*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Błękitny zamek

Bardzo zależało mi, żebyśmy w ten weekend nie siedzieli w domu. Wiedziałam, że musimy się czymś zająć - i że chodzi o coś więcej niż gry planszowe. Zdecydowanie bierność bardzo mnie męczy, a nawet dołuje. Dlatego zawsze szukam zajęcia. Oczywiście, że czasami lubię sobie po prostu usiąść i pogrążyć w lekturze, ale bywają dni, kiedy nie przynosi to tak potrzebnego odprężenia albo wręcz wywołuje jakiś rodzaj niepokoju. Ot, taki już niespokojny duch ze mnie, zwłaszcza w niespokojnych czasach.
Franek jest trochę inny. Lubi być aktywny, ale brakuje mu do tego motywacji. Generalnie przyznaję, że ponieważ mam zupełnie inną naturę, często denerwuje mnie jego "bezczynność". Używam cudzysłowu, bo to jest bezczynność niekoniecznie obiektywna, a raczej z mojego punktu widzenia - czyli z punktu widzenia osoby, która nie potrafi po prostu siedzieć i oglądać filmu, tylko zawsze musi coś przy tym robić :)
W każdym razie, to ja jestem u nas motorem napędowym dla wielu aktywności. Franek oczywiście czasami przejmuje pałeczkę, a poza tym większość rzeczy ustalamy razem, ale najczęściej to ja jestem inicjatorką.
Chyba nam obojgu to odpowiada. Ja lubię planować i wszystkiego dopilnować osobiście. Franek często ma ochotę żeby coś zrobić, ale jakoś nie chce mu się zacząć tego organizować. Więc się uzupełniamy - a mnie wystarczy, że od czasu do czasu Franek zafunduje mi jakąś niespodziankę :)

W każdym razie w piątek wiedziałam, że nie możemy w ten weekend po prostu siedzieć w domu. Znalezienie potencjalnej rozrywki zajęło mi dokładnie... 5 minut :) Wpisałam w wyszukiwarkę po prostu coś w stylu "co się dzieje w Warszawie" i znalazłam jakąś stronę pełną weekendowych wydarzeń różnego rodzaju - od wystaw poprzez spektakle teatralne na imprezach sportowych kończąc. 
Od razu zobaczyłam, że w sobotę w jednym z amatorskich teatrów jest premiera spektaklu "Błękitny zamek"! Moja ukochana książka autorstwa Lucy Maud Montgomery z czasów nastoletnich! Zresztą później czytałam ją jeszcze w oryginale kilka razy i cały czas tak samo mi się podobała. Myślę, że pozostanie moją ulubioną już na zawsze.
Wiedziałam, że muszę to zobaczyć! Bilety kosztowały tylko 15 złotych, zadzwoniłam więc do Franka na szybką konsultację i już po chwili kupiłam je przez internet :) Nie powiem, Franek był pełen obaw, wszak spektakl oparty na książce napisanej przez autorkę "Ani z Zielonego Wzgórza" dla faceta może nie brzmi aż tak zachęcająco :) Ale ani przez chwilę nie protestował - wiedział, że bardzo mi na tym zależy, a poza tym stwierdził, że skoro to teatr to może być ciekawe :)

Co prawda to nie był zawodowy teatr, a przedstawienie wystawiane było przez grupę aktorów-amatorów w Domu Kultury na Ursynowie, ale czekałam na to wydarzenie niecierpliwie :) I rzecz jasna byłam bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądało. 
Muszę przyznać, że się nie zawiodłam :) Oczywiście, jeśli ktoś oczekiwałby teatru z prawdziwego zdarzenia z rekwizytami i pełną charakteryzacją, rozczarowałby się. Ale nam na tym nie zależało - zresztą wiedzieliśmy przecież, że za taką cenę na pewno nie byłoby na to szans. Jednak trzeba przyznać, że poza lekkim opóźnieniem (spektakl miał zacząć się o 18 a dopiero o 18:05 zaczęli wpuszczać na salę), które trochę mnie zirytowało, wszystko było w pełni profesjonalne - zwłaszcza aktorzy-amatorzy :)
Przede wszystkim opowiadana historia mnie nie zawiodła! Była tak samo urzekająca, jak książka :) I - podobało się Frankowi :) A to dla mnie też było ważne. Oczywiście, jak sam przyznaje, taki repertuar nie należy do jego ulubionych i wolałby jakąś komedię lub farsę (jak Mayday, na którym byliśmy we wrześniu - przy tej okazji przypomniałam sobie, że przecież mam napisaną notkę o wrażeniach z teatru, której nie opublikowałam!:)), ale jakaś romantyczna historia od czasu do czasu nie zaszkodzi - zwłaszcza w takiej formie. Jeśli chodzi o szczegóły, to może opiszę je przy następnej okazji, bo to w sumie ciekawe, jak organizatorzy i aktorzy sobie radzili. Najważniejsze było, że oboje wyszliśmy naprawdę zadowoleni :) Przyjemna rozrywka na sobotni wieczór, coś innego niż zwykle, w dodatku niedrogo. Można było się na chwilę oderwać od rzeczywistości. Ja byłam zachwycona tym, że mogłam zobaczyć adaptację mojej ulubionej powieści. Ale muszę przyznać, że to, co najbardziej mi się podoba, to fakt, że Franek już zna jej treść :) Przecież nigdy w życiu nie namówiłabym go do tego, żeby ją przeczytał :P Opowiadanie jej mijałoby się z celem, zwłaszcza, że nie potrafiłabym oddać wszystkich emocji - i tych w książce i moich. Można powiedzieć, że spektakl zrobił to za mnie :)

niedziela, 20 lutego 2011

Kto nie czyta, ten trąba!

Kiedy kilka dni temu usłyszeliśmy informację o wynikach badań Biblioteki Narodowej, z których wynikało, że tylko 12 % Polaków można określić mianem „rzeczywistych czytelników”, ponieważ czytają przynajmniej sześć książek rocznie, Franek skwitował to jednym zdaniem: „no to nieźle im zawyżasz statystyki”…
Fakt, sześć książek to ja jestem w stanie przeczytać w ciągu miesiąca. Chociaż przyznaję, że nieczęsto mi się to zdarza ze względu na brak czasu spowodowany innymi obowiązkami. Ale średnio czterdzieści książek rocznie to moja norma.

W głowie mi się nie mieści, że tylko 44 % naszego społeczeństwa miało w ciągu ubiegłego roku chociaż jednorazowy KONTAKT z książką (czyli nie oznacza to, że ją przeczytali!). Chociaż jeszcze bardziej nie mieści mi się w głowie, że te 56 % nie wstydziło się przyznać do braku tego kontaktu…
Wiem, że obecnie wiele mamy pożeraczy naszego czasu, z komputerem i internetem na czele. Do tego telewizja, seriale, gry… Wszystko rozumiem, bo sama nie jeden raz wyrzucam sobie, że za dużo czasu spędzam przed ekranem komputera, tudzież telewizora. Zła jestem na siebie, kiedy wciąga mnie jakaś karciana gra albo losy, dajmy na to, Mostowiaków. Rozumiem też, że są osoby, które faktycznie nie mają czasu – praca, dzieci, dom, zakupy – te wszystkie obowiązki pochłaniają tyle czasu i energii, że człowiek pada jak kawka po przeczytaniu dwóch zdań.
Ale absolutnie nie rozumiem tego, że są osoby, które nawet nie próbują sięgnąć po książkę! Które deklarują, że czytać nie lubią, nie sprawdzając tego nawet, które w ogóle nie widzą czytania jako alternatywy spędzania wolnego czasu. 

Nie potrafię tego zrozumieć, bo sama kocham książki i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Bibliotekę odwiedzam przynajmniej raz w miesiącu. I to nie jedną, ale od razu przynajmniej trzy. Wychodzę z nich ze stosikami książek, które aż mi się palą w rękach i nie mogę się doczekać, kiedy je wszystkie przeczytam. Zdarza mi się zasypiać rozmyślając o tym ile książek jeszcze mnie czeka i ta myśl powoduje moją ogromną ekscytację. Czasami gdy jestem w pracy myślę o wolnej chwili popołudniu, gdy zasiądę przy lekturze… 56 % Polaków w ciągu 365 dni nie ma jednorazowego kontaktu z książką… Ja należę do osób, dla których nie istnieje ani jeden dzień bez przeczytanych chociaż kilku zdań (i bynajmniej nie mam na myśli blogów, czy wiadomości w internecie :))

Ale o moich zwyczajach czytelniczych może innym razem. Teraz chciałabym się zastanowić nad jednym - gdzie leży przyczyna tak tragicznego stanu czytelnictwa w Polsce? Napisanych książek jest tyle, że nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, co istnieje. Ba, nawet wszystkiego, co go interesuje… A więc na pewno każda osoba mogłaby znaleźć coś dla siebie. A jednak dobrowolnie rezygnuje się z tej przyjemności całymi latami. To, o czym już wspomniałam – a więc telewizja, komputery i nadmiar obowiązków są tylko przyczynami pośrednimi. Natomiast sądzę, że tych bezpośrednich powodów należy szukać u źródeł. Moim zdaniem tym źródłem są rodzice i szkoła. 
Szkoła chyba jest zbyt pobłażliwa, coraz mniej wymaga, przymyka oko na to, że uczniom wystarczą bryki i streszczenia. Na temat samych lektur się nie wypowiadam. Zgodzę się, że być może lista powinna być trochę zmodyfikowana. Ale nieprawdą jest, że wszystkie lektury są nudne. Mnie zainteresowała większość. Pamiętam, że najbardziej męczyłam Kajtkowe przygody i Żeromskiego. Reszta była do przełknięcia, a znakomita część wręcz mnie fascynowała. Ale pomijając już lektury obowiązkowe, szkoła zwyczajnie nie propaguje czytania. Poloniści czy pracownicy biblioteki nie proponują książek, które mogłyby zainteresować dzieci i pomóc w rozwoju pasji czytania. Nie rozmawia się o książkach, a lektury omawia się schematycznie i bardziej pod kątem „dlaczego autor tak napisał?” niż „co w ogóle napisał?”…
Szkoła szkołą, a ja i tak uważam, że najważniejsi zawsze są rodzice. Czego się od nich nauczymy, co u nich podpatrzymy, zakoduje się nam choćby w podświadomości. Jeśli rodzice nie czytają, nie pokazują nam, że można to robić, że można z tego czerpać przyjemność, że to nie musi być tylko przykry obowiązek, to i my czytać nie będziemy, nawet nie spróbujemy…

To jest tylko moje zdanie. Badań nad przyczynami niechęci do czytania nie prowadziłam. Ale nasuwa mi się tylko jedna myśl: Nie zachęca się ludzi do czytania, a znakomita większość nie ma pojęcia jaka to może być przyjemność.
A ja tego zjawiska pewnie nigdy nie zrozumiem, bo jak osobie, która uwielbia lody waniliowe można wytłumaczyć, że są one niesmaczne? :D No właśnie… Tak i mnie chyba nikt nie wytłumaczy, że książki to nic fajnego… Ale może ktoś spróbuje? :) Chociaż lojalnie uprzedzam, będzie ciężko, bo moim zdaniem nieczytanie do obciach :)

Ps. Badanie wraz z komentarzem można znaleźć tutaj
Ps.2 A tutaj trochę się wytłumaczyłam :) 

środa, 18 sierpnia 2010

Kilka spraw.

Jest tyle spraw, o których chciałoby mi się napisać ;) Tyle różnych tematów, tyle wątków do poruszenia. Tyle chęci i jakaś blokada. Tak więc w skrócie o wszystkim po troszku:

* jutro po południu zaczyna się już weekend :) uff, jak dobrze, Franek pracuje, więc jadę do Miasteczka; moja radość jest tym większa, że jadę pociągiem, co oznacza możliwość pogrążenia się w lekturze na cztery godziny w jedną i cztery w drugą stronę :); nie wspominam już nawet o oszczędnościach na paliwie ;)

* przywożą nam dzisiaj pralkę; głupia Margolka, nie może się doczekać aż nie dorwie instrukcji w swoje łapki i nie nastawi pierwszego prania; z tej okazji (tak tak, z okazji przywiezienia nowej pralki :P) odwiedzają nas dzisiaj rodzice Franka i będziemy komisyjnie oceniać pracę nowego sprzętu AGD :)

* pamiętacie Kochanka Dziewicy? ahh, przez ostatnie kilka dni byłam wsiąknięta, że tak to określę, w inną powieść Philippy Gregory „Dziedzictwo”; uwielbiam książki, którymi niemal żyję, które powodują, że po ich odłożeniu, czuję się, jakbym znajdowała się w innej rzeczywistości; niestety 611 stron minęło i z żalem odłożyłam książkę; a dziś w internecie doczytałam, że książka ta ma jeszcze dwie kontynuacje, jupi! :), już się nie mogę doczekać; ale zanim udam się do biblioteki, przeczytam resztę z mojego stosiku lektur obowiązkowych :) a wysoki dość jest…

* w następny weekend szykujemy z Frankowatym pierwszą imprezę; parapetówkę niby, ale że mieszkanie nie nasze, będziemy się starać przekwalifikować ją na nasiadówkę pod tytułem „oblewanie pralki”, na chwilę obecną ma być (bez nas) czternaście osób. Łolaboga! Może nie wszyscy przyjdą :P (mam tylko nadzieję, że moje dziewczyny będą)

* a niedługo zdaje się wyruszymy na długo wyczekany urlopik do Zakopanego, dzisiaj ostatecznie okaże się ile dni urlopu dostanie Franek, ja się do niego dostosuję i śmigniemy; mam nadzieję, że funduszy nam wystarczy

* strasznie szybko mi ostatnio czas mija, ale tak mi się zdaje, że jeszcze nie na tyle szybko, żeby nam się jesień zrobiła, prawda? a pogoda w sierpniu jest już bardzo jesienna :( kurczę, nie podoba mi się to, co się dzieje – mega długa, bardzo zimna zima, prawie wcale wiosny, bo ciągle lało, i lato trwające – ile? miesiąc upałów i to by było na tyle chyba; ehhh, ja to bym chciała, żeby tak przez pół roku było 20-25 st, delikatne słoneczko, leciutki wietrzyk, mogłabym nawet z lata zrezygnować na rzecz tego

* nie wiem gdzie się podziała moja umiejętność jako takiego przelewania myśli na papier – a w zasadzie na ekran w tym wypadku :) i chociaż mam tyyyyle do napisania, siedzę i nie umiem; jakieś zaparcie piśmiennicze mam :P jakby ktoś tę moją umiejętność znalazł, to przekażcie jej, że czekam aż wróci :)

piątek, 12 lutego 2010

Aktualności

Pamiętacie moją notkę z piątego września? Dopadł mnie wtedy atak paniki a końca nie było widać, skoro to był początek dopiero… Minęło pół roku. W tym czasie bardzo dużo się wydarzyło. Zresztą same wiecie. Ale jedno pozostawało niezmienne – codziennie myślałam o mojej pracy magisterskiej. Od września do grudnia codziennie wracałam z pracy i po południu siadałam do magisterki. Co prawda jeszcze przed świętami skończyłam pisanie, ale potem przez kolejne miesiące poprawiałam to, co było niedoskonałe, doczytywałam, zmieniałam, analizowałam.
Codziennie myślałam o mojej pracy. W ostatnich dniach omal nie oszalałam walcząc ze stylesheetem; pozbywałam się „wdów i bękartów”, doszukiwałam się miejsc publikacji każdego z moich trzydziestu pięciu źródeł, walczyłam z przecinkami przed „thus” i po”notwithstanding”. Z dnia na dzień moja paranoja się pogłębiała i miałam wrażenie, że coraz więcej błędów widzę. Dzisiaj już się zeschizowałam nawet, że źle napisałam tytuł. Kiedy już wydrukowałam i oprawiłam pracę, byłam wręcz przekonana na dwieście procent, że na pewno zrobiłam błąd we własnym nazwisku. Sprawdziłam – bezbłędnie. Nawet literówki nie ma. Uspokoiłam się trochę. I oto leżą przede mną trzy świeżutkie, oprawione prace magisterskie… Wersja na CD, indeks, zdjęcia (kurczę, podobają mi się, naprawdę dobrze na nich wyszłam ;)) i reszta dokumentów, które muszę złożyć jutro w dziekanacie. A ja siedzę i popijam wino przyniesione przez Franka.
Udało się. Dałam radę.Chwilami już wariowałam, ale konsekwentnie codziennie dopisywałam te pół strony i oto powstało te siedemdziesiąt pięć stron tekstu w języku Shakespeara. Nie będę pisać tu oryginalnego tytułu, ale w wolnym tłumaczeniu, temat mojej pracy to Nathaniel Hawthorne i kwestia kobieca. Analiza „Szkarłatnej Litery” i „The Blithedale Romance”. Generalnie napisałam o ambiwalentnym stosunku tego pisarza do feminizmu, jako że odznaczał się on niesamowitym szacunkiem w stosunku do kobiet i rozumiał palące problemy ówczesnych emancypantek, ale jednocześnie potępiał nadmierne wyzwolenie swoich bohaterek. Taki konserwatywny liberał :) A swoją drogą, wszystkim molom książkowym polecam lekturę Szkarłatnej Litery :)
Oczywiście przede mną jeszcze obrona. Będzie dwunastego, dziewiętnastego lub dwudziestego szóstego marca. Chyba dam radę się jakoś do niej przygotować. Ale najważniejsze, że napisałam. Dałam radę Dziewczyny. Kurczę, ale jestem z siebie zadowolona :D
Ps. A Franek złożył dzisiaj dwutygodniowe wypowiedzenie w swojej pracy, bo w Zielonej Firmie (mieszkańcy Poznania chyba się domyślą dlaczego właśnie zielonej ;)) obiecali mu zatrudnienie od pierwszego marca.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Nic się nie dzieje...

Nie mam weny ostatnio chyba. A zresztą nawet nie o wenę chodzi prawdopodobnie, tylko po prostu mało się u mnie ostatnio dzieje :) Dni podobne do siebie i nic specjalnego się nie wydarzyło. Ale wbrew pozorom się nie nudzę. Nawet nie wiem jak to się stało, że znów minął cały tydzień… A najbardziej to chyba zasługa książek. Przychodzę z pracy do domu i jak zacznę czytać o 17 to tak mi zejdzie przynajmniej do 20 – o ile coś ciekawego w telewizji leci, bo jak nie, to jeszcze dłużej. W weekend przyjechał do Poznania mój wujek i zabrał mnie i Franka na wycieczkę w miejsca związane z początkiem Państwa Polskiego – Gniezno, Ostrów Lednicki. Niby to on przyjeżdża do nas i to my powinniśmy go oprowadzać, ale jest na odwrót. A to dlatego, że mój wujek jest historykiem, więc wie co i jak należy pokazać :) Wycieczka bardzo przyjemna. A w niedzielę to już naprawdę głównie czytałam. Parę razy spojrzałam w ekran jak tam sobie nasi na olimpiadzie radzą, a o 14 zadzwoniła mama Franka, żebym przyszła do nich na obiad. Na obiedzie był również brat Franka z narzeczoną i jechali potem razem z rodzicami rozejrzeć się za salą, bo za rok wesele robią. Miałam jechać z nimi, ale Franek do pracy szedł, więc stwierdziłam, ze wrócę do moich książek. I tym sposobem kolejne wesele mi się szykuje. We wrześniu jeszcze dwa, a w przyszłym roku już następne dwa zaklepane… Całe moje i Franka kuzynostwo wchodzi właśnie w taki wiek, że się teraz wszyscy będą żenić. I skąd ja tyle kreacji wezmę?? :) Dobrze, że chociaż mam rozmiar ten sam co moja mama i siostra :) No więc sami widzicie, że się nic nie dzieje :) Nawet dzisiaj w pracy spokojnie i wygląda na to, że będzie luz. A to mój ostatni tydzień przed kolejnym urlopem :) W tym roku dwa tygodnie wolnego rozłożyłam sobie na dwa razy po jednym tygodniu. I tym sposobem w piątek zaczynam labę. Tylko nie wiem jeszcze za bardzo co będę robić. Czy się gdzieś wybierzemy, czy nie. Krucho z kasą… No i pogoda – szkoda gadać…