam wczoraj najgłupszą rzecz, jaką mogłam:nadchodzący weekend będzie bardzo przewidywalny i raczej nudny (co nie znaczy, że niefajny)

Wszystko się zmieniło. Wczoraj wieczorem umarła Franka babcia. On bardzo to przeżywa. Siłą rzeczy, ja również. Nie pójdzie dzisiaj ani jutro do pracy, bo jest zbyt roztrzęsiony, żeby w pełnej koncentracji przez ponad osiem godzin prowadzić autobus. Rozumiem to, choć oczywiście jak zwykle już się boję, czy nie będzie z tego jakichś konsekwencji (mimo, że to umowa zlecenie, a Franek dzwonił do dyspozytora od razu, jak się o wszystkim dowiedział, a więc ponad 12 godzin przed godziną rozpoczęcia pracy)
Boję się nadchodzących dni, bo Franek kiepsko sobie radzi z takimi sytuacjami, a ja wtedy też kiepsko sobie radzę z nim :( 

czwartek, 20 marca 2014

Czasami jest mi źle.

Właśnie tak, czasami naprawdę mi źle. Właściwie powinnam się już przyzwyczaić do tej niepewności, która towarzyszy mi cały czas,a le nie potrafię. Zazwyczaj sobie jakoś z tym radzę. Nie myślę za wiele. Skupiam się na "tu i teraz". Cieszę się codziennością.
Ale raz na jakiś czas, choćbym nie wiem jak przed nim uciekała i jak się przed nim kryła, dopada mnie dołek. Po prostu trudno jest się cieszyć życiem, jeśli się człowiek nim martwi. Ja oczywiście wiem, że większość rzeczy, którymi się martwię, nigdy się nie wydarzy, a pozostałe zdarzą się niezależnie od tego, czy się martwię, czy nie. Tylko co z tego, że racjonalna Margolka to wie, podczas gdy ta emocjonalna niewiele sobie z tego robi i się przejmuje. 
Martwię się po prostu tym co będzie i to powoduje, że jest mi źle i smutno. Przez większość czasu w ogóle się nad tym nie zastanawiam, cieszę się z tego, co mam i myślę, o tym, że przecież zawsze wszystko jakoś się układa. I wiem, że pewnie tak będzie. Ale po prostu ten brak jakiegoś punktu zaczepienia powoduje, że czasami mam wrażenie, jakbym traciła grunt pod nogami. Zaczynam wtedy odczuwać ogromny niepokój i nie potrafię się uspokoić. 
Tak mam właśnie ostatnio. Kiedyś było mi łatwiej, bo chociaż przykre niespodzianki mogą dopaść każdego (i przecież przekonałam się o tym na własnej skórze), to nie zastanawiałam się nad wszelkim złem tego świata, które może mnie spotkać, lecz skupiałam się na tym co było obok - dobre i w miarę pewne. Teraz problem polega na tym, że właśnie tego pewnego nie ma za wiele i nie bardzo mam się na czym oprzeć. Balansuję więc sobie na tej lince, czekając na jakiś punkt podparcia i czasami po prostu nagle czuję się już zmęczona i zrezygnowana.
Nie użalam się nad sobą, bo uważam, że nie mam powodów. Nie uważam, że mam najgorzej na świecie. Wręcz przeciwnie,  że w gruncie rzeczy wiele rzeczy daje mi szczęście i gdybym mogła żyć tak jak teraz - choć z pewnymi modyfikacjami - to bym nie narzekała. Ale musiałabym pozbyć się tego lęku, który jest we mnie, a ten zniknie dopiero wtedy, gdy zniknie niepewność. Tak, jak już wspomniałam, w niepewności żyję już ponad rok i to właśnie ona mnie ogranicza i nie pozwala spojrzeć tak naprawdę optymistycznie w przyszłość. Boję się po prostu rozczarowania.
Nie użalam się nad sobą - po prostu mam gorszy dzień (dni). Jest mi smutno. I wtedy mam ochotę się gdzieś zakopać.Echhh...

Poza tym Franek spotkał się w weekend z przeziębionym kolegą i się od niego zaraził. Co gorsza, zaraził też mnie i od dwóch dni nie czuję się dobrze również fizycznie. Dobrze, że przynajmniej nie leje mi się z nosa i wygląda na to, że katar mnie ominął, ale cały czas czuję ból lub przynajmniej drapanie w gardle. A popołudniami całe moje ciało jest obolałe i czuję się jak tuż przed chorobą. Na szczęście za każdym razem okazuje się, że to fałszywy alarm i mam nadzieję, że z dnia na dzień jednak będzie lepiej. Nie chce mi się chorować.

To posmuciłam trochę :(

środa, 29 stycznia 2014

Limit wyczerpany

Obiecałam sobie, że będzie dobrze. Że wszystko się ułoży. Że będę w to wierzyć mocno. Jak wiadomo, podejście to klucz do sukcesu, dlatego wierzyłam, że jak będę pozytywnie do wszystkiego nastawiona, to będzie mi jakoś lepiej - weselej, mniej stresująco. Działało - przez chwilę.
Teraz mam - albo mamy - bardzo złe dni :(
Bo niestety, ale nie jest mi łatwo wierzyć w to, że będzie tak dobrze, kiedy widzę, że Franek się męczy. Ja nie żałuję decyzji i nie żałuję tego, że tu jestem, a Franek chyba zaczyna. Ja z kolei zaczynam się zastanawiać, czy potrzebne było to, żeby faktycznie zwalniał się z Zielonej Firmy i tu przyjeżdżał na stałe? Było mu tam dobrze, a wcale nie było nam tak źle funkcjonować jako weekendowe malżeństwo. Oczywiście, że lepiej jest być ciągle razem, ale może cena była jednak za wysoka?

Chcę myśleć pozytywnie, chcę czuć się szczęśliwa. Ale potrzebuję trochę wsparcia ze strony Franka. Tymczasem on ostatnio jest mocno rozdrażniony i nie wiem, jak z nim postępować. Oczywiście nie chce ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak on się czymś martwi albo stresuje, to nigdy o tym nie mówi. Ja się staram, próbuję podejścia z jednej strony, z drugiej, ale nic nie wychodzi. Jest coraz gorzej. Nie sprawdza się nic, nawet skrajne postawy ignorowania albo odwrotnie - nadskakiwania. Wiem, że męczy go ta sytuacja, że nie wie co zrobić ze sobą i z nadmiarem wolnego czasu. Nie dziwię się temu. Chciałabym mu bardzo pomóc, ale nie wiem jak. To powoduje, że i ja się bardzo męczę i czuję się naprawdę źle, a mój optymizm całkowicie się ulatnia.

Nie chodzi o to, że się kłócimy albo mamy "ciche dni". Nic z tych rzeczy. Ale po prostu nie jest tak przyjemnie, jak chciałabym, żeby było. A to tworzy błędne koło - taka atmosfera powoduje, że ja się dołuję, kiedy się dołuję, atmosfera robi się jeszcze gorsza, a ja nie mogę powstrzymać łez, które z kolei denerwują Franka a to na poprawę nie wpływa. Nie wiem, jak to rozwiązać. Jest mi bardzo przykro i przytłacza mnie to wszystko. Powracają myśli, że jednak całkowicie wyczerpałam swój limit szczęścia.

piątek, 18 października 2013

Bez świętowania

W tym roku nie świętowaliśmy. Oczywiście złożyłam Frankowi życzenia urodzinowe, a dziś imieninowe. On mi wczoraj również. Prezenty też były, ale nastrojów do świętowania nie mamy na pewno. Moje imieniny i tak obchodzone są właściwie bardziej przez rodzinę Franka niż przeze mnie - wczoraj, kiedy Asystent stanął przede mną z czekoladkami i różą pomyślałam sobie, że chyba Dzień Kobiet jest i ja zapomniałam. Naprawdę! Dopiero po chwili spojrzałam w kalendarz i pamięć mi wróciła. 
Tak więc nie przeszkadza mi, że nie świętowaliśmy imienin. Ale żal mi trochę urodzin Franka. Okrągłych. Wydawałoby się, że powinny być obchodzone huczniej. Z drugiej jednak strony, on nie przywiązuje do tego takiej wagi i wcale mu to nie przeszkadzało, więc to trochę łagodzi mój żal.
I tak wczoraj o dziwo poczułam się nieco lepiej. Najpierw się rano wypłakałam, ale później było mi nieco raźniej, choć właściwie nie wiem dlaczego. Tyle dobrze. Ale i tak świętować ochoty nie miałam.
Być może w weekend uczcimy tę okazję. Przyjeżdżają teściowie, przyjeżdża mój wujek i dziadek. Ale nie wiem, jak to będzie, bo przyjeżdżają przede wszystkim pomóc nam w przeprowadzce. To znaczy rodzice Franka mieli i tak przyjechać - właśnie na nasze urodziny i imieniny, ale teraz już wiadomo, że przede wszystkim będziemy się przenosić.
Mamy już spakowaną większość rzeczy. Zostały nam ubrania, buty, kosmetyki i naczynia - czyli rzeczy, których po prostu cały czas używamy. Całą resztę przewieziemy jutro. W niedzielę byc może dowieziemy część tego, co jest potrzebne na bieżąco - a może już wszystko. Nie wiem po prostu od kiedy zamieszkamy w nowym miejscu. Umowę mamy od przyszłego piątku, ale klucze już dostaliśmy - więc możemy mieszkać, tylko będziemy musieli już za media płacić. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak rozliczymy się z właścicielką obecnego mieszkania - musi nam oddać kaucję, oraz część opłaty za wynajem - proporcjonalną do przemieszkanych dni. Ale Franek chce uciekać jak najszybciej, więc pewnie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od poniedziałku już będziemy w nowym miejscu.
Mieszkanie to tak naprawdę nie jest aż tak wielkie zmartwienie (choć trochę też, ale o powodach tego innym razem) - zdecydowanie do przełknięcia. To praca cały czas mnie niepokoi. Właściwie myślę, że musimy liczyć się z tym, że Franek do końca roku nie popracuje i już w listopadzie dostanie wypowiedzenie. Po L4 poszedł w poniedziałek do pracy i chociaż wytrzymał, to plecy go bardzo bolaly. Zapewne trochę ze względu na niedoleczenie, ale w dużej mierze też z powodu stresu. We wtorek wstał do pracy bardzo zestresowany. Nie widziałam go jeszcze nigdy w takim stanie. Plecy bolały go tak bardzo, że w końcu zadzwonił do pracy, że nie da rady przyjść i musi iść do lekarza. 
Lekarz dał mu skierowanie na RTG i do neurologa. Dodał też, że to jest poważna sprawa i dziwi się, że Franek miał zwolnienie tylko na tydzień (to był inny ortopeda niż ostatnio) - i że w ogóle nie powinien był iść do pracy w poniedziałek, bo mógł bardzo pogorszyć sprawę. Franek zwolnienie ma do 29 października. Wychodzi na to, że w tym miesiącu będzie w pracy trzy dni. Prezes był bardzo uprzejmy i wyrozumiały. Mówił Frankowi, że zdrowie jest najważniejsze i że ma się nie przejmować. Ale cóż... Nie zdziwi nas, jeśli 30 wręczą Frankowi wypowiedzenie. Myślę, że to bardzo prawdopodobne. 
Zresztą sama nie wiem, co mnie bardziej martwi - świadomość tego, czy może fakt odwlekania nieuniknionego, bo przecież od stycznia i tak tej pracy nie będzie, a do tego czasu Franek osiwieje z powodu stresu, a ja razem z nim.

Nie chcę jęczeć tu i marudzić. Nie lubię tego, ale po prostu trudno jest mi znaleźć ostatnio powody do radości. A jeszcze trudniej jest przecież pisanie wesolutkim tonem o tym wszystkim, co powyżej, skoro wesoło wcale nie jest.
Dalej jestem rozdarta jeśli chodzi o pisanie. Umówmy się, że nie będę się ani zarzekać ani niczego obiecywać.

środa, 9 października 2013

I gorzej.

Ciesz się człowieku, chwytaj się każdej drobnej dobrej wiadomości. Bierz ją za dobrą monetę, podsycaj w sobie nadzieję, wmawiaj sobie, że przecież musi być dobrze. Tak właśnie żyjemy od dobrych kilku miesięcy z Frankiem, bo w przeciwnym wypadku już dawno byśmy zwariowali i załamali się pod ciężarem ciągłych złych wiadomości ciężkiego kalibru.
Widzicie zresztą, że wyliczam tutaj najmniejsze informacje, które w jakiś sposób wydają mi się pozytywne. Nawet kiedy nie są jeszcze potwierdzone, szukam oznak dających mi nadzieję. Nie cieszę się na wyrost, żeby się potem nie rozczarować. Ale tym razem się mocno przeliczyliśmy.

Franek dostał umowę, ale tylko na trzy miesiące. Potem ma szukać nowej pracy. O my naiwni! Uwierzyliśmy, że skoro wydają kasę na strój roboczy, dają mu kartę do przychodni medycznej i obiecują podpisanie umowy, to będzie to na tych samych zasadach, na jakich umawiali się półtora miesiąca temu. A mowa była, że po okresie próbnym albo go biorą na stałe (umowa na czas nieokreślony) albo wcale. Dlatego się tak stresowaliśmy i dlatego cieszyliśmy się, kiedy okazało się, że ma chodzić nadal do pracy. A dzisiaj z samiutkiego rana obuchem w łeb.
Gdybyśmy się o tym dowiedzieli tydzień temu, to byśmy się nawet ucieszyli - bo mając do wyboru utratę pracy już albo za trzy miesiące, cieszylibyśmy się z tego, że Franek ma trzy miesiące na znalezienie czegoś nowego. Ale teraz rozczarowanie trochę nam przyćmiło powody do zadowolenia. Bo dlaczego Prezes nie mógł mu już w piątek powiedzieć, że umowa owszem będzie, ale nie na stałe?! Oswoilibyśmy się z tą myślą, przełknęlibyśmy to, bo przecież spodziewaliśmy się takiej sytuacji. A tak byliśmy karmieni głupią nadzieją. W ogóle miało być tak, że po okresie próbnym wynagrodzenie brutto będzie wyższe, że zrobią Frankowi kurs na wózki widłowe... No miało.

Podobno przed Frankiem na tym stanowisku były już dwie osoby (a nam mówiono, że jest nowo utworzone), więc może po prostu polityka Prezesa jest taka, żeby zatrudniać na krótko za małe pieniądze. Poza tym od stycznia jest tam zdecydowanie mniej pracy, więc może od początku taki był zamysł. Ale to tylko plotki, więc nie chcę na ślepo dawać im wiary. Prezes znał naszą sytuację, więc trochę trudno mi uwierzyć w to, że ściągałby tu Franka wiedząc, że to tylko na parę miesięcy. My wiedzieliśmy, że to nic pewnego, bo jasno było powiedziane, że jak się Franek nie sprawdzi, to go nie zatrudnią na dłużej. Nadal twierdzę, że Prezes nie jest taki zły - w jakiś sposób przecież nam jednak pomógł. Ale chodzi mi o ten ostatni tydzień! Dlaczego zwodził Franka? Dlaczego nie mógł mu jasno powiedzieć co i jak, dając złudne nadzieje? Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. I nic nie wiem.

Bo to możliwe, że Franek się po prostu nie nadawał (choć z drugiej strony trochę nie rozumiem, czego się spodziewali wiedząc, że zatrudniają kogoś, kto nie miał nic wspólnego z takim rodzajem pracy oraz dlaczego nie dali mu zbyt wiele czasu do przyuczenia się) To nie była jego wymarzona praca, bardzo się w niej stresował i to nie było dobre. Atmosfera z powodu niektórych osób też była taka sobie i w sumie wiedziałam, że na dłuższą metę Franek tam nie wytrzyma i że tylko te wolne weekendy go do niej przekonują. Ale mimo wszystko jakaś praca to była. A teraz jej nie będzie.

A ja coś podświadomie czułam, że to chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe :( Ale nie dopuszczałam tej myśli do glosu. Chyba już po prostu wyćwiczyłam się w ignorowaniu tych przykrych i niepewnych wiadomości na tyle, na ile to możliwe.
Gdyby chociaż sytuacja w mojej pracy była pewna! Nie martwilibyśmy się tak. A tu może się okazać, że oboje zostaniemy na lodzie. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Ta niepewność naprawdę jest straszna.

Dzisiaj to mi się po prostu chce już ryczeć. Bo człowiek się stara nie zamartwiać, stara się wierzyć, że będzie dobrze, stara się nie poddawać. Chwyta się najmniejszych pozytywów i rozdmuchuje je, żeby było z czego się cieszyć i na czym opierać nadzieję. A teraz zła jestem, że się daliśmy nabrać, że się cieszyliśmy w ostatnich dniach.

Ja wiem, że to jeszcze nie jest najgorsze, bo jednak te trzy miesiące dalszego zatrudnienia to jest coś. Ale nic nie poradzę na to, że jest mi smutno i że nadal strasznie boję się o naszą przyszłość.

środa, 11 września 2013

Słodko-gorzkie przemyślenia.

Dopadło mnie wczoraj - i tak jak rok temu nie mogłam zasnąć jeden jedyny raz z powodu zbliżającego się ślubu - tak wczoraj  nie mogłam zasnąć z powodu wspomnień o tamtym czasie.
Rok temu zaśnięcie uniemożliwiała mi ekscytacja i adrenalina. Tego dnia odebrałam suknię ślubną i dopinaliśmy ostatnie szczegóły. Myślałam o tym, jak będę wyglądała i w ogóle jak to będzie. Wyobrażałam sobie siebie, Franka, gości i każdą chwilę zbliżającego się dnia.
Wczoraj wspominałam - jeszcze nie ślub, ale właśnie te ostatnie dni przed. 
Nie spodziewałam się tego, wiedziałam, że będę odczuwać ogromny sentyment, ale nie sądziłam, że będzie to również smutek - wręcz bolesny.
Chwilami sobie myślę, że szkoda, że było tak idealnie, bo naprawdę mam wrażenie, że już nigdy nie będę czuła takiego szczęścia i błogości! Wczoraj to właśnie była przyczyna mojego smutku. Wprost nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo różni się moje życie od tego, które wiodłam rok temu. Jak bardzo inne emocje mi towarzyszą. Wtedy była radość, szczęście, ekscytacja, nadzieja. Dziś królują niepokój i lekki (czasami cięższy) żal, a przede wszystkim ogromna tęsknota. Nawet nadziei już czasem brakuje. 

Dokładnie pamiętam, jak w środowy wieczór przed ślubem jechaliśmy do Miasteczka samochodem. Było ciemno, dość zimno i deszczowo. Siedzieliśmy w aucie, które wypełnione było po brzegi motylami, które po prostu nie zmieściły się w naszych brzuchach! Przez większość podróży nawet nie rozmawialiśmy - byliśmy zbyt oszołomieni faktem, że to już! Rozmyślaliśmy więc o tym osobno a chwilami dzieliliśmy się tymi przemyśleniami, głównie na temat tego, jak szybko minął ten czas oraz jakie to trudne do uwierzenia, że spotkanie kilka lat temu doprowadziło nas do tego momentu i przed ołtarz. Mówiliśmy o tym, jak bardzo się z tego cieszymy.

Nie chciałam, żeby tak to wyglądało! Ten wrzesień też miał być dla nas świętem, a wygląda na to, że właśnie na czas świętowania przypada dość trudny, niepewny i bardzo stresujący czas w naszym życiu. Chciałam się temu nie poddawać, ale okazuje się, że to bardzo trudne. Teraźniejszość niestety trochę nam psuje radość świętowania.
Nie chciałam brzmieć gorzko. Mimo wszystko to są piękne wspomnienia, związane z radością. Zaskoczyło mnie po prostu, że właśnie fakt, że tamte wydarzenia związane były z ogromnym szczęściem, wywołuje we mnie teraz smutek. Chyba jeszcze nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Naprawdę bolą te przemyślenia. Paradoksalnie, chyba właśnie dlatego jest mi teraz trudniej i bardziej smutno - w tym momencie kontrast staje się po prostu bardziej wyrazisty.
Co ciekawe, jeszcze dwa miesiące temu byłam naprawdę dobrej myśli. W lipcu, sierpniu moje nastawienie było bardzo pozytywne. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku dobremu, że teraz już musi być lepiej. Zaczęłam znowu czuć się dobrze, nawet miałam wrażenie, że jednak czuję się szczęśliwa, wbrew temu, co myślałam na ten temat jeszcze zimą. Nie mogłam się doczekać tego września i naszego świętowania. 

Nie lubię siebie takiej. Nie lubię smucić się wtedy, gdy są powody do radości. Ale stres i poczucie zagubienia naprawdę wypompowują ze mnie pozytywne emocje. Staram się trzymać, staram się nie myśleć, staram się mieć nadzieję.
Wiem, że mimo wszystko świętować będziemy - zaczniemy już jutro. Wiem, że będziemy wspominać i cieszyć się z tego co było. Ale żal mi, że to wszystko będzie miało lekko gorzki posmak spowodowany brakiem beztroski.

środa, 17 kwietnia 2013

Koniec tego dobrego

Niewiele dzisiaj zostało z mojego pozytywnego nastawienia, które towarzyszyło mi w ostatnich tygodniach. Chyba nie wiedziałam tak naprawdę, co to wszystko oznacza. Nie pomagają zapewnienia Franka, że będzie dobrze i wszystko sobie poukładamy. W tej chwili jakoś nie potrafię w to uwierzyć. Chyba tak naprawdę po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że już nic nie będzie takie samo, że kończy się coś bardzo ważnego i znowu mam myśli, że na dobre opuściło mnie to poczucie szczęścia, które towarzyszyło mi przez długi czas - ostatni raz w pierwszych dniach tego roku. Jestem przerażona i załamana świadomością, że przede mną tak naprawdę ostatni "normalny" tydzień. Później wszystko się zmieni.
Echh, lepiej pójdę już spać. Przynajmniej tyle dobrze - jedna nieprzespana noc i teraz jestem wykończona. Na tyle, że stępiło to moje odczuwanie i wysuszyło kanaliki łzowe. Teraz myślę tylko o tym, żeby przyłożyć głowę do poduszki i pogrążyć się w błogim śnie. Szkoda, że jutro trzeba będzie się z niego obudzić.

czwartek, 17 stycznia 2013

Niestety przełom.

No i nici z moich nadziei na dalszą stabilizację w tym roku :( Wręcz przeciwnie, zapowiada się, że to będzie rok całkowicie rewolucyjny i wcale mnie ta perspektywa nie cieszy. Mamy do podjęcia chyba* najtrudniejszą decyzję w życiu. 
A przecież mówiłam wiele razy, że jest mi teraz dobrze w życiu. Widać los ma wobec mnie/nas inne plany. Sprawa jeszcze zbyt świeża i zbyt mało konkretna, żebym mogła o tym pisać, jednak raczej pewna.
Cóż, po raz kolejny się przekonałam, że w życiu naprawdę nic nie dzieje się bez przyczyny i sprawdza się, że czasami warto poczekać na bieg wydarzeń, zanim się w coś wejdzie. Teraz już wiem, dlaczego nie kupiliśmy niecały miesiąc temu mieszkania w ramach RnS...
 Nie potrafię myśleć, że to dobrze... Na razie mamy mega dylemat i żal za wszystkim, co jeszcze niedawno wydawało się elementem stałym, dającym poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i przyjemnej rutyny.  

*Zmieniłam zdanie - na pewno najtrudniejszą. Bo własnie zdałam sobie sprawę z tego, że do teraz miałabym problem, żeby wskazać najtrudniejszą życiową decyzję. Już wiem dlaczego - bo dopiero teraz przyszło mi ją podejmować :(

sobota, 29 września 2012

Bez notki

Nie jestem w nastroju, żeby opisywać to, co działo się dwa tygodnie temu. Porównując moje dzisiejsze samopoczucie do tego, jak się rzeczy miały 15 września, to aż niemożliwe, żeby minęło tylko tyle czasu! Mam raczej wrażenie, ze jakieś lata świetlne :/ Wrócę więc z notką jak mi dół przejdzie. Może już jutro a może za rok.

środa, 12 września 2012

Panieńska poznańska nocka :) Odliczanie: trzy!

No nie udało mi się wczoraj już niczego napisać, chociaż bardzo chciałam :( Chyba się zaczął mały kołowrotek - chociaż z drugiej strony może to wynika po prostu z tego, że dziś wyjeżdżamy z Poznania i musimy sporo rzeczy tu podomykać.

Przyjechali wczoraj moi rodzice i razem ze mną poszli po odbiór sukni. Przyznać muszę, że się tego nie spodziewałam, mimo dwóch przymiarek, które przecież już za mną :) Przeszło mi nawet przez myśl, że może nie będę ostatecznie zadowolona, ale nic z tych rzeczy. Suknia bardzo mi się podoba! Leży moim zdaniem świetnie, a ten półgolfik przy twarzy jest piękny i dodaje mi blasku (och ja nieskromna :P, ale tylko powtarzam słowa obserwatorów ;)). Suknia została wpakowana do bagażnika i teraz już czeka na mnie w Miasteczku. Już teraz mi żal, że będę ją miała na sobie tylko przez parę godzin :( Ale naprawdę warto :) Już się nie mogę doczekać miny Franka.

Z salonu sukien ślubnych pojechaliśmy do banku, bo jak na złość akurat teraz musiałam zapomnieć hasła do bankowości internetowej! No szlag by to - od kilku lat wszystkie transakcje robię przez internet i do banku właściwie nie zaglądam, ale tydzień temu Franek namówił mnie na zmianę hasła. Nie modyfikowałam go jakoś bardzo, po prostu trochę je umocniłam - ze średnio na bardzo silne. Okazało się, że zrobiłam je tak silne, że chroniło nawet przede mną :) Najlepsze jest to, że pamiętałam wszystkie składniki hasła, tylko nie mogłam sobie przypomnieć ich konfiguracji. A akurat wczoraj chciałam koniecznie zrobić przelew do USC.
Spędziłam w banku ponad pół godziny, takie były kolejki, ale najważniejsze, że hasło odzyskałam i więcej nie zamierzam go stracić :)

W czasie, kiedy z rodzicami załatwiałam te i inne sprawy, Franek pojechał do spowiedzi, spotkał się z Karolą i Dagą, z którymi mieliśmy "porachunki" ;) i pojechał po winietki. No i moja wtopa :( Wieczorem usiedliśmy, żeby sprawdzić, czy wszystkie są - ja czytałam nazwiska, Franek odhaczał je na liście. Kiedy doszłam do Marcina Jaskóły Franek popatrzył na mnie wzrokiem bazyliszka: "jaki Jaskóła?????" No tak, bo Marcin nie jest Jaskóła tylko Jaskólski! Podobnie jak jego brat :/ Ale czy to moja wina, skoro Franek zawsze o nich mówi Jaskóły??? Nawet w telefonie miał wpisanego Marcina Jaskółę, no i mi się zapomniało, odruchowo wpisałam na listę tak. Zadzwoniłam więc od razu do Juski po ratunek, poprawiła i odesłała do drukowania. Do babki od drukowania też zadzwoniłam po prośbie, czy da radę nam to na dziś druknąć. Da. :)

Przy okazji porozmawiałyśmy z Juską o kilku kwestiach, między innymi o dekoracji sali. Powiedziałam jej, że w czwartek pojadę do restauracji i dowiem się, kiedy możemy tam wejść, a ona mi na to, że jej mama już tam była, już się ze wszystkimi poumawiała, już wszystko pomierzyła i w ogóle mam sobie tym głowy nie zawracać. Przy okazji zwróciła mi jeszcze uwagę na kilka kwestii, o których musimy pomyśleć, co mnie tylko utwierdziło po raz kolejny w przekonaniu, że to właściwa osoba na właściwym miejscu :)

I tak minął nam cały dzień. Położyliśmy się więc spać. I nic! Chyba po raz pierwszy dopadł mnie lekki stres! Nie spałam przez pół nocy i ciągle miałam przed oczami siebie w sukni ślubnej. Rozmyślałam o różnych sprawach, również o tym, że to była moja ostatnia panieńska noc w Poznaniu :) Jednocześnie bardzo chciałam zasnąć, ale nie mogłam - po prostu czułam, że jestem strasznie podekscytowana! Bo to nie był taki stres paniczny - nie denerwowałam się, że coś nie wyjdzie albo, że jeszcze dużo spraw mamy do załatwienia, po prostu byłam pełna emocji - że to już i chyba po raz pierwszy poczułam, że to się dzieje naprawdę i że to za chwilę.

Rano wstałam i teraz to ja pojechałam do spowiedzi. Przede mną były tylko dwie osoby, ale jeden chłopak klęczał przy konfesjonale ponad 20 minut!!! Serio, sprawdzałam na zegarku, bo się bałam, że do pracy się spóźnię. Ale się nie spóźniłam, a aureolę nad głową już mam :) W ogóle wszystko dla księdza już mamy i możemy się jutro z nim spotykać :)

Ale ogólnie nie czuję się dziś szczególnie wypoczęta po tej nocce, zwłaszcza, że czeka nas jeszcze pakowanie i boję sie, że czegoś zapomnimy (najwazniejsze rzeczy takie jak obrączki już są w Miasteczku na szczęście).
A w dodatku aura dzisiaj mi nie służy i humor mam lekko skwaszony. Mam nadzieję jednak, że to chwilowe - i aura i humor :) Co do drugiego co prawda jestem trochę bardziej pewna, bo przypuszczam, że dzisiaj po pracy już mi się lepiej zrobi :) No ale o pogodę to się trochę boję. Zimno ma być w sobotę - a przynajmniej zimno jak na moje bolerko... Cóż, grunt żeby nie padało a na razie prognozy w tym względzie są optymistyczne. Na razie musze zaklinać pogodę :)
I jest jeszcze jeden powód, który niezbyt dobrze wpływa na mój nastrój, ale o tym się nie będę rozwodzić, bo i bez sensu :/
No nic, mam nadzieję, że do następnej notki mi się poprawi :)

poniedziałek, 17 października 2011

Bezradność.

Weekend był naprawdę bardzo udany. Ale jakoś chwilowo straciłam chęć pisania o tym, jak było miło, po przykrej wiadomości, którą otrzymałam parę godzin temu :( Wszyscy w rodzinie czujemy się bezradni i jest nam żal. A do tego – zwyczajny szok i niedowierzanie. Na miejscu osoby z centrum wydarzeń, nie chciałabym, żeby ktoś pisał na ten temat na jakimś blogu i dlatego właśnie nie wyjaśniam o co chodzi. Przynajmniej nie teraz, może kiedyś.
Żal, żal :( Nie powiem, że gdybym mogła, wzięłabym to na siebie, ale też nie czuję tej ulgi, którą czasami się odczuwa – że nie mnie to spotkało. Nie, żadnej ulgi.
I tak radość ze wspaniałego weekendu miesza się z ogromnym smutkiem, takim, jaki można odczuwać tylko w sytuacji, gdy naprawdę krzywda dzieje się komuś bliskiemu.
Uśmiech po przeczytaniu kartki z życzeniami od Franka, przyjemne zaskoczenie wywołane prezentem, którego się ani trochę nie spodziewałam, w sytuacji, gdy w ogóle zapomniałam, że jest jakakolwiek okazja – wszystko tylko chwilowe i zaraz gaśnie :(
Jedna – głupia? bezmyślna? złośliwa? beztroska? – decyzja a zmartwiła tak wiele osób, być może zaszkodziła jednej na całe życie… (Oby nie! :( ) Są rodziny, w których zmartwienie jednej osoby powoduje, że kilka innych nie może normalnie funkcjonować i dosłownie traci radość życia – już nawet nie z powodu strachu przed tym, co będzie, a zwyczajnie dlatego, że tak bardzo współodczuwamy i tak nam szkoda tej jednej osoby. Nasza rodzina do takich należy. Miała być radość i ulga. Jest zupełnie coś innego.
Zdarzenie zbyt oczywiste, żeby opowiadać ze szczegółami. Zbyt niewiarygodne, żeby opisać jednym zdaniem.

środa, 8 czerwca 2011

Do niczego.

Coś mi kiepsko idzie ten powrót. Ale od kilku dni nie mam na nic siły. Rozchorowałam się, gardło mnie tak boli, że nie jestem w stanie jeść, do tego dochodzi wysoka temperatura (swoją drogą przy takich upałach w ogóle nie wpadłam na to, że mogę mieć gorączkę :)) W pracy więc ledwo siedzę, a po powrocie nic już mi się nie chce i co najwyżej leżę i gapię się w sufit.

Co poza tym? Niby nic się nie zmieniło, a tak naprawdę mam wrażenie, że zmieniło się wszystko. Mam mętlik w głowie i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby moje wewnętrzne rozterki miały wpływ na fizyczne samopoczucie… Wydaje mi się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Aktualnie jestem do niczego niestety.

sobota, 7 maja 2011

Beznadzieja.

Doła mam po prostu :( Więc co tu dużo pisać? Chyba nie ma większego sensu opowiadanie o tym. Zbierało się we mnie to od kilku dni. Zawsze mnie dołowało, kiedy nie wyrabiałam się ze wszystkim i kiedy coś wymykało mi się spod kontroli. A do tego jeszcze dzisiaj czuję się po prostu bezradna, do tego nie wiem, co mam zrobić. Najchętniej bym uciekła. A najlepiej do Miasteczka. Zawsze najlepiej u mamy :( Tylko, że wiem, że taka ucieczka i tak niczego nie załatwi. A nawet gdyby, to i tak nie mam teraz możliwości, żeby tam jechać. Ogólna beznadzieja.

piątek, 11 lutego 2011

Notka dietetyczna.

Dzisiaj obiecana notka, bo niektóre z Was zaczynają się już lekko niecierpliwić :) Ostrzegam, będzie długa, bo jednak chciałam podać jak najwięcej szczegółów. Zanim jednak opiszę główne zasady, do których się stosuję podczas diety, muszę coś ważnego podkreślić: nie należę do osób, które mówią, że są grube, tylko po to, żeby usłyszeć, że to bzdura. Mam lustro i zdrowe spojrzenie na samą siebie, wiem, że jestem drobna i raczej szczupła. Ale każdy ma jakąś piętę achillesową. Moją jest talia. Tłuszcz odkłada mi się „po męsku” w okolicach brzucha, a ja nie lubię tej oponki, która się czasami pojawia. I chociaż zazwyczaj inni jej nie widzą, bo można ją ukryć pod mniej obcisłymi ubraniami, to ja nie czuję się dobrze z nadmiarem tłuszczyku w tych okolicach.
A więc osobom, które dziwiły się, że chcę schudnąć odpowiadam – moim głównym celem było nie tyle zrzucenie zbędnych kilogramów, co po prostu osiągnięcie ładniejszego kształtu sylwetki :)

Druga ważna kwestia: uważam, że jednym z najczęstszych błędów, jeśli chodzi o diety, jest jednoznacznie kojarzenie każdej diety z odchudzaniem i wyrzeczeniami. A przecież wcale nie musi tak być. Diety bywają różne – także oczyszczające lub wysokokaloryczne i te drugie, bynajmniej nie służą utracie zbędnych kilogramów. A dieta to po prostu pewien sposób odżywiania się, czasami warto ją zastosować wcale nie dlatego, żeby schudnąć, czy przytyć, ale żeby zmienić swoje nawyki żywieniowe. I to był drugi cel, który chciałam osiągnąć – chciałam znowu zacząć zwracać uwagę na to co i jak jem.
***
Nie dla mnie wszelkie diety, które wymagają odmawiania sobie czegokolwiek, ignorowania jakiegoś rodzaju produktów, zajadania się ciągle tym samym albo kombinowania jakichś specjalnych dań składających się z „dozwolonych” składników. Za bardzo LUBIĘ JEŚĆ, żeby zadowolić się jakimś koktajlem zapychającym zamiast obiadu :) Żadnych głodówek, bo kiedy jestem głodna, nie potrafię normalnie funkcjonować. Dlatego właśnie jedyną odpowiednią dla mnie dietą jest dieta niskokaloryczna. Pozwala mi ona na jedzenie wszystkiego, bez żadnych ograniczeń, co do typu jedzenia, a jedynie limituje jego ilość. Cóż, diety cud nie istnieją i bardzo w to wierzę. Nie da się chudnąć jedząc bez umiaru, więc ograniczać się trzeba i bez wyrzeczeń niczego się nie osiągnie, byleby te wyrzeczenia były w normie.

Podstawowe założenia tej diety wymieniałam już w notce Dieta cud? Nie, dziękuję, więc zainteresowanych proszę o powrót do tej notki. Żeby się nie powtarzać, przypomnę tylko, że ta dieta to czysta matematyka - jeżeli naszemu organizmowi dostarczymy w ciągu określonego czasu o 7000 kalorii mniej niż tego potrzebuje, schudniemy 1 kilogram (700 kcal = 100 gr). Dla przykładu, młodzież żeńska (16-20 lat) potrzebuje dziennie dostarczyć organizmowi 2500-2700 kcal. Kobiety w wieku 20-59 lat pracujące lekko (na przykład tak jak ja – w biurze) potrzebują 2100-2300 kalorii. Dane te zaczerpnięte są z książek dotyczących zdrowego odżywiania się a także potwierdzone u osób znających się na rzeczy (bo na przykład miały do czynienia na studiach z metabolizmem człowieka i jego żywieniem). Można oczywiście wszystko sprawdzić w internecie – wyliczyć sobie zapotrzebowanie kaloryczne w odniesieniu do wieku, wzrostu, wagi i aktywności fizycznej. Ale zalecam ostrożność – warto sprawdzać dane na kilku stronach.
Należy pamiętać, że kalorie spalamy bez przerwy – także podczas oddychania, snu, czy… jedzenia :) Do tego dochodzą codzienne czynności jak nauka, sprzątanie, zakupy. Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę, kiedy wylicza się ile kalorii spalamy każdego dnia. Dla przykładu posłużę się moją osobą :) Pracuję w biurze, mam pracę raczej siedzącą (chociaż oczywiście nie jestem do krzesła przyklejona przez osiem godzin, ze dwadzieścia razy dziennie kursuje między biurem a kuchnią czy magazynem i bynajmniej nie po to, żeby jeść :)) Ćwiczę raczej regularnie – przynajmniej dwa razy w tygodniu chodzę na aerobik, do tego zdarza się basen, spacery, bieganie… do autobusu :) Codziennie chodzę piechotą przynajmniej przez 20 minut. W domu przynajmniej przez dwie godziny dziennie zajmuję się sprzątaniem, gotowaniem, praniem czy prasowaniem. Czasu wolnego raczej nie spędzam tylko przed telewizorem, nie ruszając się. Można więc powiedzieć, że jestem osobą o umiarkowanej aktywności fizycznej. Absolutne minimum dla mnie, ale naprawdę minimum – które zakłada niewielką aktywność fizyczną, to 1850 kcal dziennie. Jednak kiedy tak jadam, to zwykle chudnę. Najbezpieczniejsza ilość kalorii dla mnie to 2000-2100 kalorii dziennie.
Więc aby chudnąć w tempie 1kg na tydzień, codziennie musiałam dostarczać organizmowi o 1000 kalorii mniej niż tego potrzebuje. Udało się – jadłam dziennie 900-1100 kalorii i faktycznie schudłam trzy kilo w ciągu trzech tygodni.
Czysta matematyka, tu się nie da oszukać.


I proszę się nie przerażać :) Tysiąc kalorii tylko wygląda tak groźnie. Może się wydawać, że nic się nie da zjeść, żeby się zmieścić w takiej ilości :) A tymczasem przez te trzy tygodnie jadłam  normalne kanapki (ale często nie smaruję ich żadnym tłuszczem), owoce, jogurty (nie tylko light), słodycze (ważny jest umiar, ale zakazu nie ma) i normalne obiady składające się z zupy i drugiego dania. Uwaga! Byłam (jestem) na diecie, ale w tym czasie pozwoliłam sobie także na pączka, na pizzę, na ciastko czekoladowe a także trochę chipsów i bułkę tartą z masłem jako dodatek do kalafiora. I mimo tego – schudłam. A to dlatego, że najważniejsza jest równowaga. Kiedy wiedziałam, że zjadłam na śniadanie pączka, to już na obiad nie jadłam pizzy albo kotleta schabowego w panierce. Natomiast gdy na śniadanie zjadłam kromkę zwykłego chleba (kupujemy mały chleb i jedna kromka to zazwyczaj 25 gramów) z drobiową wędliną (razem to najwyżej 100 kalorii) to na drugie śniadanie zjadłam sobie batonika. I cóż… – tak to właśnie działa – naprawdę można jeść wszystko, ale w rozsądnych ilościach i rozsądnie je łącząc.
Myślę, że kluczem do sukcesu jest zrezygnowanie z jedzenia tego, co dostarcza nam ogromnych ilości kalorii mimo, że wcale się tym nie najemy. Ja na przykład od dawna już nie słodzę herbaty (dwie łyżeczki cukru to 80 kcal), więcej gotuję na parze a nie smażę na tłuszczu, kiedy idę na lody, unikam bitej śmietany, kiedy jem chleb z jakimś smarowidłem, to rezygnuję z masła, zup i sosów nie zagęszczam mąką i śmietaną, rezygnuję z sosów na bazie majonezu, nie piję słodkich napojów itd. Wiem, że na pewno znajdą się jakieś niedowiarki, które stwierdzą, że nie da się schudnąć jedząc pączki i fast foody :) A ja mogę powiedzieć tylko – w takim razie i tak Was nie przekonam, dopóki sami na własne oczy tego nie zobaczycie obliczając samodzielnie kalorie w tym, co jecie:)

Oczywiście dieta jest dość mocno wymagająca i absorbująca – przynajmniej na początku. Ważenie wszystkiego, odmierzanie i przeliczanie trwa długo. Ale dość szybko człowiek uczy się ile można zjeść, zapamiętuje mniej więcej co ma jaką kaloryczność i z czasem skrupulatne liczenie nie jest aż tak konieczne. Ale zaznaczam od razu – to dieta dla cierpliwych i zdeterminowanych. No i oczywiście silną wolę też trzeba mieć, żeby przy podwieczorku zjeść tylko jeden kawałek ciasta a nie dwa – żeby nie przekroczyć dziennej dawki kalorii :)

I jeszcze jedna ważna sprawa – bardzo istotne są stałe godziny posiłków (bez przesady, nie co do minuty) Ja jem pięć razy dziennie co trzy godziny zaczynając od 6:30, a kończąc na 18:30- 19:00 :) Nawyk kilku mniejszych posiłków w ciągu dnia w regularnych odstępach czasu wszedł mi w krew już kilka lat temu podczas ostatniej diety. Przypuszczam, że w dużej mierze to dzięki temu nawet po zakończeniu diety utrzymywałam stałą wagę ciała, która wahała się najwyżej o 2 kg. No i za tą regularnością posiłków idzie jeszcze jedna zasada: ZAKAZ PODJADANIA! No nie można, bo w ten sposób nie nauczymy naszego mózgu i żołądka, że mają sobie tak rozłożyć dostarczoną energię, żeby ładnie ją strawić w ciągu tych kilku godzin do kolejnego posiłku. Poza tym psujemy sobie wtedy kaloryczną statystykę i trudniej jest zmieścić się w założonej ilości kalorii :) Na początku polecam po prostu planowanie sobie posiłków na cały dzień, żeby nie ocknąć się w porze drugiego śniadania, że nie mamy co zjeść i z głodu jemy byle co. Później to już wchodzi w krew i planowanie jest zbędne bo i bez tego wiemy, na co można sobie pozwolić.

***
Podsumowując (to takie streszczenie dla leniwych :P, z tym, że bez powyższego rozwinięcia to brzmi jak zbiór banałów :) :
1. Najważniejsza jest RÓWNOWAGA! Można jeść wszystko, ale rozsądnie! Schudniemy bądź po prostu nie przytyjemy tylko wtedy, gdy nie dostarczymy organizmowi więcej kalorii niż potrzebuje danego dnia. Jeśli zdarzy nam się dzień kiedy po prostu nie wypada nie jeść, albo zwyczajnie nie chcemy rezygnować z pyszności (np. wesele lub inna impreza), to nie należy się załamywać. Zawsze można następnego dnia zmniejszyć ilość kalorii i wszystko się zrównoważy.
2. Równie ważna jest REGULARNOŚĆ – zarówno posiłków jaki naszych zwyczajów po prostu. Ważne jest, żeby weszło to nam w krew. Uważam, że tak naprawdę w tej diecie najważniejsze jest przyswajanie poprawnych nawyków żywieniowych – zapamiętujemy co i jak jeść.
3. Nic nie da się zrobić bez KONSEKWENCJI i WYTRWAŁOŚCI. Nie należy poddawać się zbyt szybko. Ale przede wszystkim należy pamiętać, że jest to dieta, która przynosi prawdziwe, długoterminowe efekty dopiero po kilku tygodniach jej stosowania.
4. Jak już wspomniałam, niezbędna jest też CIERPLIWOŚĆ do wyliczania wszystkiego, wyszukiwania posiłków w tabelach kalorycznych, analizowania ile możemy zjeść, ile nam potrzeba energii itd.
5.No i w końcu – ZDROWY ROZSĄDEK. Nie można przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę. Ja nie mam zamiaru już więcej chudnąć, bo wiem, że ani tego nie potrzebuję, ani nie wpłynęłoby to korzystnie na mój wygląd i zdrowie. Kiedy zrzucimy kilka kilo, należy stopniowo zwiększać ilość kalorii do tej, która jest nam potrzebna, aby utrzymywać stałą wagę. Nie można katować się głodówkami, ale też nie wolno popadać w euforyczne obżarstwo :) – skoro wiemy, że owszem, można sobie pozwolić na pączka, to nie jedzmy dwóch!

Gwarantuję Wam skuteczność tej diety. Zwyczajnie ją przetestowałam – okazała się skuteczna za każdym razem (za pierwszym razem schudłam z wagi 59 i od tamtej pory nigdy nie przekroczyłam 52 kg, teraz pozbyłam się trzech kg). Ale to wszystko pod warunkiem, że ilość kalorii dostarczanych organizmowi będzie mniejsza niż ta, której potrzebuje.
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Krajobraz po poleceniu.

(Znowu magluję temat, wiem…  Ale chyba już taka moja natura, że dopóki nie jest wymaglowany, to uznaję go za niezamknięty…)
Przyznam szczerze, że ostatnio z mniejszą chęcią zaglądałam na bloga. Pewna osoba osiągnęła chyba swój cel. Zawsze uważałam, że jestem odporna na polecenia na stronie głównej, bo zdarzyło się to kilka razy, oczywiście przez mój blog przetoczyło się mnóstwo przypadkowych czytelników, zaliczyłam kilka niepochlebnych komentarzy, ale zawsze potrafiłam sobie z nimi poradzić i  nie przejmowałam się specjalnie tym, co wypisywały osoby kompletnie mnie nie znające.
Tym razem zaskoczyło mnie to, że kilka osób przeczytawszy notkę „Zła kobieta”, zauważyło, że mam problem ze sobą, że problem ten jest ogromny i nadaje się do leczenia (w ten sposób kilka osób pisało wcale nie złośliwie, a zupełnie w dobrej wierze) i że stroję fochy wręcz nie do zniesienia. Nie było tych komentarzy wcale tak wiele, ale zaskoczyło mnie to na tyle, że aż poprosiłam Franka, żeby przeczytał notkę oraz komentarze i się do tego odniósł. Franek w ogóle nie rozumiał komentarzy tego rodzaju, bo po pierwsze stwierdził, że ja przecież o fochach nie pisałam, a po drugie zdziwił się (tak jak ja), że ci ludzie widzą w tym taki problem. On, jako osoba bezpośrednio zainteresowana, w ogóle nie zauważył jakichś anomalii w moim zachowaniu i tak naprawdę zapomniał, że w ogóle się wybrał na jakieś spotkanie i że może mnie się nie do końca to podobało. Ulżyło mi, bo martwić to bym się mogła, gdyby on, spędzający ze mną całe dnie, stwierdził, że potrzebuję pomocy specjalisty… Pewnie gdyby nie całe to polecenie, sama też zapomniałabym o moich dylematach, bo nigdy nie wpadłabym na to, że to może być jakiś problem emocjonalny, z którym sobie nie mogę poradzić.
Kolejna rzecz, która zawsze mnie uderza w takich wypadkach – nie tylko na moim blogu, ale na wszystkich innych – to zarzut, że my, piszące, nie potrafimy znieść krytyki i w ogóle komentarza negatywnego od osoby spoza grona „towarzystwa wzajemnej adoracji”. Uważam to za kompletną bzdurę, bo przecież z wieloma z Was nie raz się ścinam w jakiejś dyskusji, nie zgadzamy się ze sobą, wymieniamy opinie, czasami krytykujemy. W końcu takie konflikty zdarzają się w każdej rodzinie, dlaczego więc nie w blogowej? :) Tyle tylko, że potrafimy dojść do porozumienia i ze spokojem wyjaśniamy sobie swoje racje.
A inna sprawa, że przecież to oczywiste, iż nikt krytykowany być nie lubi i zazwyczaj w pierwszym odruchu przeciwko temu się broni i buntuje. Poza tym, niby na jakiej podstawie mam uznać, że jakaś obca osoba, która przeczytała jedną moją notkę krytykuje konstruktywnie i w dobrej wierze – dlaczego mam wierzyć, że chce dla mnie dobrze? Przecież tak naprawdę guzik ją obchodzę, więc to chyba zrozumiałe, że nie traktuję takiego krytykowania poważnie, a raczej odbieram to jako atak na moją osobę.


O tym wszystkim jednak dość szybko zapomniałam. Tym, co wytrąciło mnie trochę z równowagi i sprawiło że na kilka dni straciłam serce do blogowania, był komentarz pewnej kobiety, która nie siliła się nawet na odniesienie do tego, co napisałam, a od razu przeszła do rzeczy, tj. do totalnego objeżdżania mnie i mojego bloga. Zrobiło mi się przykro, bo przecież nie każdemu musi się moja pisanina podobać, ale krzywdy nikomu nie robię pisząc, ani nikogo do czytania nie zmuszam, więc jeśli się komuś nie podoba to wychodzi i tyle. Komentarz napisany był z udziałem ogromnych negatywnych emocji, nie był suchy, wręcz ociekał złośliwością i okrucieństwem. I powiedziałabym, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, negatywną energią.  Chyba dlatego mnie to tak ruszyło – unikam konfliktów, nie lubię mieć z nikim na pieńku i w głowie mi się nie mieści, że można pisać w ten sposób tylko po to, żeby kogoś obrazić, sprawić mu przykrość i jeszcze pewnie czerpać z tego satysfakcję. Z komentarza wywnioskowałam, że jest to osoba inteligentna i zwyczajnie zła. Dodam jeszcze, że kobieta  zarzuciła mi okropny styl – długie, wielokrotnie złożone zdania i rozwlekłe pisanie z ogromną ilością błędów gramatycznych i stylistycznych. Prawda zawsze boli, więc owszem, ukłuło mnie, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mam problem ze zwięzłością i zwyczajnie gadami, i piszę za dużo. Ale o błędach nic mi do tej pory nie było wiadomo, poza oczywiście, sporadycznymi przypadkami i ten tekst mnie boleśnie zaskoczył.
Wiem, co myślicie – że niepotrzebnie się przejmuję. Pewnie, ja też to wiem. Ale boli to, że blog był zawsze dla mnie ogromną przyjemnością, a tu ktoś usiłuje mnie pozbawić tej przyjemności pisania i sprawił, że na kilka dni z wchodziłam na blogowisko z mieszanymi uczuciami. Poza tym zawsze uważałam siebie za osobę, która nie wadzi nikomu, a tu się okazuje, że owszem, wadzi. I to w zasadzie samym faktem swojej bytności, no bo czym innym się tej pani naraziłam? I to też boli. Co prawda teraz już emocje opadły i podchodzę do tego inaczej i z większym spokojem, niemniej jednak, niesmak pozostał.
Napiszecie na pewno, że to normalne przy poleceniach, że trzeba to ignorować itd. Wiem, sama skomentowałabym taką notkę identycznie. Ale mimo wszystko, chciałam o tym napisać. Co prawda długo zastanawiałam się, czy publikować tę notkę, ale ostatecznie przecież blog ma też spełniać funkcję terapeutyczną. A już nie jeden raz przekonałam się, że kiedy się tutaj wygadałam, zrobiło mi się lepiej :)
A, i dodam jeszcze, że mimo wszystko Onetu wcale nie mam dość, bo to przecież nie jego wina.  Nie może odpowiadać za czytelników.
***
A tak poza tym, to jesteście niesamowite. W ciągu kilku dni w rankingu konkursu podskoczyłam do góry chyba o dwadzieścia kilka miejsc. Przyznaję, że absolutnie się tego nie spodziewałam. Dziękuję Wam  za wszystkie ciepłe emocje, które kryją się za każdym wysłanym na mnie smsem.
Ps. I wytrzymajcie jeszcze chwilkę konieczność logowania, obiecuję, że wkrótce zniknie.

piątek, 15 października 2010

W Mariańskim jestem. Rowie Mariańskim.

Długo mnie to omijało. Kilka miesięcy nawet, mogłabym stwierdzić. Ale niestety dopadł mnie wreszcie zły nastrój. Nie mam na myśli tutaj gorszego dnia, ale po prostu utrzymujące się przez dłuższy okres czasu obniżenie nastroju.Mam tak od kilku dni, raz jest lepiej, raz gorzej, ale ogólnie rzecz biorąc – nie najlepiej. Doła mam po prostu i już. A właściwie nie i już, tylko głębokiego jak Rów Mariański. Chociaż zdarza mi się wynurzać na płyciznę.

Funkcjonuję niby normalnie, wstaję rano, idę do pracy. Potem wracam, idę na aerobik, na miasto albo usiłuję zrobić coś w domu, chociaż jakoś tak zapał straciłam ostatnio do wszystkiego i niestety każda czynność, którą jeszcze dwa tygodnie temu wykonywałam pełna energii w krótkim czasie, teraz mi się dłuży albo wcale jej nie wykonuję. 
Bywają dni w miarę spokojne, kiedy jakoś się wszystko kula i nawet mam siłę na uśmiech. Ale bywają też te kryzysowe, kiedy łzy ciągle się cisną do oczu i wszystko mnie rozczula. Nie znam nawet powodu tego złego nastroju, to raczej takie ogólne poczucie braku sensu. Czasami wydaje mi się, że wszystko jest takie bezcelowe.

Oczywiście staram się temu przeciwdziałać i generalnie udawać, że mnie ten dołek nie dotyczy, ale nie zawsze się da. W poniedziałek na przykład wyszłam sobie po pracy na miasto. Miałam trochę spraw do pozałatwiania, pomyślałam, że to dobra okazja, która w dodatku pomoże mi zapomnieć o smutku. Ale nie do końca mi wyszło. Owszem, załatwiłam większość rzeczy, które chciałam, zrobiłam zakupy ostatnich prezentów dla bliskich, odnalazłam krawcową, która mi się kiedyś przeniosła ze stałego punktu, zaniosłam telefon do serwisu i, co sprawiło mi największą przyjemność, odwiedziłam dwie biblioteki i wyszłam z nich oczywiście z łupami. Funkcjonowałam jakoś i starałam się za dużo nie myśleć, ale to wcale nie było takie łatwe, bo kiedy na przykład zapuściłam się w tę część Poznania, po której spacerowałam przez kilka godzin razem z rodzicami, podczas ich ostatnich odwiedzin, zrobiło mi się jakoś tak… żałośnie :)

We wtorek trochę się wypłakiwałam Frankowi, ale on ma do tego średnią cierpliwość i nie do końca rozumie, dlaczego jest mi smutno. Zresztą nawet mu się nie dziwię, bo przecież ja sama też nie do końca to rozumiem.
Echh, niechby już te święta przyszły… Chociaż tutaj też żal, bo w gorszym terminie to one się już trafić naprawdę nie mogły. Zero wolnego. Dobrze, że zostało mi jeszcze siedem dni urlopu do wykorzystania za ten rok, to sobie pojadę do Miasteczka już w środę po pracy, a wrócę dopiero w poniedziałek. Gdyby nie możliwość wzięcia urlopu, zajechałabym do domu akurat na Wieczerzę Wigilijną a wracać musiałabym tuż po obiedzie w drugi dzień świat. Fatalnie.

czwartek, 30 września 2010

A najbardziej mi żal…

Uwaga, zanosi się na naprawdę dłuugą notkę :) Żeby Was za bardzo nie przemęczać, obiecuję za to nie publikować niczego nowego jutro :P
No, trochę ochłonęłam. Oczywiście chyba podałam wystarczająco dużo wskazówek, żebyście się wszystkie domyśliły, że chodziło o nową pracę? :) Ale niestety nie wyszło. Fakt, kilka z Was zauważyło, że to wszystko jest dość tajemnicze, ale to dlatego, że najpierw nie było to dla mnie ważne, a później nie chciałam po prostu zapeszyć. Oferta, można powiedzieć, sama wpadła mi w ręce, zupełnie przypadkowo. W ogóle początkowo nie zamierzałam nic na ten temat wspominać – stwierdziłam, że jak się uda, to napiszę, a jak nie, to nawet nie będę temu poświęcać myśli. Ale okazało się, że to wszystko trwało za długo, za dobrze mi poszło w procesie rekrutacyjnym i coś się zmieniło. Trochę za bardzo się zaangażowałam w to wszystko. No i okazało się, że nie wyszło.
To była praca we włoskiej firmie. Stanowisko sales managera, co początkowo średnio mi odpowiadało, ale prawdę mówiąc później dowiedziałam się trochę więcej na ten temat i stwierdziłam, że może warto, że sobie poradzę… Poszłam na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną raczej na luzie, do tego byłam wtedy chora i tak średnio byłam z siebie zadowolona. Ale cieszyłam się, że mówię po angielsku lepiej niż mój potencjalny szef, nawet pomimo półrocznej przerwy, dość swobodnie z nim rozmawiałam i kiedy początkowe nerwy mi przeszły, zupełnie zapomniałam o tym, że jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, a nie na spotkaniu ze znajomym. Od ręki zaprosił mnie na drugi etap. Oprócz mnie zaprosił jeszcze tylko jedną osobę z dwunastu, z którymi przeprowadził rozmowę. Przez chwilę miałam w tej firmie „wtyczkę” i dowiedziałam się, że przypadłam Włochowi do gustu. Spodobało mu się, że byłam otwarta, uśmiechnięta, pewna siebie i gadatliwa :) Rzeczywiście szłam z dobrym nastawieniem – w takim sensie, że czułam się dobrze (nie licząc oczywiście choroby:)) i byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Byłam zrelaksowana, bo nie zależało mi specjalnie. Po rozmowie byłam w dobrym nastroju, podbudowało mnie to, że zrobiłam dobre wrażenie. Po kilku dniach dostałam telefon z dokładnym terminem drugiej rozmowy i coś mi się wtedy w głowie przestawiło. Nagle bardzo zapragnęłam tej pracy. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz czegoś tak bardzo chciałam… Zaczęło mi zależeć. Na drugą rozmowę szłam trochę bardziej zdenerwowana, ale szybko mi przeszło. Tym razem oprócz Włocha odpowiedzialnego za filię w Polsce byli jeszcze właściciele firmy – bardzo sympatyczne małżeństwo. Wierzcie mi, że spędziłam bardzo przyjemne półtorej godziny. Pytali mnie o doświadczenie, języki, możliwość nauki języka włoskiego, dyspozycyjność i takie typowe sprawy o jakie pyta się na tego typu rozmowach. Oni opowiadali mi o firmie i o moich obowiązkach. Pogawędziliśmy też trochę o innych sprawach. Aż mi się nie chciało stamtąd wychodzić, tak było miło. Powiedzieli mi, że chcieliby zatrudnić dwie osoby, ale nie mogą i że zadzwonią do mnie w środę – tak, czy inaczej.
Jak wiecie, okazało się, ze jednak jest „inaczej”. Kobieta zadzwoniła do mnie i w zasadzie od razu wiedziałam co chce mi powiedzieć, bo usłyszałam bardzo przepraszający, wahający się ton. Była strasznie miła, powiedziała, że wybrali chłopaka z dwóch powodów – oprócz angielskiego zna włoski (no i na nic się zdały mój hiszpański i niemiecki), a więc byłoby im łatwiej, po drugie miał już doświadczenie w pracy w branży technologicznej… Dodała, że wybór był dla nich ogromnie trudny, bo bardzo mnie polubili, powiedziała, że nawet przez chwilę rozważali, czy na pewno nie dadzą rady zatrudnić naszej dwójki… Usłyszałam, że bardzo się cieszy, że mnie poznała i że musi mi powiedzieć, że „the door is open” i jeśli tylko okaże się, że mogą zatrudnić jeszcze jedną osobę w Polsce to będą o mnie pamiętać. Nie wiem, być może zawsze się tak mówi, ale jakoś tak słyszałam szczerą sympatię w jej głosie. Zresztą dzień wcześniej na tej rozmowie też widziałam, że oni chyba naprawdę mnie polubili. Cóż, ktoś okazał się lepszy.
Tak, pewnie, że mi żal. Od początku wcale nie byłam przekonana do tej pracy i nie zakładałam, że ją dostanę. Bałam się, że mogę sobie nie poradzić, trochę się obawiałam częstych podróży służbowych. Ale potem się do wszystkiego przekonałam. Wiecie, ja zawsze jestem do takich spraw nastawiona dość asekuracyjnie, na nic się nie nastawiam, zakładam, że będzie, co ma być. A tym razem coś mi się stało, zaczęłam nagle snuć jakieś wizje… Nie wiem.. chyba zaczęłam marzyć. Do tego jakoś tak strasznie zaczęłam w siebie wierzyć, dodało mi skrzydeł to, że byłam sobą a zrobiłam dobre wrażenie na potencjalnych pracodawcach. Prawdę mówiąc nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo wierzyłam we własne siły i kiedy czułam się tak pewna siebie. Nie, nie okazywałam tego, nie byłam arogancka. Po prostu po cichu myślałam sobie: „a niby dlaczego miałoby mi się nie udać?”, wiedziałam, że spełniam wszystkie ich wymagania (włoski i doświadczenie nie były wymagane), że nauczę się wszystkiego, czego będzie trzeba i że jak nikt potrafię się przyłożyć do pracy. Miałam też cichą nadzieję, że ten chłopak nie będzie miał lepszych kwalifikacji, i tu się myliłam.
Franek powiedział, że i tak jest ze mnie dumny, że tak daleko zaszłam. Ale ja się trochę na sobie zawiodłam. Wolałabym chyba odpaść szybciej… Nie zastanawiałabym się wtedy nad tym dłużej, a tym sposobem bardzo się rozczarowałam. Nie mam żalu do nikogo, do losu też nie. Ale jest mi przykro, że akurat w momencie, kiedy zaczęłam tak bardzo wierzyć w to, że chcieć to móc, kiedy uwierzyłam, że może rzeczywiście jeśli będziemy stosować te różnego rodzaju wizualizacje, to wszystko to zadziała niczym samospełniająca się przepowiednia, akurat tym razem właśnie mi nie wyszło… Oczywiście żal mi trochę nowego stanowiska, nowych możliwości, większego prestiżu, a co za tym idzie wyższych zarobków i innych profitów. Ale tak naprawdę, to nawet nie tyle o tę pracę chodzi, co właśnie o niesamowicie zawiedzione nadzieje, o rozczarowanie samą sobą – mimo, że teoretycznie nie mam ku temu powodów, w końcu zrobiłam co mogłam, przedstawiłam siebie dobrze, zrobiłam na nich dobre wrażenie, polubili mnie… Ale jednak nie wystarczyło. Najgorsze jest to, że nie udało się w momencie, kiedy po raz pierwszy na czymś mi aż tak zależało. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam – o niczym w ten sposób nie myślałam. Nie lubiłam marzyć. No i teraz sobie przypomniałam dlaczego :)) Oj nie, nie będę marzyć, zdecydowanie za bardzo popuściłam wodze mojej wyobraźni i źle na tym wyszłam. Ja jednak wolę tę bardziej realistyczną część samej siebie, tę Margolkę twardo stąpającą po ziemi – teraz same widzicie, że Margolka z głową w chmurach to nie najlepszy pomysł :) Poza tym od jakiegoś czasu żyłam nadzieją i kiedy wczoraj ta nadzieja nagle zniknęła, okazało się, że nie mam na czym się oprzeć. Trudno się wtedy pozbierać tak od razu. I ostatnia kwestia – mnie porażki nigdy niczego nie nauczyły, a już na pewno mnie nie zmobilizowały – sukcesy wręcz przeciwnie.
Nie jestem w złej sytuacji. Ja naprawdę bardzo lubię swoją obecną pracę i byłoby mi bardzo żal ją opuszczać, do tego nie muszę się dostosowywać do nowych godzin pracy, nie będę wyjeżdżać. Tylko szkoda mi tej możliwości rozmawiania w języku angielskim. Kiedy tak siedziałam z Włochami przy stoliku w restauracji, poczułam, że jestem w swoim żywiole…
Taak, podsumowując, chyba naprawdę najbardziej mi żal tej nadziei, którą żyłam i tego wysokiego poczucia własnej wartości, które przez ostatni czas odczuwałam. Czułam się świetnie będąc sobą i snując wizje innego życia…
Wybaczcie, że się tak rozpisałam. Nie jest łatwo określić te wszystkie uczucia, które mi towarzyszą i opisać je w taki sposób, żeby były zrozumiałe dla innych. Zresztą nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe – zrozumieć czyjeś uczucia :) Ale musiałam się po prostu „wypisać”, podsumować wszystko, zastanowić się, co mnie najbardziej zabolało w tej sytuacji. Żal niespełnionego marzenia (nigdy więcej marzeń! :)), żal nadziei, która odeszła, żal wiary, która nie pomogła.Ale cała ta sytuacja ma też dobre strony, o których już się tu nie będę rozpisywać :) Nie jest źle, naprawdę, nie rozpaczam, nic wielkiego się nie stało, ale szkoda, że nie mogę Wam napisać, że chcieć to naprawdę móc :)