*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grypa emocjonalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grypa emocjonalna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

Bez celu ;)

No i kolejny dzień jakoś zaliczony. Przez tę aurę na zewnątrz mam nadzieję, że cały świat wpadł w jakąś depresję, która się udzieliła i mnie i Wikingowi :/ Masakra jakaś. Nie umiem się chyba odnaleźć w tych niskich temperaturach i w tych ponurych ciemnościach. A okna w domu mam na cztery strony świata. Nawet nie wyobrażam sobie, jak ciemno musi być w mieszkaniach, gdzie - jak zazwyczaj - okna wychodzą co najwyżej na dwie...
Cieszę się, że jakiś czas temu napisałam notkę o tym, jak to u nas wygląda, bo dzięki temu przynajmniej mogę sobie pozwolić na takie emocjonalne wpisy jak ten wczorajszy (którego póki co jeszcze nie żałuję). Wcześniej bywało, że miałam ochotę wyrzucić z siebie to, co mnie boli, ale rezygnowałam z tego pomysłu, bo stwierdziłam, że zbyt wiele musiałabym tłumaczyć.
Franek dzisiaj wrócił późno z pracy. Przywitał mnie nawet z uśmiechem i buziakiem. Potem rozmawiał ze mną. Ja mu odpowiadałam, choć wiem doskonale, że zupełnie inaczej bym z nim rozmawiała, gdyby nie to, że mam do niego żal. Ale on i tak tego nie zauważył.
Raz tylko jak coś powiedziałam, to zapytał, czemu powiedziałam takim tonem jakbym była zła. Ale nie odpowiedziałam, bo wiedziałam, że to do niczego dobrego nie doprowadzi. Wieczorem prawie nie rozmawialiśmy i jestem przekonana, że mu to odpowiadało. Ma teraz tydzień, w którym bardzo późno kończy pracę (dzisiaj wrócił dopiero po 17), więc oczywiście można winę za te jego humory zrzucić na zmęczenie i on na pewno w taki sposób by się tłumaczył (gdyby w ogóle mu się chciało). Ale ja  i tak mam tego po prostu dość. 
Od razu dodam, że dzisiaj ze strony Franka pod moim adresem nie padło ani jedno przykre słowo. Zachowywał się niby normalnie. Niby, dlatego, że mnie nie urządza to, że nie jesteśmy ze sobą, a tak jakby obok siebie i jeśli rozmawiamy to tylko o tym, co nas otacza i ewentualnie wymieniamy się informacjami o minionym dniu. Zresztą trudno mi to nawet opisać. W każdym razie, myślę, że postronny obserwator mógłby pomyśleć, że się czepiam, bo z boku wyglądało to na normalny dzień normalnej rodziny pewnie. A to, że się mało odzywałam i że wieczorem ja oglądałam sobie telewizję podczas gdy Franek drzemał - przecież to nic nadzwyczajnego i wiele małżeństw tak spędza wieczory. My również nie raz tak je spędzamy, rzecz w tym, że dzisiaj to, co się dzieje w mojej głowie jest inne od tego, co się w niej dzieje w inne dni. 
Niby nie jest źle, ale wcale też nie jest dobrze. Poza tym to, że nie jest źle zawdzięczam głównie sobie, bo wystarczy, że zaczęłabym drążyć temat i znowu by i się oberwało :) Pisałam już ostatnio o tym, prawda? Że wszystko byłoby super, gdybym ja się mniej "czepiała" :) Franek miałby spokój, a tego przecież w takich momentach najbardziej potrzebuje. Nie dochodziłoby wobec tego do jakichś nieprzyjemnych wymian zdań. Gdybym olała to wszystko i wzięła na wstrzymanie (co też zresztą niniejszym dziś czyniłam), to byłoby pewnie lepiej, tyle, że ja wcale nie czułabym się dzięki temu szczęśliwsza i tu jest właśnie pies pogrzebany.
Chciałabym napisać o czymś ciekawszym. Weselszym. Lepszym. Ale mi się nie chciało :D A że chciałam po prostu coś napisać, wyszło, co wyszło i w gruncie rzeczy nie wiem, co ma na celu ten post ;)

piątek, 14 sierpnia 2015

Tak mi źle.

Nie znoszę takich dni jak dzisiaj :/ Niby dzień jak co dzień, ale nie do końca i to nie do końca właśnie powoduje, że mnie wkurza. Bo ani się nie dzieje nic specjalnego, ani codzienne zwyczaje kupy się nie trzymają.
Wiking chyba ma podobne odczucia, bo jakiś dzisiaj przestawiony jest - zresztą już sama nie wiem, co z czego wynika. Franek ma dzisiaj wolne. To właściwie nasz pierwszy wspólny jego wolny dzień bez towarzystwa (tak, wiem, brzmi skomplikowanie) od dłuższego czasu, bo od ponad miesiąca. Prawdę mówiąc liczyłam na coś specjalnego, że zrobimy dziś coś fajnego, może gdzieś pójdziemy... No sama nie wiem, na co liczyłam. 
Rano to nawet wyglądało na to, że coś z tego będzie, bo kiedy podzieliłam się moim pomysłem z Frankiem, to nie protestował a wręcz wyglądał na zachęconego. Ale później jakoś się rozeszło po kościach. Trzeba było posprzątać (kiedy Franek ma wolne, to zazwyczaj sprząta łazienkę), położyć Wikinga spać, ogarnąć parę rzeczy. I potem się okazało, że jednak jest za gorąco. Niby wiadomo było, że będzie i od początku wzbudzało to trochę nasze wątpliwości, ale myślałam, że jakoś nam się, ekhm, upiecze :) Może jeszcze nic straconego, może za jakąś godzinę/dwie, kiedy zrobi się chłodniej. Teraz i tak Wiking znowu śpi...

Wkurza mnie, że jest już piętnasta godzina, a ja mam poczucie, że ten dzień całkowicie się rozpłynął w nicości. Nic nie zrobiłam. Chciałam pomóc Frankowi może w odkurzaniu, ale kazał mi odpoczywać. Miałam zrobić pranie, ale jakoś mi nie wyszło, sama nie wiem, dlaczego. Myślałam, że jak Wiking będzie spał, to napiszę jakąś porządną notkę. Skończyło się na tym, że mam cztery nowe szkice, bo jakoś żaden nowy temat mi się nie kleił (i dlatego właśnie piszę właściwie o niczym). Poza tym spanie Wikinga też się jakoś nie kleiło. Od pewnego czasu wszystko szło jakoś sprawnie i bez większych awantur. Dzisiaj natomiast udał się na drzemkę o godzinę później niż zwykle (po długim płaczu) i spał tylko 20 minut. Przed drugą drzemką znowu się spłakał - właściwie nie wiadomo dlaczego. Obudził się, zaczął się bawić, a kiedy się uderzył, długo trwało zanim się uspokoił i stwierdziłam, że właściwie to wygląda jeszcze na śpiącego. Ale zasnął dopiero po tym, jak podałam mu butelkę z mlekiem modyfikowanym. Bo właśnie dzisiaj dodatkowo Wiking ma chyba Dzień Wybrednego Głodomora. Zdarza mu się to od czasu do czasu, że widać (lub domyślam się), że jest głodny, ale np. piersi nie chce za bardzo ssać albo robi to bez przekonania. Deserek ze słoiczka je chętnie, ale stęka przy tym z jakimś niewytłumaczalnym niezadowoleniem. Pije wodę (lub wodę z sokiem) do dna, ale jak już się napije, to humor ma nadal zły. Względnie mieszanka pomaga...Generalnie Wikuś ma chyba dzisiaj jakiś gorszy dzień. Odzwyczaiłam się od tego, bo już naprawdę bardzo dawno takiego nie miał. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz był marudny - nie licząc oczywiście czasu gdy był chory i gorączkował, bo to inna sytuacja.

Ogólnie ja sama nastrój też mam raczej kiepski. Zresztą to trwa już od jakiegoś czasu, ale staram się po prostu to ignorować. Niestety nie zawsze się da. Dzisiaj na przykład nie bardzo. Franek śpi razem z Wikingiem, zadowolony, że może sobie na to pozwolić (spanie to Franka hobby, niestety, bo mnie trudno się z tym pogodzić). A ja siedzę jakaś taka rozmemłana, rozczarowana, zduszona, z ciężkim sercem, ściśniętym żołądkiem (dziś przez cały dzień zjadłam tylko trochę płatków kukurydzianych z mlekiem, parę chipsów i orzeszków, ot śmieci, na jedzenie też nie mam ochoty) i poczuciem beznadziei i bezcelowości. Nie do końca wiem, czego bym chciała. A właściwie to wiem, bo chciałabym poczuć się szczęśliwa. Problem w tym, że nie wiem, jak to zrobić. Mam wrażenie, że jakiś czas temu straciłam tę umiejętność. Nie rozumiem. Wcześniej jakoś nie miałam z tym problemu.

piątek, 19 czerwca 2015

Wspomnienie ciąg dalszy... - nazajutrz


W szkicach znalazłam jeszcze trzy notki, które napisałam tuż po tym, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zabawnie mi się teraz to czyta :) Niemal czuję te emocje, które zawładnęły mną wtedy. Przypominam sobie wszystko.. Gdyby nie te wpisy, to chyba nie potrafiłabym aż tak dobrze odtworzyć tamtych uczuć, były tak nietypowe dla mnie, że prędzej wydawałoby mi się, że ich nigdy nie doświadczyłam :) Ale proszę, oto dowód! (kontynuacja notki z 20 maja)

Nie mogliśmy wczoraj z Frankiem zasnąć. Te emocje i myśli nas przytłoczyły. Położyliśmy się z obietnicą, że idziemy spać i nie będziemy rozmawiać ani rozmyślać. Ale się nie dało. Najpierw rozmyślaliśmy każde w swojej głowie, a później rozmawialiśmy... Po 1:00 Franka oddech się zmienił, więc chyba wreszcie udało mu się zasnąć. Ja miałam gonitwę myśli jeszcze przynajmniej do 2:00, kiedy to ostatni raz spojrzałam na zegarek :)
Nie ogarniam tego, co się dzieje, naprawdę :) Czy w ogóle da się uwierzyć w to wszystko? Czy można do tego po prostu przywyknąć i ot tak przyjąć, że oto rozpoczęła się dla nas nowa rzeczywistość? Bo jak na razie to jest dla mnie niewyobrażalne. Choć na razie przecież teoretycznie nic się nie zmieniło, to tak naprawdę zmieniło się wszystko i jakoś nie potrafię sobie miejsca znaleźć.
Pewnie wydaję się Wam jakimś dziwadłem, że to właśnie takie emocje mi towarzyszą :) Ale ja zawsze powtarzałam, że jeśli chodzi o dzieci, to mam podejście zdecydowanie bardziej racjonalne niż emocjonalne. Chciałam dzieci, ale ich nie planowałam - być może dla kogoś zabrzmi to jak sprzeczność, ale tak nie jest :) Ja po prostu czekałam, wiedziałam, że ten moment pewnie po prostu przyjdzie.I przyszedł.
Jednak to racjonalne "chcenie" nie stało się nigdy u mnie emocjonalną tęsknotą. Na dzieci obcych ludzi spoglądałam bez większego zainteresowania, na dzieci w rodzinie patrzyłam z uśmiechem i lubiłam się z nimi pobawić. Ale to nie były moje dzieci, więc nie miałam w stosunku do nich jakichś głębszych uczuć.
Dlatego też teraz nie jestem w euforii, moja radość jest - znowu - racjonalna :) Przede wszystkim jestem nadal oszołomiona i nie dociera do mnie, że to już :) A poza tym jestem strasznie podekscytowana! Myślę, że to słowo chyba najtrafniej odzwierciedla to, co się dzieje wewnątrz mnie.

Jakbym nie kombinowała, nie potrafię tego opisać... Chyba muszę poczekać, aż emocje opadną i wtedy będę mogła odnaleźć tę radość, którą znam :) Nie tę szaloną, której nie potrafię ogarnąć - której nie rozumiem, która mnie męczy biegając po moim ciele w te i we wte. Ale tę wyważoną, rozsądną, niosącą nadzieję, dającą pozytywną energię... :) Czekam na nią, bo te aktualne emocje mnie po prostu rozerwą na strzępy. Ja tego nie wytrzymam jeśli to będzie trwało przez kolejne osiem miesięcy :P No i dobrze by było jednak się wyspać przez ten czas ;)

c.d.n.

czwartek, 20 marca 2014

Czasami jest mi źle.

Właśnie tak, czasami naprawdę mi źle. Właściwie powinnam się już przyzwyczaić do tej niepewności, która towarzyszy mi cały czas,a le nie potrafię. Zazwyczaj sobie jakoś z tym radzę. Nie myślę za wiele. Skupiam się na "tu i teraz". Cieszę się codziennością.
Ale raz na jakiś czas, choćbym nie wiem jak przed nim uciekała i jak się przed nim kryła, dopada mnie dołek. Po prostu trudno jest się cieszyć życiem, jeśli się człowiek nim martwi. Ja oczywiście wiem, że większość rzeczy, którymi się martwię, nigdy się nie wydarzy, a pozostałe zdarzą się niezależnie od tego, czy się martwię, czy nie. Tylko co z tego, że racjonalna Margolka to wie, podczas gdy ta emocjonalna niewiele sobie z tego robi i się przejmuje. 
Martwię się po prostu tym co będzie i to powoduje, że jest mi źle i smutno. Przez większość czasu w ogóle się nad tym nie zastanawiam, cieszę się z tego, co mam i myślę, o tym, że przecież zawsze wszystko jakoś się układa. I wiem, że pewnie tak będzie. Ale po prostu ten brak jakiegoś punktu zaczepienia powoduje, że czasami mam wrażenie, jakbym traciła grunt pod nogami. Zaczynam wtedy odczuwać ogromny niepokój i nie potrafię się uspokoić. 
Tak mam właśnie ostatnio. Kiedyś było mi łatwiej, bo chociaż przykre niespodzianki mogą dopaść każdego (i przecież przekonałam się o tym na własnej skórze), to nie zastanawiałam się nad wszelkim złem tego świata, które może mnie spotkać, lecz skupiałam się na tym co było obok - dobre i w miarę pewne. Teraz problem polega na tym, że właśnie tego pewnego nie ma za wiele i nie bardzo mam się na czym oprzeć. Balansuję więc sobie na tej lince, czekając na jakiś punkt podparcia i czasami po prostu nagle czuję się już zmęczona i zrezygnowana.
Nie użalam się nad sobą, bo uważam, że nie mam powodów. Nie uważam, że mam najgorzej na świecie. Wręcz przeciwnie,  że w gruncie rzeczy wiele rzeczy daje mi szczęście i gdybym mogła żyć tak jak teraz - choć z pewnymi modyfikacjami - to bym nie narzekała. Ale musiałabym pozbyć się tego lęku, który jest we mnie, a ten zniknie dopiero wtedy, gdy zniknie niepewność. Tak, jak już wspomniałam, w niepewności żyję już ponad rok i to właśnie ona mnie ogranicza i nie pozwala spojrzeć tak naprawdę optymistycznie w przyszłość. Boję się po prostu rozczarowania.
Nie użalam się nad sobą - po prostu mam gorszy dzień (dni). Jest mi smutno. I wtedy mam ochotę się gdzieś zakopać.Echhh...

Poza tym Franek spotkał się w weekend z przeziębionym kolegą i się od niego zaraził. Co gorsza, zaraził też mnie i od dwóch dni nie czuję się dobrze również fizycznie. Dobrze, że przynajmniej nie leje mi się z nosa i wygląda na to, że katar mnie ominął, ale cały czas czuję ból lub przynajmniej drapanie w gardle. A popołudniami całe moje ciało jest obolałe i czuję się jak tuż przed chorobą. Na szczęście za każdym razem okazuje się, że to fałszywy alarm i mam nadzieję, że z dnia na dzień jednak będzie lepiej. Nie chce mi się chorować.

To posmuciłam trochę :(

poniedziałek, 30 września 2013

Poznański weekend

Weekend mieliśmy poznański, co równa się towarzyskiemu :)
Przyjechaliśmy w piątek przed ósmą, przy fatalnej aurze, bo choć wyjeżdżaliśmy ze słonecznej Warszawy, to Pyrlandia przywitała nas paskudnym deszczem. Franek wysadził mnie pod klatką Doroty i Juski. Poszłam do nich "na chwilę", bo chciałam Dorocie coś przekazać, ale była tam jeszcze jedna nasza wspólna koleżanka, Juska zapytała, czy mam ochotę na browarka i oczywiście z chwili, zrobiło się kilka godzin :) Zrobiłyśmy sobie sabat ogólny i w podgrupach :) Chwilami siedziałyśmy wszystkie razem, innymi momentami dzieliłyśmy się na pary i tak rozprawiałyśmy o wszystkim i o niczym dwójkami. Franek całkiem rad był z takiego stanu rzeczy, bo mnie zostawił pod jednym blokiem, a później zaparkował kawałek dalej, zaniósł nasze klamoty do rodziców i od razu umówił się z kolegami. Czekał tylko na informację, czy idę z nim. Pozwoliłam mu więc na męski wieczór :) I tym sposobem piątkowego wieczoru rozpierzchliśmy się bardzo szybko, a separacja skończyła się dopiero w okolicach północy, kiedy to umówiliśmy się na osiedlowej ławeczce na którą Franek przydreptał z bloku B, ja z bloku E i oboje udaliśmy się w kierunku bloku A.

Sobotnie przedpołudnie spędziliśmy na totalnym nicnierobieniu. Wylegiwaliśmy się po prostu na łóżku (choć pościelonym, bo nie lubię kiedy pierzyny cały dzień są rozbebeszone, jakoś tak nie mam wtedy przyjemności kłaść się w nie z powrotem wieczorem:)), oglądając głupoty w telewizji, drzemiąc lub czytając. Aż nastała pora obiadowa. Na obiad zostaliśmy zaproszeni do szwagra, jego żony i dziecka, które to jest chrześniaczką Franka. 
Z Chrześniaczki nareszcie coś wyrosło - w takim sensie, że da się cokolwiek z nią robić :) Średnio wiem, co robić z dziećmi, które nie skończyły jeszcze półtora roku, bo niekumate to jeszcze za bardzo (przynajmniej z perspektywy osoby, która je widzi z doskoku), a nie należę do tych cioć, co to się nachylają nad wózeczkiem sypiąc uśmiechami i wpadają w euforię widząc niemowlaka. Więc zazwyczaj obecność takich dzieci całkowicie ignoruję (ryzykując rzecz jasna obrazę majestatu przewrażliwionych rodziców :P  - na szczęście nie wszyscy tacy są:)). Co innego te starsze, chodzące już albo nawet próbujące mówić. Zwłaszcza, jak mają fajne zabawki! Bawić to ja się lubię, więc ledwo zjadłam, odeszłam od stołu i zniżyłam się do poziomu podłogowego. A tam klocki, zwierzątka, piłki, autka! O tak, to już się z Chrześniaczką dogadałam, choć każda w swoim języku! Franek pozostał przy stole prowadząc poważną konwersację, ale nie mam pojęcia o czym. Ja tam się bawiałam. Ku mojemu zdumieniu nawet szwagierka przestała w pewnym momencie śledzić każdy mój krok (dotychczas widziała mi się jako jedna z najbardziej przewrażliwionych mam, jakie znam - nawet babci dziecko oddawała z wahaniem ;)) i mogłyśmy z Chrześniaczką szaleć. Niechętnie przyznam się, że choć przecież - jak doskonale wiecie - jestem osobą rodzinną, to wizyty u frankowego brata czasami traktowałam jak bardziej obowiązek i wychodziłam ze spotkań z nimi trochę znudzona. Na szczęście nie tym razem. Naprawdę mi się podobało :D

Wyszliśmy na tyle wcześnie, żeby spotkać się jeszcze z kolegami. Miało być szybkie piwko na ławeczce (choć zimno było bardzo!), ale zachciało nam się pograć w rzutki i poszliśmy do pubu. Graliśmy cztery razy i powiem Wam, że Frankowscy wymiatają - jedna moja i dwie frankowe wygrane :) I ostatecznie znowu wróciliśmy do domu w okolicach północy, a miało być krótko!
Niedziela była już spokojna, grzeczna i rodzinna - a do Podwarszawia wyruszyliśmy już o 17tej. 
Nie ma innej opcji, jak uznać ten weekend za absolutnie udany i wbrew pozorom, wcale się nie zmęczyliśmy tymi spotkaniami. My chyba po prostu to lubimy :)

Dziś za to mam nastrój pod tytułem "bez kija nie podchodź" i to zupełnie bez powodu. Nie szukam pretekstu - że okres, że nie ma okresu, że chłop, że baba albo za słona zupa. No po prostu wiem, że takie dni czasami się zdarzają i trzeba je przeżyć, choć zła jestem, że mi się przytrafił. Na szczęście nie należę do osób, które wyżywają się na otoczeniu (przynajmniej na elementach ożywionych, bo kilkoma nieożywionymi to sobie dzisiaj już rzuciłam), więc jak na razie nikt  się nie zorientował.

środa, 11 września 2013

Słodko-gorzkie przemyślenia.

Dopadło mnie wczoraj - i tak jak rok temu nie mogłam zasnąć jeden jedyny raz z powodu zbliżającego się ślubu - tak wczoraj  nie mogłam zasnąć z powodu wspomnień o tamtym czasie.
Rok temu zaśnięcie uniemożliwiała mi ekscytacja i adrenalina. Tego dnia odebrałam suknię ślubną i dopinaliśmy ostatnie szczegóły. Myślałam o tym, jak będę wyglądała i w ogóle jak to będzie. Wyobrażałam sobie siebie, Franka, gości i każdą chwilę zbliżającego się dnia.
Wczoraj wspominałam - jeszcze nie ślub, ale właśnie te ostatnie dni przed. 
Nie spodziewałam się tego, wiedziałam, że będę odczuwać ogromny sentyment, ale nie sądziłam, że będzie to również smutek - wręcz bolesny.
Chwilami sobie myślę, że szkoda, że było tak idealnie, bo naprawdę mam wrażenie, że już nigdy nie będę czuła takiego szczęścia i błogości! Wczoraj to właśnie była przyczyna mojego smutku. Wprost nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo różni się moje życie od tego, które wiodłam rok temu. Jak bardzo inne emocje mi towarzyszą. Wtedy była radość, szczęście, ekscytacja, nadzieja. Dziś królują niepokój i lekki (czasami cięższy) żal, a przede wszystkim ogromna tęsknota. Nawet nadziei już czasem brakuje. 

Dokładnie pamiętam, jak w środowy wieczór przed ślubem jechaliśmy do Miasteczka samochodem. Było ciemno, dość zimno i deszczowo. Siedzieliśmy w aucie, które wypełnione było po brzegi motylami, które po prostu nie zmieściły się w naszych brzuchach! Przez większość podróży nawet nie rozmawialiśmy - byliśmy zbyt oszołomieni faktem, że to już! Rozmyślaliśmy więc o tym osobno a chwilami dzieliliśmy się tymi przemyśleniami, głównie na temat tego, jak szybko minął ten czas oraz jakie to trudne do uwierzenia, że spotkanie kilka lat temu doprowadziło nas do tego momentu i przed ołtarz. Mówiliśmy o tym, jak bardzo się z tego cieszymy.

Nie chciałam, żeby tak to wyglądało! Ten wrzesień też miał być dla nas świętem, a wygląda na to, że właśnie na czas świętowania przypada dość trudny, niepewny i bardzo stresujący czas w naszym życiu. Chciałam się temu nie poddawać, ale okazuje się, że to bardzo trudne. Teraźniejszość niestety trochę nam psuje radość świętowania.
Nie chciałam brzmieć gorzko. Mimo wszystko to są piękne wspomnienia, związane z radością. Zaskoczyło mnie po prostu, że właśnie fakt, że tamte wydarzenia związane były z ogromnym szczęściem, wywołuje we mnie teraz smutek. Chyba jeszcze nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Naprawdę bolą te przemyślenia. Paradoksalnie, chyba właśnie dlatego jest mi teraz trudniej i bardziej smutno - w tym momencie kontrast staje się po prostu bardziej wyrazisty.
Co ciekawe, jeszcze dwa miesiące temu byłam naprawdę dobrej myśli. W lipcu, sierpniu moje nastawienie było bardzo pozytywne. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku dobremu, że teraz już musi być lepiej. Zaczęłam znowu czuć się dobrze, nawet miałam wrażenie, że jednak czuję się szczęśliwa, wbrew temu, co myślałam na ten temat jeszcze zimą. Nie mogłam się doczekać tego września i naszego świętowania. 

Nie lubię siebie takiej. Nie lubię smucić się wtedy, gdy są powody do radości. Ale stres i poczucie zagubienia naprawdę wypompowują ze mnie pozytywne emocje. Staram się trzymać, staram się nie myśleć, staram się mieć nadzieję.
Wiem, że mimo wszystko świętować będziemy - zaczniemy już jutro. Wiem, że będziemy wspominać i cieszyć się z tego co było. Ale żal mi, że to wszystko będzie miało lekko gorzki posmak spowodowany brakiem beztroski.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Na nie.

Wczoraj w całkiem dobrym nastroju byłam. Byłam i się zmyłam – nie wiedząc do końca dlaczego… Co prawda przez zupełny przypadek ucięłam sobie wczoraj pogawędkę wirtualną z dawną – niegdyś bliską – znajomą, z którą już od jakiegoś czasu mi nie po drodze i która mi swego czasu mocno podpadła… ale o tym może innym razem… W każdym razie – nie była to rozmowa ani o rzeczach ważnych ani specjalnie poważnych, więc raczej nie o to chodzi. Również wieczorem trochę się nakręciłam jedną sprawą, którą obiecałam komuś załatwić. Niby prosta, a jednak nieco skomplikowana. I nie lubię późną porą w taki tok myślenia wpadać (w stylu – niech już będzie jutro, zobaczę co da się zrobić i będzie po sprawie), bo nie dość, że potem zasnąć nie mogę, to potem w nocy mi się wszystko śni :) Wyspałam się więc średnio, rano czułam się w ogóle jakoś tak ni przypiął ni wypiął.
Franek też to zauważył, bo dzwonił, kiedy już byłam w pracy i od razu słyszał, że serdeczności we mnie zbyt dużo nie ma. Warczeć nie warczałam co prawda, ale sama wiem, że nawet mi się gadać niespecjalnie chciało. No jakoś tak wszystko na „nie” chwilowo jest u mnie. Dobrze, że przynajmniej sprawę udało mi się dość gładko załatwić :) Mam nadzieję, że mi się poprawi wkrótce, bo sama nie wiem, czy bardziej jestem zła, smutna, czy tylko marudna :)
Ale żeby tak całkiem w ruinę emocjonalną nie popaść, powtarzam sobie w myślach mój ulubiony ostatnimi czasy dowcip, który naprawdę pokochałam i którym się z Wami podzielę:
Idzie sobie po mieście facet z pingwinem. Spotyka kolegę. Ten pyta:
- A ty co tak z tym pingwinem spacerujesz?
- No widzisz, znalazłem go i zabrałem ze sobą. Nie bardzo wiem, co z nim teraz zrobić.
- No to do zoo go zaprowadź!
- A wiesz, dobra myśl…
Panowie spotykają się ponownie po tygodniu. Facet nadal z pingwinem, więc kolega pyta:
- I co, nie byłeś w tym zoo?
- Nieee no byłem! Teraz do kina idziemy.

:DDDD Uwielbiam! Pingwina i faceta :D

piątek, 12 sierpnia 2011

Sto diabłów!

Jestem naprawdę wściekła!
Idziemy dzisiaj z Frankiem na wesele, więc mam urlop. Posiedziałam wczoraj z koleżanką, potem jeszcze trochę z Frankiem. Ostatecznie poszłam spać o 2, co dla mnie jest już mega ekstrawagancją. I wiecie co??
Codziennie wstaję o szóstej. Codziennie krzątam się rano po domu. Nawet w weekendy kładę się zwykle przed północą, a więc wstaję między siódmą a ósmą. I NIGDY NIKT nie dzwoni.
Jeden jedyny raz wzięłam sobie urlop, posiedziałam trochę dłużej, bo wiedziałam, że sobie pośpię. Miałam nadzieję, że przynajmniej do dziewiątej, żeby jednak nie paść na tym weselu. Jeden jedyny raz w piątkowy poranek, w który normalnie zawsze wstaję, chciałam sobie pospać do oporu I co???

Siódma godzina, w samym środku bardzo ciekawego snu, słyszę, że w drugim pokoju dzwoni telefon stacjonarny. W półśnie myślę sobie: „przestanie, zaraz przestanie, śpij dalej, nie licz dzwonków, bo się rozbudzisz, dzwoni i dzwoni, ale przestanie…” Przestało. Udało mi się nie rozbudzić. Za chwilę dzwoni jeszcze raz. Dzwoni i dzwoni. Do oporu. Koniec spania. Wiedziałam doskonale, ze to nikt do nas, bo dzwoniłby na komórkę, stacjonarny mamy tylko dlatego, że właścicielka mieszkania nie chciała likwidować numeru, a dzięki temu mamy tańszy internet. Oczywiście nie pomyliłam się. Facet o siódmej rano pyta się mnie czy to Zarząd Dróg Miejskich! Oberwało mu się, ale jeszcze byłam zbyt zaspana, żeby powiedzieć mu co naprawdę myślę o tym, że ktoś nie potrafi wybrać poprawnie numeru na telefonie i to dwa razy. Nie chciałam się nakręcać, tylko położyłam się i starałam się z powrotem „odpłynąć”. Nie udało się. Owszem, udawało mi się nie myśleć o niczym konkretnym, ale w sen już nie zapadłam. A kiedy godzinę później telefon zadzwonił znowu (!) doprowadziło mnie to do furii. Wściekła warknęłam do telefonu „słucham”, a kiedy usłyszałam słodki głosik panienki reklamującej jakąś szkołę językową (a co tam – Speak Up! niech mają „czarny PR” i opinię natrętów niepozwalających się ludziom wyspać) powiedziałam, że absolutnie mnie to nie interesuje i że mam dość odbierania od rana idiotycznych telefonów, które nie pozwalają człowiekowi odpocząć. Cóż. Oberwało się lasce za faceta od ZDMu, miała pecha. Ryzyko zawodowe. Jestem pewna, że słyszała już gorsze rzeczy.

Ale do jasnej Anielki! Codziennie łażę w tych godzinach po domu w pełni wypoczęta i dlaczego wtedy nikt nie dzwoni, tylko właśnie w dniu, kiedy naprawdę chciałam się wyspać??!! I patrzę z zazdrością na Franka, który mimo dwóch pobudek zasnął ponownie :( Ja już nie potrafię. Gdyby telefon dzwonił o 4tej, to byłaby na to szansa. Ale nie o godzinie, o której normalnie jestem na nogach… Efekt jest taki, że naprawdę czuję się zmęczona i boli mnie głowa (jak zwykle, gdy śpię mniej niż 7 godzin) a dodatkowo wściekła jestem jak sto diabłów.

Notka miała być zupełnie o czymś innym, ale wyżyć się gdzieś musiałam. Lepiej na biednym blogu niż na Franku albo fryzjerce, z którą jestem umówiona za dwie godziny…

wtorek, 14 czerwca 2011

Cóż za ironia losu…

Jeszcze się nie czuję na siłach, żeby napisać notkę… Muszę się zastanowić, czy jest o czym pisać lub czy chcę analizować niektóre sprawy. A tymczasem….





…Well life has a funny way of sneaking up on you
When you think everything’s okay and everything’s going right
And life has a funny way of helping you out when
You think everything’s gone wrong and everything blows up
In your face

A traffic jam when you’re already late
A no-smoking sign on your cigarette break
It’s like ten thousand spoons when all you need is a knife
It’s meeting the man of my dreams
And then meeting his beautiful wife
And isn’t it ironic… don’t you think?
A little too ironic… and yeah I really do think…


Cóż, życie naprawdę ma zabawny zwyczaj dopiekania nam wtedy, gdy wszystko wydaje się w porządku, gdy wszystko idzie jak trzeba, gdy wszystko jest na swoim miejscu. Kiedy człowiek jest zbyt spokojny, wydarza się coś, nawet niekoniecznie złego, co burzy jego spokój i powoduje, że świat przewraca się do góry nogami. To zmusza go do myślenia o tym, co by było, gdyby, do zastanawiania się, czy na pewno to jest to, czego od niego chcemy…
Z drugiej strony, życie ma taki zabawny zwyczaj, że służy niespodziewaną pomocą, kiedy wszystko się wali, gdy wszystko jest nie tak..
A najgorzej, kiedy człowiek ma problem ze stwierdzeniem, czy ta ironia losu, która się przydarza, to kopnięcie w tyłek, czy może pomocna dłoń…?

…Gigantyczny korek, gdy jesteś już spóźniony,
znak „zakaz palenia”, gdy robisz sobie właśnie przerwę na papierosa.
Dziesięć tysięcy łyżek, gdy jedyne czego potrzebujesz, to nóż,
spotkanie faceta, który jest urzeczywistnieniem twoich marzeń…
tuż przed poznaniem jego pięknej żony.

Czyż los nie jest ironiczny?
Ps. Dziękuję wszystkim, którzy się martwili o mnie… To miłe

piątek, 10 czerwca 2011

Może to i żart…

do posłuchania: tu i do poczytania…

Nagle los mi dał,
wszystko co chciałam mieć,

w końcu jesteś Ty, jestem ja…
Zabrał całe zło,
bym mogła wierzyć Ci,

że będzie zawsze tak, jak w tę noc…

I drżę w jej blasku całkiem bezsenna,
bo wiem, ze tak, bardzo mnie chcesz…


W każdą noc,
będziesz zawsze tylko mój,
tylko Ty stopisz we mnie serca lód.

Jak każda noc i Ty odejdziesz,
zostań, nim skradnie mi Cię dzień.

Rankiem powiesz – to był sen…

Może to i żart,
lecz zwątpić nie mogę, gdy

jesteś cały czas, w każdą noc…


I drżę w jej blasku całkiem bezsenna,
bo wiem, ze tak, bardzo mnie chcesz…


W każdą noc,
będziesz zawsze tylko mój,
tylko Ty stopisz we mnie serca lód.

Jak każda noc i Ty odejdziesz,
zostań, nim skradnie mi Cię dzień.

Rankiem powiesz – to był sen… ***
Tyle na dziś.

środa, 8 czerwca 2011

Do niczego.

Coś mi kiepsko idzie ten powrót. Ale od kilku dni nie mam na nic siły. Rozchorowałam się, gardło mnie tak boli, że nie jestem w stanie jeść, do tego dochodzi wysoka temperatura (swoją drogą przy takich upałach w ogóle nie wpadłam na to, że mogę mieć gorączkę :)) W pracy więc ledwo siedzę, a po powrocie nic już mi się nie chce i co najwyżej leżę i gapię się w sufit.

Co poza tym? Niby nic się nie zmieniło, a tak naprawdę mam wrażenie, że zmieniło się wszystko. Mam mętlik w głowie i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby moje wewnętrzne rozterki miały wpływ na fizyczne samopoczucie… Wydaje mi się, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Aktualnie jestem do niczego niestety.

czwartek, 12 maja 2011

Kryzys czasu/Ogłoszenie.

Chyba widzicie, że tak źle z moim wolnym czasem to jeszcze nie było… Żebym przez cztery dni odpowiadała na komentarze pod jedną notką?? A jednak…
Naprawdę nie mam czasu  :( Nie mam kiedy nawet iść na pocztę, żeby odebrać przesyłkę, która czeka na mnie już od dwóch tygodni! Tak źle to naprawdę jeszcze nie było, bo zawsze jakoś się parę minut znalazło między jednymi a drugimi zajęciami. Teraz wszystko robię w biegu i bardzo mnie to irytuje. Nie znoszę takiego życia. Lubię jak się dużo dzieje i muszę mieć w życiu wiele zajęć, ale przede wszystkim muszę mieć codziennie chociaż parę minut dla siebie. Muszę mieć czas na zastanowienie się nad wszystkim, na zaczerpnięcie oddechu, czy choćby na zaplanowanie dnia. Bez tego czuję, że tracę kontrolę nad wszystkim, że wszystko dzieje się poza mną, doprowadza mnie to do frustracji i ostatecznie się dołuję.
Tak naprawdę w tym momencie najbardziej przeszkadzają mi moje studia podyplomowe :( Szkoda, że nie trwały tylko do maja. Za miesiąc mam egzaminy ze wszystkich przedmiotów a do tego jeszcze muszę pisać pracę. Staram się więc wolny czas poświęcać choćby na przejrzenie notatek, ale tego wolnego wcale zbyt wiele nie ma…
W zasadzie to nie wiem, dlaczego tak się stało. Zawsze byłam dość zabiegana i świetnie sobie ze wszystkim radziłam. Nie czuję, że wzięłam na siebie zbyt wiele, bo zawsze rozsądnie dobieram sobie obowiązki. Nie wyobrażam sobie nawet, że teraz miałabym z czegoś rezygnować, ale trudno mi zrozumieć ten bałagan, który się wokół mnie zrobił.

Obliczyłam sobie, że dziennie mam jakieś 4-5 godzin czasu teoretycznie wolnego. Trzeba od niego jeszcze odjąć czas na takie prozaiczne sprawy jak kąpiel, ubieranie się, jedzenie… Zostają więc niecałe cztery w ciągu całego dnia i ten czas muszę podzielić na podstawowe obowiązki, sprzątanie, naukę czy przyjemności… Zapewne się domyślacie, że na to ostatnie czasu już zazwyczaj nie wystarcza. Jedynym sposobem na zwiększenie liczby godzin czasu wolnego byłoby skrócenie snu. Ale tego nie zrobię nigdy. Od dziecka byłam uczona, że osiem godzin snu to podstawa i do dzisiaj trzymam się tego, że poza wyjątkowymi przypadkami, nie śpię krócej niż siedem godzin. Wiem, że skrócenie tego czasu na dobre by mi nie wyszło, bo zdaję sobie sprawę z tego, czego potrzebuje mój organizm.
Więc na razie czekam z utęsknieniem na czerwiec, kiedy będę miała już przynajmniej naukę z głowy…
A tymczasem nadal staram się kopiować sobie Wasze notki do worda i czytać w chwilach wolnych w pracy, żeby być na bieżąco. Paradoksalnie akurat ostatnio dość dużo się u nas dzieje i nie mam żadnych przestojów… Chyba problem właśnie w tym, że wszystko mi się teraz skumulowało.
***
Dziewczyny, które macie bloga na blogspocie (te, które wymagają tego, żeby być zalogowanym).. Nie mogę do Was wejść już od dwóch dni. Pojawia mi się cały czas komunikat „blogger jest niedostępny” Czy tylko ja mam ten problem??

sobota, 16 kwietnia 2011

Byle do niedzieli.

Miała być dzisiaj wirtualna podróż po Maladze. Ale okazało się, że chyba ostatnio zostawiłam włączony aparat i nie zauważyłam, że bateria mi padła. Tak więc będzie temat zastępczy :)
Śniło mi się dzisiaj, że tańczyłam… W dodatku tango!  :) Z Frankiem. Sprawdziłam już w senniku, że może to oznaczać, że zrobię coś głupiego, ale nie będę tego żałować :D A poza tym taniec z kimś to zapowiedź pokoju w uczuciach, idealnej harmonii i głębokiego wzajemnego zrozumienia. W ogóle sen był trochę pokręcony, ale najbardziej podobał mi się mocny uścisk Franka. Fajnie się czułam w tym śnie, ale paradoksalnie, obudziłam się w fatalnym nastroju… Macie tak czasami? Że zupełnie bez powodu budzicie się rano i wiecie, że cała reszta będzie do kitu? Nie pomaga nawet słońce i wizja pierwszego wolnego weekendu od dłuższego czasu.. No ja tak dzisiaj właśnie miałam :/ Od rana wszystko mnie wkurzało (dobrze, że Franek pojechał do pracy, bo bez kłótni by się pewnie nie obyło) albo powodowało, że chciało mi się ryczeć.
Ostatecznie pojechałam do biblioteki na uniwerku, bo stwierdziłam, ze tam są same książki, więc chyba niewiele będzie mnie mogło naprawdę wkurzyć :D I przyznam, ze dobrze zrobiłam. Bo humor znacznie mi się poprawił – udało mi się ruszyć z pracą dyplomową :) Napisałam pierwsze dwie i pół strony :) Zważywszy na fakt, ze rozdział mógłby mieć nawet jedyne siedem stron, poszło mi całkiem nieźle :P Wyszłam więc stamtąd w dużo lepszym humorze. Tak więc pamiętajcie – jak zdarzy Wam się fatalny dzień, wybierzcie się do biblioteki Uniwersytetu Ekonomicznego :)
Ale tak poza tym sobota i tak jest dla mnie jakoś tak średnio udana. Dobrze więc, że się kończy, może jutro obudzę się w lepszym nastroju i niedziela zostanie odczarowana :) Zwłaszcza, że mam zamiar wybrać się jeszcze do biblioteki z samego rana. Niestety teraz w tygodniu nie bardzo mam kiedy pisać, pozostają więc weekendy…

Taaa, wygląda na to, ze wracam do blogowania na dobre, skoro już nawet takie nudne notki zaczynam znowu pisać :)

środa, 2 marca 2011

Wszystko naraz.

1. Jestem strasznie podekscytowana na myśl o tym, że już za trzy tygodnie o tej porze będziemy wsiadać na pokład samolotu w Londynie :)) Zawsze się cieszę na te wyjazdy zagraniczne, ale w tym roku jestem w totalnej euforii…
2. Jestem zniesmaczona zachowaniem pewnego kolesia w autobusie, który absolutnie bez skrępowania rozmawia przez telefon ze swoją mamą o wszystkim i w ogóle się nie przejmuje tym, że ludzie otwarcie się z niego śmieją.
3. Jestem trochę smutna z pewnego powodu, o którym jednak nie będę dzisiaj pisać.
4. Jestem pełna energii i mam ochotę robić mnóstwo różnych rzeczy, na które niestety nie mam czasu.
5. Jestem dość zmęczona po intensywnym dniu w pracy oraz aerobiku.
6. Jestem zadowolona, że dzisiaj zaczyna się mój ulubiony program You Can Dance :)
7. Jestem rozmarzona po wczorajszym wieczorze spędzonym na lekturze.
8. Jestem zła, bo Franek miał kupić ziemniaki i kupił wszystko oprócz nich :)
9. Jestem spokojna, gdy wracam do domu a w nim czeka na mnie Franek z obiadem.
10. Jestem szczęśliwa, gdy Franek mnie przytula i słyszę z jego ust miłe słowa.
11. Jestem poirytowana faktem, że ciągle brakuje mi czasu na wszystko, co chciałabym robić.
12. Jestem zdegustowana tym, że bardzo chce mi się pisać a średnio mi to ostatnio wychodzi.
13. Jestem generalnie raczej w dobrym nastroju, przerywanym przez chwilowe dołki.

Człowiek to jednak dziwna istota, że potrafi w jednej chwili przeżywać te wszystkie uczucia :)

niedziela, 18 lipca 2010

Czego wciąż mi brak?

Może nie będę się powtarzać, skoro ktoś kiedyś już tak ładnie o tym śpiewał


Czego wciąż mi brak? 
Przecież wszystko mam… 
Obcy ludzie mówią, 
że tak zazdroszczą mi… 
Czego wciąż mi brak? 
Co tak cenne jest? 
Że ta nienazwana myśl 
Rysą jest na szkle… 
Czego wciąż mi brak? 
Czego miewam mniej? 
Na ulicy mówią mi 
Wszystko jest O.K.!… 
Czego wciąż mi brak? 
Co tak cenne jest? 
Że ta nienazwana myśl 
Rysą jest na szkle… 
Czego wciąż mi brak? 
Przecież wszystko mam… 
Nie zrozumie nigdy mnie 
Ten, kto nie jest sam 
Czego wciąż mi brak? 
Czemu chcę to mieć? 
Jaka nienazwana myśl
Rysą jest na szkle? 
Czego wciąż mi brak?… 
Czego miewam mniej?… 
Czego zawsze w życiu mi brak?…

niedziela, 11 lipca 2010

Trochę bezładnie :)

Straszne huśtawki nastrojów ostatnio miewam. Nie wiem co jest tego przyczyną. Wystarczy jakiś drobiazg, żeby wytrącił mnie z równowagi i wpędził w dół głębokości Rowu Mariańskiego. Same zresztą jesteście świadkami tych wahań. Na pewno jedną z przyczyn jest moja nowa sytuacja życiowa, cóż, muszę po prostu poczekać, oswoić się i zobaczymy.
Na szczęście wczoraj zrobiło mi się trochę trochę lepiej. Wyszłam i pojechałam do parku. Do tego parku, do którego zawsze chodziłam, kiedy mieszkałam na poprzednim osiedlu. Spotkałam się z koleżanką a resztę dnia spędziłam z Frankiem i częścią jego rodziny na działce. Nie powiem, że do wieczora przeszło mi zupełnie, cały czas czułam jakiś taki psychiczny dyskomfort, ale przetrwałam. Dzisiaj było dużo lepiej. Prawie cały dzień zażywałam kąpieli słonecznych, i nie tylko, nad jeziorem. Słońce grzało i to był najlepszy sposób na spędzenie przyjemnie tego upalnego dnia.
W domu mamy jeszcze całkiem sporo do zrobienia. Trzeba rozpakować jeszcze trochę drobiazgów i posprzątać kilka kątów. Ale szkoda nam było poświęcić na porządki wspólny wolny weekend, do tego z pięknym słońcem. Trochę przyjemności też trzeba mieć :)
Teraz siedzimy sobie z Frankiem przed telewizorem. Niedawno skończyliśmy grać w karty i teraz oglądamy finał MŚ. Szkoda, że taki nudny ten mecz dzisiaj jest :/  Żadnych emocji, może chociaż karnych się doczekam :)
Smarowaliśmy się kremami z filtrem, ale o niektórych miejscach zapomnieliśmy no i poparzyliśmy sobie trochę to miejsce między stopami a łydkami – nawet nie ma na nie nazwy :P Zwłaszcza Franek marudzi, że go piecze, więc nalał sobie lodowatej wody do miski, żeby moczyć stopy, spojrzał na mnie i mówi: „Najgorzej jest włożyć”
:P

poniedziałek, 5 lipca 2010

!!!

Nie będę mówić, że zapeszyłam :) Nie, bo to nie chodzio to, że zły los się na mnie wypiął, bo za bardzo go pochwaliłam. Ale dzisiajsię nie czuję szczęśliwa i mam o to ogromny żal to tego którego imienia niechce mi się wymawiać a zaczyna się na Ef. Zepsuł mi radość życia wczorajwieczorem i dzisiaj jestem niesamowicie wściekła. No i zaliczyłam już ze trzyrazy rozryczkę w biurze. Jak to dobrze, że nikt akurat mi nie wlazł.
Dzisiaj ostatnia faza przeprowadzki i nie wyobrażam sobie tego. Że nibynajszczęśliwszy dzień w życiu i takie tam? Dobre sobie. Chyba się na czarnoubiorę :/ My się tam do końca lipca pozabijamy. Oto tak właśnie przepowiadam.Nie ma już odwrotu, więc dobrze, pojadę tam, przewiozę resztę swoich rzeczy apotem się zobaczy. Chociaż nie powiem, już mi chodziło po głowie szukanienoclegu na dzisiejszą noc. Ciekawe jak będzie wyglądał nasz pierwszy wieczór wewspólnym mieszkaniu. Jedno jest pewne, romantycznej kolacji nie będzie.
Dla wielu z Was to z pewnością nie do pomyślenia. Cóż, idealnym związkiemnigdy nie będziemy. A w tej chwili jestem tak naładowana negatywnymi emocjami,że zastanawiam się, czy przypadkiem nie zamieniam współlokatorki na współlokatora po prostu. I to takiego, z którym się absolutnie nie dogadam.
Klamka zapadła a ja obawiam się, że popełniłam największy błąd swojego życia. A nie, przepraszam, największy to popełniłam cztery lata temu kiedy mi się wydawało, że ten osobnik

czwartek, 24 czerwca 2010

Miły początek złego dnia.

Ciąg dalszy moich rozważań na temat ustępowania, szacunku i takich tam przesuwa się w czasie gdyż, bo, ponieważ mam dzisiaj podły nastrój :(

A miało być tak pięknie… Obudziłam się dzisiaj o 5:40 i pierwsze co zrobiłam, to sięgnęłam po komórkę, żeby wyłączyć budzik. A tam sms, na mnie czekał. W dodatku otrzymany ledwie pięć minut wcześniej. Kiedy go przeczytałam, oczy przecierałam ze zdumienia, bo myślałam, że jeszcze śnię. Franek taki romantyczny nie jest. Nie jest też taki wylewny a napisał mi – tak w skrócie – że: pragnie ze mną żyć, mieszkać, być, że chce dla mnie sprzątać i chodzić mi po bułki a na koniec dodał „daj mi tę radość aniele i nie martw się tym co będzie tylko też mnie kochaj takiego jakim jestem, bo ja już od dawna Cię kocham”
To była piękna pobudka. Od razu chce się żyć. 

I nie wiem jak to się mogło stać, że się pokłóciliśmy :( Normalna rozmowa, potem jeden wyrzut, nie taka odpowiedź, coś poszło nie tak, plan był inny, nie takie słowo, rzuciłam telefonem. Potem już nie odbierał. I nie wiem, czy nie wziął telefonu, czy nie chce ze mną gadać, nie wiem, czy pojechał tam gdzie miał być, czy wypiął się na wszystko i siedzi w domu udając, że nie słyszy telefonu.
A miało być tak pięknie. Ryczeć mi się chce i tyle.

niedziela, 30 maja 2010

Zastępcza notka o tym, jak mi się nie chce.

Właśnie tak – zastępcza, bo miało być o czymś innym. Ale nie jestem w nastroju. Poszedł gdzieś sobie no i teraz jestem w takim dziwnym stanie – mam ochotę coś napisać, ale nie mam ochoty pisać niczego sensownego :)
Dziwny ten weekend był. Dziwnie się czułam i czuję nadal. Przez trzy dni doświadczyłam chyba wszystkich możliwych emocji i strasznie mnie to zmęczyło. No i po wszystkim – czas się kłaść, bo za osiem godzin muszę wstawać. I w tej chwili jestem strasznie zła, bo bardzo nie chce mi się iść jutro do pracy. Mnie naprawdę rzadko się nie chce. A w tej chwili nie chce mi się całą sobą. Nie chce mi się kłaść do łóżka, nie chce mi się zasypiać, nie chce mi się śnić o niczym, nie chce mi się budzić po piątej i potem leżeć słuchając wiadomości dla rolników. Nie chce mi się wstawać i odprawiać tego całego rytuału porannego. Nie chce mi się wsiadać w tramwaj i wysiadać na przystanku. Nie chce mi się iść cztery minuty do biura i nie chce mi się rozkładać wszystkich moich papierów i zaczynać pracę. A potem nie chce mi się tam siedzieć osiem godzin i wracać do domu. I nie chce mi się robić obiadu i iść na aerobik, potem nie chce mi się…
Czy jeszcze ktoś ma jakieś wątpliwości, że naprawdę mi się nie chce? :))
A wszystko na pewno przez to, że w weekend robiłam za dużo rzeczy. Zaliczyłam kosmetyczkę, spacer, spotkanie z koleżanką, ponowne oglądanie mieszkania, grillowanie, spacerowanie, granie w karty, przesiadywanie na działce, obserwowanie jak Franek gra w Formułę 1, czytanie, jedzenie, picie, blogowanie – w ograniczonym zakresie :) Przez to że tyle robiłam, nie zauważyłam, że przyszła już godzina 22 w niedzielę. I teraz się tak zdenerwowałam tym faktem, że chyba zrobię na złość (tylko jeszcze nie wiem komu ;)) i pójdę spać.
No dobrze, to zwalmy wszystko na pogodę.. Jak nie ma na kogo zwalić, to trzeba zwalić na pogodę. To na pewno ona jest wszystkiemu winna.
Natomiast nieregularne odpisywanie na komentarze sponsoruje Franek :) Nie pozwolił mi przesiadywać przy komputerze tyle, co normalnie ;) Ale na pewno wiecie, że ja zawsze na wszystko odpowiadam, więc proszę zaglądać jutro :) Odpowiedzi będą na pewno. A teraz idę sobie denerwować się dalej.
No proszę, ja to nawet o niczym nie umiem napisać krótko :/

niedziela, 18 kwietnia 2010

Nadzieja.

Z różnych powodów nie udało mi się jednak zajrzeć na blog w ciągu weekendu. Chwilami miałam ochotę coś napisać, ale potem myślałam, że może nie będę o niczym pisać zbyt pochopnie… Albo z kolei nie bardzo wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co myślałam… To nadal nie były dobre dni dla mnie. Były trudne i cieszę się, że byłam w domu, bo to bardzo pomogło mi jakoś przetrwać i nawet się trzymać. Moja mama ma dzisiaj urodziny, wczoraj mieliśmy kolację z tej okazji, więc większą część soboty spędziłam w kuchni. Na zmartwienie zawsze najlepsze zajęcie i towarzystwo… – przynajmniej na moje zmartwienie.
Ale dzisiaj wieczorem zdarzyło się coś, co dało mi nadzieję. I jest już trochę lepiej. Może nareszcie te dni będą lepsze? Chcę, żeby były lepsze, bo źle mi z tym, że mi źle, jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało…